Tagi
squirk77@gmail.com
RSS
piątek, 30 listopada 2012
To jest miejsce na nową notkę

która pojawi się najwcześniej jutro. Przyczyną jest to, że zjadłam miśki Haribo, rosół, lody a teraz chcę śledzie, frytki i nieduże prosię na grubej warstwie makararonu. I pomarańcze. I colę. I może jeszcze trochę makaronu. Mam nadzieję, że mój subtelny przekaz jest dla Państwa zrozumiały.

Oo, i coś indyjskiego chcę. I trochę czekolady, gorzkiej.

Nieco krwiożercza dziś jestem i niemal wszystko mnie irytuje (poza Myszami, Mniejsza robi się coraz bardziej puszyściutka i kulista a Większa prześlicznie pacza i polizała mnie po palcu). Walczę z narastającą sympatią do myśli o ruszeniu w miasto i wykaszaniu lokalesów za pomoca kujki do jajek.
Taki dzień, co poradzę. Do zobaczenia jutro kiedy to znów będę subtelna, wiośniana i przepełniona niechęcią do słodyczy.

PS. Wzruszyło i ujęło mnie Państwa zaangażowanie w komentowanie notki poprzedniej - nie miałam pojęcia, że jelenie cieszą się taką popularnością, to bardzo interesujące.

PPS. Ooo, wielka torba bardzo małych cukiereczków. Om nom nom nom. I czypsy o smaku wasabi, och.

środa, 28 listopada 2012
"Jeleń zaatakował dwóch mężczyzn i zabrał im papierosy"

Filuterna ta przyroda. Mam nadzieję, że jeleń pamięta, żeby odpowiednio zadbać teraz o higienę mordzika.
Swoja drogą trudno przeoczyć informację, że jeleń "wyglądał przyjaźnie" i panowie postanowili go pogłaskać. Powinien wykopać im w kosmos partie niesforne żeby się przypadkiem nie rozmnożyli. Albo z drugiej strony niech kontynuują biorąc pod uwagę to, jak przyjaźnie wygląda, dajmy na to, taki rekin czy krokodyl, wciąż uśmiechnięte są, nie wahajcie się, panowie, pogłaskać.
(O jeleniu będzie jeszcze w innej notce - Mario, nie zapomniałam i mam podlinkowany podesłany przez Ciebie artykuł, pozdrawiam serdecznie).

Wstałam, dla odmiany, o 4 rano i słowem nie pisnę, kto mnie tak urządził wykrakując mi wczesny sen, palcem nie pokażę ani nic żeby jednostce publicznie despektu nie robić ale Dodgers, musimy pogadać.

Rozważam udanie się po pomoc do terapeuty gdyż moje podejrzenia, że w końcu tu oszaleję, rosną. Wczoraj w godzinach wieczornych zastałam Trenera piastującego na dłoni niewielką, zachwyconą, całą ponastraszaną na karczku Mysz. Trener rzucił Myszy rzewne spojrzenie i zadeklamował:
 - Myszeo, Myszeo, czemuż Ty jesteś Myszeo?
Musiał, spryciarz, zapamiętać moje "Czymże jest imię? To, co zwiemy Myszą, pod inną nazwą równie by piszczało" sprzed kilku dni. Zgodzicie się Państwo, mam nadzieję, że Szekspir cieszyłby się większą popularnością pisząc o gryzoniach futerkowych a nie wątłych niuniach z weltszmercem i ich absztyfikantach-raptusach. Tym samym oficjalnie witam tradycyjny o tej porze roku etap przerabiania szant i kolęd na piosenki o futrzaczkach małych i puszystych. Cytatów nie będzie bo stałam we właściwej kolejce kiedy rozdawano poczucie obciachu.
Szarotki w świetnej formie przy czym Większa zachwycona jest kiedy nazywa się ją Świneczką i biega wtedy znacznie szybciej a Mniejsza zaczęła foszyć się połowicznie. Kiedy gryzonkowi (i innym stworzeniom chyba też) coś nie pasuje to chowa uszka, tak? Otóż Mniejszość chowa jedno uszko. Poważnie, płoży jedno uszko i zostaje o jednym nastroszonym. Trzeba Mysz zrelaksować i odbrazić, uszko wraca wtedy do pozycji właściwej. Nawet uszu moje Myszy nie mają normalnych, trudno się dziwić, że nie mogę spać, może organizm daje mi w ten sposób do zrozumienia że powinnam uciec z wrzaskiem.
Nawiasem mowiąc w Mniejszej coś zaskoczyło i zaczęła się troszkę otłuszczać oraz zrobiła sobie pierwszą Spiżarnię, jesteśmy wzruszeni.

Pacnęliście mnie Państwo z pytaniem o to, czemu nie zaglądam już na główne strony portali wannabeinformacyjnych i nie relacjonuję tego, co która predakcja tam zamieszcza. Otóż dlatego, że nie warto. Jeśli odkryliście Państwo, że gdzieś jeszcze zatrudnia się dziennikarzy a nie pryszczersów z gimnazjum spazmujących po dokonaniu szokującego odkrycia że kobiety mają biust to będę wdzięczna za podzielenie się namiarami.

W ramach obrazeczków zaprezentuje Państwu cicika, mnóstwo cicików, niecicika i ulgę dla gospodyń domowych nie lubiących prać. O, i recęzja jest. I zią Łukasza. Miłego dnia Państwu, muszę dziś zrobić zakupy a że nastrój mam w związku z tym nieco krwiożerczy niech mi tylko jakaś zażywna jejmość zajedzie wózeczkiem drogę spiesząc się w drodze do promocji "śledzików majtasów"*  i taranując wszystko przed sobą. Rzucę klątwę chyba.

 

* fakt autentyczny sprzed bodajże 2 lat, o nieautentycznym bym nie pisała przecież. Pani w wieku ca 60 i o wagowej tejże liczby wielokrotności drobiła, wzdychała, rzucała osobie towarzyszącej (chyba wnusiowi) spojrzenia sugerujące, że jeszcze chwila tych morderczych zakupów a zejdzie przy regale z czekoladą, której zresztą kupiła ilość bardzo znaczną, masowała sobie demonstracyjnie a to łokietek, a to nereczkę gdy wtem Pani w Megafonie powiedziała, że w promocji jest śledź matjas. Pani wydała radosny okrzyk "Majtasy rzucili!" i zyskała +200 punktów do rączości, rąbnęła w czyjś wózek, potrąciła czyjeś dziecię niewinne, przypomniała sobie o osobie towarzyszącej, odwróciła się i syknęła "Rusz się, kuhwa, bo mi wszystko wykupią". Świadomość, że nie obchodzę świąt a dzięki planowaniu zrobię zakupy wcześniej i mam szansę nie natknąć się więcej na takie panie jest mi jasnym promyczkiem w tym strasznym (Dodgers, masz chwilkę?) dniu.

poniedziałek, 26 listopada 2012
"Kobieta odpowiada przed mężem tak samo, jak przed rodzicami - zawsze należy prosić o pozwolenie"

A bo znów oglądałam o "najważniejszym dniu w życiu" irlandzkich Cyganek i koczowniczek. Na wypadek, gdyby było to niejasne - ślub jest najważniejszym dniem w życiu, wiedzieliście? Ja nie wiedziałam.
Tym razem było o młódce wygadanej, lat 15, która przygotowywała się do bycia jednodniową "księżniczką". Była fantastycznie przygotowana, wszystko jak należy bo sukienusia była gotowa i bardzo okazała oraz dziewczę umiało sprzątać gdyż porzuciło szkołę 4 lata wcześniej aby się należycie do sprzątania przysposobić. Nie umiało wprawdzie pisać a czytać owszem, ale jeśli dało jej się czas, ale jak samo stwierdziło "kobieta potrzebuje tylko umieć przeczytać kiedy ma wizytę u lekarza i jaki jest dzień tygodnia". Paradne.
Poniedziałek mamy, na pewno, przeczytałam przed chwilą, dwa razy dla pewności i bardzo powoli.
Oglądałam też odcinek jakiegoś relity szoł który prawie mnie udusił gdyż jeden z bohaterów zapragnął zabłysnąć przed kamerami wiedzą z dziedziny przyrody i trochę się machnął opisując bodajże konieczność mierzenia czegoś na życzenie przedsiębiorczej małżonki. Pan westchnął i stwierdził "Pewnie będę musiał stać jak fleming, one tak mogą godzinami". Poważnie, jak fleming. Zdrowo się pan pieprznął albo wie coś, czego nie wiedzą inni.

W Myszarium niemal bez zmian, niemal, bo Tchórzilla zdecydowanie mniej się tchórzy a ADHDzilla zaprezentowała mroczną stronę swojej mikronatury, mianowicie obsesję na punkcie ryżu. Nieopatrznie podałam jej na palcu kilka ziarenek ugotowanego ryżu i ca 20 gramów maleńkiej Myszeczki dostało szału. Zjadła ryż w sekundę po czym rzuciła się na mój palec, niestety nadal pachnący ryżem, a sekundę później miałam okazję poczuć się dumna gdyż lata praktyki pozwoliły mi nawet nie drgnąć w okolicznościach, które nastąpiły.
Wyjęłam Mysz z palca, opatrzyłam sobie rany i uznałam, że zaczął się chyba nowy rozdział w mysim życiu gdyż Myszy zaczęły robić się bardziej nerwowe, zapewne uruchamia się instynkt terytorialny. Mam nadzieję, że etap agresji szybko im minie, w końcu mam tylko kilka litrów krwi. Aktualnie w Myszarium sielanka, wystarczy podejść, na widok zbliżającego się człowieka (czytaj - dłoni do karmienia, głaskania i włażenia na) każda z Myszy wyjmuje szybciutko Zestaw Wielkiego Paczacza i zaczyna paczać z nadzieją, że dłoń dostarczy ser albo podrapie za uszkami, któremu to życzeniu dłoń zwykle zadośćuczynia. Mniejszyk ponownie usiłował mnie skubnąć ale szybkie pogłaskanie po uszach i przemowa mitygująca pozwoliły mi uniknąć Pogryzienia Myszą. W sensie że Mysz pogłaskałam, nie że zaczełam się nad klatką miziać jak po uszach jak gupia.

Widzę, że wyszukujecie mnie Państwo konsekwentnie po "tiramisu", bardzo mi przykro, w związku z powyższym kupiłam mascarpone i biszkopciki i zrobię (chyba, raz już robiłam i wyszło jak wyszło) prawdziwe tiramisu żeby Was dłużej nie zawodzić.

Nawrzucam Państwu na poprawę nastroju, podobno zdarza się to w poniedziałki. Sporo cicików dziś rzucili, niektóre bardzo przedsiębiorcze, inne leniwe, jeszcze inne nieco zwichrowane albo kapryśne. Z rzeczy poważniejszych mam teorię oraz trochę sztuki. Miłego dnia Państwu, jeśli macie wolne zasoby kciukowe proszę o zarezerwowanie trochę dla mnie, dostałam kiepskie wieści i wieczorem okaże się, czy naprawdę są aż tak kiepskie, oby nie. Gdyby mnie przez jakiś czas nie było proszę nie pacać mnie nerwowo łapkami, nigdzie się nie wybieram ale humor mam takise.

czwartek, 22 listopada 2012
"Punkt kopulacyjny ogierem zimnokrwistym."

Tak tak, proszę Państwa, są takie rzeczy na świecie.
Myślicie, że mogliby założyć spółkę?

Przezabawnie mam na co dzień gdyż, wspominałam z pewnością, dysponuję dwiema uroczymi Myszami i Trenerem Osobistym. Kojarzycie Państwo może film "Ice age"? Jest tam ten taki leniwiec, Sid, który razu pewnego znajduje roślinkę. Dziś o poranku stanowczo zbyt wczesnym obudziło mnie szuranie a potem radosne pokwikiwanie - czynności te rozdzielili między siebie Klusełek i Trener Osobisty przy czym Klusełek wzięła na siebie partię szuralną. Myszątko dzielnie szura, Trener Osobisty usiłuje zwrócić na siebie jej uwagę po czym nastąpiło szurnięcie nieco szybsze a Trener jękliwie zawiódł:
- Oo, tchórzyk! Chyba ostatni w sezonie...
No i tak mam na co dzień. Lekko nie jest.

Oglądaliśmy wczoraj Iksmenów i od razu Wam powiem, że ja bym to wszystko sensowniej zorganizowała. Przede wszystkim mając w teamie kogoś uzdrawiającego zaczęłabym od permanentnego uzdrowienia profesora Xaviera, bo nie sądzę, żeby był wielkim miłośnikiem poruszania się na wózku, no ale jakoś na to nie wpadli. Oraz biorąc na warsztat szkielet z tego tam, amelinium*, skoro już poświęciło się mnóstwo czasu na to, żeby ktoś był taki samosięiinnychuzdrawiający i w ogóle dorzuciłabym jakiś czynnik zapobiegający reagowaniu na magnes, wtedy mogliby dużo szybciej zakończyć pierwszą część, ale nieeee, po co, niech ameliniowy Wolverine przyczepi się do ściany jak byle miętka nińdża. Z pół h zmarnowali a mógł chłopak zakasać szpony, wykosić antagonistów i jeszcze by zdążyli na dżintonik przed zmrokiem. O, i ta panna blada i łagodna, Storm, też jakaś taka nijaka jest, trzeba się naprawdę zdrowo namachać zeby pannie oko zbielało. Jak już zbieleje to są pioruny i wszystko i nie poznacie własnego dworca kolejowego ale wcześniej dziewczę daje sobie zdrowo wtłuc. Ochrona w Xavierowej szkółce dla dzieci superfajnych też niepełnosprytna, przepuścili tę niebieską wywłokę co zmienia kształt, niby wszyscy tacy niesamowici a nie wpadli na to, żeby ustawić jakiś antywywłokowy filtr? Bez sensu, sami się proszą o kłopoty, może im rozrywek brakuje alboco. Niemniej wszystko kończy się w miarę dobrze, panie w ładnych sukienkach nie doznają szkody nijakiej i tylko rozruszywują sobie narządy wrzeszczalne, główna bohater trochę siwieje, ale ładnie jej z tym a potem jest gra w szachy, nuda straszna, ale są też wysublimowane pogróżki, odpowiednik "skocz mi na partie niesforne z trzeciego piętra, odczekam ze 2 h i skopię Ci sempiternę w następnej części" wespół z "ahaha, jaja mi pan wstawiasz, nigdy nie wyjdziesz z tej plastikowej puszki a nie zeklnę Cię, bom szlachetny" i inne takie, czyli z nadzieją oczekuję kolejnej części którą zamierzamy obejrzeć wieczorem. Generalnie jestem na tak choć nie zachwyca mnie fakt, że Gandalf zabijał senatorów i krępował młode panienki. Nie dziwię się, że osiwiał, pewnie za karę.
Przepraszam za ewentualne spojlery, nie jestem dobra w recenzjach, uprzedzałam kiedyś. Jeśli ktoś jeszcze nie oglądał Iksmenów i chce mieć niespodziankę niech po prostu nie czyta tego, co powyżej.

Poza tym gazele mają przegwizdane, hieny w Afryce jakieś takie żarte teraz, jak tylko widzą gazelę to haps! i po niej, nie sposób, doprawdy, paść się w spokoju na afrykańskich sawannach ostatnio. Jedna gazela sobie przysnęła wczoraj, inne zignorowały hienę bo co im może jedna smętna hiena zrobić kiedy one takie szybkie i bystre i zanim się zorientowały one były w szoku a ta przysypiająca jedzona. Sądziłam, że to ja mam rozrywkowe poranki ale jednak gazele mają nieco więcej powodów do załamywania łapek. Dobrze jest nie być gazelą moim zdaniem.

Obrazeczki będą w klimatach zwierzątkowych, dziś zaprezentuję Państwu ślimaczka, indyczka, ciciczka i psiaczka. Mam też zagadkę żebyście sobie Państwo rozgrzali mózgi przed pełnym wyzwań dniem - jestem pewna, że szybko zgadniecie co to jest.

 

* tak, wiem, adamantium a amelinium proszę sobie wygooglać na własną odpowiedzialność jeśli ktoś ma potrzebę

środa, 21 listopada 2012
Wpływ Chaczaturiana na stany zapalne układu oddechowego.

A bo świętko mielim wczoraj z Trenerem czyli Okoliczność Istotną dla Związku i trzeba było to obejść jakoś kurturarnie.
W związku z powyższym Trener Osobisty zadzwonił do mnie i zapytał, czy mam wizje.
Nie używam substancji mogących takowe wywoływać o czym z lekkim oburzeniem Trenera poinformowałam, bo co znowuż wkącu, trochę się już znamy, powinien wiedzieć że z artykułów niebezpiecznych mamy w domu tylko gałkę muszkatołową i Myszy.
Jak się, ahahaha, zabawnie okazało chodziło memu Treneru o wizję romantycznego okolicznościowego wieczoru, której nie miałam.
 - To ja przywiozę Chaczaturiana i wino. - oznajmił Trener powodując u mnie niewielki atak paniki gdyż, jakkolwiek ze znajomości okoliczności życiowych wielkich ludzi jestem generalnie raczej słaba i pamiętam głównie, że Słowacki wielkim poetą był byłam świadoma faktu, że pan Chaczaturian nie jest już niestety fizycznie dostępny na tym łez padole. W każdym razie nie w kondycji, w której chciałabym go ujrzeć, nawet uwzględniając bardzo duże ilości wina.
Przezabawnie wyszło, wiecie Państwo, gdyż Trener Osobisty miał na myśli chaczapuri.
Chaczapuri, taki placuszek z serem, dwaplusdobry zresztą, z pasownym pikantnym sosem.
Trochę mnie po nim gardło przestało boleć, stąd tytuł.

Po namyśle - wiem chyba, czemu Trener pyta mnie w stosownych okolicznościach, czy mam wizję. Mogłam niechcący wprowadzic do hacjendy atmosferę nieco mroczną kiedy czas jakiś temu, świadoma, że Trener Osobisty gra w gre w słuchawkach, ale jakieś dźwięki pozagrowe (np. moja rozmowa z kimś przez telefon) się do niego dostają i mogą wywołać przerazę/zawał/konieczność wciągnięcia na listę zakupów pampersów dla dorosłych, wtargnęłam z odpowiednim wyprzedzeniem do domowej pracowni komputerowej oznajmiając dramatycznie:
 - Jeśli usłyszysz głosy będzie to znaczyło, że rozmawiam z matką.
Mama ma się świetnie, nawiasem mówiąc.

Miałam napisać coś zabawnego, ale kompletnie nie mam weny, Państwo wybaczą, nie wyspałam sie trochę z powodu nieopatrznego wykonania Czynności Oddechowej na widok Myszy Mniejszej opychającej się jak sołtys we wczesnych godzinach porannych. Mniejsza, usłyszawszy, że ma widownię, poszła bieżyć budząc tym samym Mysz Większą, która przetarła zaspane ślepka, ponastraszała się należycie i poszła, nie uwierzycie, bieżyć. W dalszej kolejności Mysz Mniejsza tańczyła na tylnych łapkach tak, jak widzieli to Państwo wczoraj na Fanpejczu, Mysz Większa wykonywała zestaw I Chciałabym I Boję Się sugerując, że chce na dloń i robiąc nagły zwrot i tak dwadzieścia siedem razy, w efekcie rzuciłam Espresso Patronum bo naprawdę, co jak co ale spać to się w takich warunkach nie da.
Wszystko powyższe powoduje, że kompletnie nie mam chwilowo poczucia humoru i proszę się dziś po mnie cudów nie spodziewać.

Obejrzałam wczoraj sumiennie program o mobilnej przyrodzie przeważnie mokrej, dzięki czemu mój zasób wiedzy o zwierzątkach wzbogacił się o świadomość występowania na naszej planecie heterokongerów, brzytewników i takiej jednej śmiesznej ośmiornicy, co dryfuje i rozkłada wielkie macki ale zapomniałam nazwy. O, i skrzypłocze też były, bardzo zabawne są skrzypłocze, pani lektorka oznajmiła tonem podniosłym, że pacz, pacz widzu, oto skrzypłocze wychodzą na brzeg, żeby się rozmnożyć, i w tym momencie skrzypłocz z pierwszego planu zrobił lekkiego zeza i przewrócił się. Moim zdaniem nie ma szans na współżycie, fajtłapa z niego i tyle.
Żal skrzypłocza.

Cóż za niezwykła prozwierzątkowa koincydencja, ciciki rzucili, sami Państwo popaczcie, ile dziś w Internecie cicików, np. taki, taki i taki. I trochę polityki, to w końcu poważny blog, o życiu i takich tam. I jeszcze troszkę, żeby utrwalić w Was to wrażenie. I może jeszcze to, bo ujmujące.
Miłego dnia Państwu, bądźcie czujni w każdych okolicznościach żeby potem nie było.

poniedziałek, 19 listopada 2012
"Takie ciasto zrobi każdy rodzic. Dzieciaki będą chciały go zjeść"

Cytat z "Kudłatych piekarzy", odcinek bodajże czwarty.
Biedny rodzic.

Konsekwentnie choruję i wynikają z tego rzeczy przedziwne, mianowicie wczoraj w wielkim pomięszaniu starłam kurze. W sensie nie, że drobiu przejechałam po upierzeniu tylko omiotłam kurz na meblach nie tylko wzrokiem co, jak wiemy, nie zdarza mi się nagminnie gdyż jest to Wysiłek Fizyczny którego starannie unikam póki naprawdę nie muszę go wykonać. Straszne, co choroba robi z człowiekiem.

Tandem O`kruszek i O`klusek w świetnej formie, biegają całe ponastraszane, Większa już prawie zupełnie zdetchórzona, Mniejsza niezmiennie z ADHD i wyhodowała sobie białe plamki za uszkami, co wygląda ślicznie, obie przepiękne, puszyściutkie i jedzą tyle, ile zobaczą, a wzroczek mają bystry. Bardzom dumna.

Noteczka, zgodnie z obietnicą, jest po to, żeby Zenek wiedział, że nie cierpię listopada. Kopiuję pytania i biorę się za odpowiedzi. Będzie nudno i poważnie, zastrzegam, gdyby ktoś zaglądał tu jeno dla czczej krotochwili to sory.

1. Z czego jesteś najbardziej dumna(y)? 2. Co cię na co dzień najbardziej cieszy? 3. Za co lubisz listopad (to pytanie samolubne, bo ja co roku z trudem się przeczołguję przez ten miesiąc, więc potrzebuję inspiracji)? 4. Co kupił(a)byś sobie w tym roku na gwiazdkę, gdybyś miał(a) nabyć swój własny prezent? 5. Dokąd pojechał(a)byś na wymarzone wakacje gdyby pieniądze nie stanowiły przeszkody? 6. Jaką książkę polecił(a)byś mi z czystym sumieniem (wiedząc, że od niedawna jestem zgryźliwą perfekcjonistką)? 7. Jakie jest twoje nalepsze kulinarne wspomnienie? 8. Gdybyś miał(a) wrócić na studia wyłącznie dla przyjemności, co być najchętniej studiował(a)? 9. Co koniecznie musisz jeszcze w życiu zrobić? 10. Co cię najskuteczniej relaksuje? 11. Co najbardziej lubisz w swoim domu albo w okolicy, w której mieszkasz?

1. Oj, sporo tego. Z tego, że mam miły, ciepły dom i miłego, ciepłego Trenera Osobistego. Z tego, że potrafię nie tylko oswoić Myszy ale i zadbać o nie, zapewnić mały raj na Ziemi, opiekę, najlepszych lekarzy. Z tego, że piekę chleb. Z bloga, bo zaglądają do mnie niesamowici ludzie.

2. Myszy mnie cieszą, poważnie, siedzi sobie istota, że niby ja, ponura i zmięta bo katar i inne takie i nagle słyszy przeraźliwy hałas. Idzie, pacza i cóż on pacza - maleńka Myszeczka w wielkim kołowrotku zbliża się właśnie do prędkości światła. Prześmieszne są Myszy. Poza tym książki mnie cieszą, muzyka, wielkie kubki herbaty i fakt, że nie muszę co dzień wychodzić w zakichany świat za firewallem. Cieszy mnie wiecznie otwarte okienko rozmowy z Brahdelt i Zuzą na FB, smsy od Emilyann, Berberysa, Szyszki i Sakurako, zaglądające tu osoby bardzo mnie cieszą, lubię Wasze komentarze i podsyłane przez Was obrazeczki, poprawiacie mi nastrój, mam nadzieję, że z wzajemnością.

3. Gły. Nie cierpię listopada, szczerze, to najprzepaskudniejszy miesiąc w roku, powinno się go skasować.

4. Kupiłabym sobie KitchenAida w kolorze bardzo intensywnej czerwieni i stół złotniczy.

5. Prowansja, Azory, Nowa Zelandia (żeby zobaczyć polujące orki)

6. "Sztuka prostoty"

7. Mam mnóstwo takich wspomnień. Tempura w "Inabie", indyjska kolacja przygotowana kiedyś przez Brahdelt, tosty wszystkomające w wykonaniu Trenera (bardzo mi ich brakuje, może zamówię toster pod wirtualną choinkę), ruskie pierogi mojej Mamy (najlepsze na świecie), moje pierwsze daube.

8. Medycyna, kardiotorakochirurgia konkretnie. Może nie "dla przyjemności", dla satysfakcji bardziej.

9. Nie muszę, ale bardzo chcę - wyprowadzić się z Polski. Anglia, docelowo Nowa Zelandia.

10. Sen, kocham spać i jestem w tym świetna. Mój kącik na sofie, z poduszką z Owcą, bardzo miękkim kocem i bluzą Trenera w charakterze pocieszacza.

11. Lubię nie mieszkać już w Wielkim Mieście, odległość od niego to największa zaleta mojej okolicy, Las Kabacki o rzut beretem, Kika mieszkająca w pobliżu. W mieszkaniu lubię świadomość, że jest nasze, że Myszy dobrze się tu czują (Większa właśnie pozwoliła się pogłaskać i z godnością przyjęła pesteczkę a teraz biega jak bardzo mała świneczka o bardzo krótkich łapkach), że wciąż mam miejsce na kolejne książki, że z okna mogę pomachać Trenerowi, kiedy jedzie do pracy, a czasem wykonać kretyńskie akrobacje z udziałem poduszki w kształcie serca i doniczki z bazylią tak, żeby się śmiał w drodze. Tak, robię takie rzeczy i co mi kto zrobi.

Obrazeczki nastąpią z terminie późniejszym gdyż muszę przygotować się do sceny kaszlu i marudzenia pod kocem, życzę Państwu miłego wieczoru, nie ważcie się chorować, nie po to załatwiam to za Was żebyście sobie lekkomyślnie chorowali. Osoby chorujące zostaną poszczute Myszami, tak się składa, że mam na stanie Myszy i nie zawaham się ich użyć.

PS. Łańcuszek pozwolę sobie tymczasowo ukilić, nie mam sił myśleć nad tym, kogo z Wielkiej Grupy Interesujących Ludzi o coś wypytać, najchętniej wszystkich bym.

PPS. Wyszukano mnie po "tiramisu", oops.

PPPS. A tymczasem na Fanpejczu...

piątek, 16 listopada 2012
Veni, vidi, cicik.

Miało być klasycznie ale po drodze zmieniłam zdanie gdyż sami popaczcie - Mysz ma kota. Proszę o trzymanie kciuków za owocną współpracę obu Pań.

Jestem troszkę jakby chora, o czym chyba zresztą wspomniałam, w związku z czym dochodzi do sytuacji nietypowych. Wczoraj na przykład wahałam się, czy - po tym, jak już przyjmę uroczą, uwodzicielską pozę - powinnam poprosić:
 - Kochanie, zajrzyj, proszę, do Myszy.
czy raczej:
 - Czy mógłbyś zajrzeć do Myszy? Nie czuję się dobrze i nie chciałabym ich zarazić...
Niestety gdzieś po drodze spawa się rypła i skończyło się na tym, że nieszczęsnemu Treneru drogę zastąpiła wymiętoszona zjawa z fryzurą typu "piorun w szczypiorku" trzymająca w dłoni dyżurnego Owcę do spania i wyskrzeczała:
 - Myszy!
Trener trochę mi to w ciągu dnia wypominał. Natomiast po powrocie powyższego z pracy poprosiłam Go o zajrzenie do Myszy głosem już nieco normalniejszym. Poszedł i przepadł. Nie chciało mi się skrzeczeć więc poszłam sprawdzić i co ja paczę.
Na łóżku stała na tylnych łapkach zafascynowana, oszołomiona szczęściem Mniejsza a Trener bawił ją maskotką.
Poważnie, wziął mojego Owcę i machał nią przed pyszczkiem szczęśliwej jak prosię w deszcz Mniejszej.
Wspominałam chyba, że oszaleję tu najpewniej - myślę, że ten moment się zbliża.
Nie poprawiam sytuacji gdyż jestem nieco niezdrowa i mózg mi chyba jakoś inaczej pracuje. Otóż Trener jedzie czasem do pracy z sąsiadem, kolegą Ł. Wczoraj, słysząc kroki na schodach Trener rzucił:
 - Ł. chyba zszedł...
Na co ja:
 - Oo, to wielka szkoda, taki młody człowiek.
Trochę dziwnie jest.

Oglądam niezmiennie programy o zwierzątkach i inne różne ale nie dzieje się nic godnego uwagi poza standardowym wyżeraniem wszystkiego w Afryce (krokodyle) oraz wrzeszczeniem na ludzi (panny młode) a ileż można o tym pisać.
Wiem, że miała być notka łańcuszkowa ale nie mam siły po prostu, daję znak życia, wrzucam obrazeczki - dziś o niemaniu oczu, upadku rodzinnej firmy, piąteczku oraz jeszcze jeden cicik i przydatny czar dla zmotoryzowanych - i idę pod koc. Pod kilka kocy, gdyż zmarzłę. Miłego piątku, wychodząc z domów pamiętajcie Państwo o szalikach, chorowanie jest złe jak torcik.

środa, 14 listopada 2012
"Następnego dnia wyjmujesz nogi z marynaty..."

oznajmiła wczoraj w programie kulinarnym jakaś pani stojącemu obok młodzieńcowi i zanim oczy me padły na moczące się w czymśtam odnóża drobiu miałam wizję tegoż młodzieńca siedzącego przez noc ze smętną miną i nogami w wiadrze z marynatą a dnia następnego wyjmującego nogi z głośnym "czlocht!". Stanowczo powinnam myśleć wolniej albo nie włączać TV kiedy mam gorączkę.

Mikroszatany rozwijają się nad podziw szybko, nie minęły dwa tygodnie a tandem Kluszynka&Kruszynka Chompany odkrył optymalną porę bardzo głośnego biegania w kołowrotkach. Mianowicie jest to pora mojego układania się do snu. Wcześniej zwierzątka śpią, przemeblowują Myszaria, przeprowadzają deziarnizację w miseczkach, jak tylko usiłuję zasnąć zacierają łapki i biorą się za możliwie głośne bieganie. Myszy są chyba genetycznie uwarunkowane tak, żebym ja nie spała.

Obejrzałam sobie wczoraj kolejny odcinek programu o ślubach i przyznam, że najzwyczajniej nie rozumiem dlaczego ludzie, którzy nie są w stanie dogadać się w kwestii tak analnopochodnej jak kolory przewodnie wesela (nie miałam pojęcia, że można sobie takimi bzdurami zawracać głowę dłużej, niż przez kilka minut, ale to i tak drobny żuczek w porównaniu z innymi fanaberiami) w ogóle się pobierają. Większość par nie zgadza się w żadnej niemalże kwestii a obejrzana wczoraj panna młoda jest moją oficjalną kandydatką do bycia zamordowaną z zimną krwią przez męża w tydzień po ślubie.
Otóż w programie jest tak, że para ustala budżet i konsultant ślubny ma pomóc im zrealizować wizję ślubu i wesela bez przekroczenia tej sumy. Wczorajsza panna młoda uznała jednakowoż, że furda budżet i zdanie czyjekolwiek, ona tu robi za księżniczkę i chce wszystkiego i dużo. Pomiatała ludźmi i wrzeszczała na nich, zwolniła jedną z druhen, rozkazywała drużbom przyszłego małżonka (porwali biedaka na wieczór kawalerski a ona dostała ataku histerii - co najdziwniejsze przeprosili ją później zamiast porwać chłopaka na dobre żeby się w to bagno nie wpakował) a w scenie najbardziej mną wstrząsającej przy wyborze dekoracji na salę weselną oznajmiła przyszłemu mężowi "Wyskakuj z karty kredytowej, bądź grzecznym panem młodym i zapłać za to wszystko". W tym momencie każdy zdrowy, mający dla siebie szacunek i jakąś pewność siebie mężczyzna w najspokojniejszym scenariuszu trzasnąłby drzwiami i to byłoby na tyle w kwestii ślubu. Tymczasem młodzian westchnął, rzucił konsultantowi bezradne popaczanie i potulnie zgodził się na wszystko co jest, oczywiście, fantastyczną wróżbą na ich wspólną przyszłość. Niech mi ktoś powie, bardzo proszę, że to wszystko jest ustawiane bo nie chce mi się wierzyć, że ktoś mógłby dobrowolnie poślubić tak straszną kobietę.

Nawiasem mówiąc czy to naprawdę reguła, że szukanie sukni ślubnej polega na mierzeniu setek egzemplarzy, odwiedzaniu mnóstwa salonów i oczekiwaniu na tę jedną jedyną która do przyszłej panny młodej "przemówi" i w której obowiązkowo trzeba poczuć się "jak księzniczka"? Interesujące. Wciągnę tę opcję na listę straszalną, ostatnio rzadziej straszę Trenera ślubem kościelnym i weselem na 300 osób obowiązkowo z oczepinami, żenującymi zabawami i czyimś pijanym wujkiem podszczypującym młode panienki ale programy o ślubach dostarczają mi tyle nowych inspiracji, że grzech nie skorzystać. O, karetę na przykład mogłabym mieć. Rurzową. Jak stroje drużbów.

Nawrzucam Państwu i pójdę mieć anginę gdzie indziej. Mam sporo cicików, na przykład wytrwałego i stanowczego, ponadto pingwinek i kózka i o, proszę, jeszcze jeden cicik. Idę chorować, więc Wy nie musicie, miłego dnia Państwu.
W następnej notce wykwiczę się trochę gdyż zostałam mianowana przez Zenka, bardzo mi miło. Postaram się nie mieć gorączki podczas odpowiadania na pytania bo nie chciałabym czegoś palnąć, to poważny blog.

niedziela, 11 listopada 2012
"Rozłączeni - lecz jedno o drugim pamięta..."

czyli Diablotki finalnie rozdzielone poprzedniej nocy, a właściwie dnia, bo o 6.20 rano. Pacanie i piszczenie nasiliły się tak, że Trener Osobisty uznał, że dość tego, szkoda czasu i nerwów całej naszej czwórki, Myszęta się nie dogadują, trudno. Pomyszczenia zostały rozdzielone, rozbudowane, Myszęta dostały kołowrotki a Mniejsze dumnie wprowadziło się do Restauracji. Większe uznało najwyraźniej, że uff, piskliwy kłopot z głowy, można się zrelaksować i dać trochę oswoić. Aktualnie podejście Myszy do Człowieka wygląda tak:
Mniejsza - oooo, piiiii, pi pi pi, dłoń, DŁOŃ, dłońdłońdłoń, jak cudownie, wdrapię się natychmiast, nigdy stąd nie zejdę, dla pewności wczepię się pazurkami, nastroszę i zrobię Paczacza, mamusiu, jak tu pięknie.
Większa - hm, dłoń...Niech będzie, ostatecznie dam się pogłaskać...Nawet miło, i za uszkami drapie, lubię drapanie za uszkami, trącę nosem i poliżę, co mi szkodzi...Bogowie, co ja robię, przecież to DŁOŃ! Wziu!

Bardzo mam tu wesoło.

Trener Osobisty dorzuca pewne elementy trenerowości do tego nastroju, mianowicie poprosiłam wczoraj o naostrzenie noża tymi słowy:
 - Naostrz mi jutro nóż z tego nowego kompletu, możesz?
 - A co mu jest? - zainteresował się Bystrzak Osobisty
 - Noo...tępy jest.
 - To może mów do niego częściej, może coś na niego spłynie...

Jedną z zawodowych powinności Trenera jest reagowanie na klientowe prośby, często nie do końca przemyślane albo niemożliwe do zrealizowania. Trener opowiada wczoraj:
 - ...i zasugerowałem kołorkerom udzielenie odpowiedzi w rodzaju "Po konsultacji z naszymi ekspertami uznaliśmy, że optymalna odpowiedź na prośbę klienta jest następująca"
Bardzom dumna.

Oglądałam wczoraj taki film, że nie wiem, doprawdy, jak Państwa zachęcić, żebyście też.
Jak wiadomo filmów o kung-fu jest jak mrówków więc genialni producenci zaczęli wymyślać wariacje, z piłkarzami na przykład. Mnie szczęśliwie trafili się kucharze kung-fu i spędziłam upojne 1,5 h na zmianę wykonując facepalmy, pokwikując albo wydając okrzyki niecenzuralne, To trzeba obejrzeć, po prostu trzeba. Na zachętę napiszę, że jest pokrzywdzony przez niesprawiedliwy los Miszcz, jest bardzo pewny siebie Uczeń Miszcza, jest Siostra Spokojna i Siostra Postrzelona oraz Bratanek, Co Pije i Nie Wie, Jak Było Naprawdę. I jest dużo kung-fu oraz sympatycznych sztuczek kuchennnych. Moja ulubiona to ta z krojeniem leszcza tak, że ma się piękne, dorodne filety leszcza oraz leszcza himself pływającego sobie na luzie mimo braku filetów. Poważnie, myślałam, że się rozpęknę, Miszcz obciął rybce większość rybkości a ona sobie spokojnie hasała. Nie dziwię się, że Uczeń Miszcza był w szoku, też byliśmy. Jest dużo krzyków, w większości w wykonaniu Siostry Postrzelonej która nie ma genu odpowiedzialnego za normalne mówienie i wciąż wrzeszczy, są policjanci występujący gromadnie i nieudolni oraz konkurs kulinarny i elementy grozy zapewnione przez Bratanka, Co Pije. Serdecznie rekomenduję Państwu ten film, naprawdę warto i nie żartuję.

Za jakieś grzechy musiałam zrobić wczoraj zakupy, na szczęście małe i szybkie ale i tak com się nasłuchała, to moje. Przy regale z Tofinkami się nasłuchałam, dwie panie pracowicie dzieliły się dialogiem i wpadłam na nie akurat przy fragmencie:
Pani Pierwsza - ...no i sama powiedz jak można dziecku trzyletniemu kupić czekoladę, mówiłam mu, żeby zabawkę kupił, kolorowankę jakąś, a nie czekoladę, a on czekoladę kupił. No to mówię do niego "Wiesz co..."
Pani Druga - I co?
Pani Pierwsza - No co "co"?
Pani Druga - No co mu powiedziałaś?
Pani Pierwsza - No... "wiesz co..." mu powiedziałam...
Pani Druga - No nie wiem, bo nie powiedziałaś.
Chyba coś jest nie tak z Tofinkami bo zaczęłam się przy nich trochę dusić.

Obrazeczków mam mało bo Internet postawił dziś na gołe panie i szczeniaki buldogów a to grzeczny i prokoci blog. Póki co mam trochę chemii i sportu oraz dodatkowego cicika. O, i powrót do tematu parówek, chyba. Miłego dnia Państwu, nie przemęczajcie się, niech to będzie udana, leniwa niedziela, a ja jadę po dynie bo mam tylko cztery.

piątek, 09 listopada 2012
Jak nie zrobić tiramisu - przepis w prostych krokach.

1. Obiecaj lubianej osobie tiramisu, które zawsze wychodzi Ci świetne, wszyscy chwalą i w ogóle.

2. Zgromadź na kuchennym blacie składniki.

3. Pozamaczaj w kawie i ułóż w pudełku biszkopciki, utrzyj żółtka z cukrem i generalnie rób wszystko tak, żeby otrzymać puchaty tiramisowy krem.

4. Pozwól zaskoczyć się faktowi, że krem wyszedł Ci bardzo lekki i puszyściutki, jak nigdy wcześniej. Bardzo, bardzo lekki.

5. Wzrusz ramionami, pewnie składniki takie lekkie jakieś i tak miało wyjść, posyp deser czekoladą, otwórz lodówkę w celu umieszczenia tam pudełka z wyżej wymienionym.

6. Zlokalizuj wzrokiem mascarpone, którego nie dodałaś do kremu.

7. Rzuć pod nosem kilkoma damami negocjowalnego afektu, cóż Ci szkodzi.

8. Delikatnie zdejmij łyżkami z biszkopcików krem i czekoladę, zmieszaj z mascarpone.

9. Odtwórz deser zyskując coś na kształt biszkoptów z kremem z pewnymi elementami tiramisowości. Posyp grubą warstwą czekolady licząc na to, że kaman, to przecież czekolada, wszystko z czekoladą jest dobre.

10. Nie, nie oszukuj się, to nie jest, jest nieco dziwne. Ale nie tragiczne i jest czekolada...Idź się tłumaczyć na FB.

11. Kontynuuj tłumaczenie się świadoma, że hu...k bombki strzelił, miało być tiramisu a wyszło może i niegłupie coś, ale nie to, co miało, więc komplement zyskasz najwyżej za użycie dobrej czekolady.

12. Zapisz w terminatorze żeby wyciągać z lodówki wszystkie składniki. Zwłaszcza mascarpone.

Wstyd jak beret, stanowczo powinnam się wyspać. Z drugiej strony teraz wiecie już, jak nie robić tiramisu. Gdybyście stanowczo nie chcieli go zrobić, prychali na samą myśl o nim i odżegnywali się znakiem krzyża to służę przepisem. W razie potrzeby także dodatkowymi radami w rodzaju "jak omijać wzrokiem pudełko z mascarpone" czy "jak kupić tylko jedno opakowanie, bo przecież tiramisu zawsze wychodzi Ci po mistrzowsku".

 
1 , 2