Tagi
squirk77@gmail.com
RSS
wtorek, 31 stycznia 2012
Notka awaryjna.

Ponieważ blox od dwóch dni loguje mnie, pozwala zamieścić komentarze Wasze, ale moich już nie, bo hasło (to samo, chwilę wcześniej zaakceptowane) "jest nieprawidłowe" nie mogę skomentować u siebie ani u Was, co nie znaczy, że nie czytam, bo czytam i nic się nie zmieniło. Mam nadzieję, że w administracji pracuje ktoś techniczny i da radę coś z tym zrobić, jeśli nie to w ciągu kilku dni przeniosę bloga gdzie indziej, bo ileż można. Póki co jestem gdzieś w tle, biegam, jeżdżę do BWO, karmię Koty, a notkę napiszę jak wrócę i skończę litanię przekleństw pod adresem nowego obuwia (ale i tak warto chodzić na wysokich obcasach).

 

Apdejt - chwilowo komentarze banglają, zachowam tę chwilę we wdzięcznej pamięci, bo pewnie się spieprzy niedługo.
Piekę największe brownie w mojej karierze i jadę umilać czekoladowo i orzechowo życie personelowi szpitala, BWO ma się coraz lepiej i zaczęła nawet mieć życzenia jedzeniowe, jesteśmy zachwyceni, jest dobrze.
Macie superskuteczne kciuki, aż żal oddawać.
Do zobaczenia później, wrócę, jeśli mnie znów ktoś nie porwie, i może tym razem wyjątkowo przed północą.
I na wysokich obcasach, oczywiście.

 

Większy apdejt - jest dobrze, BWO wygląda pięknie i nabiera sił, ciasto poszło personelowi w bioderka, mam nadzieję, a ja idę coś zjeść, śniadanie mianowicie. Tak, wiem, która godzina, ale miałam dziś czas tylko na kawę.
Dzięki stosownym bogom za dyżurny rosół.
Może wrzucę jakieś obrazeczki potem, jak trochę odpocznę, bo naprawdę, co za dzień.
Miłego wieczoru Państwu życzę.

poniedziałek, 30 stycznia 2012
"See me, feel me, hear me, love me, touch me"

Tytuł jest jaki jest, taki wpadł mi w ucho wczoraj, bo Scootera słuchałam przypadkiem. Ta część z "love me" trochę mi nie konweniuje, ale reszta owszem, niech sobie będzie.

Bardzo Ważna Osoba jest po operacji, tylko tyle wiem, czekamy na apdejt wieści. Dziękuję Wam za kciuki, zatrzymam je na jeszcze trochę, jesli pozwolicie - są całe, zdrowe, najlepszy gatunek, zresztą nie prosiłabym o byle jakie kciuki w tak ważnej sprawie, wiadomo.

Stało się wczoraj jasne, że mieszkanie Bardzo Ważnej Osoby samoczynnie generuje tymczasowych użytkowników, zmartwionych i tęskniących. X osób jednocześnie (mamy zapasowe klucze) pojawiło się w celu karmienia Kotów. Pojawienie się wraz z osobami wina i chipsów uznajemy jednogłośnie za skutek uboczny i nieszkodliwy, toast za zdrowie BWO zaowocował udaną operacją, więc chcąc nie chcąc będziemy zabieg powtarzać, wszystko dla zdrowia i dobrej kondycji BWO.
Koty nakarmione (przy czym nieprawdą jest że Kot, który nigdy nie jadł drobiowych serduszek, nawet ich nie tknie - tknął bardzo szybko i darł się o więcej), wygłaskane, opieprzone (bo się biły) i widać, że też tęsknią. BWO, wracaj, bo sama widzisz, co się dzieje.

Jeśli ktoś nie oglądał jeszcze "Łowów króla disco" to nie wiem, czy polecać wrażliwym, obejrzeliśmy wczoraj odcinek i popadłam w dłuższy stupor na widok panienek (niektóre "ze słonecznego patrola" i "jak Menri Monroł", zaznaczam) usiłujących wygrać konkurs na przyszłą partnerkę pana Tomasza Niecika, tego od "Czterech osiemnastek". Panie, rzadkiej urody i przedsiębiorczości, na pytania w rodzaju "Czy pijesz H2O?" odpowiadały, że skąd, absolutnie. Niektóre oświadczyły, że w Indiach mieszkają Indyjczycy i że chciałyby z potencjalnym (w tej roli, przypominam, Tomasz Niecik - człowiek, który "w weekendy zmienia się o 360 stopni", jak twierdzi jego kolega) iść do lamusa i w ogóle wszędzie. Potem było już tylko bardziej interesująco, więc jeśli ktoś czuje, że rozsadza go nadmiar intelektu, proszę sobie wygooglać odcinki i ratować się, to działa.

Coś się spieprzyło temu bloxu i loguje mnie albo nie, a jak loguje to nie mogę dodawać komentarzy jako ja. Toteż przepraszam, że chwilowo nie komentuję - czytam Was pilnie, jak zwykle, i skomentuję rzetelnie jak tylko blox sie ogarnie.

Na głównej nuda, jakieś panie przyznały, że są bi. Phi, wielkie mi co, każdy jest potencjalnie bi.
Gołej sempiterny jeszcze nie odnotowałam, ale pogoda piękna, może ktoś nie wytrzyma i zabłyśnie ambitnie tym, co ma najwartościowszego.

Obrazeczków nadal nie moge wrzucać, część edytora odpowiedzialna za wrzucanie jest martFa. Przyjrzę się temu przy nielegalnej kawie.

 

Apdejt - obrazeczki wrzucę, bo co wkącu. Proszę i proszę. Ten drugi mnie rozpłakał trochę, lubię humor abstrakcyjny i absurdalny.
Wczorajszy dzień przechodziłam w butach nie dość, że nowych, to jeszcze na wysokim obcasie.
+3 do poczucia pewności siebie, +7 (cm) do wzrostu, + 3 do lekutkiego wkurwu, bo dziś jestem obolała i czuję wszystkie mięśnie. Ale co tam, warto nosić buty na obcasie, przywyknę, choć do szpilek raczej nie spróbuję nawet.

Kupiłam świeży udon, słomiane grzyby i mleko kokosowe, soczewki i płyn, zrobiłam zamówienie w DOZ i tadaam, 300 zł mniej. Fantastycznie po prostu. Poprzeklinam sobie trochę pod nosem ku radości Przedwiecznego. Fhtagn.

sobota, 28 stycznia 2012
"Kto nie skacze, ten z Mysiadła - hop, hop, hop!"

Tytuł dedykowany sąsiadom (autorowi gratuluję), którym zawdzięczam wyjście z domu na pół h i powrót..niech będzie, że rano, po prostu. Rewelacyjny reset. Jubilatowi życzę wyłącznie Bardzo Dobrej Wódki przez całe życie, a o tym, jak bardzo uszczupliliśmy wczoraj jej światowe zasoby, w ogóle nie będziemy wspominać, dobrze? Po prostu zmienimy temat na mniej szokujący albo pomruczymy coś uspokajająco pod nosem.

Mieszkańców Mysiadła zapewniam, że tytuł nie jest dla nich obraźliwy - po prostu nie było was wczoraj, to pewne, bo skakali wszyscy obecni plus pies, więc nie ma się o co obrażalsko nadmuchiwać, słowo.
Przypuszczalnie w efekcie tańców* zyskałam ból w łopatce - możliwe, że pieprznęłam w coś, ale, co ciekawe, poczułam to dopiero rano (czyli po południu).
Starannie przespałam pół dnia, a potem, mniej starannie, drugie pół. Aktualnie nic mi się nie chce do tego stopnia, że gdyby były gdzieś mistrzostwa świata w nicnierobieniu tobym się nawet nie ruszyła, żeby wystartować.

* tak, tańczyłam**
** tak, w kapciach-myszach

Nie mam siły na inteligentne wynurzenia (dementuję pogłoski, jakobym miała także niedostatki mentalne, gdyż, jak wiemy, alkohol wprawdzie zabija szare komórki, ale tylko te, które odmawiają picia, więc wszystko w porządku, miałam ich wczoraj tylko kilka i szybko przeniosły się do szarokomórkowej Valhalli) a wyobraźni na wyjaśnienie tego fascynującego faktu, więc może po prostu pójdę pod Kocyk Od O. zastanawiać się, czy przebrać się na kilka h czy jednak zostać w piżamie, a potem wrócę i nawrzucam obrazeczków. Chwilowo nie mogę, bo w edytorze opcja wstawiania magicznie zniknęła, czyżby (reszta wpisu usunięta przez ACTA).

piątek, 27 stycznia 2012
Diabeł nie śpi...

...z byle kim. Wiem, stare, ale przypomniało mi się i zostaje.

Wstałam o 5.30, z różnych względów, więc nic dziwnego w tym, że śniadobiad, czyli penne al diavolo (nie dla mięczaków, bo dość ostre, zwłaszcza w mojej wersji) mam już za sobą.
Plusy zerwania się tak wcześnie są - cały dzień przede mną, jest jasno i mogę machnąć foteczki kolczyków i Myszy. Z pierwszymi będzie łatwiej, Mysz wychodzi w dzień rzadko, niechętnie, szybko opycha się ziarnem i rzuca złe spojrzenia, kolczyki niezmiennie nie wykazują aktywności i nie zagrażają człowiekowi upierniczeniem mu ręki na wysokości ramienia.

Czytaliście? (i czy pójdę siedzieć, Pamiętniczku, za podlinkowanie artykułu?)
Moją pierwszą czynnością po odetchnięciu po porodzie i przeżyciu cudem drogi do domu byłoby wystawienie za drzwi muszącego bez względu na koszty pokazać się w necie kretyna. Zdaję sobie sprawę z istnienia zakompleksionych palantów płci obojga, ale nie toleruję ich wokół siebie. Szkoda dziecka, ma sporą szansę zaistnieć w przyszłości jako bohater zdjęć w rodzaju "Zosia, Zosia, patrz, szafa się na Frania przewróciła, szybko, daj aparat!". Powinno się odbierać prawa rodzicielskie wszystkim, którzy robią swoim dzieciom zdjęcia w sytuacjach upokarzających czy potencjalnie groźnych dla zdrowia/życia. Rodzice nadający swoim dzieciom imiona w rodzaju Vaneska czy Nejdżel to osobna kategoria.

(Z ostatniej chwili - współpraca niedużej, zaspanej Myszy w lekkim wkurwie oraz Pentaxa K100D Super zaowocowała serią uroczych zdjęć, a ja nadal mam obie ręce, cóż za udany, odpukać, dzień)

W poniedziałek poważny fragment mojego życia ulegnie zmianie (kategoria: osobiste, więc tylko sygnalizuję, że może być mnie mniej i w wersji poważniejszej), więc zamierzam dziś popracować, potem trochę zaszaleć, a potem, przez cały weekend, trzymać kciuki za Bardzo Ważną Osobę i jej operację. Dziękuję za Wasze wsparcie, ogromnie się przydaje.

Trochę tchórzę, bo wiecie, jest podpisana ACTA, a ja wolałabym nie iść do więzienia za wrzucanie obrazeczków, więc na wszelki wypadek nie wrzucam. Ktoś wie, czy jeszcze można czy lepiej usiąść w kąciku, rączki na kolankach, buzia w ciup, a na ew. pytania odpowiadać tylko "Pan premier/prezes/trener jest dla nas jak ojciec najlepszy.."?

czwartek, 26 stycznia 2012
"Damy negocjowalnego afektu i szyici"

Tak naprawdę chodzi o "Dziwki i dresiarzy", bo w tej konwencji będzie tegoroczna impreza okołowalentynkowa, ale jeszcze to jakieś dziecko przeczyta i wlezie, zamiast się wziąć za naukę, smarkacz wścibski. Panie mają być dresiarzami, panowie wystąpić w mini i brokatach. Mój pomysł "To może wszyscy przebierzmy się za dresiarzy, a po dziwki się zadzwoni" spotkał się z umiarkowanym entuzjazmem. Z drugiej strony - jest szansa, że ktoś wreszcie wykorzysta ten różowy staniczek z cekinami, co go jakiś czas temu znalazłam w szafie i przysięgam, że nie wiem, skąd się u mnie wziął.

Wieczór Wspierania Przed bardzo udany, wróciłam okłaczona kotami bardzo dokładnie, nie wiem, czy kiedykolwiek odkłaczę tę bluzę. Rozważamy zafundowanie kotom pokrowców, takich na całego kota poza pyszczkiem, wtedy mogłabym je kiziać i nie wyglądać jak zirytowany dmuchawiec.

Co do dziecka jeszcze, co łazi po necie i włazi, gdzie nie powinno - zauważyliście przed niektórymi programami, np. "Bez rezerwacji" Bourdaina, zastrzeżenie w rodzaju "Program przeznaczony dla widzów dorosłych, dzieci powinny oglądać go tylko w towarzystwie rodziców lub opiekunów"? WTF? To mogą czy jednak nie bardzo powinny? Widzę tę perełkę któryś raz i niezmiennie nie rozumiem.

Za firewallem pogoda, której absolutnie sobie nie życzę, za to mam wierszyk stosowny do okoliczności i wrzucę go, jak mi ktoś mądrzejszy ode mnie powie, co zrobić, żeby w tym cholernym edytorze móc pisać linijka pod linijką, bo jak dotąd wciśnięcie entera powoduje, że tekst przeskakuje na co drugą linię.

Obrazeczki strach wrzucić, może potem się odważę, najwyżej będziecie mi wysyłać paczki do kicia. Przypominam, że ze słodyczy najbardziej lubię śledzie, a z tego, co widziałam na amerykańskich filmach, whisky przemyca się w kubeczkach na jogurt, to taka sugestia do wzięcia pod uwagę.

 

Miniapdejt - dzięki Bartoszcze mogę wrzucić nieznanego mi autorstwa wierszyk zimowy, co niniejszym czynię:

"Spada śnieg z nieba jak biały puszek
Lekki na ziemi tworząc kożuszek.
Nie zważaj jednak teraz na to,
Machaj żwawo, cieciu, łopatą."

Nie pamiętam, skąd, ale zachwyca mnie już drugą zimę - będąc tym samym jedyną zachwycającą mnie rzeczą związaną z zimą.
Nienawidzimy zimy, mój ssssskarbie, nie znosimy jej forever na zawsze.

 

Apdejt większy - nie mam siły szukać wesolutkich obrazeczków dziś, poza tym nie zadeklarowaliście się, co z tym dostarczaniem whisky do więzienia, więc co się będę narażała dla czczej krotochwili jeno. A serio - pierwsze zimowe przeziębienie mnie dopadło, więc snuję sie po hacjendzie i marudzę, a powinnam rozwijać warsztat, żeby wydać coś wstrząsającego i zbić fortunę, która zapewni mi większa hacjendę, odrestaurowaną DS-ę w kolorze peach&melba i zaproszenie do telewizji śniadaniowej. No ale co poradzę, pochoruję sobie i minie, poza tym narzekanie, kichanie i nieduża gorączka jeszcze nikogo chyba nie zabiły - nie zamierzam tej niszy zapełniać jako pierwsza, idę szukać witamin i ogrzewać sobie dłonie ciepłą, świeżo wybieganą Myszą.

Jako, że MBF i inni zaprzyjaźnieni gitarzyści stanęli na wysokości zadania, jeśli okoliczności przyrody zmuszą Was do szukania pierwszej gitary dla nastolatka, który chce grać metal, będę mogła podzielić się tym, co panowie (bardzo dziękuję) podesłali.

Słówko dnia - "swormółuje", przed chwilą znalazłam, śliczne.

*kaszl, siąk* Miłego wieczoru Państwu życzę, noście czapki, a najlepiej nie wychodźcie zza firewalla, jest zimno i biało, pfuj.

wtorek, 24 stycznia 2012
Tymczasowa, neutralna.

Im więcej i lepiej dzieje się za firewallem, tym mniej mnie tutaj i tym mniej o blogu myślę. Prawdziwe życie jest gdzie indziej przecież i mam uczucie, że poświęciłam mu ostatnio mniej czasu, niż powinnam - przede mną ważna zmiana, dużo się dzieje, choćby na poziomie komórkowym ;-), dojrzałam do kilku decyzji i mam kilka nowych planów.

Ktoś bardzo bliski i kochany ma w weekend operację, która oczywiście musi się udać i po niej wszystko będzie się lepiej układało, niemniej siedzenie teraz przy komputerze i poświęcanie czasu i myśli czemuś innemu, niż najbliższe wydarzenia, wydaje mi się jakieś takie..nie wiem, nieodpowiednie chyba. Robię to, co muszę, ale cała reszta to wyłącznie to, co chcę robić.

Nie rezygnuję z blogowania, bez obaw, po prostu chwilowo mniej mnie tutaj, a więcej gdzie indziej. Chcę się nauczyć kilku nowych rzeczy, np. pisania scenariuszy, mam świetny pomysł na nowe cuś do napisania (znajomy wydawca podsunął mi myśl, żeby z mojej wizji nie robić książki, tylko spróbować z filmem, nie jestem przekonana, ale powalczę). Rozważałam przez chwilę założenie bloga kulinarnego, ale na samą myśl o tym, że mogłyby do mnie wpadać rurzowe istotki z komentarzami w rodzaju "Ojeju, jakie śliczniusie ciasteczko, podkradam kawałeczek i pozdrawiam cieplusio" zrobiło mi się trochę słabo, więc pewnie skończyłoby się na kolejnym moderowanym blogu, a to się w kulinarnych średnio sprawdza. Whatever, mam co robić.

Najbliższe dni będą bardzo ważne, chcę je spędzić z tymi, których lubię/kocham. Jeśli macie wolne moce kciukowe, to bardzo proszę za trzymanie kciuków za operację, jest bardzo ważna, bo będzie ją miała bardzo ważna osoba. Oczywiście będzie dobrze, ale sami wiecie, dobre kciuki nie są złe, a Wasze są świetne, sprawdziłam. Na niektóre z ostatnich komentarzy odpisałam w mailach, nie na wszystkie pytania chce tu odpowiadać.

Aby wprowadzić w życie i na blogaska element stabilizacji wrzucam standardowe obrazeczki - wąpirzy i zwierzątkowy.

Trzeciej części "Zmierzchu" jeszcze nie obejrzałam, za to wczoraj nastąpił "Johnny English" - film z tym rodzajem poczucia humoru, który wywołuje u mnie zażenowanie i generuje liczne przekleństewka w trakcie oglądania, ale obejrzałam, bo klasyka. Spoko, "Gwiezdne jaja" są gorsze, oglądałam z chłopakami, dostałam wcześniej mocnego drinka, żeby się znieczulić, a i tak wspominam jako koszmarek.(Od razu zastrzegam - M. i P. jeśli liczycie na to, że obejrzę "But Manitou", to jesteście słabi z matmy).

Idę piec Ciasto dla Kota - w tej roli keks bananowy z mnóstwem bakalii, a nazwa stąd, że ostatnio jeden z zaprzyjaźnionych kotów wyżarł właścicielce sporą porcję. Przepis mogę wrzucić, na zupę fakes też, jeśli ktoś lubi soczewicę.

PS. Mysz w świetnej formie, wczoraj prawie odlizała mi nos. Chyba ją przeswoiłam, to nie jest zwyczajnie oswojone zwierzątko. Nie zdziwię się, jeśli zacznie mówić.

 

 

Apdejt - Obejrzałam drugą część "Johnny`ego Englisha" - żebyście Wy nie musieli.

Poważnie, nie róbcie tego.

Z ust dziewczęcia winny padać tylko kwiaty, a ja rzucałam dyskretnymi "okurwami" jak napruty bosman.

Trudno, jutro będę subtelna, dziś nie dałam rady, film jest straszny.

Nie róbcie tego w domu, serio serio.

W sensie - nie oglądajcie durnych filmów, bo rzeczy do robienia w domu jest generalnie mnóstwo i część spokojnie robić możecie.

To mówiłłem ja, Jarząbek.

 

niedziela, 22 stycznia 2012
Każdego dnia budzę się piękniejsza, ale dziś to już przesadziłam.

Tytuł nie pamiętam, skąd, ale to sama prawda, oczywiście.

Obejrzałam "In time" i bardzo polecam, zakończenie nieco naiwne, ale film świetny, dawno nikt nie zaprezentował takiego pomysłu na scenariusz, chapeau bas. Na "Zmierzch" nie zdecydowałam się jeszcze nie chcąc psuć sobie rewelacyjnego weekendu, choć po przeczytaniu tego myślę o tym filmie trochę cieplej.

Mysz uznała, że cała klatka może być kuwetką, co za problem przecież, więc z właściwym sobie wdziękiem wygięła się w łódeczkę i, patrząc mi w oczy i odrzucając do tyłu uszy wypuściła z siebie, co wypuścić chciała, w tunelu łączącym Klatkę Pierwszą z Drugą. Udusić to mało.

Wiem, że jest na głównej jakiś goły biust (ociepliło się albo predakcja wraca do formy), ale nie mam nastroju.  Tzn. generalnie jakiś nastrój mam, owszem, ale nie na komentowanie czyichś desperackich prób zwrócenia na siebie uwagi. Jakoś mi się dziś nie chce, pora umierać czy co.

Śnieg chwilowo nie pada, zapewne po to, aby nie przeszkadzać deszczowi, który napiernicza z siłą wodospadu. Dzięki bogom zdążyłam zrobić zakupy i, zaopatrzona w wino (Tarragona z Lidla, polecam, bardzo przyzwoite, choć dość ciężkie, nie każdy polubi), ananasa, chusteczki i drób, mogę sie okopać wśród książek i pozostać w granicach hacjendy dopóki na zewnątrz nie zrobi się przystepniej.

Wrzucam obrazeczki, zwierzątkowy i niezwierzątkowy i idę oglądać reportaże ulubionych kamerzystów - jeśli ktoś, jak ja, ma hopelka na punkcie programów przyrodniczych, to reportaże panów Varty i Casagrande są pozycją obowiązkową. Do zobaczenia później.

Btw - zasłabłam trochę.

 

Apdejt - wniosek na dzień dzisiejszy mam taki, że wysokie obcasy dodają +3 do pewności siebie a od całowania się na mrozie pękają usta.

Obrazeczek bonusowy, wracam, skąd przyszłam.

piątek, 20 stycznia 2012
"Pompuj rower dla Szatana!"
Staaare, wiem, ale niezmiennie urokliwe. Trochę bez sensu przy tym, bo Szatan, o ile wiem, porusza się raczej na skrzydłach, ale coś się może pozmieniało, nadal mieszkam pod lasem i nie mam najświeższych danych ze świata (w tym przypadku z zaświatów).

Z rzeczy do napisania wszystko mam napisane i wysłane, witamy kolejny weekend, w planach spanie, pranie, przytulanie. Jeśli nastąpi niewielki, lokalny cud to przełamię niechęć do wyjścia na wszędziebiałe i zawiozę zaprzyjaźnionym maluchom ciasteczka wszystkomające, zawsze robią furorę. Przepisu nie podam, bo wykonuję je machinalnie i na oko, nie wiem, jak to się dzieje, że zawsze się udają.

Mysz ostatnio przechodzi samą siebie (czyli nie ma wiele do przejścia, to zaledwie 39 gramów Myszy) - zmienia sypialnię kilka razy w ciągu doby. Pół h temu spała w Restauracji, przed chwilą zajrzałam - w kołderce został tylko myszokształtny ślad, lokatorka zdążyła się przemieścić. Biegała do 7 rano - zgadnijcie, skąd wiem. Może bez sensu robię badania i martwię się ciągłą sennością, dostanę zapewne wynik w rodzaju "pacjentka zapadła na niedużą Mysz". Może też powinnam zmienić sypialnię, zanim zmienię się we wkurwione zombie.

Na głównej zaskakująca informacja, że premier postanowił zabawić się w "chodzi lisek koło drogi" - poważnie. Posunięcie trochę bez sensu, bo będzie teraz mało mobilny, ale może ma jakieś uzasadnienie polityczne.
Biustu nadal brak.
Winter is coming.

Btw - zaczęłam czytać "Pieśni Lodu i Ognia", za wcześnie na wnioski, ale bardzo liczę na to, że książka nie zepsuje mi pierwszej serii filmu. Zirytuję się szczerze, jeśli opis Khala Drogo będzie mniej fascynujący, niż Khal filmowy. Poza tym, jak zwykle, czytam kilka książek jednocześnie, każdą w innym punkcie hacjendy, gdybym miała tu większy metraż zaczytałabym się na śmierć. Książkowa wiszlista powiększona o nowe pozycje, nie mogę czytać blogów recenzentek, bo się zrujnuję po prostu.

Obrazeczki potem, bo ubieram się i biegnę o, tam -------> ., zresztą nie wiem, czy znajdę cokolwiek lepszego niż wczorajszy obrazeczek, ale poszukam.
Miłej reszty dnia Państwu życzę, moja zdecydowanie taka będzie.

PS. Mysz biega, w środku dnia, wesolutka i puchata jak futrzany marszmaloł.
I wyspana.
Oszaleję tu kiedyś.

Apdejt - przełamałam się, bo jogurt mi wyszedł, więc ja też wyszłam, prosto w ten biały syf, akurat zaczął padać. Już po pierwszych krokach stało się jasne, że przeraźliwy, jękliwy dźwięk, który nagle zaczął mi towarzyszyć, to skrzypienie mojego lewego buta. Piszczał strasznie, więc najpierw było mi głupio, a potem zaczęłam się smiać - uwzględniając fakt, że miałam na głowie wielką czapkę z warkoczykami, w której wyglądam jak wiking z wodogłowiem, nie powinnam się dziwić, że ochrona sama otworzyła mi bramę, a jedna starsza pani na mój widok przeszła na drugą strone ulicy. W przyszłości dodam do ogólnego wizerunku chromanie i mamrotanie, wnioskami mogę się podzielić.

Odkrycie, że bloga, na którego od jakiegoś czasu zaglądacie, prowadzi dobra znajoma, z którą kilka lat temu straciło się kontakt - bezcenne.

Idę szukać obrazeczków, w kubku* mam Yerba Mate Rosamonte Suave (zdecydowanie polecam), Mysz nadal biega wściekle, wieczór zapowiada się na wyjątkowy. Chyba, że obejrzę "Zmierzch" do końca.

* do zakupu matero jeszcze nie dojrzałam, śliczną bombillę dostałam w prezencie.

czwartek, 19 stycznia 2012
"Luli luli, istotko miła, niech ci się przyśni mogiła Mirmiła"
Tytuł stąd, że pan doktor stwierdził dziś rano, że to chyba trochę niedobrze, że wciąż jestem senna, i mnie ukłuł i zapowiedział jeszcze. Trudno, niech idę przez życie mając pozór mobilnego durszlaczka.

Mysz, będąca, jak wiemy, posępną zausznicą Przedwiecznego na tym łez padole, usiłowała dziś, korzystając z mojego rozkojarzenia, zagrzebać się w mojej poduszce. Co więcej osiągnęła na tym polu pewien sukces, tj. zniweczyła strukturalną integralność tkaniny. Dziurawą poduszkę mam, mówiąc wprost. Najpierw palec, potem poduszka, ciekawe, co dalej. Zapytana o to Mysz usiłowała bardzo szybko uciec - niestety była akurat w kołowrotku, zabawnie wyszło.

In vitro to morderstwo, wiedzieliście? Ja pierniczę. Jest dla mnie zagadką to, czemu KK usiłuje nauczyć ludzi jak mają sobie zorganizować życie rodzinne, erotyczne itp, skoro nawet z życiem erotycznym własnych przedstawicieli sobie nie radzi. O tej śmiesznostce, jak mu tam, celibacie, nie warto chyba nawet wspominać. O życiu w ubóstwie i innych takich zabawnych kwestiach tym bardziej. Byłoby fantastycznie, gdyby KK zaczął realizować własne deklaracje, a potem, ewentualnie, jeśli się go poprosi, pouczał innych w kwestiach, które póki co nie powinny go interesować.
Niedługo coroczne chodzenie księży po kolędzie, będzie interesująco.

Czeka mnie trochę szperania (oraz zgłoś się do mnie, MBF), jako że zostałam uznana za potencjalnie przydatną przy wyborze pierwszej gitary dla znajomego nastolatka. Nie wiem, jakim cudem ja, bo to, że mam w domu gitarę i trochę grałam nie znaczy, że cokolwiek o gitarach wiem, ale Google moim przyjacielem, a MBF ma dziką ilość gitar, więc jakoś to będzie. Może się czegoś nauczę przy okazji.

Dzisiejsze obrazeczki bardzo życiowe - o modzie i sklerozie. Coś zwierzątkowego dorzucę później, bo co to za dzień bez zwierzątek.

Słówko dnia - "przelekramowane", a w ramach przestrogi - "lol jednym słowem wyłysiejesz przed kompem". Perełki mi się ostatnio trafiają.


Apdejt - mamy zwierzątkowy obrazeczek, jest też coś dla miłośników rosyjskiego malarstwa.
Spędziłam bezowocne pół h na czytaniu różności o gitarach (guzik mi to dało, choć było interesujące, w sklepie na pewno będzie ktoś, kto doradzi model itp), upiekłam bułeczki na specjalne zamówienie, może dam się namówić na zmęczenie tego nieszczęsnego "Zmierzchu". Pewnie nie powstrzymam się potem przed subtelną recenzją pełną słownych odpowiedników kwiecia i jednorożców.


PS. Ftttt...;-D

środa, 18 stycznia 2012
"Nie jest prawdą, że dach przeciekał, szczególnie, że prawie nie padało"
Prawiecytat wiemy, skąd, a jeśli nie wiemy, to się nie przyznajemy, bo byłby wstyd przed Ryśkiem (w tym przypadku przed Ryśkiem O.)

Aktualnie nie pada, pewnie jest zmęczone, bo padało przez pół nocy, ja pierniczę, wszędzie biało. Nie lubię białego, musiałam już o tym wspomnieć. Czarne lubię. I zielone, na chwałę Cthulhu.

Czytaliście? Idealna ilustracja dla "słaba jednostka musi odpaść". Im więcej zgonów z głupoty tym wyższe ogólnoludzkie IQ. Byłabym za, tylko rodzin czasem żal.
Przy okazji wspomnianej zabawy w "słoneczko" dowcip mi się przypomniał, podlinkuję, bo uroczy, choć z litrówkami w treści.

Poza tym nuda straszna, do końca tygodnia muszę skończyć pisać coś, co męczy mnie okrutnie i satysfakcji nie daje nijakiej, za to przełoży się na pieniądz, a pieniądz się przydaje, Mysz na przykład jest mi bardzo droga. Taką, dajmy na to, paczkę gryzoniowych kołderek i torebkę mieszanki ziarna (najwyższej jakości, oczywiście) wciąga moja Mysz jedną dziurką mikronosa.
Tak, moja Mysz ma specjalne kołderki dla gryzoni, takie potencjalnie jadalne i w żaden sposób zwierzątku nie szkodzące. Przyznaję, mam hopla na punkcie Myszy, ale umówmy się, jedną wadę to ja mogę mieć. Wy też możecie, żeby nie było, wybierzcie sobie tam, co komu pasuje, tylko bez przesady, niech to będzie nieszkodliwe i urocze, jak u mnie.

Miło mi przekonywać się co jakiś czas, że sąsiedzi niezmiennie blogaska czytają - co wymaga pisania wyłącznie pierwszego rodzaju prawdy, jako że zdarza się, że ludzie zapamiętują i przy okazji chcąc nie chcąc sprawdzają. Sąsiad wpadł raz sprawdzić dla żartu, czy naprawdę włóczę się po domu o 16.00 w piżamie w misie i kapciach-myszach i wydrukował sobie własną plakietkę (o nakurwianiu smoków) na drzwi na wzór zobaczonej u mnie, dziś sąsiadka skojarzyła, że uzupełniałam ostatnio zapasy i przyszła pożyczyć napój regeneracyjny, poza tym regularnie czyta mnie (i komentuje na FB) pewien Smok (;-)). Sytuacja sprzed paru dni - spotkanie w gronie sąsiadów, nie widzieliśmy się od jakiegoś czasu, rozmawiamy o tym, co się u kogo w międzyczasie wykluło, nie zdążyłam ust korali otworzyć nawet, gdy okazało się, że nie miałam po co - sąsiadka spojrzała na mnie i mówi "a u Ciebie to wiem, co, bo czytałam". Kurtyna. Stracę zdolność posługiwania się mową, mówię Wam (bo jeszcze potrafię).


A teraz będzie wesolutko - obrazeczek ukulturalniający oraz hermetyczny, acz liczę na to, że nie bardzo - TBBT to w moim świecie serial obowiązkowy.

Ja tu jeszcze wrócę.


Apdejt - dorzucam obrazeczek z serii "prawda o życiu".

Jeśli kora mózgowa, dość gładka po dzisiejszym wysiłku, z braku lepszego słowa, intelektualnym, nie pofałduje mi się w najbliższym czasie obejrzę dziś trzecią (dzięki bogom za to, że ostatnią) część "Zmierzchu". Oglądam z zacięciem socjologicznym (oraz dlatego, że Lautner* ma rewelacyjne ciało i jest wilkołakiem), do mdłej niuni biegającej za szajning lajk e star chłopczyną z zapaleniem spojówek raczej do końca się nie przekonam. Jak można nie woleć wilkołaka od brokacikowego marudy czesanego sztormem, no jak można.

* oczywiście żaden aktor nie pobił jak dotąd Jasona Momoa, zwłaszcza w wydaniu długowłosym.
Zadbany pióracz oka nie męczy, jak wiadomo.


Słówko dnia - "sytółacja", jest też przestroga - "ksiaszki to nie smieć lub coś wstrentnego nie siedzicie tyle na kompie".


 
1 , 2 , 3