squirk77@gmail.com
Blog > Komentarze do wpisu
Zielono mi czyli praktycznych porad ogrodniczkom-amatorkom dedykowanych część druga.

Część pierwsza, przypominam na wypadek gdyby ktoś pilnie potrzebował coś posiać i nie wiedział, jak uniknąć porażki, jest tutaj.
Odwiedziłam właśnie swoją plantację i oznajmiam, że jestem dumna. Wszystko, odpukać, rośnie jak szalone, nawet ta cukinia, co do której sądziłam, że płoży się przedśmiertnie, jakoś się podźwignęła i wypuściła dwa nowe zielone cosie. Przemawiam do niej motywująco, pewnie dlatego się mobilizuje - albo dlatego, że słyszała, co mówię roślinom, które niedostatecznie się starają, i co następuje potem przy współpracy łopatki i worka na śmieci. Groza i terror gwarancją obfitych zbiorów, zawsze to powtarzam. Niemniej nastąpiło kilka drobnych potknięć i zapisze je sobie, żeby mieć na przyszłość, a może i któryś z czytelników skorzysta.

Świetnym pomysłem jest przed zakupieniem nasionek czy sadzonek sprawdzić, jak duża będzie przyszła roślinka. Błędem jest rzucanie się na krzaczki papryki z okrzykiem radości i nadziei na własną, maleńką uprawę papryki, bo papryka, jak się ze sporym zaskoczeniem ze trzy dni temu dowiedziałam, to wielki krzaczor o wysokości co najmniej 2 cicików. Na razie moje 3 sadzonki papryki mają po pół cicika wysokości, ale staje się powoli jasne, że ta mała skrzynka, w której rosną, to jakby ciuteńkę za mało. Trzy krzaczory, a wszystko to przez Pana Truskawkę, oczywiście.

Dobrze jest mieć na balkonie wielkie poduchy, na których można usiąść i rozkoszować się widokiem gibiącej się w lekkim zefirze fasoli szparagowej albo, będąc Trenerem Osobistym, czytać i ewentualnie pić piwo.
Trochę mniej dobrze jest ustawić przy poduchach pojemniki z rzodkiewkami i rozmarynem, bo wiecie, jakoś nigdy nie udaje się ich podlać tak, żeby poduch solidnie nie zwilżyć. A potem się mnie niektórzy czepiają i nie pokażę palcem, kto, bo mnie Trener w łapę trzepnie.
Na to, żeby pojemniki z zielonymi poprzestawiać wpadłam przed chwilą, ale to wysiłek fizyczny, nie wykonam go w weekend przecież.

Dosypując do doniczek ziemi czy przesadzając którąś z roślin dobrze jest nie podchodzić do powstałego bajzlu z optymistycznym "Wietrzyk powieje i ta odrobina ziemi sama sobie z wietrzykiem poleci" gdyż, co bezustannie mnie zdumiewa, cholerny wietrzyk wieje czasem nie tam, gdzie ja chcę. Szok i niedowierzanie, ale tak jest i trzeba iść po zmiotkę żeby nie mieć balkonu upieprzonego ziemią między doniczkami. Wzdych.

Tyle z porad, jak mi się coś przypomni to dopiszę, a tymczasem podzielę się nowościami ze świata przyrody, tym razem praktycznymi. Otóż w wyniku przeprowadzonej wczoraj z czytelniczką Zuzanną (uściski) dyskusji podjęłam decyzję o uczynieniu mojej wiedzy nt. fauny użyteczną na gruncie lokalnym. Zdawać by się mogło, że na cóż mi tu, w Polsce, na niemalże wsi pod lasem, wiedza o góralkach patagońskich czy strukturze klanowej u likaonów. Wczoraj uświadomiłam sobie, że wiedza ta może stać się orężem na wypadek, gdyby góralki patagońskie i likaony zrealizowały plan inwazji na nasz kraj. Najpewniej go mają, mamy tu dużo zieleni i innych takich, do tego bardzo knuczo wygląda taki puszyściutki góralek, a likaon to już w ogóle, więc pewnie już tam rysują mapy sztabowe, nie ma na co czekać, trzeba się przygotować. Góralki mniej mnie martwią, są miłe i puchate, pogłaska się takiego i będzie po naszej stronie, likaony to trochę większy problem, niech ktoś spróbuje sobie likaona pogłaskać, proszę bardzo, zdrówka życzę. Ponieważ gang nie napadł jeszcze na żadną zamożną wieś i z kasą jest, jak jest, postanowiłam zorganizować to sprytnie, czyli wyszkolić góralki patagońskie, żeby likaony napadły i inhumowały, np. dusząc je puchem, którego na statystycznym góralku jest całe mnóstwo. Dorzuciłam 10 góralków do tego zamówienia na kocię lwa, jeśli wyślą razem i kurierem to na poniedziałek będziemy miały lwa i dyszkę góralków na przeszkolenie.
Pozostaje jeszcze kwestia inwazji na Polskę innego gatunku, mianowicie te woły piżmowe, co je oglądałam kilka dni temu, też miały w oczach coś jakby chęć odbycia długiej wycieczki w celu pohasania sobie na naszych połoninach, a nie wiem, czy uda się wyszkolić góralki tak, żeby broniły nas także przed wołami piżmowymi. Trochę wątpię, bo góralek jest wielkości bardzo skromnej i duszony góralkiem wół może tego po prostu nie zauważyć i pójść sobie, co wrażliwego góralka mogłoby wprost załamać, a tego nie chcemy. Coś wymyślę, nie będzie taki wół piżmowy fukał nam w twarz i mierzwił naszych góralków przecież.

Trener Osobisty udał się nagłaśniać jakąs imprezę - to pewne, bo kiedy zapytałam uprzejmie, czy jadą na dziwki i wódkę i czy potem jakiś dyskretny anonim dostarczy mi na próg zalanego w trupa Trenera za mniej więcej tydzień Trener Osobisty odparł, że absolutnie nie, a to uczciwy człowiek jest, do tego nigdy się w trupa nie zalał więc po cóż miałby teraz - więc mam cały dzień dla siebie, mogłam się wyspać itp. Mogłam, ale mam Mysz, więc wyspałam się jak zwykle, czyli nie. Jeśli komuś się wydaje, że Mysz zmieniła nawyki, to od razu mówię, że skądże znowu, do tego opanowała sztukę bardzo hałaśliwego korzystania z poidełka. Bardzo hałaśliwego, aj min zerwałam się na równe nogi bo nie wiedziałam, co się dzieje. Mysz była zachwycona.

Odnotowałam ponadto powrót srok-psychofanek, stałam mianowicie w swojej niszy ekologicznej, tzn. przy oknie w kuchni, gapiąc się na plantację, gdy jedna ze srok zjawiła się nagle znikąd i wydarła się na mnie tak, że mało tam nie zasłabłam. Gupia sroka. Muszę zorganizować jakiś wypłaszacz, zanim dostanę zawału patrząc na rzodkiewkę.

Uświadomiłam sobie, że nasz gang Kosz Angels (w którego gronie witamy Zulkę od świnka morskiego, Zulkę od cicika czyli Ulkę i Berberysa - mua!) nie ma pieśni bojowej. Pomyślałam, że mogłoby to być coś radosnego, optymistycznego, co mogłybyśmy wykonać na festynie po inwazji, do tego na jakąś znaną melodię, żeby ocaleni z pogromu mieszkańcy wsi także mogli podśpiewywać wespół. Może coś na melodię "Takie ładne oczy" Czerwonych Gitar, np:
"Ładne oczy mam, topór trzymam,
takie ładne oczy, nikt mi nie podskoczy.
Wśród wysokich traw krwi pełen staw,
Chcesz ocalić życie - załatw świniobicie*"
czy jakoś podobnie. Nie wiem, mam chyba za mało romantyzmu w duszy, żeby napisać utwór dla grupki wrażliwych, brodzących po kostki we krwi dziewcząt, więc chętnie przeczytam inne propozycje.

Mam dla Państwa na sobotę piękne obrazeczki - jeden nawiązujący do geniuszu farmaceutów, którzy nagle dostali ataku sumienia oraz dwa o tym, że koty są miłe, a zające w trawie.

* Żadna z nas nie umie świni bić.
Nie tak, żeby "pac, pac!" tylko inhumacyjnie.
Poza tym Berberys lubi świnie niekulinarnie, musimy wziąć to pod uwagę.
Może kurczaka się upiecze alboco.

sobota, 26 maja 2012, squirk

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
2012/05/26 15:23:04
Bardzo Ci dziękuję, że uwzgledniłaś moją niechęć do szynki ;) Kurczaki prosto ze wsi są bardzo ok, a indyki jeszcze lepsze, mogę łeb ukręcić, trudno. Ale najpierw trzeba mnie wysłać do ZUSu albo innego durnego urzędu, żebym mogła poczuć żądzę mordu na własciwym poziomie. Pieśń jest piękna i już umiem na pamięc ;))))
Inwazja jeży pigmejskich nam nie wystarczy? Bo juz jakby stała się faktem ;))
-
2012/05/26 15:26:36
Berberysie - jak tak to zorganizuje się wyprawę do ZUS czy innego takiego, jestem pewna, że pozostałe dziewczęta nie będa miały nic przeciwko zmianie w menu, w końcu ma być tak, żeby wszystkie były zadowolone - oby kurczę okazało się być złotym środkiem :-)
Co do pieśni - bardzo dziekuję, staram się, łatwo nie jest, bo nie mam wyobraźni, jak wiadomo, ale nie ustaję w wysiłkach ;-)
Mówisz, żeby jeże wykorzystać w walce? Np. z wołami piżmowymi? ;-))
-
2012/05/26 17:46:25
Zamiast krzyczeć na te biedne zielonki proponuję zatrudnić sroczki na pół etatu, w godzinach słonecznych. Jak już muszą się drzeć, to niech to będzie pożyteczne, upieczesz dwie pieczenie na jednym ogniu.
Tylko nie proponuj im za wysokiej stawki, bo wiesz, możesz więcej nie zobaczyć swoich papryczek. To już nie są przelewki, masz do czynienia z gangiem ;)
-
2012/05/26 17:49:41
Fidelis_lupus - phi phi, mój gang jest większy (wygooglaj, jesli zechcesz, Kosz Angels) i mam takie współaniołki, że sroki niech sie lepiej zastanowią, zanim mnie na poważnie zirytują ;-)
Łagodne przemawianie do roślin nie działa, od razu im się w liściach przewraca i się foszą - kilka celnych gróźb i wuala, zielone odfoszone i rośnie ;-)
-
2012/05/26 18:53:02
Wpędzisz cukinię w depresję, ostrzegam cię, wywieranie presji na biedaczce skończy się samobójstwem! Żebyś któregoś dnia nie znalazła zielonych zwłok pod balkonem ;)
A co do ptasiej mafii to musisz być ostrożna, pamiętam jak mój pies kilka lat temu rozpędził się radośnie by "powitać" gołębie stadko. jeden gamoń się nie zorientował w porę, mój pies skoczył na niego przygniatając mu skrzydełko. Oczywiście napastnik od razu się przestraszył, nie chciał mu zrobić krzywdy. Ptak się nie ruszał i wtedy te wszystkie gołębie zleciały się z powrotem, otoczyły mnie i mojego psa jakby sekta mówiąca "Zabiłeś go, TY go zabiłeś". No widok przerażający, więc lepiej wybadaj grunt ;)
-
2012/05/26 19:50:22
Fidelis_lupus - bez obaw, ta cukinia jest jakaś inna, kiedy byłam dla niej słodka jak marszmaloł to mi trzy sztuki padły - trochę gróźb i zobaczysz na zdjęciach, jak pięknie rośnie - postaram się wrzucić jutro na blogaskowy fanpejcz :-)

Gdyby mnie ptaki otoczyły tobym chyba zwiała z wrzaskiem, boby mi się "Ptaki" Hitchcocka przypomniały, duże ilości ptaków to ja ze spokojem tylko na ekranie oglądam, w programie przyrodniczym ;-)
-
2012/05/26 20:55:04
Ja z mojej niszy ekologicznej, czyli przy kuchennym oknie do tej pory obserwowałam rzeź niewiniątek!!! Tak, tak!!! W krzaczkach od paru lat umyślił sobie, uwić gniazdo ptaszek. Na ornitologii się nie znam, to nazwy gatunkowej zmyślać nie będę. Tak sobie ptaszyna wije, wije, jajeczka składa. Dwa kocury łowne, sąsiedzkie, cierpliwie wyczekawszy ptasiego, dopiero co wyklutego potomstwa, strategie łowieckie obmyśliły. Skuteczne, bo co roku taki sam dramatyczny scenariusz. A flaki niewiniątek pod oknem znajduję i zastanawiam się nad wyższością ingerencji człowieka w przyrodę...
-
2012/05/26 21:28:15
40-latko - przykro czytać coś takiego, nie rozumiem, czemu ptaszyna co roku doznaje zaniku pamięci. Może rozwiązaniem byłoby usunięcie gniazda w pierwszej fazie budowy tak, żeby zmusić ptaszka do uwicia go gdzie indziej? Trzeba go jakoś zniechęcić, inaczej nigdy genów skutecznie nie przekaże :-)

PS. Kurczak kupiony? :-)
-
2012/05/26 23:53:19
no i czy żywy, bo nie wiem jak mam przygotować mój system nerwowy ;)))
-
2012/05/27 09:23:56
Squirk. Od wczoraj leży sobie bezczynnie w sosie czosnkowo-maślano-własnym. Będziem go piec około południa, coby na trzecią zdążyć... :)))
-
2012/05/27 10:47:03
kiedy byłam dla niej słodka

Przecież Ty nie lubisz słodyczy, to sądzisz, że rośliny tego nie wyczuwają?;-)
-
2012/05/27 13:42:45
Berberysie - 40-latka będzie piekła kurczę wg przepisu mojej Mamy, siedzę w emocjach i czekam na recenzję :-))
-
2012/05/27 13:43:14
40-latko - rrrany, doczekac się nie mogę, mam nadzieję, że wejdzie na stałe do Waszego menu :-)
-
2012/05/27 13:43:58
Bartoszcze - no fakt, musiały wyczuć, że coś jest nie tak - na szczęście groźby wychodzą mi zupełnie naturalnie, pewnie stąd szybkie efekty ;-))
-
2012/05/27 14:57:46
Squirk: przetestowałam twoją metodę groźby na psie. Skubana nauczyła się, że mnie rano trzeba wycałować, żebym podjęła jakąkolwiek próbę oderwania się od książek i wstania z łóżka. Kiedy to przestaje działać wytacza ciężką artylerię i zaczyna mnie obszczekiwać, no bo przecież ona chce siku. Zagroziłam jej, że jak nie przestanie krzyczeć to nie dostanie kubka po jogurcie. Myślałam, że się podda, ale nie ma nawet mowy- patrzę, a ta z tej złości przytargała mojego buta (dwa takie są jej wielkości). Tak czy inaczej spacer mnie nie ominął. Taki ze mnie dyktator jak z mego psa buldog ;)
-
2012/05/27 15:05:24
Fidelis-Lupus - może wyczuł, że udajesz i że z natury jesteś słodka jak kilo marszmalołów, więc nie dał się nabrać, trochę Cię już w końcu zna ;-)
Co to za rasa? :-)
-
2012/05/27 17:16:26
Ona doskonale zna kolej rzeczy- po tym, jak już opróżnię kubek następna jest ona, wsadza ten swój włochaty pyszczek i o mało co dziury nie wywierci w denku. I wie, że nic tego porządku nie zakłóci.
Generalnie mama tego potworka jest cocker spanielem angielskim, ale z racji tego, że niezidentyfikowany tatuś był prawdopodobnie rasy pekińczyko-yorkowato-kurdupelkowej, Taima jest tycia po tacie i włochata po mamie ;)
-
2012/05/27 17:18:43
Fidelis_lupus - w takim razie nie powinno się zmieniać zwierzątku wizji tego, co powinno stać się z kubkiem ;-)
Ładne imię ma, mam nadzieję, że zamieścisz jakieś foteczki. Właśnie paczę, co nowego napisałaś :-)
-
Gość: Zulka, *.ip.netia.com.pl
2012/05/28 09:12:17
W kwestii góralków - inwazja już nastąpiła. Wystarczy włączyć tv - leci tam reklama wafelków, które kiedyś się zwały "Horalky", a teraz są właśnie "Góralkami". Notabene parszywe w smaku. Ale co kto lubi...
W kwestii pieśni bojowej - zdziera beret z głowy, będę ją podśpiewywać, bo mam dziś stosowny nastrój (latino tak na mnie działa). Tylko jedną drobną zmianę proponuję, jako wegetarianka, zamiast 'świniobicie' - zwyczajnie dajmy 'mordobicie'. Nie ma co się rozdrabniać :)
-
2012/05/28 13:43:21
Zulko - w kwestii przeboju gangowego dopuszczam modyfikacje, to w końcu ma być wspólna pieśń bojowa ;-)
Co go góralków - wole te puszyste niż na słodko, z drugiej strony jeśli zaleją nas puszyste to się na śmierć zagłaskamy, trzeba będzie to wszystko pogłaskać przecież, ech, ciężkie jest życie czasem.
:-)
-
Gość: Zulka, *.ip.netia.com.pl
2012/05/28 13:52:47
Lubię głaskać, więc będę się specjalizować w zagłaskiwaniu na śmierć. Razem damy radę :)
-
2012/05/28 13:54:14
Zulko - w takim razie z odwagą stawię czoła hordom puszyściutkich najeźdźców ;-))