Tagi
squirk77@gmail.com
RSS
środa, 30 listopada 2011
"Policjanci pomogli mężczyźnie, który chciał skoczyć z mostu"
Tak, wiem, bardzo niefortunny tytuł artykułu, bardzo, i wyjaśniono nawet tę niefortunność, ale suponuj sobie, Pamiętniczku, jaką miałam frajdę.

Mysz odebrała dziś o poranku poważną, acz zapewne nietrwałą, lekcje wychowawczą. Coś jednak musi być jadalnego w moim kremie do rąk, bo Mysz wlazła mi na dłoń i bardzo powoli, patrząc mi w oczy, zaczęła zaciskać oba dostępne ząbki na moim palcu. Równie powoli i delikatnie przytrzymałam jej uszko w palcach drugiej ręki. Dotarło, Mysz oceniła swoje szanse i uznała, że jeden gryz kremu do rąk nie jest wart ryzyka, że zacisnę palce. Wiadomo, że prędzej dałabym się pogryźć, niż zrobiła krzywdę, ale Mysz jakimś cudem nie miała tej pewności, choc przez całe życie wąs jej z pyszczka nie spadł. Polizała i kazała się głaskać, jest bardzo stanowcza, kiedy czegoś chce.
Szkoda, że poprzedni Mysz nie miał tego rodzaju refleksji, nie miałabym tylu ran ząbkowanych. Nie mam żalu, Mysz był w depresji i gryzł, bo się bał, taki mały obolały tchórzyk, bardzo za nim tęsknię.

Dostałam wczoraj propozycję, dzięki której znów czuję, że życie ma smak. Najchętniej spakowałabym się jeszcze dziś, ale muszę trochę poczekać.

Byliście kiedyś samotnie w kinie? Ja nigdy, a wczoraj zaczęłam to sobie wyobrażać, dość egzotyczne jak dla mnie przeżycie na pierwszy rzut myśli, ale nie wiem, chcę sprawdzić, dotąd w moim świecie kina były dla par. Postanowiłam przetestować tę opcję w weekend, wiele rzeczy będę teraz robiła sama, kino to dobry początek. W cholerę daleko mam do kina i wielu innych rozrywek, wyprowadzka ze stolycy nie była jednak chyba aż tak fajnym pomysłem, jak sądziłam.

Dzisiejszy wesoły obrazeczek jest z załączoną gratis refleksją.
Słówko dnia - "smótek".

Uciekam, panowie od ociepleń znów wiercą, oszaleję tu, jeśli nie wyjdę.

PS. Podobno, wg głównej, każda kobieta chce być z Ryanem Goslingiem. Serio? Chciałybyście? Nie twierdzę, że coś z nim nie tak, ale żeby od razu go chcieć do bycia z? Bez przesady jednak.

wtorek, 29 listopada 2011
"Niesforna pierś pięknej aktorki wysunęła się ze stanika"
Tak, to z głównej.
Brezly, nawiązując do rozmowy pod jedną z ostatnich notek - obstawiasz przypadek? Bo ja jakoś nie.
Ciekawe, ile teraz płacą za przypadkowe wypadnięcie niesfornych (a jak siedzą na miejscu to jakie są? karne? posłuszne?) części ciała i czy jest jakiś oficjalny cennik. Może sobie kobiecina na brafitterkę uzbiera, bo biustonosz, który nie trzyma biustu niezależnie od okoliczności, to porażka.

W nocy nie spałam, bo nie (ale warto było porozmawiać), a w dzień dla odmiany też nie, bo panowie od ocieplenia garażu uznali, że mają dla mnie bardziej rozrywkową opcję, więc napierniczają wiertarkami z uporem godnym lepszej sprawy. W związku z czym jestem blada, wielkooka, leciutko wkurwiona i od rana piszę jedną ważną rzecz, którą muszę dziś wysłać.

Jestem coraz bardziej zmęczona i zmięta, a powinno być tak, jak kilka dni temu. Powinno i nie wiem, czemu nie jest. Chciałabym, bardzo. Wtedy najpierw bardzo trudno było złapać oddech, a potem wszystko zrobiło się jasne i proste. Chcę, żeby wróciło, chcę się obudzić dopiero, kiedy wróci.


Wesoły obrazeczek na dziś zawiera lwa.
Natomiast obrazeczek obrażający WC nie zawiera go ani odrobiny, jest bardzo słodki.
Zdanko dnia - "trzeba uwazac jak się jest znanym leżyserem". No trzeba, takie życie.

Wesoły cytat znalazłam:

"Wierzę w uczciwość prezydenta
i nieprzekupność urzędników
w troskę banku o klienta
w rusałki i skrzaty domowe."

To zupełnie jak ja.

Spaaać.
Najpierw uciec, a potem spać.
Zachowujcie się, kiedy mnie nie będzie.
Byle jak, ale się zachowujcie.


Apdejt - Nie spałam, ale jest lepiej. Nie sen był mi potrzebny, ale spokojne przemyślenie kilku kwestii. Będzie dobrze, czego i Wam życzę.

PS. Witam nowego czytelnika - P, ahoj! To co, czekamy na wiosnę? :-)

Notka refleksyjna oraz o tym, z czym nie warto tu uderzać.
Na dzień dzisiejszy (po interesującej akcji z sąsiadem - tchórzliwym idiotą) mam taką egzotyczną refleksję, że nie ma co za bardzo w ludzi wierzyć. Miałam dotąd szczęście, nie trafiałam na tchórzy i ściemniaczy ani na kaleki niezdolne do dotrzymania obietnicy - na ogół. Sporo jestem w stanie zrozumieć, ale nie tchórzostwo i okłamywanie kogoś dla dodatkowej chwili własnego, złudnego zresztą, spokoju. To się bardzo mści na szczęście. Szczerze uważam, że ludzie fundujący innym ludziom złudzenia bardzo dotkliwie za to zapłacą i nie ma co ich żałować.

Zapytano mnie w mailach i na żywo o to, czemu komentarze są moderowane. Wiem, mogę spokojnie odpisać, że mój blog=moje zasady, ale niewiele w tym szacunku dla czytelnika, a ja mam go mnóstwo, bo mam szczęście do czytelników, dlatego wyjaśnię.

Nie lubię głupich zaczepek z podtekstem. Piszę otwarcie, czasem o seksie, czasem wulgarnie, czasem przeklnę. Na żywo jestem taka sama.
To nie znaczy - serio serio, uwierzcie - że można wysłać mi maila ze swoją wizją mojej osoby grzecznej i w pozycji horyzontalnej i liczyć na to, że się zainteresuję. Flirt ma być inteligentny albo żaden.

Nie ma sensu usiłować przekonać mnie, że Bozia jest dobra/-y, a ja błądzę. Jeśli ktoś bardzo chce, to napiszę mu w prostych, żołnierskich słowach i w jednym zdaniu czym jest dla mnie religia. Będzie to bardzo szczere i bardzo obraźliwe, nie fundujcie sobie tego przeżycia, jeśli naprawdę nie potrzebujecie.

Nie ma sensu wrzucać mi reklam własnych blogasków - jak dotąd wszystkie wartościowe znalazłam sama albo przez inne wartościowe, więc jeśli masz mi do zaoferowania wyłącznie supersłabe zdjęcia siebie z ciocią Kazią jedzącą żeberka na tle fajnego lodowca odpuść sobie, bo nie jestem zainteresowana. Życzę cioci smacznego, ale nie jestem zainteresowana, naprawdę.

Nie ma sensu wrzucać mi żadnych reklam, żadnych. Jeśli coś mnie interesuje, to albo to śledzę, albo znajdę. Konkurs na najlepsze jesienne przebranie albo na najlepszy sernik nie mieści się w zakresie moich zainteresowań. Wiem, dziwne, ale jakoś nie.

Jestem bardzo miła, serio. Zainteresuję się każdym nieszczęściem, wesprę, poszukam domów dla porzuconych kociąt i podam adres najlepszego lekarza w okolicy. Pocieszę słownie po kłótni z matką, żoną i kochanką. Ale moje bycie miłą ma granice. Kończy się mniej więcej kilometr przed "Jestem taki samotny i dawno nie widziałem życzliwej twarzy, wyślesz mi swoje zdjęcie? Nie musisz być ubrana, hihihi" - zdjęcie (w ubraniu, rzecz jasna) wysłałam jednej osobie i jest tego warta, a zaangażowana masturbacja przed kompem kojarzy mi się tylko z filmem "Czyż nie dobija się koni?".

Znajomym sądzącym, że nie wiem, kto do mnie pisze, uprzejmie przypominam, że mają pecha, bo nie trafili na atechniczną sierotkę. Dwie osoby znajdą jutro w skrzynkach odpowiedzi na swoje supertajniackie maile. Wystarczy przeprosić, nie chowam urazy, niektóre uwagi były nawet zabawne (M. - poważnie? W tym swetrze? Powinnam częściej go nosić.).

Reasumując - jestem ateistką, nie interesuje mnie moda, polityka, prywatne życie gwiazd ani inne bzdury. Mogę się z tego wszystkiego zdrowo ponapieprzać, ale niczego nie wchłonę. Jeśli Twój komentarz nie pojawił się u mnie, to wiesz już, dlaczego.
Rude jest wredne, nie licz na cud, cuda się nie zdarzają.
Możemy sie dobrze bawić, ale jeśli jesteś ograniczony i nie doceniasz przeciwnika licz się z tym, że to ja pobawię sie Tobą, a 5 minut później o Tobie zapomnę.

Poza tym - o, bogowie, bez przesady jednak, to skromny młody blogasek, nie ma co poświęcać mu uwagi w większej ilości, nie wiem, skąd mi się tu tyle niesamowitości znalazło (witam serdecznie i zachowujcie się), może nam się jakoś współpraca poukłada.

Stałych czytelników przepraszam, ale naprawdę mi się nazbierało.
Moja wina, że podałam potencjalnym rozmówcom aż trzy adresy mailowe, naprawię to.

poniedziałek, 28 listopada 2011
Festiwal majtek oraz seks szlag trafił.
Tak, na głównej ten festiwal, a o seksie za chwilę.
Zawsze, kiedy widzę przed restauracją szyld "Festiwal ślimaków" mam wizję ślimaczej orkiestry symfonicznej i tłum czułków poruszających się rytmicznie w takt muzyki. O majtkach w sytuacji analogicznej po prostu nie zamierzam myśleć.

Coś zepsułam i skasowało mi notkę, chciałam dodać komentarz Brezlego i szlag mi ją nagle trafił. Nie wiem, co zrobiłam źle - Brezly, przepraszam. Było tam o seksie i tatuażach, spróbuję nadrobić, trochę mam na ten temat do powiedzenia, może niekoniecznie publicznie, ale spróbuję sie przełamać.

Polecałam w notce, com ją zaprzepaściła, piosenkę i polecam nadal, bardzo targająca wewnętrzem, zwłaszcza jeśli, jak ja, ma się osobistego smoka.
"Paparazzi krzyczą na widok Aleksandry Kisio"
Tytuł nie wiem, skąd, Hija kazała umieścić, a ja jestem uległa z natury, więc wuala.
Wyszukałam sobie panią Kisio i jakby tych paparazzi rozumiem, kiedy widze "trout pout" też mam ochotę trochę krzyczeć, ale może one są naturalne, a ze mnie zawistny łoś.

Noc bardzo spokojna z elementem horroru, jako że mniej więcej o 4.00 nad ranem Mysz w ferworze bycia częstowaną pestkami nieco się machnęła i pomyliła mój palec z pestką słonecznika. Rzuciła się pyszczkiem naprzód, o tak - haps! - i przez chwilę miałam nietypową, ruchomą ozdobę palca. Mysz zyskała miano Hapsburga.

Poza tym na głównej stronie wiemy, czego, jest pan skanujący kanapki, bardzo pomysłowe moim zdaniem. Widać, że nie student, bo studenci to wiadomo, co sobie skanują. Wiem, bo byłam. Nie, nie skanowałam, ale koledzy owszem.

"Bądź piekną narciarką" też z głównej. Bardzo kategoryczne, rozkazujące nawet, a ja, jak wiemy, jestem uległa. Nie planowałam w sumie jeździć w tym roku, ale skoro trzeba, to trzeba, piękna już jestem, narty się wypożyczy czy coś. W jakiejś wypożyczalni dziecięcej zapewne, bo o rozmiarze moich stóp można powiedzieć bardzo niewiele. Prawdę mówiąc jestem trzmielem przemysłu obuwniczego. Trzmiel ma za małe skrzydełka, żeby latać, ale nie wie o tym, więc lata, ja mam tak ze stopami i chodzeniem. Śmiałam się z tego, póki kolega z mat-fizy nie wyprowadził równania dowodzącego, że wg praw fizyki moje stopy są za małe, żeby się na nich poruszać. Tak, wiem, to żart był, ale nieco wstrząsający.

Wesoły obrazeczek - tadaa!
Obrażający WC obrazeczek - też obecny.
Ze słówkiem dnia tak łatwo nie będzie, ale dajcie mi szansę, dzień dopiero się zaczął, a moja gorączka ma się świetnie, bardzo jej zazdroszczę.


Apdejt - zrobiłam trzecią najlepszą rzecz po seksie, idę się złożyć na czymś miękkim.
Słówko dnia - "zpocony".
W słuchawkach to.

niedziela, 27 listopada 2011
"Czasem jedyne wyjście to wyjście na piwo"
acz nie dziś, bo mam taką gorączkę, że po piwie byłabym podwójnie sobą, niestety, a już w standardzie trudno mnie znieść bez solidnego niedowierzania i wiem z pewnych źródeł, że ludzie czasem trochę rzucają się niespokojnie w nocy po spotkaniu ze mną, a za dnia unikają sklepów zoologicznych przytłoczeni nadmiarem Myszy w konwersacji.
Poza tym nie lubię piwa, mam wino, ale się nie podzielę.

Na głównej majtki Natalii Lesz - na specjalne życzenie internautów. Tłumaczę - kilku pryszczersów lat 13 wyraziło zainteresowanie pod poprzednią notką na ten temat (bo majtki i biust wymagają kilku artykułów, wiadomo, a biust Dody to woda na młyn predakcji na co najmniej kilka dni) i tak narodziło się "życzenie internautów". Ja pierniczę.

Poza tym nuda, przy gorączce nie za bardzo da się skupić i myśleć, więc nie przemęczam się tym. Przegryzłam się przez korespondencję, obejrzałam fascynujący program o połowach trepangów i piekę najmniejszą dynię, choć nie mam co do niej planów innych niż "a, upiekę, co tak będzie leżała" (przy czym leżenie dwóch pozostałych nie martwi mnie bynajmniej).

Dzisiaj aż dwa wesołe obrazeczki, bo nie umiem wybrać pomiędzy tym a tym. Rozważam wprowadzenie stałej rubryki ateistycznej z uwagi na nagromadzenie się w moich zbiorach obrazeczków obrażających uczucia religijne. Na wszelki wypadek będę uprzedzała przed zamieszczeniem, żeby kogoś nie trzepnęło znienacka w WC*.
To co, może na próbę coś łagodnego.

Słówko dnia - "fsparcie".


WC - Wartości Chrześcijańskie

Czarny blues o piątej nad ranem
czyli mam małego laga w porównaniu ze znanym utworem.
Nie, nie będzie romantycznej notki. Po prostu nie śpię, mam gorączkę.
Dziękuję za wszystkie opierniczające mnie za złe relacje z pokarmem maile. Kochani jesteście, naprawdę. To jak mieć kilka własnych, leciutko wkurwionych, ale troskliwych żon, szczerze doceniam.
Oświadczam, że zjadłam coś w rodzaju kolacji, a ona mną nie targnęła, więc może jest jakaś nadzieja.

Na głównej puchy, predakcja najwyraźniej uskarża się na niemanie weny ostatnio. Gdzie te czasy, kiedy grzyby przecinały opony na Słowacji, a pan Leon dziękował żabom za wyleczenie z alkoholizmu (hint -> wcześniejsze notki), łza się w oku kręci.

Odkrywam zespół o nazwie, nomen omen, "Feed me".
Słówko dnia i obrazeczki w notce właściwej, ta jest do kawy.

Zauważyliście, że kiedy się mocno zaciśnie, a potem nagle otworzy oczy, to przez bardzo krótką chwilę widzi się dwie jasne źrenice? To jak mieć drugą, kocią parę oczu pod własnymi powiekami.

sobota, 26 listopada 2011
"Chaos, panic and disorder - my work here is done"
Niech mi ktoś mądry powie, czemu na dokładkę do diety bezpokarmowej przestałam się wysypiać. Trzy godziny snu, ja pierniczę. Daję sobie czas do poniedziałku, potem proszę mnie odwiedzać w szpitalu, tylko bez kwiatów, bo zawsze mi ich żal, a z doniczkowych to nawet kaktusa potrafię zagłodzić, checked.

Miłemu zaglądaczowi/zaglądaczce dziękuję za podesłanie obrazeczka o tym, że po co jeść, jak można nie jeść. Jakbym umiała, tobym wkleiła, ale jeszcze nie rozpracowałam wszystkich opcji dostępnych na blogasku.

Straszne rzeczy na głównej. Głupio mi, bo pierwsze, co mi przyszło do głowy, to to, że ona tę menadżerkę po prostu przez nieuwagę przygniotła.

Mysz bieleje za uszami i na mordziku, w ciągu kilku dni zrobiła się dużo białsza (że niby nie ma takiego słowa? zonk, już jest) i zaokrąglił jej się ogólny obrys. Winter is coming.
Nie jest jeszcze tak jasna i okrągła, jak Mysz Białszy, który wrócił na swoją planetę* kilka m-cy temu, ale wyraźnie aspiruje. Trzymam kciuki, Białszy był największym karłowatym Myszem ever, ciężko będzie mu dorównać.

Dzisiejsze wesołe obrazeczki obrażają uczucia religijne, więc jeśli ktoś takowe posiada, proszę nie zaglądać tutaj ani tutaj.
Słówko dnia - "poraszka".

Btw - skończył się sezon na dynie, przez co stało się jasne, że moich posiadanych nie tknę najdłużej, jak się da. Wyobrażacie sobie dom bez dyni? Ja nie.

Do zobaczenia później, idę się zmęczyć.

Apdejt - piosenka na dziś.


* Myszy nie umierają, robią mi zaszczyt zamieszkując u mnie na jakiś czas, po czym wracają do siebie. Taki odpowiednik Tęczowego Mostu.

piątek, 25 listopada 2011
"Nie jesteśmy żabą, tylko dużym europejskim krajem"
Wiedzieliście?
Szok i niedowierzanie, przez tyle lat człowiek był pewien, że mieszka w żabie, a tu takie coś. To przez to, że mieszkam pod lasem, wciąż to powtarzam, tak trudno tu o najświeższe dane.

Blogerka B. zgodziła się na ujawnienie dotyczącego imoł wątku z korespondencji, więc wrzucę.
Imoł są śmieszne, wiemy. Pół biedy, jeśli takie biedactwo jest mroczne i zabiedzone, bo to nawet współgra z wiecznym dołem, ale nie zawsze ma się szczęście trafić na imoł idealne. Mnie się trafiło nieco odbiegające.
Mianowicie wychodzimy z dwiema sąsiadkami z basenu, wyglądając naturalnie i normalnie, acz mokro, przekraczamy bramkę przybasenową...
....a tam siedzi żeńskie imoł.
Takie porządne, zaangażowane imoł, na czarno, z dołem jak Rów Mariański i makijaż akuratny.
Tylko ważyło ze 150 kg, ale ok, nikt nie mówi, że one nie mają jeść, niech jedzą, i niech nie tylko żyletki. Dorodna panna po prostu.
W każdym razie idziemy my trzy, nie jakieś szkielety, ale oka nie męczymy zdecydowanie, zdrowe dziewczyny i tyle, i przechodzimy obok imoł i jej posępnych zausznic w wydaniu takimże.
I słyszymy:
 - O kurwa, jaki żal....
Przysięgam, nie sądziłam, że potrafię się tak złożyć, a N. to już w ogóle, bo ona mało elastyczna jest, musiałyśmy ja potem trochę rozprostować, żeby się w drzwiach zmieściła.
Tak więc no, smutek i nostalgia.
Na szczęście ogarnęło się dziewczę i w tym roku widziałam ją już dużo szczuplejszą i zadbaną, dobrze, bo ładna jest. Może i z rozumem się poprawiło, bo jak nie, to żal, wiadomo.

Dziś obrazeczek o treści świątecznej. Obchodzicie? Ja nie, dlatego szalenie mnie to zamieszanie bawi.

Słówko dnia później, bo jeszcze nic mi w bystre oczko nie wpadło.

Umarłam, oficjalnie.

czwartek, 24 listopada 2011
"Człowiek który gapił się na kozy online"
Poważnie, taki kwiatek wyrzucił mi Gógl po wpisaniu "człowiek, który" - nie pamiętam, czego szukałam, ale kozy mogą być. Choć nie brzmi to przyzwoicie moim zdaniem.


Nie ma co mnie opierniczać za brak notki i odpowiedzi na maile, ale dziękuję za przywrócenie do pionu, pomogło i nawet wyjaśnię, żeby nie była Wasza krzywda.
Jakby mnie odrobinę nie ma ostatnio i może mnie jeszcze bardziej nie być w najbliższym czasie, nieco mi się narobiło zawirowań i będzie sie działo, to pewnie trochę jak z hippiską, która nie wie, gdzie będzie spała następnej nocy (acz ma zapewne nadzieję, że obudzi się cała, w ubraniu, bez kaca, z czystym rejestrem połączeń wychodzących i bez żadnych kóz w pobliżu). Mam coś do zrobienia i trochę mi to zajmie, ale wrócę, tak? Postaram sie jednakowoż pisać regularnie, ale uczciwie uprzedzam, mogę być ponursza i proszę się nie przejmować, trza być twardą Słowianką, a nie miętką nińdżą.

Mysz w formie, dziękuję serdecznie za wszystkie promysie wyrazy, w tym kilka szacunku, Mysz docenia, zasłużyła sobie, nie każda kulka puchu dałaby radę tak szybko ogarnąć się i wrócić do stałego, metodycznego rujnowania ludziom snu po dwóch poważnych zabiegach pod narkozą. Szacuneczek.

Lubicie imoł? Jeśli tak, to po uzyskaniu zgody jednej fajnej blogerki wrzucę opis mojej przygody z jedną z tych fascynujących istot. Jeśli nie lubicie nie jesteście tró i tniecie się Polsilverami, wiadomo, więc i tak wrzucę, tylko niech mi B. napisze, że mogę ujawnić mroczny fragment korespondencji.

Nie spałam od wczoraj, więc dzień zapowiada się baśniowo. Z kimś jestem nawet umówiona na wieczór, jesli czyta blogaska niech mi przypomni. Co mi przypomina ostatnią rozmowę z sąsiadem, z którym w sumie nie ma co rozmawiać, bo czyta i jest na bieżąco. Mianowicie cytat ze spotkania na żywo:
"Kto chce kawę? Ty, ty...dobra...(tu wzrok na mnie) a Ty nie dostaniesz bo już dziś jedną piłaś i nawet tej jednej nie powinnaś była wypić"
Ooooosom.

Dobra, idę żyć, czego i Wam życzę, nie wiadomo, ile czasu nam zostało, więc szkoda zmarnować nawet minutę, tak?

Obrazeczek i słówko dnia później, na razie cytat tylko, jakoś mnie ostatnio na cytaty naszło:
"Ludzie sypiają ze sobą, nic ekscytującego. Zdjąć przed kimś ubrania i położyć się na kimś, pod kimś lub obok kogoś to żaden wyczyn, żadna przygoda. Przygoda następuje później, jeśli zdejmiesz przed kimś skórę i mięśnie i ktoś zobaczy twój słaby punkt, żarzącą się w środku małą lampkę, latareczkę na wysokości splotu słonecznego, kryptonit, weźmie go w palce, ostrożnie, jak perłę, i zrobi z nim coś głupiego, włoży do ust, połknie, podrzuci do góry, zgubi. I potem, dużo później zostaniesz sam, z dziurą jak po kuli, i możesz wlać w tą dziurę dużo, bardzo dużo mnóstwo cudzych ciał, substancji i głosów, ale nie wypełnisz, nie zamkniesz, nie zabetonujesz, nie ma chuja."

Apdejt - zamiast słówka dnia przepis dnia - polecam trzecią odpowiedź, jestem cała w zachwytach.
Obrazeczka nie będzie, chyba, że może być mało wesolutki. Mało wesolutkich mam teraz więcej nawet.

 
1 , 2 , 3 , 4