Tagi
squirk77@gmail.com
RSS
poniedziałek, 19 czerwca 2017
"Szparagi a zeby sprawdzic, czy sa swieze to potrzec je o siebie i jesli kwicza to brac smialo"

No, jestem. Rada dot. szparagów (z forum) pewnie już spóźniona ale jeśli nie to proszę korzystać.

Notkę zaczęłam pisać kilka dni temu ale potem mnie Trener porwał na oglądanie owiec i tyle z tego było. Owce bardzo ładne, kolorowo poznaczone na sempiternach i bardzo żwawe oraz o szerokich horyzontach - były wszędzie. No nic, obejrzeliśmy co tam było do obejrzenia (polecam Arboretum na cześć JFK i statek Dunbrody), spaliliśmy sobie nosy (upały są) i jestem.

Zacznę od tych zaległych kotów co je obiecałam bo kilka osób pytało a koty są miłe.
Pojechaliśmy zwiedzać twierdzę Tomar bo nie wypadało jej nie zobaczyć, po czym poszliśmy we czwórkę szukać obiadu i zetknęliśmy się z czymś, czego, jak nas zapewniano, w Portugalii nie ma i proszę się nie obawiać, wszystko będzie otwarte. Ze sjestą mianowicie. Była wszedzie, tzn. miasteczko wymarłe dokumentnie, mieliśmy szansę tylko na kawę co w upale sensu większego nie miało. W końcu w bocznej uliczce znaleźliśmy niewielką restaurację i strasznie się ucieszyliśmy, bo była otwarta a właściciel bardzo serdeczny. Tak wywnioskowaliśmy z tego, że się uśmiechał, bo po angielsku nie znał ani jednego słowa, na szczęście menu było z lengłidżem a syn nieco właściciela nieco angielskojęzyczny więc pokazaliśmy palcem które ryby chcemy skompromitować, ryby przyniesiono, zaczęliśmy się opychac jak jacyś sołtysi i wtedy usłyszałam pierwsze "mił".
W progu stało nieduże, rude kocię, bardzo puszyste i najwyraźniej głodne.
W pośpiechu wyszukałam w plecaku woreczek, woreczek dostał nazwę Kociwór, i jęłam deponować tam co delikatniejsze kawałeczki ryb pilnując, żeby bez ości, no bo to kocię małe przecież. Kociwór pęczniał, w końcu patrząc, czy właściciel nie widzi, poszłam i dyskretnie usypałam przy kocięciu rację żywnościową. Wtedy zaczęło pęcznieć i kocię.
Niestety właściciel usłyszał miauki i zaczął niebożę wypędzać, ale nie jakoś stanowczo, wrócił na zaplecze a ja usłyszałam kolejne "mił", takie bardziej piskliwe, obejrzałam się i niemal zasłabłam bo obok kocięcia pierwszego stało drugie, maleńkie jak dłoń, puchate jak bazia, czarne, śliczne i żywo zainterowane pęcznieniem. Poleciałam karmić mimo syków otoczenia, że co ja gupia robię, zaraz nas stąd wypędzą. Na szczęście właściciel nadal na zapleczu, kocięta pęcznieją, ja cała zadowolona bo nikt nie widział, konspiracja i czujność górą, zjedliśmy, zbieramy się.
I wtedy podchodzi do nas właściciel z talerzem pełnym rybich szczątków, śmieje się a jego syn mówi, że skoro tak lubię karmić koty to oni przygotowali trochę jedzenia ale niech je kotom dam kawałek dalej żeby się nie przyzwyczajały do restauracji bo nie wszyscy goście je lubią.
Tak oto skompromitowałam siebie i rodaków w Tomar. Kotów tam bardzo dużo więc jeśli ktoś chciałby iść w moje ślady to znajdzie wiele obiektów zainteresowanych. Proszę zabrać Kociwór.

Co poza tym. Jakiś czas temu zadeklarowałam uroczyście, że nigdy nie polecę samolotem bo się boję a Ameryki nie ujrzę na oczy bo tam albo strzelają albo wzywają prawników i tyje sie od samego patrzenia na jedzenie.
W życiu się tak nie pomyliłam, jak się okazało. Trener serdecznie wyśmiał moje obawy, zarezerwował bilety na lot do sąsiadów i kilka tygodni później, blada i drżąca, przepiszczałam nerwowo 40 min lotu do Szkocji. Prawdopodobnie jestem jedyną osobą która przeżywała turbulencje jeszcze na ziemi. No a potem to się zaczęło na poważnie i w końcu musiałam jechać do ambasady z podaniem o wizę bo jak wiadomo w tej Ameryce, co to miało mnie tam nigdy nie być, chcą wizy.
Zrobiłam stosowne zdjęcia dowizowe na których wyglądałam blado, wielkooko i z takim śmiesznym ryjkiem. Trener mnie dopadł w drodze do domu i pyta, co mnie tak martwi. Więc mówię:
 - Zdjęcia zrobiłam. Jestem blada, mam wielkie oczy i zmartwiony, śmieszny ryjek. Wyglądam jak strapiony ryjkonos...
 Na co Trener, współczująco:
 - No tak, tak...A na zdjęciach jak wyszłaś?
Uduszę go kiedyś.

Podsumowując - byłam (m.in.) w Ameryce, jest bardzo wielka, prześliczna i nikt nie strzelał. Zrobiłam wiele pieknych zdjęć i jeszcze więcej mniej pięknych. Rozważam założenie blogaska ze zdjęciami, trochę tego jest, Ktulu i Mysza zwiedzili kawał świata, dołączyli do nich Hamsta i Kaczka dla Psów. Właśnie do mnie dotarło jakie mam zaległości w blogowaniu i ile się u mnie pozmieniało, orrany.

Za Myszami tęsknimy ogromnie.

Jeśli macie jakieś pytania nie krępujcie się i pytajcie, odpowiem w następnej notce, wiem, że długo mnie nie było i mam tyle nowości do opisania że nie wiem, od czego zacząć. Pozdrawiam, miejcie Państwo udaną resztę dnia.

PS. Przypomniało mi się jeszcze - czekamy na lotnisku w Dublinie, lot do Krakowa, kolejka pod bramką już się ustawia, przy nas dwie rodziny rodaków z otroczkami. U boku rodziców igra zabawką dziecię płci żeńskiej, zauważyła to dziewczynka z drugiej rodziny i zaczęła się zaprzyjaźniać. Dziewczynki się bawią, z zadowoleniem przyglądają się temu obie rodziny stojące obok siebie, w końcu ojciec dziewczynki nr 1 uznał najwyraźniej, że głupio tak nic nie powiedzieć, ładnie się dzieci bawią, trzeba zagaić. Odwraca się więc do rodziców dziewczynki nr 2, uśmiecha się i rzuca:
 - No dzień dobry, państwo też do Krakowa?
Mieliśmy łzy w oczach.

sobota, 23 lipca 2016
Na chwilę bo ciągle gdzieś latam.

Siedzieliśmy z Trenerem Osobistym przed monitorami. W którymś momencie wstałam z wyraźną niechęcią i Trener zapytał, skąd niechęć. Wyjaśniłam, że umyłam drób, drób ów czeka w kuchni i trzeba go wyluzować. Trener zaproponował, że sam to zrobi bo umi.
Bardzo mnie to zaskoczyło bo od tej strony małżonka nie znałam a wyluzowanie drobiu wymaga jednak pewnych umiejętności o które Trenera - skądinąd genialnego - nie podejrzewałam.
Polazłam więc za powyższym do kuchni żeby zobaczyć, jak wygląda luzowanie drobiu w wykonaniu Trenera.
Trafiłam na moment, w którym Trener ze zblazowana miną pochylał się nad drobiem mówiąc "Wyluzuj, stary, życie nie jest takie złe."


Co poza tym.
Przyjechał Pan Tesco, rozpakował zakupy (bardzo dużo owoców i warzyw, soki, mleko, zioła itp, generalnie szalenie zdrowe wszystko), popaczył je z aprobatą i mówi "Widać, że dbasz o ciało które dał ci Bóg. Niech błogosławi ciebie i twoją rodzinę" i poszedł a ja zostałam z wielką donicą mięty (w dłoniach) i stuporem (wszędzie).
Oraz chorowałam, potem chorowałam, potem byliśmy Zagranico (i nastąpi wpis o tym, jak się skompromitowałam przy kociętach, obiecałam i napiszę, ale wstyd jak beret, naprawdę, strasznie mi głupio) a potem chorowałam i jeszcze mi nie przeszło ale generalnie wracam do życia. Dziękuję za wszelkie pacanie łapkami, bardzo jesteście cierpliwi (a ja w kiepskiej formie więc tym bardziej doceniam). Uściski dla Was, bardzo doceniam i dziękuję.

PS. Zapomniałam raz Zagranico o filtrach i wyszłam na miasto, wyglądałam potem przez dłuższy czas jak bardzo stary jaszczur. Obecnie jestem po prostu dwukolorowa.



poniedziałek, 04 stycznia 2016
"Koło życia człowiek produkuje ścieki i metale ciężkie - omułek wpiepsza to i jest zdrowy"
Tak to w wodzie wygląda, omułek to zagadkowe stworzenie. No ale nie o tym miałam.
Niezmiennie chora jestem i końca tego nie widać. Dopiero dziś odzyskałam głos. Nie żeby mi się teraz podobał, straszliwie skrzeczę, no ale jest. Poza tym jest kiepsko jednak i zdaje się, że pomiędzy wieloma rzeczami, które zgubiłam, jest odporność. Jeśli ktoś wie jak ją odzyskać będę wdzięczna za porady.
(Czosnku spożyłam ostatnio tyle, że Irlandia jest bezpieczna i wampiry nie mają szans, nie ma za co.)

Postaram się napisać Wam w ciągu dnia czy dwóch o grzybach.
Albo piepszu.
Poważnie, piepszu.
Albo dezabilu.
No, coś wybiorę.

Wracam być chora i skrzeczeć na świat. Mam do nagrania filmik z Kaczką dla Psów i Wibrującym Hamstą (dobrzy źli ludzie robią miłym skrzeczącym ludziom prezenty i potem ci skrzeczący trochę płaczą i chcą zrobić filmik) ale nie będę przed Was wyskakiwać z całym tym skrzeczeniem.
PS. Bardzo dziękuję za wszystkie życzenia, postaram się spełnić większość, te ze zdrowiem, szcześciem i Myszami espeszyli. Miejcie fantastyczny, udany, pełen różnych dobrości rok i niech Was nikt nie wku...nie drażni. Niech Was nikt nie drażni.


Tagi: aciu!
02:56, squirk
Link Komentarze (25) »
czwartek, 24 grudnia 2015
Hoł hoł...aciu!...hoł.

Nasza rodzina powiększyła się - Trener przyniósł z pracy miłego, nieśmiałego wirusa. Najpierw trzymał go tylko dla siebie ale w końcu podzielił się ze mną i stracił wszelkie zainteresowanie nowym członkiem rodziny zostawiając mi wszelkie przyjemności związane z jego obecnością.
Aktualnie siedzę jak zombie i zastanawiam się czy da się wykaszleć sobie płuca.
A jutro jedziemy być goszczeni przez bardzo miłych ludzi. Obym ich nie zaraziła.

Wszystkim zaglądającym życzę miłych, ciepłych dni, zjedzcie furę mandarynek, w Święta człowiek składa się w 65% z mandarynek, to pewne. I nie chorujcie. Wszystkiego dobrego.

 

PS. Żywię coś w rodzaju niechętnego podziwu dla zmysłu praktycznego pana kierownika polskiego sklepu w Dublinie. Mianowicie pan kierownik:
 - zrobił zapisy na karpia (na sztuki) i pobrał przedpłaty
 - zamówił największe karpiozaury jakie ten świat z wzajemnością oglądał
Zamówiłam dwie rybki i zastanawiałam się przez chwilę czy nie zamówić jeszcze jednej ale coś mnie tknęło i nie zamówiłam. Kiedy mi wczoraj Trener Osobisty, wesół czegoś, dostarczył dwie smukłe rybeńki po 2,5 kg każda myślałam, że tu kota dostanę. Mam aktualnie bardzo dużo zamrożonego karpia i jeszcze więcej współczucia dla pani, która przy mnie zamówiła 6 karpi bo ma "liczną rodzinę". I dla tej rodziny.

PPS. Dwa dni temu Trener Osobisty poszedł do sklepu zapytawszy mnie uprzednio co mi kupić.
Zarzęziłam wdzięcznie że coś miękkiego bo mnie gardło boli.
Dostałam dwa kurczaki, klej "Kropelka" i marynowane podgrzybki.

Czyli u nas wszystko w normie czego i Państwu życzę.

poniedziałek, 07 grudnia 2015
"Na wsi zawsze było ciężko, w d....e mają tam Chanel i kolorystykę na jesień"

Taka sytuacja. Wsi współczuję, co to za życie bez Szaneli.

Miało być o jeżach i o tym, że niektórych jeży jest więcej, niż innych.
Może Państwo pamiętają że ponad rok temu temu coś mi na mózg najwyraźniej padło i założyłam na FB grupę, ot tak, dla żartu oraz kilku osób. Osób zrobiło się kilkadziesiąt a żarty nadal są naszą mocną stroną.
Z jeżami zaczęło się tak, że kolega M. (pozdrawiam) wrzucił kiedyś obrazeczek z jeżem. Jeża było bardzo dużo i, prawdę mówiąc, w życiu nie widziałam aż tak dużo jeża w jednym osobniku.
Skomentowaliśmy jeża grupowo. Że taki, prawda, konkretny, że dorodny. Dobrze odżywiony. Ma grube kości. Zażywny. Przy sobie.
W końcu napisałam że ojej, jaki tłusty jeż.
Kolega M. (pozdrawiam) zareagował oburzeniem. Że jak tak można o jeżu, że to po prostu zadbany jeż. Jeż sukcesu.
Stanęło na ugodzie i doszliśmy do porozumienia w kwestii jeży - mianowicie niektóre jeże są tłuste i nic się na to nie poradzi. Dla równowagi inne jeże tłuste nie są.
Od czasu do czasu wrzucane są w Grupę obrazki z różnymi zwierzątkami.
Nie muszę chyba dodawać że komentarze w rodzaju "o, tłusty jak niektóre jeże!" są na porządku dziennym.

Co jakiś czas zamawiam zakupy z dostawą do domu bo to wygodne oraz być może kiedyś wreszcie dostarczy je Tom Hiddleston (teraz zamawiam soki w mniejszych opakowaniach, dla dobra Toma).
Kilka tygodni temu zakupy dostarczył miły pan w wieku średnim. Bardzo energiczny, wesoły, sporo mówiący i żywo zainteresowany dobrem klienta. W którymś momencie uświadomił sobie że o, klientka z zagranicy i zapytał która to zagranica.
Wyjaśniłam, że jestem z Polski.
Pan doświadczył nagłego ataku euforii, uśmiechnął się szeroko, zrobił krok w tył i głosem bardzo gromkim wykrzyknął:
 - Czeszcz! Dowicenia! Jakszemasz! Oku*wa!
Mowę mi odjęło a pan wyjaśnił, że ma w pracy kolegę z Polski i ten kolega go stopniowo uczy polskiego i że polski to bardzo trudny język ale podoba mu się, nie wie tylko, który ze znanych mu już wyrazów jest "brzydki" i nie wypada go stosować a kolega nie chce mu powiedzieć i sobie żartuje.
Moja wewnętrzna świnia podpowiadała żeby powiedzieć że "jak się masz" to klątwa i inwektywa zarazem ale się powstrzymałam i wyjaśniłam jak się rzeczy mają.
Pan rzucił jeszcze kilka "czeszczów" i, bardzo z siebie zadowolony, odjechał. Jeśli ktoś z mieszkających tu rodaków spotka pana "czeszczącego" proszę pozdrowić od klientki z Kilmainham.

Obiecałam Toroj na Fanpejczu że napiszę o PKS-ie czyli Pierwszym Kocie Sąsiedzkim.
Z tydzień temu miała miejsce taka sytuacja że myślałam, że się zmikczę. Stoję sobie mianowicie w oknie i co ja paczę - idzie PKS ale nie sam, towarzyszy mu równie piękny i dorodny (jak niektóre jeże) biało-rudy kot.
Koty szły z godnością. Co kilka metrów PKS zatrzymywał się, mówił "mił" a wtedy biało-rudy zatrzymywał się także, rozglądał po czym też mówił "mił". Sytuacja powtórzyła się przy każdej klatce schodowej, przy ławkach i krzaczorach rozmarynu, zaprezentowano Murek do Czajenia się na Sójki, Klomb do Leżenia Na i inne Ważne Miejsca. Było "mił", oglądanie obiektu prezentowanego i "mił". I wtedy dotarło do mnie, że jestem świadkiem jak PKS, specjalista od PR-u, oprowadza gościa po osiedlu i pokazuje mu to, co uważa za godne zainteresowania. Wyglądało to bardzo poważnie i głupio mi, że tak kwiczałam zza firanki. Poza tym PKS niezmiennie w formie, siedzi na murku a czasem atakuje przechodzących ludzi - biegnie w ich stronę z rozwianym wąsem, rzuca się na grzbiecik 2 metry od człowieka i czeka. I się doczekuje.

Miłego dnia Państwu, idę być produktywna gdzie indziej, obrazeczki wrzucę jak tylko jakieś znajdę, szukałam ale straszne puchy dziś.

PS. Mam za oknem sypialni bardzo nieśmiałego pająka. Wisi sobie na pajęczynie i robi nic ale kiedy podchodzę błyskawicznie się podciąga i znika gdzieś w górze, kiedy odejdę od okna wraca, i tak w kółko. Jeszcze nie ma imienia, muszę się zastanowić.

piątek, 04 grudnia 2015
"Nie lubię sytuacji, jak już zjem bigosik i mi trochę chlebka zostaje"

Tytuł wypatrzony na jednym forum, wahałam się między nim a "przepisy dla cieci propozycje" ale akurat byłam głodna i bigosik wygrał.

Poza tym co
 - jestem w żałobie, straciłam dziadka więc proszę się po mnie szaleńczej aktywności nie spodziewać, dziadek bardzo chorował i dobrze, że już nie cierpi, ale smutno mi bo to bardzo dobry dziadek był
- byłam na chwilę w szpitalu i znów będę, bardzo sympatyczny szpital tu mają, ale, że tak powiem, nie tęsknię
 - naderwałam sobie w łydce prawej nie wiem co, ale boli, i dokładnie wtedy, kiedy uznałam, że dość tego opierniczania się, wracam do treningów
 - Trener Osobisty nigdzie ostatnio nie poleciał ale jak lata to potem dostaję perły i wielkie słoje słodyczy (które potem zjada nasz kolega, bardzo uprzejmy młody człowiek) więc jakoś powoli przywykiwam (jeśli nie było takiego wyrazu to już jest)
 - nadal nie mam Myszy ale mam mieć - są mi obiecane, muszę tylko wcześniej odbyć z Trenerem Urlop Trenera bo jest mu obiecany.
Generalnie nie mam weny nadal ale nie jestem martfa, cbdo.

Rozważam pisanie notek krótkich ale za to codziennych (albo prawiecodziennych), to chyba lepsze niż piśnięcie raz na sto lat.

Miało być o tym, czy gołębie jedzą.
Jakiś czas temu pod Lidlem na Wieprzowej (której, jak Państwo może pamiętają, nie ma) rozegrała się scenka która raz na zawsze zmieniła moją wiedzę nt. diety gołębi. Nie żebym była znawczynią - ot, jedzą jakieś ziarno czy kawałki chleba, jeden kiedyś skubnął moją koleżankę ale generalnie ludzi jednak nie jedzą.
Otóż nastąpiło kolejne ze Spotkań z Rodakami.
Pod sklepem igrała para otroczków, obok stał tatuś z tzw. fajkiem, sporadycznie na dzieci zerkający, małżonka zapewne robiła zakupy. Czekałam na taksówkę i, nie będąc głuchą, słuchałam kątem ucha o czym też sobie dzieciątka konwersują. Poza standardowymi "kto skacze i trafi na linię ten debil" padło w którymś momencie "O, gołąb!" - i rzeczywiście, na chodniku pojawił się dość dorodny* przedstawiciel gatunku i zaczął coś dziobać. Otroczki przerwały to, czym się zajmowały, i zainteresowały się ptaszyną.
 - Co on robi? - zapytało dziecię młodsze
Starsze spojrzało z pogardą i mówi - Ty ślepy jesteś i nie widzisz, że je?
 - Gołębie nie ją. - orzekło stanowczo młodsze
 - Nie mówi się "ją" tylko "jedzą", debilu. - uprzejmie poinformowało dziecię dłużej przez życie doświadczane
 - Właśnie, że ją!
 - Nie ją!
 - Ją!
Potrzebny był rozjemca. Otroczki zgodnie odwróciły się do tatusia który kontemplował akurat ekran telefonu.
 - Tata! Czy gołębie ją?
 - Co?
 - No czy one ją, te gołębie?
 - Co? A, nie, nie ją.
Po czym tatuś wrócił do lektury ekranu, otroczki do oglądania gołębia który konsekwentnie się opychał nieświadom faktu, że nie powinien, a ja bardzo radosna wsiadłam do taksówki i tylko dwa razy się machnęłam nawigując pana kierowcę, w sumie udany wieczór.

Kolejne dwie Rodaczki, bardzo mi miło, spotkałam ze dwa tygodnie temu.
Zacznę od tego, że nie jestem w najmniejszym nawet stopniu fanką mody, ciuch ma być cały, czysty, pasować i podobać mi się. Założenie spełniają lekko dzwonowate dżinsy, bojówki, tiszerty i inne takie.
Otóż idę sobie aleją bardzo rzetelnie wysypaną liśćmi (jak tylko się ucieszyłam, że o, jak pięknie, kolorowo i jesiennie to na drugi dzień było po liściach, pff) odziana, jak to ja, w dżinsy zwyczajne i zupełnie gładkie, sweter, kurtkę, plecak, buty, zapewniam, też miałam, całość bardzo prosta i bez fajerwerków. I nagle, co ja paczę, idą naprzeciwko mnie dwie panienki w wieku lat może 18-20 odziane bardzo odmiennie od skromnej mnie. Mianowicie pomijając jednakowe, różowe kurtki i małe torebunie z futerka panienki miały na sobie coś, czego powodu stworzenia nie zrozumiem nigdy, mianowicie dżinsy pocięte w poprzek na mnóstwo wąskich pasków, takie poszarpane w celu uzyskania efektu "kawałek nogi-kawałek portek-kawałek nogi" itd. Październik był, przypominam, do tego na jedną z panienek uprzejma natura zużyła szczególnie dużo materiału więc skojarzenie nóżek z baleronem samo się niestety nasuwało i powinno się wstydzić.
Z okrzyku "O ku*wa!" kiedy jeden z liści, jestem pewna, że bez złych zamiarów, spadł na głowę panienki dorodniejszej wywnioskowałam, że mam do czynienia z krajankami. **
Minęłyśmy się z pewnym trudem bo liści było mnóstwo i trochę się człowiek nabrodził ale nie umknął mi pełen pogardy wzrok, jakim Dorodniejsza obrzuciła moje odnóża spowite w nudne, całe dżinsy.
Panienki przeszły a za mną rozległo się wypowiedziane głosem bardzo dumnem:
 - Widac że moda z wielkiego świata jeszcze tu nie dotarła...

Tym samym zyskałam wiedzę o modzie z wielkiego świata oraz nadzieję, że nigdy mnie wyżej wymieniona dotyczyć nie będzie.

Jak widać żyję i nadal potrafię pisać, zamierzam z tej umiejętności korzystać w miarę regularnie.
Potem dorzucę jakieś obrazeczki, na razie znalazłam tylko smutną prawdę o życiu oraz warzywo z rodziny psiankowatych (dedykuję je koleżance Foce i pozdrawiam). Trener właśnie wrócił i wyznał, że kupił mi cebulę dymkę, idę wyjaśnić tę kwestię, miłego wieczoru.
PS. Ludzie ją cebulę dymkę, wiem na pewno, więc się nie zmarnuje.

 

* - tłusty był jak niektóre jeże - do kwestii jeży i ich gabarytów odniosę się w następnej notce

** - tak, mnie też się od razu skojarzyło z takim ciastem w kawałkach. Słodkie, gły.

sobota, 13 czerwca 2015
Miał wróbelek Elemelek

...kompletny brak weny oraz lekki wku...niech będzie, że wkurz, bo nie dość, że mu Trener na okrągło wylatał to jeszcze sam, wróbelekself, miał lecieć wkrótce a tak się złożyło, że był nielotem.
Nie mam weny i jest mi takse (oraz brak Myszy) - to nie znaczy że o czytelnikach nie myślę i ich lekceważę bo absolutnie nie i nigdy w życiu. Mam do dopracowania ambitniejszą notkę, mam o czym pisać ale nie mam, że tak powiem, pałeru.

Widziałam dziś w Lidlu panią w moim mniej więcej wieku (czyli strasznie młodą i tego sie trzymajmy) która miała pomalowane tylko jedno oko. Tym samym tytuł Najbardziej Roztargnionej uroczyście przekazuję Pani w Niebieskiej Kurtce i z Trzema Butelkami Wina w Koszyku. Pewnie się jej przydały kiedy wróciła do domu i odkryła swoje drobne niedopatrzenie.

To może ja się jakoś później odezwę.

PS. Jakże się Państwu podoba kampania "Fundacji Taty i Mamy"? Nie decydujecie się na dziecko bo dopracowujecie szczegóły wystroju przeszklonej willi za ca 2 miliony PLN czy szalejecie po Paryżach i Tokiach?
Podziękowania dla Szyszki za link.

wtorek, 05 maja 2015
"Współczesnym mężczyzną w dupach się poprzewracało z wygodami i strefą komfortu"

Tak pisze jeden pan i ja mu wierzę na słowo bo czemu nie.

Co u Państwa? Tutaj wiosna i szparagi.
I brak Myszy, niestety.
Poinformowano mnie dziś, że jeśli na pytanie "Co u Ciebie?" nie przestanę odpowiadać "Chcę Myszy." to wszyscy sobie ode mnie pójdą i więcej nie wrócą. Sama uważam, że póki nie odbieram z tym tekstem telefonów wszystko ze mną w porządku a jak ktoś sobie ode mnie pójdzie to tylko po to, żeby mi przynieść Myszy. Bardzo tęsknię.
A poza tym życie toczy się dalej, m.in. na przykład śpię i mam sny.

Śniło mi się, że zakupy z Tesco przywiózł mi Tom Hiddleston.
Wszedł, rozpakował, zrobiło mu się słabo i zemdlał.
Leży tak a ja myślę - "Cholera, niepotrzebnie zamawiałam napoje, ciężkie są, uszarpał się chłopak a chudy jest przecież, to za wiele dla niego po prostu".
I co teraz - nie zadzwonię na pogotowie bo jak powiem, że Tom Hiddleston przywiózł mi sok i mleko i zemdlał z wysiłku to sobie tam odeśmieją tyłki przecież. Muszę sobie radzić sama.
Na szczęście przypomniało mi się, że gdy chodzę po parkiecie w puchatych skarpetkach i szuram to się naelektryzowuję i gdy potem kogoś dotknę to przeskakuje iskra. Wpadłam więc na genialny pomysł że po prostu porażę Toma wytworzonym metodą skarpetkową prądem i on wstanie, oczywiście.
Jęłam bezzwłocznie szurać wokół Toma Hiddlestona.
Szuram, szuram, w końcu uznałam, że wystarczy. I zrobiłam Tomowi "poom!" palcem w nos. Przeskoczyła wielka iskra i Tom się zerwał, oszołomiony, i pyta, co się stało.
Więc tłumaczę że to przez sok w kartonach o pojemności 1,5 litra.
Na co Tom że ach, tak, są z tymi sokami kłopoty, dostawcy co chwilę przez nie mdleją. I pyta jak może mi się odwdzięczyć za uratowanie mu życia. I czy może być kupon zniżkowy na pojemniki do przechowywania żywności.
Dostałam ten kupon, Tom się ładnie pożegnał i sobie poszedł. Patrzę przez okno - no bo taka okazja, wiadomo, nie każdego dnia przecież Tom Hiddleston dostarcza człowiekowi marchew i chusteczki. I co ja paczę - z klatki budynku naprzeciwko wychodzi, z pustym wózkiem Tesco, Richard Armitage.

Takie mam sny.

Poza tym Szyszka pokazała mi filmik z pijaną wiewiórką i trochę się o nią martwię (o wiewiórkę, Szyszka sobie radzi) bo taką pijaną (nadal wiewiórkę) to pewnie łatwiej upolować (Szyszka już upolowana zresztą, mężowi gratulujemy), prawda? W związku z tym rozważam zmianę kierunku mojej kariery, odszukanie tej i innych nietrzeźwych wiewiórek, nacieranie ich śniegiem, oklepywanie plecków a potem robienie awantur w rodzaju "Jak cię matka wychowała! Cały las patrzy a ty co! Znów pijana! Koniec z jabłkami, od dziś tylko orzechy!" Myślę, że doskonale bym się sprawdziła.

Btw - wiedzieliście że myszoskoczki to inaczej suwaki? Ja nie wiedziałam. Wizja kurtki z suwakami, wesołymi i popiskującymi coś do siebie, bardzo mi się podoba.

PS. Taki wywiad mili ludzie podesłali że mam łzy w oczach - proszę. Fragment:
"- Jesteś trochę jak Bóg?
- Trochę tak, jestem mocno wierzący, ale jestem synem szatana….
- Czym jesteś… synem szatana?
- Tak, tak jakoś wyszło.
- O czym Ty mówisz?
- Nie mogę powiedzieć, ale jestem synem szatana."
po prostu pozamiatał mną parkiecik.

Miłego dnia Państwu, idę sobie kupić szparagi. Chyba, że gdzieś niedaleko jest zoologiczny, wtedy różnie może być. Bez sensu jest nie mieć Myszy.

Tagi: bezmysze
16:32, squirk
Link Komentarze (14) »
poniedziałek, 27 kwietnia 2015
To kwi or not to kwi.

No wrócił, wrócił, dość tego rozbijania się po Amerykach.
Zwłaszcza, że bardzo szkodzą na zmysły. Czy wasi mężowie też tracą na wyjazdach wzrok i czucie w palcach?
Bo Trener pogłaskał mnie czule po łebku, złapał w dłoń mój kucyk (o wiele mniej kucyka niż kiedy wyjeżdżał, wcześniej kategorycznie zabraniając mi obcinania włosów) i zapytał "Co to jest?!"
Otóż jest to, mój drogi, wyłącznie Twoja wina bo gdybym nie musiała tu siedzieć przez prawie dwa tygodnie sama jak palec albo cośtam tobym nie szła podcinać końcówek (o ca 15 cm) i pasemek też bym nie robiła.
Pasemka także zauważył ale też po swojemu, mianowicie przyjrzał mi się uważnie i powiedział:
 - Ładnie wyglądasz, tak pasiaście...Jak warchlak.
Co jest oczywiście nieprawdą gdyż wyglądam raczej jak mysz berberyjska.

W każdym razie wrócił i przywiózł mi znaczącą część asortymentu sklepu firmowego MAC a ja chyba oszalałam z tej samotności bo się ucieszyłam zamiast zrobić histeryczną scysję z powodu tego prezentu który jest przecież oczywistym komunikatem "Okropnie wyglądasz, masz tu, zrób z tym coś!"
No ale już przepadło, jak się ucieszyłam to nie będę teraz w histerię wpadać. Trudno, będzie na następny raz.
Gdyż znów będę miała okazję wkrótce. Konkretnie to za miesiąc. Trener leci do San Francisco, znów, za miesiąc.
Nikt mnie nie uprzedził że po latach związek wygląda tak, że kobieta siedzi w domu a jej amore wpada raz na jakiś czas po gitarę, chwilę się pokręci, śmieci wyrzuci i wziu.
Zastanawiam się czy nie polecieć z nim. Chyba, że te konferencje i szkolenia to tak naprawdę kochanka, no to wtedy wiadomo, że nie wypada tak we dwoje.

Tęsknię za Myszkiem i mam dość bezmyszości w domu, aktualnie jestem na takim etapie że najchętniej wpadłabym do zoologicznego i wyniosła w objęciach wszystko, co puszyste, z ptasznikami włącznie. Niestety na razie nowe Myszy nie wchodzą w grę bo czeka nas kilka wyjazdów a nie zostawię w zwierzęcym hotelu młodziutkich, w połowie oswojonych piszczydeł.

Przeczytałam wczoraj o rozbrajającym pomyśle podmienienia w WC odświeżacza na klakson na sprężone powietrze, bardzo głośny, i śmiałam się tak że mi coś strzeliło w dolnych partiach pleców i boli do dziś. Co nie jest takie złe nawet bo mogę oficjalnie nic nie robić jako nieszczęsna bidusia, piję herbatę i gram na telefonie w Polski Fight - wszystkim wpierniczyłam i od razu mi lepiej.

Obiecałam koleżance A. że opiszę scenkę rodzajową z udziałem dziecięcia której byłam świadkiem kilka dni temu.
Poszłam otóż po faszerowane papryczki do sklepu na ulicy Wieprzowej...

...i tu muszę przerwać i wyjaśnić, że w Dublinie nie ma ulicy Wieprzowej i to, co (będąc już strasznie starą i ślepą, jak wiemy) brałam za fantazyjny napis Pork Street ma tak naprawdę C zamiast P. Cork Street. Nie Wieprzowa, na pewno.
Przepraszam wszystkich których przez ponad rok z najlepszymi intencjami kierowałam na Wieprzową - mam nadzieję, że jakoś się domyśliliście.
(Za to rzeźnik jest w Alei Szpiku Kostnego.)

W każdym razie poszłam po te papryczki, w sklepie jak zwykle wesoły gwar, ludzie spokojnie wybierają, kupują i nagle o ja pierniczę jaki wrzask. Przed koszem z jakimiś promocyjnymi zabawkami stoi dziewuszka o bardzo zdrowych płucach i drze się z ogromnym zaangażowaniem.
Do dziewuszki przyskoczyła mamusia i zapytała rzeczowo czystą, dźwięczną polszczyzną czy ma jej dać klapsa za wrzaski w sklepie. I zasugerowała żeby się młodzież uspokoiła bo żadnej zabawki i tak nie dostanie bo mamusia nie ma pieniążków. W koszyczku mamusi leżała butelka wódki, wino i jakieś inne drobiazgi, pewnie nietanie więc nic dziwnego, że jakieś jeździdełko za głupie 4 euro było poza finansowym zasięgiem mamusi.
Do nieletniej dotarła dziejąca się oto niesprawiedliwość bo przerwała koncert, nabrała powietrza w płucka i ryknęła przejmująco:
 - A na wódkę to masz!
Sądząc po licznych heheszkach wokół Polaków w sklepie na Wieprzowej Cork Street było tego dnia wielu.
Zmieszana mamusia wyjęła z koszyczka wino i wrzuciła tę nieszczęsną zabawkę. Miło.

Czy można śmiechem złamać sobie tyłek? Poszłabym miętosić Pierwszego Kota Sąsiedzkiego ale nie wiem czy dam radę wyjść. Czuję że sobie jeszcze kilka dni pokwiczę przez te plecy.
(Czyli odpowiedź na pytanie w tytule postawione tak śmiało brzmi chwilowo "to kwi".)

wtorek, 21 kwietnia 2015
Już pięć dni

bez Myszy - napisałam o niej na Fanpejczu bo na notkę jakoś się nie mogłam zdobyć.
Smutno, bardzo smutno, tęsknię za moim puchatym Piszczydłem. Pociesza mnie tylko to że sobie spokojnie zasnęła w mojej dłoni, po prostu się Myszek wyłączył po kwadransie głaskania i opowiadania jej jak bardzo ją kochamy i jak jesteśmy wdzięczni.

W zeszły weekend do Trenera, mającego tydzień później lecieć na szkolenie do Kalifornii, zadzwonił radosny jak szczygiełek szef i mówi że jego żona za dwa tygodnie rodzi (wcześniej nie wiedzieli że ma rodzić? może ich nikt nie poinformował że tak się zdrowa ciąża kończy, słabo z tą edukacją w USA), i on chce przy tym być. Więc pomyślał, że zacznie to szkolenie tydzień wcześniej i że w tej sytuacji może by Trener przełożył lot na...powiedzmy...na następny dzień.
Czyli na za kilkanaście godzin.
Szlag mnie od razu trafił bo po co czekać, raz odbębnię i będzie z głowy, a Trener, cały ambitny i wesolutki, (przygoda! latanie! bogowie, jakżeż można lubić latać, no nie rozumiem) przełożył wszelkie rezerwacje i poleciał.
Więc byłam przy Myszy sama ale poradziłyśmy sobie ze wszystkim aż do końca.

Bardzo mi takse. Od 4 dni nikogo nie głaskałam, nie rozpieszczałam i nikt nie kradł mi sera z kanapki.
(Powyższa informacja nie stanowi oferty w rozumieniu art. 66 kodeksu cywilnego.)
Trener obiecuje że niech tylko wróci to prędko sera na kanapce nie zobaczę ale wiadomo że to nie to samo.
Yh.

PS. "Zapomniałam ci córeczko powiedzieć że dzwoniła babcia i mowiła że kuzynka K. ma już trzecie dziecko, no fakt że każde z innym panem ale dziecko to dziecko, zawsze radość w rodzinie, no i pyta kiedy wy się zdecydujecie bo to już dawno pora...I tak się zastanawiam czy nie powiedzieć tego co ty zawsze w takich chwilach mówisz - że urodziłaś ale oddałaś do adopcji bo było rude. Tylko może wtedy jej powiem jak do mnie przyjdzie i będzie akurat coś jadła..."

Przynajmniej z genami wszystko w porządku.

PPS. Bardzo Wam dziękuję za wsparcie dla Panny Futerko i dla nas, proszę o kciuki za szczęśliwą podróż Trenera, niech już do mnie wraca bo się tu zakwiczę.

Tagi: myszy
21:12, squirk
Link Komentarze (17) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 53