Tagi
squirk77@gmail.com
RSS
sobota, 31 grudnia 2011
Życzeniowo.
Świąt nie obchodzę, bo nie muszę, w kwestii Nowego Roku nie mam wyjścia, nadejdzie czy mi się to podoba, czy nie, a mnie podoba się spędzanie Sylwestra z wyjątkowymi osobami.

Wiem, czego Wam życzę - mam kłopot z ubraniem tego w niebanalne słowa, więc niech będzie to kompilacja "live long and prosper" z "kochajcie się, ale nie róbcie z miłości kajdanów". Wszystko, czego życzę moim czytelnikom i bliskim mi osobom, zawarte jest w tych dwóch zdaniach, niczego lepszego nie wymyślę. Niech Wam będzie jak najlepiej i jak najcieplej, uśmiechajcie się i czasem dajcie się oswoić, źle jest być samemu.

Wiem, czego życzę sobie - mniej ufności, mniej naiwności, nie nabierania się na bajki i manipulacje, więcej spokoju. Życzę sobie, żeby kilka sytuacji wyjaśniło się wreszcie w jedną albo w druga stronę, żeby wartościowe znajomości przetrwały, a demony z przeszłości poszły sobie wreszcie, bo bardziej mi już nie zaszkodzą, a pomagać sama sobie zdążyłam się nauczyć. Życzę sobie, żeby nadal zaglądali do mnie niebanalni ludzie, żeby nadal pojawiały się na moim blogu i w życiu tylko niezwykłe osoby.
Będzie mi miło, jeśli będziecie trzymać za mnie kciuki tak mocno, jak ja trzymam za Was.

Niech to będzie dobry rok, dla Was i dla mnie, bardzo by sie taki rok wreszcie przydał.
Przytulam wirtualnie, może kiedyś będe miała okazję uścisnąć Wam dłonie, dopiszę to do noworocznej wiszlisty.

Obrazeczek ułatwiający start w nowy rok, nic, tylko korzystać.



Apdejt - i nastała noc pełna pieczenia, a po niej poranek pełen pieczenia, dzien ostatni, że tak sobie sparafrazuję.
Dziewczyny zagoniły mnie do roboty wczoraj (ozdabianie sali, wygląda niesamowicie) i dziś (chleby mają być dwa i jeszcze ciasto, duże), a ja nie mam nic przeciwko temu, więc puszczam coś pięknego na full, wkładam śmieszny fartuszek, w którym wyglądam jak jakaś Gospodarna Dorotka (czy inna pracowita istota), i idę do garów, miłego dnia Wam, dziekuję za wszystkie życzenia :-)

piątek, 30 grudnia 2011
"Kocham Cię. Będzie z tego wojna"
Nie nie, nie będzie o miłości, czasem wpada mi w bystre oczko ładny cytat i wrzucam sobie go tutaj, bo mogę.

Na głównej tyle dobrego, że nie wiem, o co zęby jadowe zahaczyć - od bezpiecznej (w sensie da się bez ofiar i zniszczeń) depilacji po wałkowane od kilku dni singielki, podwyżkę cen leków i tajemnicę (sic!) zmiany wyglądu aktorki, której za cholerę, jako unikająca polskiej tv, nie kojarzę. Wiecie, predakcjo, że to takie drapanie w dno od spodu świadczące o tym, że nic nudnego się nie dzieje albo wy nie macie wyobraźni, bo zmiana tytułu artykułu na bardziej dramatyczny nie bardzo jednak wpływa na zawarte w nim nudy? Z sympatii obstawiam to pierwsze, ale poprawcie się w nowym roku, to już pojutrze.

Kocham moją Mysz, musiałam już o tym kiedyś wspomnieć, a dziś przepełniają mnie szczególnie ciepłe uczucia. Dzielna Mysława nastawiła sobie wewnętrzny budzik na 4 w nocy i usiłowała odgryźć dach Domku-Restauracji, nie było sensu próbować zasnąć bo raz, że jękliwe piłowanie nie dawało na to żadnych szans a dwa - miałam gorączkę i bezpodstawne lęki, np. że dach (zdejmowany, ale po co go strącać, jak można odgryźć) spadnie na Jej Mysokość.
Wyspana jestem fantastycznie, tzn. tylko w wyobraźni.

O, nawet obrazeczek tytułowy znalazłam. Oraz delfinki. Coś wesołego wrzucę później, mam niecałe 3 h na oddanie korekty czyjejś bardzo złej pracy na temat bardzo nudny.

Naszła mnie dziś refleksja wynikająca z obserwacji.
Żyje sobie istotka, np Ty, swoim poukładanym, miłym życiem. I nagle zjawia się ktoś z marszu, z ulicy, i zrywa sobie Ciebie jak jabłko i wgryza się w Ciebie, bo mu się należysz, bo dla niego było całe Twoje dojrzewanie i nabieranie smaku i barw. Można się przed tym bronić, oczywiście. Oczywiście nie ma się szans, ale zawsze można probować uciec.

Czyli jednak jest trochę o miłości, albo o obsesji i pasji przynajmniej.


Jutro najgorętsza noc w roku, bądźcie przygotowani. Zrobicie coś szalonego albo głupiego? Jutro albo z jakiejś innej solidnej okazji? Ja chyba nadal mam gdzieś mandat za pływanie* w fontannie w centrum Warszawy, udawaliśmy z kolegą, że odgrywamy przejście Żydów przez Morze Czerwone.

* napomniana dodaję, że nastąpiło w lipcu bodajże, to tylko przykład tego, co ludzik potrafi wymyślić w odpowiednim towarzystwie


Do zobaczenia później.


PS. Słówko dnia - "naćciśnienie".


Apdejt - wiem, miało być coś wesołego, ale wyszłam z domu na kwadrans i wróciłam po 3 h, a teraz mam masę rzeczy do zrobienia na jutro, więc obrazeczek bardzo się spóźni, ale postaram sie wkrótce cos wrzucić.
Nie wiem, czy uda mi się zajrzeć tu przed niedzielą/poniedziałkiem, więc wymyślę jeszcze jakieś ładne życzenia noworoczne, póki co idę walczyć ze skrzydełkami i innymi takimi, jak zwykle zadeklarowałam zrobienie stuffu w ilości, na którą może nie wystarczyć mi czasu.

Apdejt drugi - jest dość hardcore`owy obrazeczek - jadę po bandzie, ale co tam, pewnie ostatni raz w tym roku. Z drugiej strony zapewniam, że od poniedziałku nic się nie zmieni, wrócę taka sama, tylko zmęczona.
Bonus dla kochających z pasją. Dużo dziś pasji w mojej notce, jeszcze więcej w głowie.


Idę myśleć nad życzeniami, chciałabym napisać coś, co sama także przeczytałabym z przyjemnością i sympatią od kogoś życzliwego. Ciężko będzie, bo w życzeniach zasadniczo jestem słaba - wychodzi mi albo coś cynicznego, albo coś patetycznego, spróbuję wypośrodkować.

czwartek, 29 grudnia 2011
"Kto się na gorącej kobiecie sparzy ten dmucha zimne"
Tytuł z zapowiedzi jakiejś polskiej komedii, uroczy.

Na głównej puchy, tylko pani Gessler wyznała, co ją podnieca (trochę przerażająca wizja) oraz zamieszczono porady, jak nosić buty (tuszę, iż stary, sprawdzony sposób "włóż i idź" jest już passe). Biustu ani majtek nie odnotowano, więc albo celebryci zaspali, albo predaktor od ambitnych plotek jest gapciem i przeoczył. No ale nic, dzień jeszcze młody.

Mam postanowionko, niech będzie, że noworoczne - chodzić grzecznie do łóżka o północy. Siedzenie do późna jest trochę bez sensu, skoro i tak wstaję zwykle o 8.30 i potem siedzę taka pomięta i z oczami jak spodki. Mam nielegalną kawę i proszę na mnie nie krzyczeć, wybór był między kawą a padnięciem na nos w trybie przyspieszonym, czyli oczywisty.

Powrócił dylemat włosowy - obcinać/nie obcinać? Dziewczyny są na tak, a panów zwykle nie słuchamy, ale sytuacja jest wyjątkowa i muszę pomyśleć. Możliwość "doznaj przypływu słusznego gniewu i weź nożyczki" już przetestowałam, wolałabym w następnej kolejności pomoc fachowca jednak, choć w samościnaniu mam już niezłą wprawę.

Zainspirowana przez Wkurzonego jadę dziś zakupić odzież mającą nadać mi bardziej kobiecy pozór. Nie twierdzę, że na pewno nie będą to bojówki, ale może w jakimś wesołym kolorze, z kwiateczkiem na kieszeni alboco. I może tiszert w kolorze nieczarnym.
W temacie poniekąd - gdyby któraś z zaglądających pań zastanawiała się nad balkonetką Cleo Lizzie to bardzo polecam - trochę liczę na to, że wywabię tym wpisem bieliznolubną Hiję, która gdzieś polazła i się nie odzywa (Hijo, wracaj!).

Muszę przyznać, że to bardzo kobieca notka jak na mnie, o ubraniach i innych takich, nuda straszna. Idę szukać gołych bab na głównej w przerwie na korektę innych strasznych nudów, tymczasem wrzucę okolicznościowy obrazeczek - o, jest.

Słówko dnia - "karalepka".
Jak donosi agencja TASS* w stolicy jest sklepik z wyposażeniem jeździeckim, ma nazwę PASI-KONIK, śliczne.


Do zobaczenia później, wrzucę coś bardziej w moim stylu, będzie krew, limfa i ja leciutko wkurwiona po zakupach, wieczór zapowiada się fantastycznie.


* w sumie to MBF smsem podesłał, ale z tą agencją notka bardziej profesjonalnie wygląda.

Apdejt miniaturka - na głównej jest biust Dody, jak informują czujni czytelnicy, ale bardziej mnie w tej chwili ucieszyło kolejne przedsięwzięcie proczytelnicze, choć podane na surowo i z pieprzem.

Apdejt większy - nie odnalazłam się w skomplikowanym świecie bluzeczek z cekinami i sweterków z czymś dziwnym, przypominającym wełniane purchle, na ramionach. Przymierzyłam dwie sztuki i to by było na tyle jeśli chodzi o mnie i zakupy. Wybiorę coś via net, do mierzenia nie mam cierpliwości.
Bojówki jedne trochę mi się spodobały, tzn. krój, bo poległy w kwestii koloru - musiałabym zarzucić coś nielegalnego żeby spowić się w intensywne fiolety.
Sylwestra spędzę w czerni i z naszyjnikiem-sówką.

Po raz drugi w swoim dość krótkim jeszcze życiu zostałam zaskoczona przez ludzkie odruchy, mianowicie po raz drugi, będąc w pomieszczeniu zamkniętym, a konkretnie w przebieralni (oczywiście byłam ubrana), usłyszałam pukanie do drzwi. Po raz drugi w życiu z przekąsem powiedziałam "Proszę!" i po raz drugi jakaś pani odruchowo weszła. Moje życie to bajka, musiałam już kiedyś o tym wspomnieć. Pierwszy raz dotyczył szpitalnej toalety, ludzie najwyraźniej nie potrafią mi się oprzeć niezależnie od okoliczności.

Na pocieszenie kupiłam 2 kg muli. Dopiero po fakcie przypomniałam sobie swoją obsesję na punkcie dokładnego czyszczenia owoców morza. Czeka mnie jutro wieczór jak ze snów.

Nie mam siły na obrazeczki, jestem po zakupach, jedyne, na co mogłabym się teraz zdobyć, acz nieuważnie i machinalnie, to wykoszenie za pomocą zatrutych wykałaczek części społeczeństwa odpowiedzialnej za dzisiejsze, obfitujące w siniaki na nogach ofiar, wyścigi z wózkami w Oszą. Zadziwiające, ile ognia drzemie w słabej, spokojnej starszej pani, kiedy zaczyna sie promocja na śledzie.  Przypuszczam, że doszło do brutalnych wózkoczynów i wypominania sobie wzajemnie konduity matek i babć. Dokonałam przyspieszonej ewakuacji, jestem wykończona.
środa, 28 grudnia 2011
Święto pocałunku plus biusty w standardzie,
wszystko na głównej. Oraz o tym, że jakaś panna ma problem, bo koleżanki są zazdrosne, a implanty piersi mogą zabić. Rozpieszcza nas dziś predakcja, nie ma co, trwam w zachwycie. Aż się nie chce skalpować jeńców.

Macie postanowienia noworoczne? Ja nie, jestem szczerą fanką opcji "zacznę od przyszłego tygodnia i zobaczymy, co będzie" - w związku z tym mam poważne plany na przyszły tydzień.  Nie pochwalę się na razie, bo będzie obciach, jak nie wyjdą, ale plan jest taki, żeby się wszystko udało jednak. Póki co planuję niesamowitego Sylwestra w takimż gronie, a to uda się na pewno. Outfitu jeszcze nie mam, może zacisnę białe ząbki i pójdę kupić jakąś odzież nie męczącą oka po czym zrobię sobie do niej zwariowane kolczyki z muszli albo pawich piór. Może, bo jest też szansa na to, że skończy się na bojówkach i tiszercie, bojówki są najlepszym przyjacielem dziewczyny, a ja niezmiennie nienawidzę zakupów odzieżowych (i wszelkich innych).

Mysz ponownie zaprezentowała się wczoraj jako Myszka Towarzyszka - trudno odkleić sobie od dłoni bardzo małe, ale zadziwiająco silne stworzonko wczepione wszystkimi pazurkami, toteż przez dłuższą chwilę przechadzałam się po hacjendzie mając bardzo nietypową ozdobę dłoni. Zlazła dopiero przekupiona kawałkiem sera. Przypuszczam, że klei się do mnie zwłaszcza kiedy wyczuje, że upiekłam chleb - Mysz jest szczerą fanką mojego chleba, na każdy mały okruszek rzuca się jak ofutrzony jamochłon, najchętniej, jak sądzę, wygryzłaby sobie miniaturową hacjendę we wnętrzu bochenka.

Roboty mam w cholerę, toteż oczywiście staram się nie tknąć jej nawet małym palcem, na szczęście termin odesłania poprawionych niekontrolowanych wytrysków wyobraźni zleceniodawcy na temat śmiertelnie nudny jest dopiero w piątek. To co, może pojadę do sklepu, żulszafkę uzupełnię i kupię składniki na wielkie sylwestrowe ciasto.
Obrazeczków itp nawrzucam w tej sytuacji później, skupię się teraz na zrobieniu listy zakupów, która będzie czytelna także dla mnie, co nie zawsze jest oczywiste, bo jako kompiatka trochę bazgrzę pisząc ręcznie. Listę, jak każdą inną, zgubię natychmiast po wyjściu z domu i znajdę za 3 tygodnie w sprawdzanej x razy torebce/kieszeni, ale cóż mi szkodzi wierzyć w to, że tym razem nastąpi cud.


Widzieliście
? Naród wybrany, tak?
Szlag mnie trafia, kiedy ktoś krzywdzi dziecko, nawet słownie. Zaczynam dochodzić do wniosku, że na fanatyków owszem, można patrzeć z przymrużeniem oka, ale tylko tak długo, jak w tym starym dowcipie o teściowej - dopóki muszka nie zgra się ze szczerbinką.


Apdejt - byłam na zakupach, jak się okazuje skrzydełka kurczaka, które planowałam przetworzyć termicznie na Sylwestra (mam rewelacyjny przepis na pikantne skrzydełka na imprezę i nie tylko, jesli ktoś chce to wyślę mailem), są dziś w Lidlu towarem deficytowym, za to mają tamże promocję na to duże Desperado. Uzupełniłam żulszafkę nabywając wino w ilości sugerującej zamiar stoczenia się, nabyte zostały również miśki Haribo oraz zmywacz do paznokci. Ostatni zakup był koniecznością - wszystko, o dziwo, wskazuje na to, że sprawdzanie na każdym paznokciu innego koloru z odkrytej przypadkiem w szafce barwnej palety lakierów bez uprzedniego upewnienia się, że będzie się miało czym te cuda zmyć, jest pomysłem nierozsądnym. Na szczęście miałam na sobie tylne nauszniki, w których wyglądam jak polarowa księżniczka Leia, a one skutecznie odwracają uwagę od wszystkiego innego. Na pomysł włożenia rękawiczek jakoś nie wpadłam. Listę z zakupami zgubiłam wyjątkowo dopiero w sklepie, niezwykły dzień.

Na głównej niewesoła wizja - utoniemy w powodzi nastoletnich "geniuszy" z których 80% już teraz ma załatwione na lewo zaświadczenie o dysleksji.

Obrazeczek tymczasowy, bo jestem zajęta trochę, robię shepherd`s pie w wersji nieco nieortodoksyjnej na kolację z okazji dzisiejszego święta.
Jako bonus pierwsze prawo radości zimowej - "nie łap językiem płatków śniegu, jeżeli jeszcze nie wszystkie ptaki odleciały na południe."

wtorek, 27 grudnia 2011
Relationshit.
Tytuł znaleziony wczoraj, spodobał mi się i zostaje.

Okazało się, że kawę jednak nie bardzo mogę pić, więc witam z kubkiem pełnym yerba mate, śmieszna piżama i myszy na stopach obecne. Najlepiej pisze mi się, zawodowo i nie, mając na nogach kapcie-myszy, może nawet przynoszą mi szczęście i wyż intelektualny (ahaha). Dokupię ze dwie pary - są, przypominam, w Pepco, tzn. mam nadzieję, że jeszcze są, bo jak rozdepczę aktualne i nowych nie będzie to mi się może kariera załamać.

Straszne nudy na głównej, w sumie zahaczyć zębem mogłabym tylko o kolejne "słodkie", w przekonaniu predakcji, zwierzątko. Ogarnijcie się tam albo zamieśćcie zdjęcie liżacego zwierzątku futro predaktora, najlepiej z dymkiem o treści "Mmm, ależ on słodki!" na dowód. Zwierzęta nie są słodkie, jeśli nie ma się 15 lat i i nie loffcia Justinka Biebera najbardziej na świecie.
Tknęło mnie po czasie, że może króliki z tej notki były zakwaszane bo właściciel też uznał je za słodkie. Świat oszalał jednak, podejrzewałam to od jakiegoś czasu, ale nabieram pewności.

Dojrzewam do lektury prezentu gwiazdkowego, na oko to jakieś 3 tys. stron, więc wcześniej skończę pisać to, co skończyć muszę, pozbieram zamówienia na Sylwestra, wykonam i przeniosę się do swojej niszy ekologicznej - sofa, kocyk od O., na drzwiach plakietka "Nie przeszkadzać, nakurwiam smoki" na wszelki wypadek. Oby spodobało mi się tak bardzo, jak serial. Btw - Conana nadal nie obejrzałam, nie chcę, żeby mi zepsuł obraz idealnego Jasona Momoa, a słyszałam już z dobrych źródeł, że film jest słaby.

Machinalne (bo przecież nie posprzątam wprost, tak o, żeby mieć posprzątane, bez przesady jednak, jestem sobą, tak?) porządki z związku ze świętami, co to ich nie obchodzę, ujawiły, że jestem szczęśliwą posiadaczką wielkiego kartonu z butami, o których zapomniałam, co oznacza, że nie muszę kupować obuwia glanopodobnego do ukochanych bojówek ani butków niemal identycznych, jak te, tylko czarnych. Kul. Gdyby ktoś potrzebował jaskraworurzowego staniczka z cekinami, to też się znalazł, choć absolutnie nie potrafię wyjasnić jego pochodzenia. Wygląda na używany, acz jestem pewna, że JA nigdy go na sobie nie miałam. Jeśli ktoś zgubił coś takiego proszę się zgłaszać, w końcu kilka spontanicznych domówek z przeszłości można uznać za dość zwariowane.

Kończy mi się miejsce na książki, to przykre jeśli weźmie się pod uwagę fakt, że książkowa wiszlista rośnie z każdym dniem i że kupuję książki kompulsywnie. "Baśnie z tysiąca i jednej nocy" i "Pieśni Lodu i Ognia" zostaną na półce nad łóżkiem, ale to nie rozwiązuje problemu. Próbowałam ocalić się przed utonięciem w książkach metodą zaniesienia najmniej kochanych/zdublowanych/słabych do zaprzyjaźnionego antykwariatu, ale kończyło się to tym, że zanosiłam 50 sztuk, wracałam z 70-cioma i obietnicą, że pan wyszuka dla mnie jeszcze to, to i może jeszcze kilka tomów z serii "Naokoło świata" (mam prawie całą!). Niedobrze, potrzebuję większego mieszkania.
Kupię sobie "Odwet oceanu" na pociechę. Nieduża książeczka, w kieszeni upchnę i po kłopocie, jest tylko trochę grubsza od "Kalevali".

Wezmę się może za coś konstruktywnego, jeszcze tylko obrazeczki na szybko, wesolutki i anty-WC (mnie by dał do myślenia, ale po fanatykach nie spodziewam się cudu, więc zwyczajnie się nadmuchajcie obrażalsko, tradycja zobowiązuje).

W zakładkach nowy blog, polecam i witam nowego zaglądającego, głaski dla Kota.

PS. Odkryłam w sypialni "Lód" Dukaja - tradycja kupowania książeczek w rozmiarze kieszonkowym ma u mnie silne korzenie. Pierwszy tom Pieśni ma niecałe 800 stron. Phi, w dwa dni połknę, wiadomo. A domem zajmie się Mysz, aktualnie nieco obrażona, bo nazwałam ją Tłustelniczką. Co poradzę, waży 40 gramów, to już jednak przesada jest. Zero szans na zostanie Mysz World.

PS2 - Jupiiii! Dobra wiadomość na początek nowego roku.

niedziela, 25 grudnia 2011
Sol Invictus.
Nie wiem, czy obchodzicie, ja trochę tak (jeśli akurat pamiętam, bo to jednak święto, a ja do świąt mam, jak wiemy, stosunek ornitologiczny, tzn latają mi koło tzw. pióra), na szczęście słońce było uprzejme zrezygnować z focha na okoliczność własnego wyjątkowego dnia i wyszło na trochę.

Mysz nie odezwała się do mnie wczoraj ani słowem. Mówię Wam, to jakiś fake z tymi gadającymi zwierzętami.

Wczorajszy plan dnia wykonany w 100%, (plus niespodzianki, na których wspomnienie czerwienię się jak pensjonarka), dzisiejszego nie mam, biorę pod uwagę spacer, ale jak znam siebie utknę z książką na sofie, nadal w piżamie i kapciach. Nie wiem, czy jest coś, co się powinno zrobić w drugi dzień świąt, których się nie obchodzi, jeśli ktoś ma sugestie to prosze się podzielić, póki co działam po swojemu, czyli w trybie energooszczędnym. Może przejdę się zobaczyć, czy na sąsiednim budynku wisi już Suicide Santa - jest to teoretycznie wspinający się Mikołaj, ale wygląda bardziej jak nerwowy, dziwnie ubrany gość, który wiał od kochanki, zaplątał się w sznur lampek i oops. Mamy też na osiedlu Trzy Spuszczające Się Mikołaje, ale nie widziałam ich jeszcze w tym roku. Nazwa pochodzi od spuszczania się po linach do ogródka I., ale komu by się chciało taką długą nazwę wymawiać.

Obrazeczek i okoliczności towarzyszące nastąpią jak przeobrażę się z pomiętego wróbelka w pomiętą dziewczynę z sąsiedztwa i ugotuję daily rosół. Miłego dnia Państwu.

Apdejt - żeby nie było, że obiecuję i nie dotrzymuję - obrazeczek, a nawet dwa. Trochę mniej śmieszne imho, niż zazwyczaj, ale nie mieli niczego fajniejszego w magazynie, a mnie się nie chciało biegać i załatwiać, bo wieczór miałam taki, że nie wiem, co o tym myśleć, i na wszelki wypadek próbuję nie myśleć wcale.

Chwilowo na głównej brak biustu/majtek, bardzo doceniam. Za to predakcja uczy nas jak jeść, żeby się nie przejeść. Przypuszczam, że zdrowym psychicznie ludziom jest taki poradnik potrzebny jak kurwie bliźniaki, niemniej może ktoś skorzysta.


sobota, 24 grudnia 2011
"This is season to be jolly"
w związku z czym siedzę w piżamie w miski i kapciach-myszach, na biurku stoi kubek pełen kawy, w uszkach Einaudi puszczony na full, bo jestem sama w całym budynku, piekę chleb dla kogoś fajnego i jest prawie idealnie. Mam ambitny plan zrobienia tego, co na dziś zaplanowałam, pójścia spać na 2 h, upieczenia małej pizzy i oglądania filmów póki nie padnę na nos, zaniedbałam się filmowo ostatnio, nadrobię.

Na głównej zmasowany atak biustów i majtek, w tym takie cudo (nasuwa się pytanie co z resztą Dody i jak udało się przetransportowac same piersi, tego już predakcja nie wyjaśnia i pryszczersi znów nie będa mogli zasnąć z wrażenia), ale chyba mam trochę dość, za dużo tego dobrego było ostatnio, w związku z czym prośba do predakcji - może na razie dość nagości, a więcej litrówek i prześlicznych tytułów w rodzaju "Nie zbierajcie grzybów na Słowacji, przecinają opony"? Tak Wam ładnie szło przez cały rok, dacie radę, co?

Dostałam pierwszy świąteczny szablonik z życzeniami/zignorowałam pierwszy świąteczny szablonik z życzeniami.

Mysz szalała dzielnie do wczesnych godzin porannych, podobnież dziś ma przemówić ludzkim głosem - mam nadzieję, że wyjaśni mi wreszcie, czemu zaczyna napieprzać elementami wyposażenia klatki dokładniutko w momencie, kiedy ja próbuję zasnąć.

Kojarzy ktoś Lobo Paramilitary Christmas Special i tekst "Wesołych Świąt, przyjaciele! Ho, ho, kurde bele!"? A bo mi się tak okolicznościowo skojarzył, a jestem komiksowa, przypominam. Polecam Lobo, rzadkiej urody uczynny chłopczyna, kocha dzieci i zwierzęta, bywa nieco niesforny.

Obrazeczek i inne takie nastąpią potem, idę dosprzątać, mam przeczucie, że ktoś wpadnie sprawdzić, jak mi poszło.

Miłego dnia Państwu, do zobaczenia.

Apdejt - słówko dnia i wesoły obrazeczek wystąpią dziś razem. Panie i Panowie - wataszka. Trochę osłabłam.


Dużo większy apdejt.
Dostałam wszystkie tomy Pieśni Lodu i Ognia.
Dostałam najlepszą na świecie miodówkę od kogoś bardzo fajnego (macham do Was łapkami, pozdrawiam ciepło).
Dostałam pocałunki, dużo.
Jestem ubrana w dres, włosy mam związane w kitkę, pachnę chlebem i dostałam to wszystko, tak po prostu.
Brak mi słów chwilami.

piątek, 23 grudnia 2011
Majtki przedświąteczne.
No co, są na głównej, to wypożyczam. Na prezent są dobre podobno, ale nie jestem przekonana, bo lubię bardzo konkretny krój, takie wiązane na biodrach na sznureczki, a że kapryszę wolę kupować je sobie sama, za to do gorsetu owszem, jestem przekonana, kocham gorsety.

Długo nie popiszę, bo prawdopodobnie zamkną mnie za uduszenie osoby postronnej (Aniu, o Tobie mówię, i wiesz, za co), ale póki jestem podzielę się przemyśleniami okołoświątecznymi.

To nie tak, jak niektórzy sądzą, że ja świąt nie lubię. Nie znam ich, po prostu, a nie lubię otoczki, całej tej komercji i hałasu, nagłych ataków obłudy. Nigdy nie miałam ciepłych, rodzinnych świąt, takich na jakie się przez cały rok czeka, moje rodzinne święta zawsze były z kilku względów kompletną porażką, a potem się wyprowadziłam i przestałam w ogóle jakiekolwiek święta obchodzić. Nawet nie wiedziałabym, jak się za to zabrać, ale też nie mam takiej potrzeby. Nie, nie jest mi smutno, nie jestem samotna i nie ma co mi współczuć, dla mnie to zawsze kilka świetnych, ciepłych dni, że spacerem, grzanym winem, mnóstwem książek i muzyki. Smutne jest to, co widzę wokół - pęd na zakupy, obłuda przy składaniu życzeń osobom, które najchętniej zepchnęłoby się ze schodów, udawanie sympatii dla ludzi, których się przez resztę roku nienawidzi i unika, zaharowywanie się, żeby nakarmić grupkę naburmuszonych osób z teściową na czele - to jest smutne, a nie moje spokojne, wolne dni.

Nie wątpię, że są jeszcze osoby, które święta obchodzą tak, jak się powinno, z wiarą, miłością itp, dla których to czas radosny, spędzany z najbliższymi, bez pośpiechu, pędu, nacisku...Tylko chyba nikogo takiego nie znam po prostu, a jesli znam - cóż, jesteś gatunkiem wymierającym, postaraj się przetrwać jak najdłużej.

Nie składam świątecznych życzeń, czasem składam ogólne, parę miłych słów, coś, czego sobie też bym życzyła. Jeśli komuś dobrze życzę, to bez przerwy, przez cały rok, i on o tym wie. Jeśli życzę źle - wie tym bardziej. Owszem, zawsze grzecznie odpiszę na smsa z życzeniami, jeśli nie jest banalnym szablonikiem, na gotowce zwykle (chyba, że lubię nadawcę albo mam wolną chwilę) szkoda mi czasu tak bardzo, jak bardzo szkoda było drugiej stronie czasu na wymyślenie kilku słów od siebie.

Ktoś zapytał mnie dziś rano o to, co w takim razie się u mnie w święta jada. Jak to co? Rosół, u mnie zawsze jest rosół. Goście dostaną szarlotkę.

A, zapomniałabym - ubieram choinkę (wyłącznie na niebiesko), bo tradycja nakazuje, aby każdej Myszy robić zdjęcie z choinką albo przynajmniej pozwolić jej kawałek choinki poogryzać. Poza tym pod choinką mieszczą się prezenty idealne, czyli książki.

Obrazeczek w temacie oraz jedyne życzenia, jakich powinno się ode mnie oczekiwać.
To co, miłego dnia? :-)


Apdejt - no nie da się jednak, jak nie urok to przemarsz wojsk.
Jadę wieczorem żegnać zaprzyjaźnioną suczkę, jest coraz słabsza, nie wstaje już, to prawdopodobnie będą jej ostatnie święta. Miała długie, szczęśliwe życie, staram się tak o tym myśleć, ale wciąż mam nadzieję na cud, na to, że latem znów poszalejemy na trawniku.
Trochę do dupy z takim dniem, proszę Państwa. Miejcie fajniej, bo wiecie, przyjdę, sprawdzę i zbesztam.

Idę ogrzewać sobie dłonie ciepłą Myszą, właśnie wstała i domaga się podziwu i kiziania nosem.
czwartek, 22 grudnia 2011
"Prezes Kaczyński ma nowego kota"
o czym zawiadamia główna strona ukochanego portalu. Tak, tak, jest jeszcze jakiś biust gdzieś w plotkach, ale jednak kot to ważniejsza sprawa. Imienia mu szukają. Mam kilka pomysłów, ale nie nadają się do zaprezentowania albo chcę któryś wykorzystać dla własnego kota kiedyś, więc nie powiem.

Muszę sie przegryźć przez stos maili (Bres, przepraszam), zabiegana jestem w związku ze świętami, których nie obchodzę, bo robię kilka rzeczy na zamówienie na ostatnią chwilę, a nie ubrałam jeszcze własnej choinki. Moja choinka jest mała, sztuczna, ubrana tylko na niebiesko, bo tak, i służy wyłącznie do wsuwania pod nią książek-prezentów. Gdyby wziąć pod uwagę moją wiszlistę musiałaby być bardzo wysoka i dolne gałęzie zaczynałyby się prawie przy czubku. W tym roku dostanę pewnie rózgę - nie zmarnuje się, nie z moją wyobraźnią - za to bez problemu zmieści się pod choinką.

Mysz dostała już część prezentów - głównie dlatego, że nie wyobrażam sobie, co nastąpiłoby, gdybym jej ich nie dała - wygadałam się, że coś dostanie, prawie mi rękę na wysokości łokcia upierniczyła z wrażenia, nie chciałam ryzykować, potrzebuję jednak obu rąk, taki kaprys. Z wdzięczności dzielne zwierząteczko wkurwiało mnie lekko do późnych godzin nocnych, bo nie mogło zadecydować którą z trzech kolb chce napieprzać o ścianę klatki. Fakt, każda dawała inny efekt akustyczny - czyżbym miała muzykalną Mysz?
W ogóle coraz więcej muzyki u mnie, od wczoraj zapoznajemy się z Einaudim i czuję, że będzie to trwałe i poważne uczucie.

Na powitanie nowego czytelnika obrazeczek ze złodziejskim owcą Przemo, jako że i ja, i czytelnik bardzo lubimy owce. H., nadal mam poduszkę-owcę od Ciebie, nikomu nie pozwalam na niej spać, to mój owca. Btw - owca, jak Śmierć, jest rodzaju męskiego, rodzaj żeński mają niemal wyłącznie małe, brudne owce, jak ta, co ją planowałam porwać.

O, jeszcze obrazeczek dla troskliwych rodziców mam.

Do zobaczenia później, idę w bój.

PS. Wpiszcie w Google "let it snow", enter i poczekajcie chwilę. Kjut.

Apdejt - Zrobiłam mnóstwo rzeczy, posprzątałam, poszalałam w kuchni (oraz przegadałam trochę czasu na FB, ale czasem muszę sobie zrobić przerwę, tak?), jestem zmęczona, chce mi się spać, a i tak czuję się jak najszczęśliwsza dziewczyna na świecie. Wreszcie, bo już się bałam, że gdzieś się sobie zgubiłam.
:-)

środa, 21 grudnia 2011
Wesołych Świąd!!!11
Dwa i pół dnia bez pisania blogaska, nie wiem, jak dałam radę aż tak długo wytrzymać, ale dość tego. Czasu nie zmarnowałam, to pewne, i stanowczo się nie nudziłam.

Świąt, jak wiemy, nie obchodzę, a raczej obchodzę z daleka, więc tytuł jest na zasadzie 'bo tak", wpadł mi kiedyś w bystre oczko w takiej formie i innej nie używam, zresztą ładniejszej chyba nie znalazłabym.

Miałam na czas blogowego urlopu ambitny plan zrobienia zakupów i posprzątania, ale plany to ja sobie zwykle mogę mieć, jakie chcę, a co wyjdzie w praniu to inna kwestia. Niemniej zakupy zrobiłam, w ramach przygotowań przedświątecznych kupiłam wino, koszulki na dokumenty, mniej więcej tonę ryb (tu podziękowania dla Mężczyzny-Kota za pomoc, a dla Brahdelt uściski, miło było Was zobaczyć i chcę więcej), a zamiast sprzątać poszłam na porządną, prawdziwą randkę. Taką zawierającą wszystko, co idealna randka powinna mieć, poza wręczaniem mi kwiatka, bo i tak by mu się zmarło, a poza tym nie lubię ciętych. Dopiero wróciłam, zmachana jak koń po westernie. Należy mi się ten kieliszek wina, co przede mną stoi, jak Myszy ziarno. Mysz, nawiasem mówiąc, obrażona, bo wyszłam rano, wróciłam wieczorem, nie miał kto całować zwierzątku uszek, zaraz to nadrobię, żeby nie narażać się na małą, szarą zemstkę.

Byłam na "Listy do M." i polecam, nie jakieś cudo polskiej kinematografii, ale przywoita komedia ze świetną rolą Maćka Stuhra. Wiedzieliście, że film puszczają nawet, kiedy na sali jest tylko jedna para ludzi? Ja się dziś przekonałam osobiście, bardzo to było miłe i macham mackami do pracowników Multikina w Wola Park, wrócimy tam jeszcze. Popcorn za słony, ale to jedyny minus, za to w gablotce z lodami zauważyłam lody o smaku "Krowie plecki", co nyeco mi wpadkę z popcornem wynagrodziło. Nie, nie jadłam, ale się pogapiłam i pośmiałam, a to też ważne.

Na główną zajrzę później, bo jak mnie teraz osłabi jakiś niekontrolowany wytrysk wyobraźni predakcji to padnę, a mam film do dokończenia. Obrazeczek natomiast wrzucę od razu, bo mnie rozbroił.

Idę babrać się w rybich wątpiach, bo coś mi mówi, że nawet taka szczęściara, jak ja, nie dostanie rybek z pustymi brzuszkami. Dzięki bogom za gumowe rękawiczki, głyyy.

PS. Nie ma co się o mnie martwić, przeżyję, tylko mam sobie mniej stresu fundować. Dlatego wracam - tęskniłam, a bez pisania jest mi smutno i źle :-)

PS2 - Wiedzieliście, że sielawa ma mnóstwo małych łuseczek, które nie znikają nagle, kiedy się je przeklina? Bo ja nie wiedziałam. Ale będzie zabawa.


 
1 , 2 , 3 , 4