Tagi
squirk77@gmail.com
RSS
czwartek, 27 lutego 2014
Twarde są Myszy chociaż bardzo mięciutkie.

czyli dziękuję Państwu za zaglądanie na Fanpejcz, miłe słowa i kciuki. Magiczni jesteście alboco bo Mysz wybudziła się z narkozy i od razu chwiejnym nieco kroczkiem udała się wrąbać rzetelnie zawartość miseczki i kontynuuje to do dziś tylko kroczek wrócił do normy, jest sporo bieżenia i demolowania. W sobotę kontrola i mam nadzieję, że to koniec mysich przygód ze służbą zdrowia, przemiła jest nasza pani doktor i fachowa ale kaman.
(U Pratchetta jest 71-godzinny Ahmed, dobrze pamiętam? Jak zrobię zdjęcia zaprezentuję Państwu 199-eurową Mysz. Powrócił plan założenia elektrowni chomiczej, mogłyby bieżeniem przynajmniej sypialnię oświetlić. Trener nazywa Większyka "swoją najdroższą Myszeczką". Większyk nieco sobie Nie Życzy w przerwach między Kolacją, Kolacją i Kolacją.)

Ponieważ pytacie Państwo jak mi się tu żyje od razu mogę napisać, że bardzo mało ostatnio śpię ale zdaję sobie sprawę, że nie tego pytania dotyczą, więc napiszę, co już wiem.

Zaczęło się od tego że miałam przejść przez ulicę i doznałam niewielkiego szoku. Nie żeby tu nie było sygnalizacji świetlnej bo jest jak najbardziej, sprawna i wogle. Tyle, że jest raczej dla kierowców - piesi uważają ją jedynie za delikatną sugestię do ewentualnego uprzejmego rozważenia.
Nie muszę chyba dodawać że nikt nie rozważa i cokolwiek się wyświetla nie ma znaczenia jeśli akurat nic nie jedzie. A jak akurat jedzie to co tam, najwyżej zwolni albo się zatrzyma. No i z prawej nadjeżdża, potrzebowałam kilku dni żeby przestać jak jakiś łoś wypatrywać autobusu z kierunku, z którego nie miał zamiaru nadjeżdżać. Czułam się na przystankach jak upośledzony słonecznik, wszyscy w prawo tylko nie ja.

Po prawie m-cu przestałam słyszeć irlandzki jako usiłowanie wykrztuszenia dużej pyzy przez gruźlika i potrafię już powiedzieć "następny przystanek" i "Dublin" i parę innych ale pojęcia nie mam, jak ludzie rozumieją całą resztę. Dla kogoś, kto nie zna irlandzkiego, absolutnie nie jest jasne co usiłuje mu przekazać np. pan z transparentem stojący pod jakimś budynkiem. Może być to wezwanie do dotacji na kulturalne cośtam, do skorzystania z promocji na owcę w cenie połowy owcy albo do oddania panu pieseczka który gdzieś tu biegał a teraz wsiąkł, przewidywana nagroda.
Reasumując - kota dostanę zanim się irlandzkiego nauczę a Trener niezmiennie się na kota nie zgadza.
Ale spróbuję.

Tak, w przeliczeniu na złotówki jest dość drogo. Żeby uniknąć szoku lepiej tu przyjechać i już zostać.

Nie, Irlandczycy nie chodzą wciąż narąbani jak stróż w Boże Ciało i nie śpiewają na ulicach przebrani za zielone skrzaty - chyba, że to Dzień Świętego Patryka, wtedy trochę tak i sama też chcę czapeczkę, aktów jakiegoś szaleńczego upojenia nie zaobserwowałam dotąd. Chcę też taki hełm z rogami jak widzieliśmy kilka dni temu, jechała cała wycieczka ludzi w hełmach w piętrowym odkrytym busie. Postanowiłam sobie go wyszukać, polecam wrzucenie w Google Grafika "horny viking helmet" (jeśli u Was pierwszym wynikiem nie jest maleńka myszka w hełmie to coś zepsuliście bo powinna być. Proszę naprawić i zobaczyć maleńką myszkę).

Wszyscy są bardzo mili. Bardzo. Bardzo bardzo. Cieszą się, kiedy coś się człowiekowi uda i pomogą albo przynajmniej pocieszą, jeśli nie. Jest jakoś tak spokojnie ogólnie, odpukać, oby tak dalej.

Nie, Trener Osobisty nie przyjechał pracować na jakiejś wielkiej budowie, dwie osoby o to pytały i nie jestem pewna, o co chodzi. W każdym razie nie. Więc nie pomoże także w zalezieniu pracy. Zwłaszcza na budowie, na której nie pracuje. Żeby nie było, że się opiernicza i rączek nie używa - regał mi zmontował, śliczny jest.
Regał też niepaskudny.

Mieszka mi się dobrze, dziękuję, choć kuchnia jest mała a pod oknem ktoś posadził kwiaty o lekkim aromacie jaśminu z lawendą i moczem.
Po mniej więcej tygodniu odkryłam,że niewinne kwiateczki wzięły na siebie wyłącznie tę lawendę i jaśmin a subtelny dodatek uprzejmie zapewnił Pierwszy Kot Sąsiedzki. Na szczęście, jak zaobserwowałam, wygodniej mu się mikczy pod oknem Sąsiada Co Pali. Palenie robi człowiekowi źle bardziej wszechstronnie, niż sądziłam.

O lokalnej kuchni niczego nie powiem bo jej nie próbowałam, z konieczności i w biegu pierwszym daniem na nowej ziemi była jajecznica zrobiona moimi białymi rączkami a na mieście jakieś chińskie coś z krewetkami. Jestem świadoma istnienia potraw takich jak "irish stew" czy rozmaite "pies" ale nie miałam okazji spróbować, mieszkam tu dopiero czwarty tydzień.
Za to wszędzie jest cydr, mnóstwo, i chipsy z octem. I steki, i owce.
Kaczki też mają, kamień z serca. Miałabym kłopot ze sprowadzaniem.
(Trener Osobisty z niewyjaśnionej przyczyny zakrztusił się a potem odmówił kiedy zażądałam przeprowadzki do większej kuchni bo "w tej mieści mi się tylko jedna kaczka". Ma inne priorytety chyba. Pf.)

Dobra, teraz będzie poważnie bo chodzi o ból, cierpienie i obrażenia duże i małe.
Czy u Was w domach, jak dziecko się czymś dziabło albo oparzyło to mama biegła na pomoc i pocieszała, że to tylko małe ziazi?
Ziazi, podkreślam. ZIAZI.
Bo u Trenera Osobistego, nad morzem, nazywało się to ałka.
Ałka, ja pierniczę. Jak można nazywać ziazi ałką.
Potrzebuję głosów poparcia bo mieliśmy dyskusję nr 8767546 na ten temat. Trener się czymś dziabnął w kolano i bezczelnie twierdzi, że to ałka. Tłumaczę, że to ziazi, ale nie dociera, on ma ałkę i tyle.
Rozważam, czy by tu może nie oszaleć jakoś na dniach. Na razie muszę zostać stabilna bo Mysz ma ziazi, ale potem hoho, może być różnie.

Idę sobie zrobić smoki bo wychodzę niedługo a Państwa zostawiam z obrazeczkownią założoną jako mój wyraz wdzięczności dla Was za trzymanie tak skutecznych kciuków za Większyka. Który ma, rzucam to nonszalancko i od niechcenia, ziazi na boczku. Ale czuje się coraz lepiej.
Miłego dnia Państwu, idę polować na zwykłą, najzwyklejszą mąkę. Bo tu wszędzie jest taka samonapuszywająca się. Mam już źródło buraków, teraz szukamy cykorii.

PS. Mam bardzo dużo buraków, jakoś. Oczekuję propozycji.

PPS. Znów znaleziono blog po "przepis + tiramisu", znalazcę przepraszam. Rób to, co ja, efekt gwarantowany.
Przypuszczam, że osoba która wpadła tu szukając zestawienia "kot + BDSM" oraz "pettingu" (jak ci nie wstyd, pozdrawiam) też doznała zawodu. Skasowałabym tagi ale jest ich strasznie dużo a ja leniwa więc zostają.

PPPS. Mysz Większa właśnie wstała i poszła do głównej klatki z miną "kostka mineralna sama sobą nie pieprznie." Mniejszyk śpi na uszach i drga jej jedna łapka.
Mam najwspanialsze Myszy świata.
Kto twierdzi inaczej będzie miał ziazi.
Albo ałkę jeśli to Trener dorwie go pierwszy.


wtorek, 18 lutego 2014
New Mice on the Block.

Mija drugi tydzień, czasu nie mam bo wciąż wizyty w domach zamożnych mieszczan, rauty w ambasadach, Państwo rozumieją...Żartuję, ozapierniczałam się jak bury Reks przy rozpakowywaniu kartonów i wstępnym ustalaniu gdzie co chcę mieć. Póki co nadal po ryż i sos sojowy spaceruję do wielkiej komody podmysznej (bo na niej stoją Myszaria) i jeszcze nie mam dodatkowej szafki w kuchni bez której to szafki jest kiepskawo bo kuchnia jest naprawdę nieduża. Mieszkanie walnęli na pół piętra ale kuchnia jak dla dwuleworęcznego singla, pf.
Za to projektant bez problemu zmieścił na najwyższej półce 3 kolorowe, drewniane koty o pyszczkach wyrażających emocje charakterystyczne dla istot po spożyciu czegoś nielegalnego a samą półkę uczynił nieosiągalną dla osób o normalnym wzroście. Tym samym powstała Kocia Półka bez Sensu.
Natomiast mam pierwszą w życiu mikrofalówkę i takąż paczkę popcornu mikrofalówkowego, zamierzam doprowadzić do zetknięcia tych obiektów przed wieczornym oglądaniem kolejnego Szerloka.

Miało być o Myszach.
Otóż Myszy, drogi Pamiętniczku, po prostu tu oszalały.
Zachowują się, jakby wreszcie dotarły tam, gdzie przez całe małe, szare życie dotrzeć chciały więc teraz mogą spokojnie biegać z łopotem uszek i demolować Myszaria na skalę dotąd niespotykaną.
Zwłaszcza Mniejsza dostała kota. Odkrył mianowicie ambitny puszek że jeśli bieżąc w kołowrotku pod koniec zwolni i mocno zatupka to kołowrotek wyda dźwięki głośne i niepokojące. Więc zwalnia.
Z jakiegoś powodu najbardziej bawi to Mysz między 5.30 a 6.00 rano - wtedy, podpowiem, śpi się miło i głęboko. Chyba, że mieszka się z nami, to wtedy nie.
Mysie łomoty stały się przyczyną tych zabawnych, małżeńskich dialogów o świcie, takich jak:
 - Idź z nią porozmawiać, ja już byłam!
 - Ale mnie ona aż tak nie przeszkadza...Popatrz, jeśli położysz na głowie największą poduszkę i bardzo się skupisz to da się zasnąć, pacz...
- To wspólna Mysza! Ja już byłam negocjować, kiziałam, dałam ziarno i nic, może Ciebie posłucha.
- Moja połowa Myszy może sobie biegać...
W końcu oczywiście oboje wstajemy, prosimy, kiziamy, Mysz jest śliczna i bardzo miło nas pacza i liże nam nosy. Jako przykład wskazujemy Mniejszej równie śliczną Większą, która siedzi grzecznie na Domku-Serze i czesze sobie uszka, bezszmerowo.
Zmitygowana Mniejsza udaje się spać, więc my, pełni nadziei, też.
I wtedy zaczyna bieżyć Większa. Jej kołowrotek, dla odmiany, jękliwie popiskuje.

Mam poważne obawy, że sąsiedzi słyszą ten łomot o świcie bo Myszy naprawdę się angażują. Postanowiłam w sytuacji, kiedy już ktoś wściekły zadzwoni do drzwi z uprzejmym łodyfak na ust koralach, zagrać słodką, nieco szurniętą Japonkę. Mianowicie roześmieję się perliście, zacznę machać łapkami i dźwięcznym głosikiem wołać "SORRY, NO ENGLISH, NO SPEAKING, NO NO! SORYYY!"
No co, w Ikei zadziałało.

Poza tym, w kwestii Myszy jeszcze, zadawanie Myszy Mniejszej, konsekwentnie mikczącej w Domku-Restauracji surowym tonem poważnych pytań w rodzaju "Kto to widział żeby mikczyć w restauracji! Widziałaś, żeby ktokolwiek tak sobie wbiegał i z marszu mikczył w restauracji? Widziałaś, żeby ukochany pan tak mikczył w restauracji?" w obecności tegoż ukochanego pana akurat konsumującego coś powinno się jednak przemyśleć, odkrztuszanie mężczyzny o wzroście prawie 190 to nie jest takie znowuż hop-siup. Za to Mysz, mam nadzieję, zapamięta że skoro ukochany pan nie wbiega i nie mikczy z marszu w restauracjach to może faktycznie nie wypada tak robić.
Chyba napiszę odpowiednik serii "Kot, który...", będzie miała tytuł "Czy widziałaś, żeby ukochany pan...".

O czym to ja jeszcze miałam. Buraków surowych tu nie ma, to znaczy są organiczne w cenie ca 2 euro za pół kg co przy ilości, którą zwykle zużywam na sok i potrawy, dość szybko by mnie zrujnowało. Buraki są tu w formie wygodnej, obrane i ugotowane, żeby sobie nikt nie musiał ufaflunić białych rączek po paszki. Kolega z pracy Trenera Osobistego zaprezentuje nam na dniach lokalny targ, jeśli tam nie będzie buraków to zacznę je chyba sprowadzać.
Za to wszędzie są skórzane sofy, z tych takich co się siada po jednej stronie i po chwili czuje, jak sempiterna nieuchronnie zjeżdża na środeczek na szew a w lecie się siada i słychać pssss! bo skóra przywiera. Dwa dni temu widzieliśmy z Trenerem jak do mieszkania po sąsiedzku ktoś wnosi identyczny zestaw.
Z kwadrans musiał mnie uspokajać (Trener, nie zestaw) że nie bierzemy udziału w jakiejś psychodramie i nie, na pewno nie jest tak że wszystkie mieszkania są wyposażone identycznie i potem każą nam się przemieszczać jak w jakimś odpowiedniku "Cube" i wszędzie będą Myszy i nie rozpoznamy które to nasze. Oczywiście rozpoznamy, nasze to te, które się najgłośniej tłuką a potem udają, że to wcale nie one a w klatce na pewno jest poltermysz.

O, jeszcze w parku byliśmy i ogólnie okolicę pozwiedzać. Ostatecznie utwierdziłam się w przekonaniu że jestem prostakiem bez gustu a z kulturą to się tylko w jogurcie stykam bo na widok zestawu "kamień leżący, kamień leżący, kamień jakoś postawiony ale tak, że przysięgam, to zaraz walnie i będą ofiary" nie mam myśli "Borze, jakie to głębokie, poświęcę najbliższy kuźwaliard minut na odkrywanie co artysta miał na myśli" tylko raczej "Jaki bajzel, materiałów na budowę nie dowieźli czy co?" Może się jeszcze rozwinę, dostałam na Walentynki całą dyskografię Pratchetta i robię sobie powtórkę.
Pogoda jest przezabawna, wyszliśmy z hacjendy w lekki zefir, po 5 minutach weszliśmy do drogerii po jedną jedyną rzecz (pumeks w kształcie myszy, nie żartuję), wyszliśmy już w ulewę. Ulewa trwała aż do za rogiem bo tam już było słońce na tak zwanej pełnej kurwie. A my w szalikach i czapkach. Jeśli ktoś widział przy St. James parę dorosłych ludzi śmiejących się tak, że nie mogli złapać oddechu, i wyglądali tym samym jak upośledzone, zapowietrzone foki to kłaniam się, w dobrym towarzystwie to i skompromitować się miło.

Obrazeczki mam, filmik z Myszą nadal w telefonie Trenera, przycisnę Go wieczorem. Póki co proszę - obrazeczek o zgodzie, instrukcja jak być może lepiej nie przechowywać zapasów, jak złożyć kotka oraz nie wiem, jak to opisać, ale bardzo kwiczałam.

PS. Poszliśmy do kultowego już Patriotts Inn. Wnętrze klimatyczne, obsługa przemiła, spróbowałam Guinessa i był świetny. Przy stoliku obok siedziały dwie deliberujące głośno panienki wyposażone w dwa komplety sztucznych rzęs i makijażu takiego, że gdyby się bardzo szybko odwróciły toby został w powietrzu. Współpubowicze mieli okazję dowiedzieć się, że jakaś koleżanka to szmata bo co chwilę z kim innym się umawia i nie, nie sypia z nimi, no bez przesady, ale tak się ciągle umawiać? Szmata i tyle. Ale biust ma zrobiony i wyszedł tak, że warto to rozważyć, zaprosi się ją kiedyś do pubu i wypyta, jest miła więc na pewno podpowie i doradzi, w sumie to naprawdę świetna kumpela, tylko szmata. Następnie zadzwonił telefon jednej z panienek. Był rurzowy, bardzo. Panienka poinformowała rozmówcę że jest w pubie z Jess i czy chce zdjęcie. I przysięgam, że wystawiła tego ajfona, wraz z Jess zrobiły rasowe kacze ryjki i machnęła im focię z rąsi i ją wysłała.
Cała byłam zachwycona.

PPS. Mówiłam, że tu wszędzie są dynie? Oczywiście teraz, skoro są, to pf, kto by to kupował. Teraz chcę buraki bo ich nie ma.

poniedziałek, 10 lutego 2014
"Pocztówka od wuja Mata z podróży"

Jeśli ktoś nie wie skąd powyższe to niech się nawet nie przyznaje bo trzepnę wirtualną szmatą.

Działo się tyle, że ja pierniczę, a potem kaboom! i jestem emigrantem a Myszy też.
W ratach będę to pisać, inaczej mi się bardzo długa notka zrobi i komu by się chciało to czytać.

Już w poprzedniej hacjendzie w fazie pakowawczej, kiedy spokojnie dostawałam sobie kota i co jakiś czas szukałam dogodnego kątka żeby oszaleć a Trener Osobisty miotał się w powodzi rowerów, stacji dysków i taśmy klejącej, było zabawnie gdyż Trener uznał, że przygotujemy się do tej podróży perfekcyjnie. Po czym stworzył z dumą Karton Podręczny.
W Kartonie Podręcznym, oznaczonym na klapeczkach dużymi "P", starannie i z rozmysłem umieściliśmy wszystko, co miało nam i Myszom uprzyjemnić podróż i uczynić ją niemalże swawolnym zjazdem po tęczy wprost na zieloną wyspę pełną uroku i garnczków ze złotem (i krewetkami ale to już moja osobista preferencja), mianowicie zastępcze transporterki dla Myszy, wygodne poduszki pod karczki, puchate skarpetki, wodę, brokuła, jabłko, kocyk i jakiś skromny kuźwaliard innych niezbędnych drobiazgów. Karton Podręczny miał być do samochodu zniesiony jako ostatni i Trener Osobisty osobiście tego pilnował.
A potem na chwilę przestał i karton zniknął.
Aj min zniknął, naprawdę. Pozostałe kartony, niemal wszystkie, wykopsano z samochodu i obejrzano, dużych "P" nie było nigdzie.
W 32 h pokonaliśmy, w tym także cudem, 7 krajów. Karton Podręczny znalazł się w nowym mieszkaniu. Wszystko było z nim w porządku, duże "P" na klapeczkach cieszyło oczy.
Tyle, że było na niewłaściwych klapeczkach, tych takich co się je zakłada do środka jako pierwsze.
Mało tu nie oszalałam już pierwszego dnia, krótko mówiąc.

Jesteśmy już na miejscu i jest przeuroczo, mewy są bezczelne oraz wszędzie, Myszy dotarły całe i zdrowe, dojazd do eurotunelu w Calais robił chyba jakiś wróg ludzkości bo mało nas tam zbiorowy szlag nie trafił a mówione przez uprzejmą Francuzkę z akcentem niemieckim angielskie "Aj kol maj kolig hi łil kam hir end print ju tikety!" na długo się do nas przyczepiło.

Będzie cziłała i inne takie ale najczęściej pytaliście mnie Państwo co z zapowiedzianymi na Fanpejczu krokodylami. Gdyż, jak słusznie zauważyliście, mnóstwo krokodyli jednak w morzu nie występuje, nie lubią czy co. My nie spotkaliśmy żadnego ale napotkane na promie dziecię uświadomiło nam że co my tam wiemy.
Otóż promem kołysało dość znacząco, byliśmy akurat między sztormami i morze nie doszło jeszcze do siebie po ostatnim. Kołysanie robiło wrażenie na wszystkich (serdecznie pozdrowienia dla młodziana pochodzenia polskiego który zająwszy dogodną pozycję informował współtowarzyszy kto właśnie nie zniósł kołysania i pobiegł, rech rech rech, do łazienki i cud że zdążył - byłeś przezabawny, zią, a najbardziej kiedy sam ledwo zdążyłeś, piękny hals między stolikami, szacuneczek) ale szczególny wpływ wywarło, jak się zdaje, na dziecię płci żeńskiej pochodzenia afroamerykańskiego. Miałam to szczęście że siedzieliśmy niedaleko, dzięki czemu słyszałam jak ponure dziecię informuje stropioną matkę że:
 - wszyscy zginiemy
 - ooo, jaka wysoka fala, teraz to już na pewno zginiemy
 - w jednym programie wpadniętych do wody ludzi zjadły krokodyle
 - i ciekawe, czy to boli, tak być jedzonym
 - Barry (chyba brat) już dwa razy się pochorował i czy to możliwe, żeby wypluł własne płuca tym bardziej, że jest mały i ma małe płuca a małe rzeczy łatwiej wypluć
Zrezygnowana matka z ulgą przyjęła widok nadchodzącego swego małżonka i ojca małej katastrofistki w jednej osobie. Wysłała dziecię aby pobiegło tacie na spotkanie, poszło z nim do bufetu i wybrało czym chce wymiotować jak Barry napełnić brzuszek.
Dziewuszka powlokła się noga za nogą (z pewnym trudem bo prom konsekwentnie podskakiwał) po czym jakieś dwa metry od ojca zatrzymała się, łypnęła na niego ponuro i zapytała głośno co chce zjeść na swój ostatni posiłek.
Po czym zwróciła się do siedzących przy stoliku obok kilku par Niemców i poinformowała ich z naciskiem:
- Wy też umrzecie.
I sobie poszła, nieco wleczona przez skonfudowanego ojca.
Małom się nie zmikczyła.Także wtedy, kiedy jedna z męskich części par wspomnianych Niemców orzekła głośno, że w jego ojczyźnie takie kołysanie nie byłoby tolerowane i ktoś natychmiast zrobiłby z promem porządek żeby praworządny obywatel mógł spokojnie skompromitować swoje klopsiki.
Przez cały powyższy czas obie Myszy pracowicie biegały w kołowrotkach w torbach pod stolikiem. Mam teorię, że one każdy hałas i zamieszanie uznają za próbę zwrócenia ich uwagi więc z uprzejmości się rewanżują. Przez całą drogę się tak rewanżowały, bardzom dumna.

Co poza tym. A, lokalnego języka postanowiłam się nauczyć ale mam mieszane uczucia odkąd usłyszałam go na żywo. Mianowicie, z całym szacunkiem, to brzmi jakby gruźlik w stanie terminalnym usiłował wykrztusić bardzo dużą pyzę. Nie jestem przekonana po prostu.
Poza tym wszyscy są strasznie mili i mówią do mnie że heloł i wszędzie są mewy, połamane parasole i zabytki. Nie ma za to kefiru, Toroj kazała mi ayranu szukać bo jest trochę podobny i tak zrobię bo bez kefiru to jak bez...no, kefiru. Lubię kefir i już mi go brakuje. Mają tu za to bardzo dużo cydru ale nie jestem pewna, czy się przestawię.

Stopniowo będę pisała o tym, jak było, na razie usiłuję ogarnąć mieszkanie. Początki były przezabawne bo weszłam, zobaczyłam korytarz i 5 par drzwi i zanim zdążyłam zapytać które to nasze okazało się, że wszystkie. Tutaj jakoś inaczej budują, mamy cały długi korytarz, dwie sypialnie, dwie łazienki, wielki salon i nikczemnie małą kuchnię którą sobie trochę przerobimy. Całość wygląda jak bardzo dużo sprzątania i kilometry trasy między pomieszczeniami. Co się człowiek nabiega żeby poprzenosić rzeczy ze schowka do łazienek to jego. Myszy rozpakowane i zadomowione, mam dowody i wrzucę później. Obrazeczki też później, nie miałam jeszcze czasu na szukanie świeżych.
Miłego dnia Państwu, uważajcie na siebie, krokodyle mogą być wszędzie.

PS. Spakowałam wszelkie skośności w średni karton. Chyba na nim ktoś później usiadł bo otworzyła się torba strunowa ze skrobią kukurydzianą. Pół kuchni wygląda jak po wybuchu w jakiejś szczególnego rodzaju nielegalnej fabryczce.

PPS. Zrobiłam zamówienie w Tesco. Oni mają tak że jeśli jakiegoś produktu nie ma to wyszukują  najbardziej zbliżony odpowiednik.
Od wczoraj usiłuję zrozumieć jakimi ścieżkami podążął umysł osoby która w zastępstwie za farbę i rozmaryn spakowała mi czereśnie kandyzowane oraz świeże i pojemnik zapasowych ostrzy do maszynki do golenia.

PPPS. W sąsiedztwie jest Kot. Jeszcze nie wiem, jak się po lokalnemu woła do kota a nie chciałam zaczynać znajomości od potencjalnie irytującego nieporozumienia więc tylko mu pomachałam. W odpowiedzi usiadł i polizał się po....no polizał się, tak ogólnie, i zupełnie po polsku. Mam nadzieję, że to dobra zapowiedź.

poniedziałek, 03 lutego 2014
"Co podać do stołu, gdy przyjdą goście, a w domu nic nie ma"

Rzecz jest banalna i odsyłam Państwa tutaj (i dziękuję kolegom z grupy za podesłanie) a sama wpadam tylko na chwilę gdyż pakuję mieszkanie w kilka kartonów nie wiedząc jeszcze, ile mogę ich zabrać i czy wszystkie się zmieszczą.
Ponieważ, jak się okazało, pan Przeprowacław przeprowadzać będzie nie tylko nas ale jeszcze jednego kogoś. I ten ktoś ma dwa pieseczki, podobno małe.
Nie tak miało być i mam sporo pomysłów na to, co może stać się pieseczkowi który podejdzie za blisko klatek z Myszami.
Dla wygody i aby uświadomić otoczenie, że sprawa jest poważna, robię dwie listy, nazywają się Konsekwencje na Lądzie i Konsekwencje na Morzu.
Jestem bardzo z siebie dumna bo odkrywam w sobie talent do dyplomatycznego przekazywania rzeczy nieprzyjemnych. Nawet Trener Osobisty zgodził się że "Nagłe, wymuszone przez czynnik ludzki i zgodne z prawami fizyki zetknięcie pieseczka z dużą ilością chlorku sodu po uprzednim przebyciu po łuku drogi w powietrzu" brzmi lepiej niż "Won z tym kundlem albo go wykopię za burtę".
(Bardzo lubię pieseczki ale daleko od Myszy.)

Przezabawnie jest bo Trener Osobisty usiłuje ukoić moje stargane nerwy przekazując mi wiadomości nt planowanej podróży stopniowo i możliwie łagodnie.
Mają miejsce dialogi, np.:

Ja - Możesz mi powiedzieć jak dokładnie ma wyglądac trasa?
TO - Na Puławskiej skręcamy na S2 i prosto - Niemcy, Holandia, Belgia, Francja, na prom a potem już prosto.

***

Ja - Jak to spędzimy 16 h na promie? Miało być kilka godzin najwyżej? Dlaczego dopiero teraz dowiaduję się że to ma być 16 h?
TO - Wcale nie 16, nie wiem, skąd wzięłaś tę liczbę, w życiu bym Cię nie naraził na spędzenie tylu h na promie skoro nie lubisz, zwłaszcza że to nie będzie spokojny Bałtyk...
Ja - To ile tych h?
TO (sprawdzając) - Noo....18.

***

Ja (w trybie Jękliwe Zawodzenie) - Promy toną, wiesz? Widziałam ten nasz na zdjęciu, jest ogromny i ciężki, takie to nawet toną szybciej, gdyby to był lekki prom, jak puszeczek taki, toby nie utonął a tak ...
TO (roztargniony, zajęty) - Skąd, nic się nie stanie, promy nie toną.
Ja - Jak to nie toną, sprawdziłeś statystyki? Ile promów utonęło w ostatnich latach? Pewnie nawet nie sprawdziłeś...
TO - Oczywiście że sprawdziłem.
Ja - To ile ich utonęło?
TO - (roztargniony) Pół.

No i tak to teraz u nas wygląda.

Poza tym Myszy mnie skompromitowały.
Pojechaliśmy na Mysi Przegląd Techniczny bo muszą mieć aktualne badania, zaświadczenia i inne takie.
Zapakowałam panienki do transporterów, transportery do torby, dojechaliśmy i przyszła pora na badanie pierwszej Myszy.
Wkładam dłoń do transporterka, na dłoń wbiega wesolutka, puszyściutka Mysz. Więc świadoma, którą mam bardziej oswojoną, nie przyglądam się jej tylko mówię od razu "O, to Mysz Mniejsza, jest bardziej oswojona i spokojniejsza".
Pani doktór wzięła Mysz na kolana, zagląda w pyszczek, bada, miętosi cierpliwą Mysz, w końcu daje mi do przytrzymania bo trzeba sprawdzić mysie uszki. Mysz lekko się zirytowała i udawała, że mnie gryzie, no ale Mniejszyk tak ma, badanie skończone, odkładam Mysz żeby się uczesała, sięgam do drugiego transportera...
....a na dłoń wbiega mi wesolutka, puszyściutka Mysz Mniejsza. Większa się tak oswoiła że kompletnie nic jej nie ruszy, wbiega na dłoń i jest chrobra. Przeswoiłam drugą Mysz a Mniejsza przytyła tak, że jest prawie tak duża jak siostra.
Jestem skompromitowana ale bardzo dumna, takiego tchórka jak Większa oswoić to nie jest byle co.

Poza tym zyskałam pewność, że obcięcie włosów damskich długich o ca 10 cm zabiera mniej więcej 7 sekund jeśli zbierze się je w kitkę i ma ostre nożyczki. Czynnikiem niezbędnym jest brak w okolicy Trenera Osobistego który mi stopy odkizia jak się zorientuje.

Za kilka h kończy mi się dostęp do komputerów ale postaram się kwiczeć przez komórkę na Fanpejczu o ile będę miała jakieś wajfaje w okolicy, bo pewności nie mam. Będę wdzięczna za kciuki, przed nami 2,5 dnia podróży. Stresuję się bardzo konsekwentnie.
Zamiast obrazeczków mam filmik ale wrzucę potem jak mi go Trener Osobisty prześle bo to on filmował.
Fajny jest.
Filmik też.

PS. Widziane dziś na wystawie sklepowej "Kupując u nas udzielamy rabatu!". Szacuneczek.

PPS. Podesłane przez czytelniczkę - tak wyglądają głebokie myślicielki i koneserki brwi, trwam w zachwycie.