Tagi
squirk77@gmail.com
RSS
środa, 29 lutego 2012
Spontanicznej inwazji na niedużą wieś, z pieczeniem świni i wszystkim, plan wstępny.

Czasy są, jakie są. Kosz Angels (gang założony w poprzednich notkach - info dla tych, którzy się w pracy opierniczają, zamiast uczyć się, jak z korzyścią dla siebie dokonać masowej rzezi połączonej z grabieżą) mimo, że genialne (lub, w jednym przypadku, zapoznane ze wszystkimi częściami "Co słonko widziało") jakimś cudem nie są miliarderkami. Oczywiście zmieni się to po planowanej inwazji na duże miasto, ale póki co koszty wprowadzenia planu w życie spoczywają na naszych wątłych barkach. Do tego poza pracą trzeba jeszcze spać, jeść (przy czym Szyszka z krztuszeniem się), uprawiać seks, poza tym oglądać buty i straszyć kołorkerów (Emilyann), ćwiczyć jogę i ignorować byłego (BP), dbać o rozwój duchowy i pluć jadem (Televel) i czytać wszystkie części "Domisiów" (Squirk). Nie jest lekko, czasu na pracę nie zostaje wiele, a zysk idzie w mitenki i sushi. Szkolenie kociąt bojowych, kostiumy i tresowane węgorze tanie nie są (serio, czy czydzieści za jednego węgorza, ochu...oszaleli chyba w tym sklepie, poszukam gdzie indziej), trzeba szukać innego źródła dochodu.
Rozwiązaniem jest nieduża, treningowa inwazja na jakąś małą, ale zamożną wieś. Poniżej przedstawię własną propozycję, oczywiście efekt końcowy będzie wynikiem pracy analitycznych umysłów całego zespołu.

Proponuję uderzyć wcześnie rano w piątek. Wiem, nie wyśpimy się, ale korzyści jest mnóstwo - starsze dzieci będą już w szkołach, więc nie napatrzą się na rzeź, co mogłoby zwichrowac ich młode umysły, do młodszych zatrudni się opiekunkę. Z uwagi na fakt, że będzie to społeczność wiejska, dorośli będą zapewne w tzw. obejściu, łatwo będzie zebrac ich w jednym miejscu.
Co do kolejnych działań mam dylemat. Z jednej strony powinnyśmy trenować wykaszanie, żeby się nie skompromitować podczas inwazji na miasto - z drugiej inwazja mniejsza nastawiona ma być na zysk. Moim zdaniem rozwiązaniem będzie ograbienie ludności z dóbr materialnych, a jak ktoś będzie dyskutował to dostanie po nosie i Bjorn Wręcemocny jest naszym wujem.

Przydać się może znajomość wsi i jego zwyczajów - tu mogę służyć wsparciem jako ze wsią w dzieciństwie nieco zaznajomiona, choć pamiętam głównie uciekanie przed baranem sąsiadki, dojenie krów i taki jeden staw, co się w nim kiedyś kaczka utopiła (nie żartuję, wypłynęła jędrna i rześka, a wróciła w charakterze...noo..eks-kaczki). Była też jakaś bójka na sztachety, ale to zapewne koloryt lokalny i przypuszczam, że nikt nie będzie tak fatalnie zachowywał się podczas naszej wizyty, byłoby to bardzo niestosowne, będziemy w końcu gośćmi.
Generalnie mieszkańców wsi wspominam jako sympatycznych, mądrych i rozsądnych, więc nikt nie powinien wprowadzać zbędnego zamieszania podczas bycia ograbianym.

Kwestię wyboru łupów pozostawiłabym do własnego wyboru. Moim zdaniem należy zapytać także, czy w obejściu nie ma zbędnych kociąt - może w przypadku ich nadmiaru mieszkańcy zechcą dobrowolnie nam je przekazać, co z kolei zmniejszyłoby koszt inwazji większej.

Biorę pod uwagę fakt, że ograbieni z dóbr mieszkańcy mogą nie być do nas pozytywnie nastawieni, co bardzo by nas, wrażliwe i nastawione na jak najcieplejsze relacje z otoczeniem, zmartwiło. Tu pomocne może być zorganizowanie przy okazji grabieży wesołego festynu połączonego z pieczeniem świni (zagrabionej, nie będziemy jej ze sobą tachały przecież) i spożyciem napojów wyskokowych produkcji lokalnej. Zorganizowałoby się wybory Królowej Aktualnie Pozyskiwanego Owocu, tańce i występ miejscowego zespołu. Wszystko to zapewniłoby nam, jak sądzę, lepsze nastawienie ludności do nas i cieplejsze o nas wspomnienia, co może być praktyczne w przypadku, gdybyśmy w przyszłości miały potrzebę ograbienia tejże wsi ponownie. Wiecie, jak jest z kasą, dziś jest, jutro nie ma, kto wie, może wrócimy, a wtedy będziemy witani jak, za przeproszeniem Państwa, członek rodziny. Fakt, być może jak ktoś w rodzaju starszego wujka, który zawsze sie upija, wyjada dzieciom cukierki i emanuje juwenaliami za stodołą strasząc młode panienki, ale rodzina to rodzina.

Zdaje sobie sprawę, iż z uwagi na mój brak wyobraźni powyższy plan może być chaotyczny i niekompletny, ale przypominam, że jest nas pięć, więc wspólnie na pewno osiągniemy efekt mistrzowski i inwazja będzie pełnym sukcesem.
Ze względu na Szyszkę, która nabrała ostatnio szkodliwego zwyczaju krztuszenia się podczas konsumpcji dołożyłam starań, aby opis planowanej inwazji pozbawiony był wszelkich elementów humorystycznych. Szyszko, proponuję, abyś dla dobra grupy trenowała konsumpcję bez duszenia się, jako że w przypadku, gdy na festynie zakrztusisz się świnią, padniesz ofiarą niewybrednych żartów i złośliwych uwag mieszkańców, a to sprawiłoby Ci przykrość, przez co, jako działające w myśl zasady "oko za oko, rzeź za głupi żart", musiałybyśmy społeczność wykosić, co kolejną inwazję na tę wieś uczyniłoby niemożliwą.

Jak zwykle - bo różne kolorowe istotki mogą tu zajrzeć - przypominam, że powyższy (i wszelkie inne) plany inwazji są fikcyjne, służą rozbawieniu czytających (z uwagi na Szyszkę powyższy jest śmiertelnie, ahaha, poważny) i żadne stworzenie nie dozna z naszych białych rączek najmniejszej nawet krzywdy (chyba, że zechce i wyjaśni, dlaczego chce, świntuszek jeden). Jesteśmy nastawione pokojowo, grabimy jedynie grządki, szanujemy życie napoczęte a każdy zwierz jest nam bratem.

wtorek, 28 lutego 2012
Kosz Angels - podsumowanie planu inwazji na miasto.

Ponieważ założony wczoraj w komentarzach pod notką gang Kosz Angels nie doprecyzował wszystkich szczegółów planu okazjonalnych inwazji na miasto zdecydowałam się zrobić podsumowanie i poddać głosowaniu punkty sporne.

Członkinie:
Bohater Pozytywny - piękna, genialna, umysł przestępczy
Szyszka - piękna, genialna, umysł humanistyczny
Televel - piękna, genialna, umysł twórczy
Emilyann - piękna, genialna, umysł brutalny z elementami mitenkowości
Squirk - ujdzie, przeczytała wszystkie części "Co słonko widziało"

Plan - wykaszanie za pomocą spontanicznie dobranych narzędzi gospodarstwa domowego oraz, w przypadku Televel, jadu mieszkańców dużego miasta. Decyzja o terminie wykaszania podjęta zostanie w efekcie działania hormonów lub okolicznościowego tzw. wkurwu.

Narzędzia - zester, sekator, Szyszkę prosimy o deklarację co do broni (może kłujka do jajek?)

Osoby zaangażowane - Brezly jako Oprawca Muzyczny. Prosimy o ostateczną propozycję podkładu muzycznego.

Strój Kosz Angels - zarówno stroje, jak i zaangażowane stworzenia/pojazdy mają stanowić silny kontrast z planowanymi aktami brutalności. W związku z tym w strojach dominować będą zwiewne pastele, włosy zostaną splecione w warkocze z zatkniętymi kwiatami bojowymi (ew. związane w kucyki jak w "Sucker Punch"), na plecach stworzone przez BP skrzydła okolicznościowe z wszytymi sztyletami i strzałkami z trucizną. Angels będą miałý do wyboru np. "skrzydła a'la agresja, skrzydła a'la nerw klasyczny, skrzydła a'la "dlaczego do cholery nie dzwoni", skrzydła a'la "wstałam lewą nogą", ze swej strony proponuję dorzucić skrzydła "wszystko mnie wkurwia" i "nic mi się nie chce".
W zależności od pory roku przez ramię Aniołka przewieszona będzie skóra niedźwiedzia lub albatrosia.
Propozycja Televel - rękawiczki z lateksu. Może raczej delikatne koronki? Niby krew z lateksu łatwiej zejdzie, ale koronki lepiej podkreślą naszą subtelność.
Ponieważ, jak już pisałam, fartuchy chirurgów są nie białe, ale zielone, bo na zielonym krew wygląda cieplej i jakby radośniej, proponuję włączyć ten kolor do stroju.

Pojazdy - rowery w pastelowych barwach, w koszykach książki o miłości romantycznej, jabłka i kocięta bojowe. Na miejscu akcji przesiadamy się do machin oblężniczych i transporterów opancerzonych.

Zwierzęta zaangażowane - kocięta bojowe, latające wiewiórki z przytroczonymi do grzbiecików bazookami uruchamianymi za pomocą krótkiego pisku, w przypadku przeniesienia się miejsca akcji w pobliże zbiornika wodnego zostaną w nią zaangażowane także węgorze elektryczne. Ekipę porządkową stanowić będą pomalowane w wesołe, pastelowe barwy kruki.

Kocięta bojowe - wystapią w kostiumach z mocnego, acz przewiewnego lateksu (czarny dla kocięcia szeregowego, czerwony dla kocięcia głównodowodzącego), kształt i kolor emblematów do ustalenia. Pazurki kociąt będą dodatkowo ostrzone za pomoca papieru ściernego. Kocięta zostaną wyszkolone do walki oraz okradania ofiar, inaczej namachamy się i nic nam z tego nie przyjdzie.

Cel - wykosić kogo trzeba, wrócić do domu na gin z tonikiem, pojechać do kina na film współgrający z naszymi charakterami i zachowaniem, czyli coś nastrojowego, romantycznego.

Jeśli coś pominęłam proszę o przypomnienie, dopiszę.
Na wszelki wypadek przypominam, że tworzenie planu służy wyłącznie czczej krotochwili i żaden zwierz ni człek (bim bom) nie dozna krzywdy z naszych drobnych dłoni, chyba, że ładnie poprosi.

 

Poza tym roboty tyle, że nie ma kiedy załadować, w dodatku dziś Dzień Zakupów (więc jestem już w odpowiednim nastroju, bo nienawidzę zakupów, ale żulszafka sama się nie uzupełni i buty do biegania też się w hacjendzie same nie pojawią), usiłuję nadrobić opóźnienia w korespondencji (przepraszam!) robiąc jednocześnie to, co na dziś zaplanowałam. Efekt jest mocno takise.
Mysz dostała ataku paniki i przez kilka minut trwała zawieszona w rurce między Klatką Pierwszą i Drugą, po czym zwiała do kostki i zakopała się w kołderkach. Czasem az oczy bolą patrzeć na tego futrzaczka, bardzo jest dziwna.
Obrazeczków niet, bo nie mam czasu, postaram się wrzucić je potem, jeśli mnie na zakupach apopleksja nie razi.

poniedziałek, 27 lutego 2012
Bunt, brak różu i niszczenie mienia - poniedziałek.

Są takie dni, kiedy chce się komuś dać w pysk. Wuala.
Taki jeden, który pośredniczy między mną a Ważnymi Ludźmi w załatwianiu, umawianiu się i innych takich, zadzwonił rano i poinformował zaskoczoną mnie, ze profesor X. przyjmie mnie o 15.00.
Przyjąłby, odpowiedziałam, gdyby nie to, że mam już plany na dziś, siedzę w hacjendzie i jestem zajęta.
No ale to profesor przecież, usłyszałam, więc muszę jechać, bo co on sobie pomyśli, jeśli nie przyjadę.
Żeby nie przeciągać - zostałam uznana za niewdzięczną buntowniczkę, a konsekwencje mają być straszne i bolesne.
Fantastyczny początek tygodnia.

Na głównej nuda, slamsy i zniszczenie kabrioleta. Aż się nie chce skalpować jeńców.

"W ciemnościach", zgodnie z przewidywaniami, Oskara nie zdobył. Filmu nie oglądałam i nie obejrzę, ale jest mi patriotycznie trochę przykro, zawsze miło widzieć zasłużony sukces rodaka.

Zostałam ostatnio solidnie opieprzona za:
 - pisanie do szuflady, zamiast wziąć i coś wreszcie jak biały człowiek wydać
 - "niemanie" potomstwa, bo czas leci
 - nie używanie różu (już mnie kiedyś za to opieprzano, okazałam się oporna i nieustająco blada)
 - odprucie cekinków od całkiem przyzwoitej bluzki, bo jak to teraz wygląda, zniszczyłam i jest nietrędi
 - dietę wodno-mandarynkową (bzdura, ale protesty zignorowano)
 - nie zwierzanie się - i skąd potem taki opieprzający ma wiedzieć, co u mnie i co myślę (odpowiedź, że ma nie wiedzieć, bo to nie jego sprawa, nie spotkała się z entuzjastycznym przyjęciem)
Dzisiejsza awantura jest jak wisienka na torciku. Znów mam ochotę wszystkim pieprznąć i jechać w Bieszczady, ale oczywiście nie ma na to szans.
To może chociaż na spacer pójdę, obrazeczki jakieś przyniosę.
Miłego poniedziałku, to się podobno zdarza.

PS. Na wypadek, gdyby czytał mnie ktoś poważnie zwichrowany i spanikowany informuję, że zawarty w poniższych komentarzach plan inwazji na miasto z udziałem kociąt w lateksach, latających wiewiórek z bazookami i węgorzy elektrycznych jest zupełnie fikcyjny i żadne zwierzątko ni mieszkaniec nie dozna uszczerbku z drobnych rączek Kosz Angels.
Chyba, że ładnie poprosi.

niedziela, 26 lutego 2012
"Doda lubi pokazywać majtki!"

Poważnie, sami zobaczcie.
Spokojnie można zrobić z tego news na główną.
Z ciekawości zajrzałam na onet, ale nie, nie jest lepiej - kiedy czytam takie rzeczy mam ochotę owinąć się w kocyk i zostać pod nim na zawsze. Słowa znaczą, a śmierć mózgu nie jest wymysłem szatana.

Nuda straszna, siedzę w piżamie i marudzę, w ramach śniadania zużyłam nielegalną kawę, mandarynkę i łyżeczkę lodów śmietankowych, com je wczoraj dostała. Wieczór zapowiada się leniwie i towarzysko, szarlotkę chyba upiekę, bo trochę niezręcznie iść w gości z garnkiem pomidorowej (z ryżem, oczywiście).

Mysz spędziła noc na zmianę tłukąc się i zasypiając kolejno w każdej z czterech sypialni. Wiem, bo w każdym kołderkowym puszku jest nieduże, myszokształtne zagłębienie, w czwartej lokalizacji wypełnione Myszą Właściwą. Bardzo kapryśną mam Mysz.

Ostatni odcinek Top Gear serdecznie Państwu rekomenduję i zazdroszczę Brianowi Johnsonowi, też chciałabym mieć takie cudo. Poza tym ciekawy test był, Ferrari FF na Arjeplog. Rozważam wysłanie do BBC prośby o przetestowanie tam Relianta Robina, koniecznie z Clarksonem za kółkiem, tak świetnie im się przecież współpracowało. Zresztą Clarkson generalnie świetnie dogaduje się z niedużymi pojazdami, cbdo. Kocham ten odcinek.

Pójdę, obrazeczki jakieś znajdę i przyniosę. Miejcie udaną niedzielę.

 

Apdejt - obrazeczków nie szukałam, zmieniły mi się plany, wieczór będzie nietowarzyski, ciepły, z kubkiem herbaty i ukochaną książką. Jedną z ukochanych, ale wciąż do niej wracam i żałuję, że autor nie miał szans napisać kolejnych. To mój drugi egzemplarz - pierwszy pożyczyłam komuś, kogo zniknęłam z życia, długo szukałam drugiej, pomogli zaprzyjaźnieni antykwariusze. Jeśli ją gdzieś wypatrzycie skuście się na zakup, na pewno będzie używana i tania, było chyba tylko jedno wydanie, szkoda.

Dostałam bardzo sympatycznego maila od czytelnika, serdecznie pozdrawiam. Niesamowite, że ktoś lubi mnie dlatego, że lubię Top Gear, bardzo to miłe.

Mam obrazeczek, na razie jeden, ale uroczy. Od razu skojarzył mi się z tym cytatem.

sobota, 25 lutego 2012
Czynem witają II Zjazd Partii polscy radioamatorzy.

Tytuł znalazłam, a znalezione nie kradzione.
Wstałam, na śniadanie zaprosiłam kefir i mandarynkę, wzięłam Slayera na spacer (tzn. tylko w empeczy, bo fizycznie nie dali rady chłopaki, przeziębili się i matki kazały im w łóżkach zostać, ale obiecali, że w przyszłą środę to już na pewno będą), nabyłam kefir i mandarynki i wyjątkowo nie mam pomysłów na resztę dnia. Zdjęcia może porobię albo napiszę coś. Łatwo nie będzie z moim brakiem wyobraźni, ale powalczę.

Z tym brakiem wyobraźni chodzi o to, że kiedyś zwierzyłam się znajomej, że może blogaska zacznę pisać. Znajoma sprawę szybko przemyślała i poinformowała mnie, że ona osobiście nie widzi mnie w roli blogerki, bo do pisania bloga trzeba mieć wyobraźnię i poczucie humoru. Zaryzykowałam i jakoś daję radę bez powyższych.
Poza tym chwilami podejrzewam, że jakąś wyobraźnię to ja jednak mam, tylko zwichrowaną nieco. Np. tytuł filmu "Czyż nie dobija się koni" (nie oglądałam) powinien prawdopodobnie kojarzyć mi się inaczej, niż z zaangażowaną masturbacją męską. Do tego notorycznie przerabiam kolędy na piosenki o małych gryzoniach futerkowych. Może się rozwinę, kto wie.

Ponownie wzięłam pod rozwagę opcję pisania bloga kulinarnego, ale wnioski póki co mam te same, co wcześniej, mianowicie musiałabym moderować komentarze, bo niezmienie mam alergię na słodziusie zdrobnionka, więc gdyby mi wlazło jakieś stworzenie piszcząc, że ojeja, jakie śliczne bułeczki i ono biegusiem pędzi do mojego domku po kawalątek bo aż mu się do tych cudeniek buźka cieszy :*********, to musiałabym prosić znajomego leśniczego, żeby za pół litra znalazł taką niunię i załatwił ją, zanim zniesie jaja.

Doradził mi człowiek rozsądny i praktyczny włączenie reklam na blogu. Co o tym sądzicie? Z jednej strony miło byłoby zarobić np. na ziarno dla Myszy, z drugiej nie jestem przekonana, mam jakieś wewnętrzne fuj do reklam.

Idę szukać obrazeczków o, tam -----------> .
Miłego dnia Państwu życzę, zostańcie dziś w domach, paskudnie wieje.

PS. Póki pamiętam - fanpejcz blogaska (w zakładce) nie jest moją osobistym kontem na FB, więc jeśli wysyłacie wiadomość prywatną do Chaotycznej, to ja jej nie dostaję. Konto osobiste posiadam, jest widoczne na Fanpejczu, proszę się nie wahać i pacnąć mnie w razie potrzeby. Przepraszam za kłopoty, jako rekompensata chrapiący koliberek. Chyba go chcę, choć nie aż tak, jak gryfa.

 

Apdejt obrazeczkowy - potterowo i ...tak, tak, troszkę romantycznie będzie znów.
Idę obejrzeć nowy odcinek Top Gear, do zobaczenia.

piątek, 24 lutego 2012
Bad hare day.

Samo życie. Zdarza się króliczkowi, mogło się zdarzyć i mnie.
Nie żebym planowała komuś rękę upierniczyć, bo od tego mam Mysz, ale nastrój mam trochę nieprzysiadalny.

Jest mocno takise dzień, nie ma natomiast weny i nic mi się nie chce. Nawet nie będę próbowała wymyślać zabawnej notki, bo musiałabym na siłę, a na co to komu. Wyspałam się jak zwykle, czyli wcale, od rana ludzie czegoś ode mnie chcą, nawet głupiej kawy jeszcze nie wypiłam, więc siedzę w piżamie w sowy i kapciach-myszach, przeglądam stertę Bardzo Ważnych Papierów i wyglądam jak wypłosz.

Jest wietrznie, bardzo, a muszę opuścić przytulną hacjendę, wrócę wyglądając jak dmuchawiec i z zimnym nosem, to pewne. W dodatku zgubiłam zielone rękawiczki i maziaj do ust. I urodziny mam niedługo, ale nie powiem, które, żebyście się nie nabijali ze starej kobiety, bo to bardzo nieładnie. Osiemnastka jak co roku, ok?

Na głównej nuda, tylko niedetektyw ochrania mamę Madzi. Biorąc pod uwagę metody działania pana Rutkowskiego (który przy tym pamiętamy, jak pięknie dziewczę potraktował) sugerowałabym jednak kogoś bardziej godnego zaufania.

Gratulacje z odrobiną zazdrości dla Poznania, też bym chciała mieć w okolicy takie coś.

Dzięki bogom za zimną (podgrzewanie to strata czasu) pomidorową, bo na diecie wodno-mandarynkowej nie pociągnęłabym, za przeproszeniem Państwa, długo. Btw - uwierzycie, że są ludzie, którzy jedzą pomidorową z makaronem, zamiast z - jako jedyną słuszną opcją - ryżem? Zszokowało mnie to bardziej, niż fakt, że niektórzy jedzą miśki Haribo zaczynając od łapek. Pomidorowa z makaronem, ja pierniczę. Opamiętajcie się.

Zrobiłam kawę i nie wiem, co dalej. W sensie że z dniem nie wiem, co, bo kwestię kawy jakoś ogarnę.
Obrazeczki może wrzucę, o.
Niech się stanie religijnie i troszkę romantycznie, znowu.
Zakochałam się alboco.

 

Apdejt - ojej. Kapitan podjął decyzję o lądowaniu. A mógł przecież odpowiedzieć zmasowanym ogniem laserowym i odlecieć na stację kosmiczną ISS.

U Brahdelt pojawił się sprawdzony przepis na natto - kto lubi (Szysz!) niech zrobi, ja dowiem się dziś, czy lubię.

 

Apdejt większy - pamiętacie, jak się martwiłam, że Hija gdzieś zniknęła? Wróciła, uff.

Mam słoiczek natto - Brahdelt, bardzo dziękuję. Pachnie mniej strasznie, niż się zapowiadało, więc będę dzielna i skubnę.

 

Apdejt wymuszony - kaman, ja wiem, że to powinien być zając, a nie królik, ale, umówmy się, "króliczek" brzmi lepiej niż "zajączek", do tego coś związanego z zajączkiem jest też związanego z KK, a blogasek i KK nie mają części wspólnej, nawet kicającej. Długouche u mnie to królik i tyle*.
Idę piec chleb pszenno-żytni półrazowy na zakwasie ze słonecznikiem i dynią. Przepisu nie będzie, bo piekę metodą "o, to tego trochę dorzucę i może jeszcze tamtego".

* albo ktoś z plemienia Kelabit, malezyjskiego bodajże, którego za przeproszeniem członkowie uszy sobie wydłużają, niemniej generalnie liczyłabym tu jednak na króliki tylko**.

** ostatecznie elf, ale niezazbytnio*** lubię.

*** tak, to nadal ukochany wyraz wyszukany w necie, "spółczuję twojim dziecią" niezmiennie na drugiej pozycji, razem z "wkącu".

czwartek, 23 lutego 2012
Pszczoła miodna wskaźnikiem czystości środowiska.

Z powyższym nie ma co dyskutować, taki jest fakt i pozamiatane.

Poranek miałam piękny, bo aż do 9.02 nikt mnie nie wkurwił, za to potem poszło lawinowo, w związku z czym żądam od Wszechświata dostarczenia mi na próg mojego ulubionego wina i pół tony szparagów, koniecznie z miłym bilecikiem. Mogę dziś być straszna (dowcip, nawet ten o gąsce Balbince, nie wchodzi w grę).

W ramach prac nad odzyskiwaniem utraconej równowagi ostatnie pół h spędziłam na sofie z kubkiem herbaty i "Syrenami" Achilleosa. Guzik mi to dało, ale "Syreny" polecam, piękne są, jego smoki zresztą też, ale wiadomo, że w kwestii smoków nie jestem obiektywna, bo kocham wszystkie z całego czarnego serduszka. Yummie.

Na głównej standard, wywlekanie czyichś spraw bardzo prywatnych. Będę ogromnie zawiedziona, jeśli pan Włodzimierz po odzyskaniu zdrowia nie skieruje sprawy do sądu. Pojawił się też dowcip albo test na spostrzegawczość czytelników, coś w rodzaju "pokaż, która postać nie pasuje do słowa *gwiazda*", stąd wymienione w zestawieniu panie Kardashian i Rutowicz. Jako bonusik w komentarzach znalazło się kilka wyrazów-perełek. Poczułam się nieco lepiej.

Mysią łapkę mogę oficjalnie uznać za zdrową, odnotowałam powrót futerka. Jako wyraz wdzięczności za zachowanie mnie przy życiu ze wszystkimi kończynami Mysz otrzymała nową kolbkę, a przy okazji wymieniłam jej kołderki w sypialniach.
Mysz zignorowała kolbkę i poszła spać do kostki, na trociny.
Po drodze zatrzymała się i, patrząc mi głęboko w oczy, zsiusiała się pośrodku rurki łączącej Klatkę Pierwszą i Drugą.
Wiecie, ręce mi czasem opadają.

Mama dzwoniła właśnie, że ręka znów ją boli. Nie wyobrażam sobie kolejnej operacji, ona tym bardziej.
Trochę do dupy ten dzień, drogi Pamiętniczku.

Idę myśleć, obrazeczki nastąpią, ale później.

 

Apdejt - są, są obrazeczki. Znów będzie romantycznie i troszkę religijnie.

Mysz wyspana i w doskonałym nastroju, więc możliwe, że do bielejących przed klateczką stosów kości wrogów nie zostaną dziś dorzucone żadne nowe.
Rozważam zawieszenie na drzwiach tabliczki z napisem "Mysz dobiega do drzwi w 10 sekund, a ty?" czy coś w tym rodzaju. Niech ludzie wiedzo, niech się spodziewajo.
Oczywiście znów zsiusiała się w rurze. Rodencik zakichaniutki.

Idę przejrzeć piórka, cekiny i wełenki, będę szyć, wyszywać i dziergać pokrowczyk, bo Opcy jeździ na nartach z ogonkiem nie osłonionym i marznie.

środa, 22 lutego 2012
Spłuczkę podtynkową Geberit tanio sprzedam.

Takie coś powyżej mi się wymyśliło i zostaje.

Jak znajdujecie aktualne warunki atmosferyczne?
Bo ja wzrokiem głównie, ale nie o tym miałam, to tylko tzw. zagajenie.

Ponieważ redakcja blogaska (że niby ja) została zasypana pytaniami o to, skąd wytrzasnęła tytuł wczorajszej notki, zdecydowała się (nadal tylko ja) ujawnić, że chodzi o, za przeproszeniem Państwa, pozycję Jacka Sawaszkiewicza pt. "Między innymi makabra", serdecznie polecam. Sporą część zawartości znajdziecie tutaj, niestety bez ogłoszeń, ale jeśli ktoś natknął się kiedyś na "Swawolnice domowe i biurowe tanio" to niech będzie świadom, że to też stamtąd.
Przy okazji przepraszam, że nie odpisuję na maile od razu, ale goni mnie jeden termin, a do standardowego u mnie braku wyobraźni doszedł brak weny. Zapewniam, że wszystko czytam, ale kiedy mam odpisać troche się zawieszam, mówię w przestrzeń "Yyy..." i idę po mandarynkę. Minie, mandarynki mi się kończą. Łatwiej mnie dopaść na FB, jestem niewidoczna, ale odpisuję, jak tylko złapię wolną chwilę. GG nie mam, bo mi Pidgin ryksztosuje, mam za to Skype, ale wciąż zapominam włączyć i trzeba mnie pacnąć, żebym.

Na głównej przygnębiająco, a smutne tematy poruszam tu tylko w ostateczności. Na szczęście w sukurs idzie Onet, na którego głównej dowiadujemy się na przykład co zrobić, kiedy nadejdzie koniec świata. To proste - trzeba mieć zapas żywności na co najmniej tydzień.

Właśnie zakrztusiłam się pestką z bezpestkowej mandarynki.
Coś może być na rzeczy z tym końcem świata.
Na szczęście zdążę wrzucić obrazeczki - z głębią i, nie uwierzycie, znów romantyczny.

[Rezerwuję to miejsce na inteligentną, zabawną kontynuację notki, jaka niewątpliwie przyjdzie mi do głowy, jak tylko napiszę jedną pilną rzecz i zjem ostatnie dwie mandarynki. Proszę nie regulować odbiorników.]

PS. Nie zaglądajcie do Szyszki. Strasznie klnie.

wtorek, 21 lutego 2012
"Zamienię homunkulusa przyuczonego do prac polowych na łopatę ogrodniczą"

Konia-zrzędę temu, kto bez googlania wie, skąd wzięłam tytuł.

Wymyśliłam sobie dzień wolniejszy, ale świat miał dziś na mnie własny pomysł, więc od rana na zmianę wisiałam na telefonie i przekonywałam Mysz, żeby nie demolowała swoich poMyszczeń mieszkalnych. Skuteczne było tylko pierwsze, dzięki czemu kilka ważnych spraw mam za sobą, a przede mną sprzątanie u Myszy, która działa na zasadzie "zepsułam - napraw".

Jestem niewyspana i jakaś taka nijaka, to nie jest dobry dzień na, za przeproszeniem Państwa, stosunki interpersonalne. W dodatku ból lewej ręki zaowocował nabraniem kolorków przez prawe kolano, które bynajmniej mnie nie boli. Jestem chyba zbudowana jakoś inaczej niż Wy, Ziemianie.

Na głównej horror. Nie odważyłam się posłuchać.

Oglądam od jakiegoś czasu odcinki bardzo już wiekowego serialu "ER" - tego z młodym Clooneyem i Julianną Margulies (rewelacyjną imho w "Mgłach Avalonu") - fantastyczny jest. Dwuminutowe porody, pacjenci mówiący pełnym, dźwięcznym głosem po wyjęciu rurki intubacyjnej i najdziwniejsze defibrylacje, jakie widziałam (bez uciskania między wyładowaniami, bo po co tracić czas, i tak się uda) - dla mnie bomba, serdecznie polecam.
Btw - uświadomiłam sobie własnie, że oglądam wyłącznie seriale medyczne i kryminalne - są jakieś inne sensowne?
Gdzieś po drodze obejrzałam "Borgiów" (bdb), "Grę o tron" (bdb) i "Eurekę" (czary z mleka), ale reszta to krew, limfa, plamy opadowe ("Body of proof", bdb) i mikroekspresje ("Lie to me", bdb).

Nie mam weny, na spacer może pójdę, bo niczego sensownego dziś raczej nie napiszę, a posprzątanie hacjendy to ostateczność przecież.
W dzisiejszym czapkolotku wygrał Wesolutki Wiking z Wodogłowiem.
Jak się kiedyś przełamię (bo wiecie, strasznie nieśmiała jestem), to zdjęcie wrzucę.

Tymczasem obrazeczki - zwierzątkowy i romantyczny.
Coś dużo u mnie romantyzmu ostatnio. Wiosna idzie alboco.

Ja tu jeszcze wrócę, stay tuned.

PS. Toroj wrzuciła nowe, chodźmy czytać i się śmiać.

PS2. Ahaha, spacer. Gorsety poszłam oglądać. Kocham gorsety.

poniedziałek, 20 lutego 2012
"Wiwat stopięćdziesiąta wyprawa łupieska na przymorców!!!"

Takiego smsa dostałam właśnie od MBF-a, na tytuł notki jak znalazł, więc zacytuję sobie. To podobnież cytat z "Kajka i Kokosza", nie wiem, jak dokładny, przeszukam komiksy, może znajdę. Jak wiecie nie mam wyobraźni i sama nie zdołałam nic wymyślić. Sęks, MBF, niech bogowie prowadzą Twoje wielbłądy.

Jestem niezmiennie uszkodzona w rękę, więc popołudniowa wyprawa z Myszą do weterynarza będzie prawdziwą przygodą. Mysz, nawiasem mówiąc, biegała i tłukła się do 6 rano. Zgadnijcie, skąd wiem.

Wspominałam kilka dni temu o tłumaczeniu, które miałam machnąć bez ingerowania w tekst podesłany wcale i za żadne skarby, bo jest idealny i nie trzeba nic poprawiać. Oczywiście nie tknęłam go nawet najmniejszym palcem, więc dzisiejszego maila z fochem przyjęłam entuzjastycznie. Okazało się, że posłuszne trzykrotne "zostawienie wszystkiego tak, jak jest", na skutek czego trzykrotnie przetłumaczyłam "Wielki Mru" jako "The Great Mru", to nie to, co poeta miał na myśli.
Paradne.

Lekcje gry na gitarze, które miałam w tym tygodniu zacząć (trochę grałam, ale zapomniałam, a gitary w domu są, więc niech nie leżą odłogiem), muszę sobie chwilowo darować, bo ręka. Nie mogę jej nawet porządnie wyprostować bez bólu, więc formy aktywności w postaci energicznego tańca brzucha czy wrestlingu też raczej sobie odpuszczę. Dzięki bogom nie jestem połamana ani żadne takie, ale przez najbliższe dni narzeknę sobie raz czy dwa, uprzedzam, żeby nie było zaskoczenia, nawet mnie zdarza się marudzić.

Oglądałam wczoraj Top Gear (kocham bardzo), gościem w samochodzie za rozsądną cenę był Ryan Reynolds. Clarkson przypomniał, że został on kiedyśtam wybrany na najseksowniejszego żyjącego mężczyznę na świecie (żyjącego, podkreślam).
Seriously?
Nie mówię, że jest brzydki czy coś, bo nie, ale mam wrażenie, że ktoś lepiej zbudowany byłby jednak atrakcyjniejszy. Wychowałam się na Nienackim, rodzice nie dopilnowali i z "Wielkiego lasu" wyciągnęłam wnioski praktyczne. Cytatu nie będzie, bo jestem nieśmiała.

Rozważam stworzenie Kącika Porad Gospodarnej Dorotki. Porada dzisiejsza brzmiałaby "Nie pisz notki na blogasku kiedy gotujesz ryż - efektem może być pół kg ryżowej ciapki". Muszę coś wymyślić, bo nie cierpię marnować jedzenia. Swoją drogą phi, marne pół h się gotował i już ciapka.

Wrzucę obrazeczki - dziś będzie romantycznie i religijnie - i idę przerobić ten nieszczęsny ryż na coś jadalnego.

 

Apdejt - Mysz Chrobra z godnością zniosła ostatni z serii zastrzyków, zaprezentowała się pani doktor z obu boczków, polansowała i wróciła do hacjendy, aktualnie śpi, a ja trochę histeryzuję, bo okazało się, że Mysz może się po leku gorzej poczuć, ale "skoro nie poczuła się źle po pierwszej dawce, to raczej nic jej nie będzie". Raczej. Świetnie, po prostu super. Wcale nie biegam co chwilę do sypialni sprawdzić, co u niej, czemuż miałabym i co za pomysł wogle.

Czytaliście? Jakoś odruchowo przeliczam kasę zmarnowaną na maskotki i znicze na obiady dla głodnych dzieci itp. Zwłaszcza, że maskotki zostaną zniszczone, więc nie było z nich pożytku nawet przez chwilę.

 
1 , 2 , 3