squirk@gazeta.pl
RSS
środa, 22 lutego 2012
Spłuczkę podtynkową Geberit tanio sprzedam.

Takie coś powyżej mi się wymyśliło i zostaje.

Jak znajdujecie aktualne warunki atmosferyczne?
Bo ja wzrokiem głównie, ale nie o tym miałam, to tylko tzw. zagajenie.

Ponieważ redakcja blogaska (że niby ja) została zasypana pytaniami o to, skąd wytrzasnęła tytuł wczorajszej notki, zdecydowała się (nadal tylko ja) ujawnić, że chodzi o, za przeproszeniem Państwa, pozycję Jacka Sawaszkiewicza pt. "Między innymi makabra", serdecznie polecam. Sporą część zawartości znajdziecie tutaj, niestety bez ogłoszeń, ale jeśli ktoś natknął się kiedyś na "Swawolnice domowe i biurowe tanio" to niech będzie świadom, że to też stamtąd.
Przy okazji przepraszam, że nie odpisuję na maile od razu, ale goni mnie jeden termin, a do standardowego u mnie braku wyobraźni doszedł brak weny. Zapewniam, że wszystko czytam, ale kiedy mam odpisać troche się zawieszam, mówię w przestrzeń "Yyy..." i idę po mandarynkę. Minie, mandarynki mi się kończą. Łatwiej mnie dopaść na FB, jestem niewidoczna, ale odpisuję, jak tylko złapię wolną chwilę. GG nie mam, bo mi Pidgin ryksztosuje, mam za to Skype, ale wciąż zapominam włączyć i trzeba mnie pacnąć, żebym.

Na głównej przygnębiająco, a smutne tematy poruszam tu tylko w ostateczności. Na szczęście w sukurs idzie Onet, na którego głównej dowiadujemy się na przykład co zrobić, kiedy nadejdzie koniec świata. To proste - trzeba mieć zapas żywności na co najmniej tydzień.

Właśnie zakrztusiłam się pestką z bezpestkowej mandarynki.
Coś może być na rzeczy z tym końcem świata.
Na szczęście zdążę wrzucić obrazeczki - z głębią i, nie uwierzycie, znów romantyczny.

[Rezerwuję to miejsce na inteligentną, zabawną kontynuację notki, jaka niewątpliwie przyjdzie mi do głowy, jak tylko napiszę jedną pilną rzecz i zjem ostatnie dwie mandarynki. Proszę nie regulować odbiorników.]

PS. Nie zaglądajcie do Szyszki. Strasznie klnie.

wtorek, 21 lutego 2012
"Zamienię homunkulusa przyuczonego do prac polowych na łopatę ogrodniczą"

Konia-zrzędę temu, kto bez googlania wie, skąd wzięłam tytuł.

Wymyśliłam sobie dzień wolniejszy, ale świat miał dziś na mnie własny pomysł, więc od rana na zmianę wisiałam na telefonie i przekonywałam Mysz, żeby nie demolowała swoich poMyszczeń mieszkalnych. Skuteczne było tylko pierwsze, dzięki czemu kilka ważnych spraw mam za sobą, a przede mną sprzątanie u Myszy, która działa na zasadzie "zepsułam - napraw".

Jestem niewyspana i jakaś taka nijaka, to nie jest dobry dzień na, za przeproszeniem Państwa, stosunki interpersonalne. W dodatku ból lewej ręki zaowocował nabraniem kolorków przez prawe kolano, które bynajmniej mnie nie boli. Jestem chyba zbudowana jakoś inaczej niż Wy, Ziemianie.

Na głównej horror. Nie odważyłam się posłuchać.

Oglądam od jakiegoś czasu odcinki bardzo już wiekowego serialu "ER" - tego z młodym Clooneyem i Julianną Margulies (rewelacyjną imho w "Mgłach Avalonu") - fantastyczny jest. Dwuminutowe porody, pacjenci mówiący pełnym, dźwięcznym głosem po wyjęciu rurki intubacyjnej i najdziwniejsze defibrylacje, jakie widziałam (bez uciskania między wyładowaniami, bo po co tracić czas, i tak się uda) - dla mnie bomba, serdecznie polecam.
Btw - uświadomiłam sobie własnie, że oglądam wyłącznie seriale medyczne i kryminalne - są jakieś inne sensowne?
Gdzieś po drodze obejrzałam "Borgiów" (bdb), "Grę o tron" (bdb) i "Eurekę" (czary z mleka), ale reszta to krew, limfa, plamy opadowe ("Body of proof", bdb) i mikroekspresje ("Lie to me", bdb).

Nie mam weny, na spacer może pójdę, bo niczego sensownego dziś raczej nie napiszę, a posprzątanie hacjendy to ostateczność przecież.
W dzisiejszym czapkolotku wygrał Wesolutki Wiking z Wodogłowiem.
Jak się kiedyś przełamię (bo wiecie, strasznie nieśmiała jestem), to zdjęcie wrzucę.

Tymczasem obrazeczki - zwierzątkowy i romantyczny.
Coś dużo u mnie romantyzmu ostatnio. Wiosna idzie alboco.

Ja tu jeszcze wrócę, stay tuned.

PS. Toroj wrzuciła nowe, chodźmy czytać i się śmiać.

PS2. Ahaha, spacer. Gorsety poszłam oglądać. Kocham gorsety.

poniedziałek, 20 lutego 2012
"Wiwat stopięćdziesiąta wyprawa łupieska na przymorców!!!"

Takiego smsa dostałam właśnie od MBF-a, na tytuł notki jak znalazł, więc zacytuję sobie. To podobnież cytat z "Kajka i Kokosza", nie wiem, jak dokładny, przeszukam komiksy, może znajdę. Jak wiecie nie mam wyobraźni i sama nie zdołałam nic wymyślić. Sęks, MBF, niech bogowie prowadzą Twoje wielbłądy.

Jestem niezmiennie uszkodzona w rękę, więc popołudniowa wyprawa z Myszą do weterynarza będzie prawdziwą przygodą. Mysz, nawiasem mówiąc, biegała i tłukła się do 6 rano. Zgadnijcie, skąd wiem.

Wspominałam kilka dni temu o tłumaczeniu, które miałam machnąć bez ingerowania w tekst podesłany wcale i za żadne skarby, bo jest idealny i nie trzeba nic poprawiać. Oczywiście nie tknęłam go nawet najmniejszym palcem, więc dzisiejszego maila z fochem przyjęłam entuzjastycznie. Okazało się, że posłuszne trzykrotne "zostawienie wszystkiego tak, jak jest", na skutek czego trzykrotnie przetłumaczyłam "Wielki Mru" jako "The Great Mru", to nie to, co poeta miał na myśli.
Paradne.

Lekcje gry na gitarze, które miałam w tym tygodniu zacząć (trochę grałam, ale zapomniałam, a gitary w domu są, więc niech nie leżą odłogiem), muszę sobie chwilowo darować, bo ręka. Nie mogę jej nawet porządnie wyprostować bez bólu, więc formy aktywności w postaci energicznego tańca brzucha czy wrestlingu też raczej sobie odpuszczę. Dzięki bogom nie jestem połamana ani żadne takie, ale przez najbliższe dni narzeknę sobie raz czy dwa, uprzedzam, żeby nie było zaskoczenia, nawet mnie zdarza się marudzić.

Oglądałam wczoraj Top Gear (kocham bardzo), gościem w samochodzie za rozsądną cenę był Ryan Reynolds. Clarkson przypomniał, że został on kiedyśtam wybrany na najseksowniejszego żyjącego mężczyznę na świecie (żyjącego, podkreślam).
Seriously?
Nie mówię, że jest brzydki czy coś, bo nie, ale mam wrażenie, że ktoś lepiej zbudowany byłby jednak atrakcyjniejszy. Wychowałam się na Nienackim, rodzice nie dopilnowali i z "Wielkiego lasu" wyciągnęłam wnioski praktyczne. Cytatu nie będzie, bo jestem nieśmiała.

Rozważam stworzenie Kącika Porad Gospodarnej Dorotki. Porada dzisiejsza brzmiałaby "Nie pisz notki na blogasku kiedy gotujesz ryż - efektem może być pół kg ryżowej ciapki". Muszę coś wymyślić, bo nie cierpię marnować jedzenia. Swoją drogą phi, marne pół h się gotował i już ciapka.

Wrzucę obrazeczki - dziś będzie romantycznie i religijnie - i idę przerobić ten nieszczęsny ryż na coś jadalnego.

 

Apdejt - Mysz Chrobra z godnością zniosła ostatni z serii zastrzyków, zaprezentowała się pani doktor z obu boczków, polansowała i wróciła do hacjendy, aktualnie śpi, a ja trochę histeryzuję, bo okazało się, że Mysz może się po leku gorzej poczuć, ale "skoro nie poczuła się źle po pierwszej dawce, to raczej nic jej nie będzie". Raczej. Świetnie, po prostu super. Wcale nie biegam co chwilę do sypialni sprawdzić, co u niej, czemuż miałabym i co za pomysł wogle.

Czytaliście? Jakoś odruchowo przeliczam kasę zmarnowaną na maskotki i znicze na obiady dla głodnych dzieci itp. Zwłaszcza, że maskotki zostaną zniszczone, więc nie było z nich pożytku nawet przez chwilę.

niedziela, 19 lutego 2012
"Usłysz mego serca sound"

Trochę kiepsko mi się pisze, gdyż doznałam urazu przedramienia w okolicznościach, o których nie będziemy rozmawiać, po prostu szybciutko przeskoczymy wzrokiem do następnej linijki tekstu.
O, tutaj.
Było jak zwykle, czyli prześmiałam wieczór i pół nocy. Panowie przebrani za byłe Westalki, że tak to oględnie ujmę, oraz szyitów, panie w panterkach i pończoszkach z kokardkami, alkohol w ilościach...no, teraz to już żadnych, bo wątpię, żeby cokolwiek zostało, a w wyniku szeroko zakrojonej akcji podrywczej ujawnione zostało imię szefa ochrony. Na imprezie pojawiła się osoba bardzo publiczna w dresie takim, że szczęka mi opadła, serdecznie pozdrawiam, oraz śpiewał pan, któremu Tomasz Niecik mógłby czyścić buty, w dodatku bez schylania się, bo strasznie niski jest przecież. Po stronie strat odnotowano moją rękę, nogę sąsiada T. (wiem, że czytasz), jakieś szkło oraz kilkanaście zdartych gardeł. Na szczęście na pytanie "Po której stronie jest wątroba?" niezmiennie możemy odpowiedzieć, że po naszej. Nikt się nie stoczył (pomijając okoliczności, w  których doszło do urazu stopy sąsiada T.), wróciłam do domu bardzo wcześnie (tj. o świcie, więc nikt mi nie zarzuci, że się włóczę po nocach), nawet włączyłam komputer, ale na notkę poimprezową nie miałam już siły.
Dzięki bogom za Mężczyznę, który nie dość, że odbył udaną próbę gitarową nowego zespołu, to jeszcze kupił KFC i nakarmił nieszczęsnego, zmiętego wróbelka - w tej roli wystąpiłam, o dziwo, ja.
Ideałem byłoby, gdyby Mężczyzna w ramach bonusu przestał sugerować, że jesteśmy pijanicami i strach nas z oczu spuścić, bo to ohydne insynuacje. Nikt się nie sponiewierał, ale uczciwie przyznam, że mieliśmy niezłą zabawę próbując.
Bardzo lubię moich sąsiadów, musiałam już kiedyś o tym wspomnieć.

Poza tym nuda, Mysz śpi na głowie, śnieg został zastąpiony deszczem, a najmniejszy kameleon na świecie jest tyci. Poważnie - tyci. I mieści się "na łepku zapałki". Aż sobie skrinszot zrobiłam i ciekawam, kiedy do "łepka" pożalsiębożedziennikarzyny dotrze, co dotrzeć powinno.

Wracam na sofę pod kocyk oraz pod pozorem obejrzenia czegoś, ale tak naprawdę zamierzam niepostrzeżenie zasnąć i obudzić się promienna. Tymczasem wrzucę obrazeczek - o, proszę.

 

Apdejt - ręka nadal mnie boli, więc zaśpiewanie mi "Soft kitty" będzie bardzo na miejscu, proszę się nie krępować. Niewielka burza mózgów dała efekt w postaci wniosku, że absolutnie i za nic nie powinnam umieszczać na blogu zawierającego brzydkie wyrazy obrazeczka, o którym ostatnio pisałam, i że fatalnie o mnie świadczy fakt, że tak strasznie mnie rozbawił, bo dziewczęciu nie wypada kwiczeć przez pół h z brzydkich wyrazów.
W tej sytuacji po prostu nie mam innego wyjścia, jak tylko wspomniany obrazeczek zaprezentować.
Wiem, jest okropny i bawi mnie do łez, co świadczy o mnie jak najgorzej, a wiecie, jak bardzo mnie zawsze martwi każde "co ludzie powiedzą".
Teraz Wy też obrazeczek zobaczyliście, więc nie będzie tylko na mnie, a Wy się strasznie wstydźcie, jak można się z tego śmiać, no jak.

Idę zrobić comfort food, niby mogę przeżyć cały dzień o drobiu, wodzie i mandarynkach, ale jakoś przestało mnie to bawić. Niech sie stanie kolacja. Wiem wiem, niby siódmego dnia zwykle odpoczywam, ale wiecie, jak jest, wciąż coś wymaga mojej boskiej interwencji. Mizeria na przykład.

sobota, 18 lutego 2012
"Dziś panna Mania ma wychodne"

więc notka będzie krótka i takase, zwłaszcza, że zaspałam i jestem instant, tj. w proszku.

Mysz prawie mnie wczoraj zemdlała, mianowicie po zastrzyku jakoś zdołała wypuścić z mikrodziurki po wkłuciu kroplę krwi. Brzmi zabawnie, ale u zwierzątka wielkości zapalniczki każda utrata krwi może być znacząca, więc przez h po zastrzyku co kilka minut wywlekałam z klatki szczęśliwą i radosną Mysz i dokładnie ją oglądałam, co ogromnie ją bawiło i biegała po mnie cała puszyściutka i bardzo zadowolona z towarzystwa. Oczywiście nic jej nie jest, a leki działają i łapka jest z powrotem solidnie ofutrzona, ale com się nastresowała, to moje.

Z planów kulinarnych wyszło tyle, co zwykle, mianowicie zmieniłam je ze trzy razy, w efekcie zamiast pasztecików są arancini a zamiast hummusu i chlebków pita sałatka i pieczona papryka w oliwie, a jeszcze nie skończyłam szaleć.

Póki pamiętam - farbowanie i obcinanie włosów w pośpiechu i przy jednoczesnym robieniu kilku innych rzeczy to trochę słaby pomysł. Sprawdziłam wczoraj i Wy już nie musicie. Dzięki bogom jestem wystarczająco długopióra, żeby dało się drobną różnicę w długości poprawić, a łazienkę jakoś w wolnej chwili posprzątam.

Mab katab i nie wiem, czy w tej sytuacji zostanę w ogóle wpuszczona do ulubionych dzieciaków, które miałam dziś odwiedzić. Zadzwonię, zapytam, póki co upiekę dla nich ciasteczka wszystkomające, ciasteczka są niegroźne i zostaną wpuszczone na pewno.

To co, ja idę piec, a Wy miejcie miły dzień, tak?
Dorzucam obrazeczek, drugi nastąpi w wolnej chwili, między wyjściami i pieczeniem a smażeniem.

 

Apdejt - pojechałam w uczciwych zamiarach złożyć życzenia dziecięciu mocno nietelniemu.
Któż mógł przewidzieć, że trafię na rewelacyjną imprezę, na której kto nie pije ten jest łosiem? Ja nie przewidziałam, ale i nie narzekam, całusy i uściski dla rewelacyjnych znajomych i nowej czytelniczki. Z niektórymi ludźmi po prostu nie da się nie bawić dobrze, więc było jak zwykle, czyli wszystko mnie boli ze śmiechu.
Kilka dawek wody ognistej później jestem gotowa wypić kawę, włożyć głowę pod kran i iść, rześka i radosna, na drugą imprezę.

PS. Źli ludzie ośmielają się żartować, że jak się dwie baby spotkaja, to gadają o głupotach, ahaha, tak? A mężczyźni to tylko ważne sprawy, pełna powaga, tak?
Po zakupach w Biedronce ja wsiadłam do samochodu, Mężczyzna poszedł odprowadzić wózek. Czekam, czekam, czas leci, wózek dałoby się przez ten czas przetopić i zrobić kolejny, w końcu Mężczyzna wraca i mówi:
 - A, wiesz, spotkałem X.
 - O, fajnie, chyba dawno się nie widzieliście? O czym rozmawialiście?
 - O hydrokolonoterapii.
Nie mam pytań, proszę Państwa.

Idę, sałatkę zrobię.
Kawyyy.

piątek, 17 lutego 2012
Jesteś tym, co jeż.

No co? Wszyscy znają to powiedzenie od dawna, więc nie ma co robić wielkich oczu, jest, jak jest.
A nyeco poważniej - jeśli faktycznie jesteśmy, tym, co jemy, to jestem chwilowo cukinią, a Mysz probiotykiem wymieszanym z serkiem "Bieluch". Bardzo grzeczną mam Mysz - wprawdzie rano, zaspana, pomyliła mój najmniejszy palec z pestką, ale natychmiast przeprosiła. Jeśli przestanie opychać się jak dzikus i waga nie przekroczy 40 g wystawię ją jednak w konkursie Mysz World.

Czeka mnie taki weekend, że dziękuję, postoję (acz przez kilka sekund najwyżej, bo roboty tyle, że nie ma kiedy załadować, czekają mnie 2 imprezy pod rząd). Za kilka h zamienię się w Gospodarną Dorotkę i będzie piekło. Się piekło. 3 chleby, chlebki pita albo paszteciki, ciasteczka wszystkomające i wielkie, zue brownie. W wolnej chwili od niechcenia zrobię hummus i parę innych drobiazgów, co za problem wkącu. Uczciwie dodam, że pozostałe Dorotki też nie będą się nudzić.
Za to potem spocznę na sięzląkłu i pozwolę panom prześcigać się w uprzejmościach.

And now for something completely different - oglądałam ostatnio program, w którym poinformowano widza (że niby mnie), że gdzieś na południu naszego pięknego kraju przyszły pan młody ocenia potencjalną pannę młodą pod kątem umiejętności zabicia gęsi, skubania pierza i upieczenia w całości (gęsi, nie pierza). U Tatarów panna młoda musi umieć robić pieriekaczewnik i ząbki na brzegach pierogów, a w Irlandii powinna smażyć idealne boxty, ale to akurat żaden problem. Natomiast nie miałabym szans na zamążpójście na południu, jestem zasadniczo dość słaba w zabijaniu. Poza grami, oczywiście, plakietka nadal aktualna.
Powoli dojrzewam do Assassin`s Creed, bo strasznie mi się podoba, jak Ezio Auditore (Dyziem zwany) skacze po murach - też tak chcę (choć niezmiennie jeszcze bardziej chcę być wilkołakiem).

Od gołych biustów i przyległości jest Brezly, więc z umiłowanego portalu pozwolę sobie podlinkować tylko to bo mi się kajdanki przypomniały i trochę się obśmiałam.

Z obrazeczków znalazłam jeden póki co, ale jest osłabiający i z brzydkimi słowami, więc wrzuciłam go sobie na FB i niech zajrzy ten ze znajomych, kto jest odważny, a czegoś, co nadaje się do zaprezentowania na blogasku, poszukam w wolnej chwili.

Apdejt mniejszy - zaczęłam od chleba, wyjęłam zakwas, zadzwoniła Mama, zapytała o jakiś przepis. Zawsze mnie to zdumiewa - to, że to Ona pyta mnie, bo to od Niej uczyłam się gotować i zawsze była i pozostała najlepiej gotującą osobą, jaką znam. Dziwnie jest myśleć, że Ona gotuje coraz mniej, bo z ręką po operacji trudno jej zrobić tyle, co kiedyś, a ja tak się rozszalałam kulinarnie i robię rzeczy, o których Mama nigdy by nie pomyślała, niektórych nigdy by nawet nie tknęła, np. owoców morza, a z drugiej strony - to Ona robi najlepsze ruskie pierogi na świecie. Z tych, które robię ja, jestem bardzo zadowolona, ale to nie TO. Stęskniłam się - za Mamą, za pierogami staram się nie tęsknić, bo to bez sensu, chyba nigdy już ich nie zrobi, może zrobię sama, kiedy pojadę do domu, a Ona podpowie, coś dorzuci, zobaczymy.
Nie wiem, jak pogodzić wszystkie plany wyjazdowe ani co z nich wyniknie, za miesiąc miałam lecieć do Londynu, ale Młody miał operację, więc nie wiem, czy zawracać mu głowę. Miałam jechać na zlot rodzinny z okazji przylotu wujka, ale wujek miał...tadaaam! tak, operację, i nie przyleci do Polski. (Pająks, coś czuję, że prędzej ja polecę na Florydę, niż Floryda przyleci do mnie - co świetnie zgrałoby się ze zlotem wannabe models u EFki i możliwością zrobienia tatuażu u Chrisa ;-)). Póki co jedyne w miarę (bo różnie może się poukładać) pewne wyjazdy to kilka blogowych spotkań w lecie, w tym fleszmob u Szyszki Mężatki.

Muj borze, byłam poważna przez chwilę tam, powyżej.
Jakoś przygasłam czy coś. Za dużo się dzieje.
Muszę z tym skończyć - wrzucam obrazeczek, reszta potem.
Ech, jo.

czwartek, 16 lutego 2012
"Nic nie stoi na przeszkodzie, aby się dildem posługiwać tak jak radiem.

Jedno i drugie służy rozrywce". To nie ja, to pan Mirosław Bańko z UW. Serio.
Interesująca wizja, acz nie wymyśliłam jeszcze, jak zmieniałoby się stacje.

Na głównej nadal paradnie, bo matka Madzi dostała ochronę policyjną. Społeczeństwo psyka, bo jakżeż to, czemu ochrona, a jak ochrona, to niech ona sobie ją opłaci, bo my nie chcemy.
Kaman, to elementarne, drogie stado...Watsonów. Nie byłoby pogróżek pod adresem kobiety = nie byłoby ochrony.
Nie wyobrażam sobie, jak muszą w tym bajzlu czuć się ci, którzy naprawdę śmierć Madzi przeżywają, dla których to tragedia. Współczuję jeszcze bardziej, giniecie w tłumie.

U mnie nuda, uczyłam Mysz grać na gitarze. Sprawa jest prosta - dłoń z energicznym Myszkiem przy gryfie, struny leciutko poluzowane, Mysz staje na tylnych łapkach a przednimi zaczyna kiziać struny. Dźwięk niezbyt głośny, ale robi wrażenie. Skoro wybiły się Rihanny i Biebery to wróżę Myszy wielką karierę. Była zachwycona dźwiękami, trudo było ją oderwać, chyba zdjęcia zrobię, bo dziś kolejna lekcja.

Poza tym słoniny szukam. Nie, żebym zgubiła, po prostu sobotnia impreza, jak się okazało, ma zawierać w części konsumpcyjnej domowy smalec, chleb i kiszone mojego autorstwa. (Tak, wiem, że czytacie - dwa chleby, dwa, obiecuję).
Zgubiłam za to woreczek do prania bielizny i znajdę tego, kto jest za to odpowiedzialny. Nie staje się między dziewczyną i jej woreczkiem do prania bielizny, a to, że to mnie zginął, wcale nie oznacza, że ktoś za to nie beknie. W tym dobrym, mściwym sensie, a nie, żeby kłopoty gastryczne czy coś.

Idę tam ---->., bo mam do przetłumaczenia po znajomości niedużą rzecz prześliczną człowiekowi upartemu. Wszystkim, którzy oddają coś do przetłumaczenia i wyraźnie proszą o to, żeby absolutnie w treść nie ingerować, bo jest idealna, i TYLKO przetłumaczyć i NIC więcej, mówię - Nie proście o coś, czego nie jesteście gotowi otrzymać.

Obrazeczki nastąpią w terminie późniejszym, bo tak.

 

Apdejt - przyszpachlowałam sie lekko i udałam za firewall, bo mi kefir wyszedł. Przy okazji przestrzegam kefiroholików - 3 dni tego dobrego (i niewiele więcej, ale zajęta byłam, tak?) i ukochane śtruksy leco z du...z bioder spadają.
Idę gotować fakes ("fakiis", nie "fejks", za pierwszym razem też tak przeczytałam, ale chodzi o grecką zupę z soczewicy) z Tiamatem. W sensie Tiamat jako podkład muzyczny tylko, bo wiecie, tak wyszło, że nie dali rady przyjechać, korki są i w ogóle. Może następnym razem.


Obrazeczki nastąpią w związku z tym w terminie jeszcze późniejszym, ale nastąpią. Tymczasem, jako że jest Pączek`s Day, wrzucę dowcip, com go już kiedyś wrzucała, ale uroczy i aktualny, więc podlinkuję po prostu - proszę.
PS. Nadal chcę mieć sowę i jeże (i Hardodziobka), choć jednak bardziej chcę być wilkołakiem.
PS2. Mam dwa pączki. Sąsiadka mówi, że trzeba zjeść pączka, żeby mieć szczęście przez cały rok.
Nie widzę tego jakoś.

Apdejt drugi - skonsumowałam 1/3 pączka metodą, której nie opiszę, ale gdyby ktoś to nakręcił tytuł bohaterki najśmieszniejszego filmu w necie miałabym w kieszeni.
Mysz dostała zastrzyk. Nie zauważyła tego, bo jadła ser. Nadal mam ręce.
W związku z powyższym mogę zamieścić obrazeczek z cicikiem i wcale nie.

środa, 15 lutego 2012
"PIEP", zakoffanie i petting olimpijski.

Planowałam wreszcie się wyspać, ale okoliczności przyrody ułożyły się tak, że musiałam zrobić jogurt oraz odbyć długą konwersację na FB, więc padłam na nos ok. 2 w nocy. Wcześniej stanowczo i uprzejmie poprosiłam Mysz, aby w drodze wyjątku nie budziła mnie o żadnej porze.
Musiało ją to trwale rozśmieszyć, bo wyglądała na szczerze ubawioną, kiedy zaczynała biegać o 7.01 rano.

Nic to, i tak z wyspania się wyszłoby niewiele, gdyż o 9.20 rano w Polsce odebrałam telefon od sąsiadkoleżanki, przemiłej, aczkolwiek niewyspana jestem towarzyska bardzo tak sobie. Koleżankę zeswatałam jakiś czas temu z zaprzyjaźnionym panem - ona szukała gitarzysty z intelektem, on długowłosej blond z poczuciem humoru, poznałam ich ze sobą i dzięki bogom wyjadają sobie z dziobków już trzeci m-c.
Odebrałam, w słuchawce nerwowy głos Zosieńki, że jest tak zdenerwowana, że nie może mówić, po czym zaczęła mówić (i mówić, i mówić...) co następuje mniej więcej:
Z - Mam problem, nie wiem, co się dzieje, ale chyba coś poważnego...
Ja - No to mów, co się stało się.
Z - Wiesz, co było wczoraj?
Ja - Noo...Wtorek, tak?
Zosia - Walentynki były przecież!
Ja - A, fakt. I co, J. zawiódł?
Z - Skąd, cudowny wieczór, kwiaty i wszystko.
Ja - No to w czym problem?
Z - A mogę na żywo? Wpadłabym na kawę za 5 min.

Niezbędne do przypudrowania noska pół h później miałam w drzwiach Zośkę - wzrok dziki, suknia plugawa...Nie, to nie tak szło. Zoś trochę przybita, dostała kawę, pytam, co strasznego się stało, skoro Walentynki bardzo udane, a były zaledwie wczoraj.
Z - No i miał zadzwonić rano i nie zadzwonił...
Ja - Zoś, bój sie Buki, patrzyłaś na zegarek? (było parę min przed 10.00)
Z - No i co? Rano to rano, poza tym na pewno już wstał bo miał rano coś załatwić.
Ja - No to może to załatwia, w jakimś urzędzie czy coś?
Z - Nie wydaje mi sie, raczej coś się zepsuło i chyba nawet wiem, co..(/dramat mode on)
Ja - ?
Z - Wczoraj jak wstawałam z fotela to się tak śmiesznie potknęłam i on się roześmiał, wyszłam na jakąś niezgrabną babę i się zniechęcił chyba...
Ja - Ja pierniczę, Zośku, nie bądź pipą z drewna, czy on się nigdy nie potknął? To się zdarza w najlepszych rodzinach przecież!
Z - No potknął sie, też śmiesznie było...
Ja - I co, pożegnasz go z tego powodu?
Z - No co Ty, to było urocze nawet, ale może moje potknięcie nie było...
Ja - Dobra, dość. Dzwonię.

Wybieram nr J., J. odbiera, witam się wesolutkim:
Ja - Witam pana serdecznie na antenie naszego radia, bierze Pan udział w konkursie, nagrodą jest wycieczka do Lichenia, aby wziąć udział w losowaniu musi pan tylko odpowiedzieć na jedno proste pytanie - czy Pańskim zdaniem petting powinien zostać zakwalifikowany jako sport na olimpiadę letnią czy zimową*?
J - (chwila przerwy, odgłos dyskretnego duszenia się) Dobra, wiem, że to ty, gupia, nikt inny nie wyskoczyłby z czymś takim. Mów do mnie głośno, na poczcie jestem (tu kopnęłam Z. w kostkę w ramach "a nie mówiłam").
Ja - A tak ogolnie dzwonię zapytać, co u Ciebie, u Was.
J - Zalatany jestem, przesyłkę usiłuję odebrać od pół h, poza tym jakoś się kręci, a u nas? No jak ma być, dobrze jest, świetna dziewczyna, docieramy się powoli. O, mój numerek, oddzwonię po koncercie albo jutro, bo dzień mam ciężki, ciao.

Kopnęłam Zośkę jeszcze raz, dla pewności, że dotarło, Zoś szczęśliwa, J powiedział przecież, że jest "świetna", że się układa. Wyszła z lekkim serduszkiem.
Kwadrans później dostaję smsa "On powiedział, że się "docieramy" - to znaczy że nie jest mu ze mną dobrze i są jakieś tarcia?"
Kurtyna.

Zastrzegam, że mam zgodę Zośki na opisanie dramatycznej sytuacji i że w dni wolne od bycia zaświergoloną jest poważną, rozsądną osóbką, bardzo mądrą, na stanowisku itp. Zakochanie różne rzeczy robi ludziom w głowę, ale i tak polecam.

* stosowane kilka razy, działa bez pudła, polecam z zastrzeżeniem, że są osoby, ktore pytanie traktują poważnie nieświadome (albo udające, że wiedzą), co oznacza "petting" - z rozrzewnieniem wspominam zwłaszcza pewnego starszego pana, który stwierdził , że zdecydowanie trzeba petting zakwalifikować na lato, bo "w słońcu tak ładnie wygląda, kiedy panie nóżkami machają" - w efekcie burzy mózgów obstawiamy, że chodziło o gimnastykę artystyczną albo pływanie synchroniczne. Pan mnie podrywał bezczelnie w ogródeczku piwnym, więc mu się należało - żeby nie było że złośliwie atakuję pettingiem miłych staruszków, bo bez przesady.

Dorzucę tytułowy "PIEP". Pochodzi on z instrukcji pulsometru z opaską na klatkę piersiową, do nabycia w Lidlu. Cytuję - "[...] po opuszczeniu zakresu tętna zadzwoni sygnał "PIEP-PIEP...PIEP-PIEP...PIEP-PIEP". Jeśli pańskie tętno osiągnie 99% maksymalnego tętna, albo go przekroczy, zadzwoni alarm maksymalnego tętna "PIEP-PIEP-PIEP-PIEP-PIEP".

Kurtyna vol.2, miłego dnia Państwu, mnie ten dzien już zdążył osłabić, a jeszcze się porządnie nie zaczął. PIEP.

 

Apdejt  - dziś Dzień Kota jest, nie czy tak? Whatever, jest obrazeczek z cicikiem.
I może jeszcze ten, bez cicika.
Pora na mysi zastrzyk, trzymajcie kciuki, wrócę z ręką albo...albo z dwiema, o.

wtorek, 14 lutego 2012
Kamery, światła, akcja!

Granice żenady i robienia szopki zostały moim zdaniem przekroczone. Na widok wierszyków po prostu mnie zemdliło. Może powinno się skonsultować z psychologiem rodziców, którzy zmuszają dzieci do ich pisania i przekonują je, że "Magdusię zabiła mamusia" za co czekają ją "więzienne padoły".
Fragment o kochających rodzicach prowadzących dzieci przez tory też bardzo ujmujący.

Naprawdę cierpiącym, przeżywającym śmierć Magdusi serdecznie współczuję, to wielka tragedia. Mam nadzieję, że na co dzień też macie wielkie serca, pomagacie, wspieracie potrzebujących. Że nie odstawiacie pokazówki przed kamerami.
Pozostałym - hurt wam w detal, lansujący się na śmierci dziecka hipokryci robiący sobie pozowane rodzinne zdjęcia na miejscu tragedii, pchający się, żeby zaistnieć w mediach, a na co dzień nie dający złamanego grosza na to, żeby pomóc jakiemuś żyjącemu dziecku. Niech was czkawka wydusi.

Kilka dni temu matka urodziła i spaliła w piecu swoje dziecko, dziewczynkę.
Że co, że media się nie zainteresowały i żaden "detektyw" też nie?
A, to przepraszam, nie ma o czym mówić.

Przy okazji - polecam.

Co poza tym...Ach, tak, Walentynki mamy, wszystkiego najlepszego wszystkim zakochanym, tęcze, koziorożce i dużo rurzu. Zróbcie jakąś dobrą kolację - niezmiennie rekomenduję sushi - i zafundujcie sobie gorącą noc (do pierwszego "matei" - kto oglądał "Krwawy sport", ten wie), na otarcia reklamy polecały kiedyś Bepanthen, ale zwykły krem Nivea też daje radę. Tylko nie przesadźcie, bo skończycie jak u Bagiennego - niby romantycznie i we dwoje, ale pożytku z tego wiele nie będzie.

Nie ukrywam, jestem tak zirytowana i zniesmaczona szopką i zbiorową histerią, że trudno mi myśleć o czymkolwiek innym. Może pójdę pokiziać Mysz, czesanie uszek w jej wykonaniu jest bardzo kojące. Zakupiony wiszący domek jest trochę za duży, więc chwilowo służy jako wyszalnia na łóżku (wraz z szeleszczącym tunelem i innymi elementami toru przeszkód).

Idę się powkurwiać mobilnie, acz w trybie slow motion - połażę sobie po hacjendzie, poprzestawiam sprzęty i pomruczę inwektywy, o.

 

Apdejt - rurzowe wierszyki znalezione przez niezawodną Mouse - chusteczki dla wrażliwych są na ławie w saloniku, zapraszam.

poniedziałek, 13 lutego 2012
"Pada sobie śnieżek, pada sobie równo,

raz spadnie na trawkę, raz spadnie na...kamyk". O.
Pada, niestety, znów będzie pełno białego paskudztwa, nie lubię zimy, bardzo nie lubię. Wizualnie owszem, prezentuje się nie najgorzej, ale na całą resztę będę konsekwentnie kaszką pluć. Dzięki bogom zakupy zrobione i cały sprzęt do ćwiczeń mam w domu, bo nie wiem, czy przełamałabym się dziś, żeby wyjść choćby na osiedlową siłownię. Jest stanowczo zbyt biało.

Mam wrażenie, że na głównej mocno lansują ostatnio pana Rutkowskiego pisząc cokolwiek, byle napisać - zwłaszcza informacja, że o mało co nie wpadł pod samochód, ale jednak nie wpadł, uczyniła mój dzień wyjątkowym. Swoją drogą nie rozumiem, czemu nadal nazywają go detektywem, skoro nie ma licencji.

Zgodnie z deklaracją skonsumowałam wczoraj sushi w ilości nieprzyzwoitej. Po raz kolejny utwierdziłam się w przekonaniu, że sushi, wino, kocyk i film to dla mnie walentynkowy scenariusz optymalny.
Zaczęliśmy oglądać nowego "Conana", z uwagi na Jasona, oczywiście, ale nie zdzierżyłam, film jest przewidywalny do bólu. Młody wojownik (efekt błyskawicznej cesarki dokonanej mieczem na polu bitwy) od najmłodszych lat wykazuje się wielką walecznością i odwagą, macha mieczem jak stary, potem źli napadają i palą wioskę eliminując spośród żywych tatę wojownika, wojownik przemierza świat w konsekwentnym wkurwie poszukując wroga (w międzyczasie staje się śliczny i wykazuje, że jest hetero), w końcu go znajduje i wiadomo, że będzie rzeźnia, krew i limfa. Może kiedys skończymy.
Chciałabym, żeby ktoś zrobił dobre ekranizację "Kantyczki dla Leibowitza", mojej ukochanej "Cieplarni" i czegokolwiek, co napisał genialny Marek Huberath.

Nie mogę się skupić, wprawdzie dzień jest dla mnie wyjątkowy (zmiany, zmiany), ale nic wokół mnie samo sie nie zrobi - tymczasem siedzę i czytam, zamiast wziąć się za pisanie. Zrobię sobie nielegalną kawę mrożoną - co dziwne niezmiennie kawy nie cierpię, ale czasem doceniam działanie.

Obrazeczki potem, miłego dnia Państwu.

 

Apdejt - zapytam, bo się martwię, a może ktoś z Was coś wie. Pamiętacie Hiję? Zaglądałyśmy do siebie, komentowałyśmy, potem Hija zniknęła i nie wiem, dlaczego. Chcę tylko wiedzieć, czy jest cała i zdrowa, mogła przecież zniechęcić się do blogowania, zależy mi tylko na tym, żeby mieć pewność, że nic jej nie jest. Jesli ktoś wie, że Hija jest bezpieczna, to bardzo proszę o wiadomość.

Apdejt obrazeczkowy - dziś znów będzie romantycznie i praktycznie.

Apdejt Mysi - pierwsze robienie Myszy zastrzyku wyglądało tak, że ona w sumie nie za bardzo zauważyła, że coś się dzieje, bo akurat dostała okruszek chleba i zaangażowała się w działalność pyszczną. Nie jest źle, nadal mam ręce, może jutro też uda sie przetrwać.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 23