Tagi
squirk77@gmail.com
RSS
czwartek, 24 grudnia 2015
Hoł hoł...aciu!...hoł.

Nasza rodzina powiększyła się - Trener przyniósł z pracy miłego, nieśmiałego wirusa. Najpierw trzymał go tylko dla siebie ale w końcu podzielił się ze mną i stracił wszelkie zainteresowanie nowym członkiem rodziny zostawiając mi wszelkie przyjemności związane z jego obecnością.
Aktualnie siedzę jak zombie i zastanawiam się czy da się wykaszleć sobie płuca.
A jutro jedziemy być goszczeni przez bardzo miłych ludzi. Obym ich nie zaraziła.

Wszystkim zaglądającym życzę miłych, ciepłych dni, zjedzcie furę mandarynek, w Święta człowiek składa się w 65% z mandarynek, to pewne. I nie chorujcie. Wszystkiego dobrego.

 

PS. Żywię coś w rodzaju niechętnego podziwu dla zmysłu praktycznego pana kierownika polskiego sklepu w Dublinie. Mianowicie pan kierownik:
 - zrobił zapisy na karpia (na sztuki) i pobrał przedpłaty
 - zamówił największe karpiozaury jakie ten świat z wzajemnością oglądał
Zamówiłam dwie rybki i zastanawiałam się przez chwilę czy nie zamówić jeszcze jednej ale coś mnie tknęło i nie zamówiłam. Kiedy mi wczoraj Trener Osobisty, wesół czegoś, dostarczył dwie smukłe rybeńki po 2,5 kg każda myślałam, że tu kota dostanę. Mam aktualnie bardzo dużo zamrożonego karpia i jeszcze więcej współczucia dla pani, która przy mnie zamówiła 6 karpi bo ma "liczną rodzinę". I dla tej rodziny.

PPS. Dwa dni temu Trener Osobisty poszedł do sklepu zapytawszy mnie uprzednio co mi kupić.
Zarzęziłam wdzięcznie że coś miękkiego bo mnie gardło boli.
Dostałam dwa kurczaki, klej "Kropelka" i marynowane podgrzybki.

Czyli u nas wszystko w normie czego i Państwu życzę.

poniedziałek, 07 grudnia 2015
"Na wsi zawsze było ciężko, w d....e mają tam Chanel i kolorystykę na jesień"

Taka sytuacja. Wsi współczuję, co to za życie bez Szaneli.

Miało być o jeżach i o tym, że niektórych jeży jest więcej, niż innych.
Może Państwo pamiętają że ponad rok temu temu coś mi na mózg najwyraźniej padło i założyłam na FB grupę, ot tak, dla żartu oraz kilku osób. Osób zrobiło się kilkadziesiąt a żarty nadal są naszą mocną stroną.
Z jeżami zaczęło się tak, że kolega M. (pozdrawiam) wrzucił kiedyś obrazeczek z jeżem. Jeża było bardzo dużo i, prawdę mówiąc, w życiu nie widziałam aż tak dużo jeża w jednym osobniku.
Skomentowaliśmy jeża grupowo. Że taki, prawda, konkretny, że dorodny. Dobrze odżywiony. Ma grube kości. Zażywny. Przy sobie.
W końcu napisałam że ojej, jaki tłusty jeż.
Kolega M. (pozdrawiam) zareagował oburzeniem. Że jak tak można o jeżu, że to po prostu zadbany jeż. Jeż sukcesu.
Stanęło na ugodzie i doszliśmy do porozumienia w kwestii jeży - mianowicie niektóre jeże są tłuste i nic się na to nie poradzi. Dla równowagi inne jeże tłuste nie są.
Od czasu do czasu wrzucane są w Grupę obrazki z różnymi zwierzątkami.
Nie muszę chyba dodawać że komentarze w rodzaju "o, tłusty jak niektóre jeże!" są na porządku dziennym.

Co jakiś czas zamawiam zakupy z dostawą do domu bo to wygodne oraz być może kiedyś wreszcie dostarczy je Tom Hiddleston (teraz zamawiam soki w mniejszych opakowaniach, dla dobra Toma).
Kilka tygodni temu zakupy dostarczył miły pan w wieku średnim. Bardzo energiczny, wesoły, sporo mówiący i żywo zainteresowany dobrem klienta. W którymś momencie uświadomił sobie że o, klientka z zagranicy i zapytał która to zagranica.
Wyjaśniłam, że jestem z Polski.
Pan doświadczył nagłego ataku euforii, uśmiechnął się szeroko, zrobił krok w tył i głosem bardzo gromkim wykrzyknął:
 - Czeszcz! Dowicenia! Jakszemasz! Oku*wa!
Mowę mi odjęło a pan wyjaśnił, że ma w pracy kolegę z Polski i ten kolega go stopniowo uczy polskiego i że polski to bardzo trudny język ale podoba mu się, nie wie tylko, który ze znanych mu już wyrazów jest "brzydki" i nie wypada go stosować a kolega nie chce mu powiedzieć i sobie żartuje.
Moja wewnętrzna świnia podpowiadała żeby powiedzieć że "jak się masz" to klątwa i inwektywa zarazem ale się powstrzymałam i wyjaśniłam jak się rzeczy mają.
Pan rzucił jeszcze kilka "czeszczów" i, bardzo z siebie zadowolony, odjechał. Jeśli ktoś z mieszkających tu rodaków spotka pana "czeszczącego" proszę pozdrowić od klientki z Kilmainham.

Obiecałam Toroj na Fanpejczu że napiszę o PKS-ie czyli Pierwszym Kocie Sąsiedzkim.
Z tydzień temu miała miejsce taka sytuacja że myślałam, że się zmikczę. Stoję sobie mianowicie w oknie i co ja paczę - idzie PKS ale nie sam, towarzyszy mu równie piękny i dorodny (jak niektóre jeże) biało-rudy kot.
Koty szły z godnością. Co kilka metrów PKS zatrzymywał się, mówił "mił" a wtedy biało-rudy zatrzymywał się także, rozglądał po czym też mówił "mił". Sytuacja powtórzyła się przy każdej klatce schodowej, przy ławkach i krzaczorach rozmarynu, zaprezentowano Murek do Czajenia się na Sójki, Klomb do Leżenia Na i inne Ważne Miejsca. Było "mił", oglądanie obiektu prezentowanego i "mił". I wtedy dotarło do mnie, że jestem świadkiem jak PKS, specjalista od PR-u, oprowadza gościa po osiedlu i pokazuje mu to, co uważa za godne zainteresowania. Wyglądało to bardzo poważnie i głupio mi, że tak kwiczałam zza firanki. Poza tym PKS niezmiennie w formie, siedzi na murku a czasem atakuje przechodzących ludzi - biegnie w ich stronę z rozwianym wąsem, rzuca się na grzbiecik 2 metry od człowieka i czeka. I się doczekuje.

Miłego dnia Państwu, idę być produktywna gdzie indziej, obrazeczki wrzucę jak tylko jakieś znajdę, szukałam ale straszne puchy dziś.

PS. Mam za oknem sypialni bardzo nieśmiałego pająka. Wisi sobie na pajęczynie i robi nic ale kiedy podchodzę błyskawicznie się podciąga i znika gdzieś w górze, kiedy odejdę od okna wraca, i tak w kółko. Jeszcze nie ma imienia, muszę się zastanowić.

piątek, 04 grudnia 2015
"Nie lubię sytuacji, jak już zjem bigosik i mi trochę chlebka zostaje"

Tytuł wypatrzony na jednym forum, wahałam się między nim a "przepisy dla cieci propozycje" ale akurat byłam głodna i bigosik wygrał.

Poza tym co
 - jestem w żałobie, straciłam dziadka więc proszę się po mnie szaleńczej aktywności nie spodziewać, dziadek bardzo chorował i dobrze, że już nie cierpi, ale smutno mi bo to bardzo dobry dziadek był
- byłam na chwilę w szpitalu i znów będę, bardzo sympatyczny szpital tu mają, ale, że tak powiem, nie tęsknię
 - naderwałam sobie w łydce prawej nie wiem co, ale boli, i dokładnie wtedy, kiedy uznałam, że dość tego opierniczania się, wracam do treningów
 - Trener Osobisty nigdzie ostatnio nie poleciał ale jak lata to potem dostaję perły i wielkie słoje słodyczy (które potem zjada nasz kolega, bardzo uprzejmy młody człowiek) więc jakoś powoli przywykiwam (jeśli nie było takiego wyrazu to już jest)
 - nadal nie mam Myszy ale mam mieć - są mi obiecane, muszę tylko wcześniej odbyć z Trenerem Urlop Trenera bo jest mu obiecany.
Generalnie nie mam weny nadal ale nie jestem martfa, cbdo.

Rozważam pisanie notek krótkich ale za to codziennych (albo prawiecodziennych), to chyba lepsze niż piśnięcie raz na sto lat.

Miało być o tym, czy gołębie jedzą.
Jakiś czas temu pod Lidlem na Wieprzowej (której, jak Państwo może pamiętają, nie ma) rozegrała się scenka która raz na zawsze zmieniła moją wiedzę nt. diety gołębi. Nie żebym była znawczynią - ot, jedzą jakieś ziarno czy kawałki chleba, jeden kiedyś skubnął moją koleżankę ale generalnie ludzi jednak nie jedzą.
Otóż nastąpiło kolejne ze Spotkań z Rodakami.
Pod sklepem igrała para otroczków, obok stał tatuś z tzw. fajkiem, sporadycznie na dzieci zerkający, małżonka zapewne robiła zakupy. Czekałam na taksówkę i, nie będąc głuchą, słuchałam kątem ucha o czym też sobie dzieciątka konwersują. Poza standardowymi "kto skacze i trafi na linię ten debil" padło w którymś momencie "O, gołąb!" - i rzeczywiście, na chodniku pojawił się dość dorodny* przedstawiciel gatunku i zaczął coś dziobać. Otroczki przerwały to, czym się zajmowały, i zainteresowały się ptaszyną.
 - Co on robi? - zapytało dziecię młodsze
Starsze spojrzało z pogardą i mówi - Ty ślepy jesteś i nie widzisz, że je?
 - Gołębie nie ją. - orzekło stanowczo młodsze
 - Nie mówi się "ją" tylko "jedzą", debilu. - uprzejmie poinformowało dziecię dłużej przez życie doświadczane
 - Właśnie, że ją!
 - Nie ją!
 - Ją!
Potrzebny był rozjemca. Otroczki zgodnie odwróciły się do tatusia który kontemplował akurat ekran telefonu.
 - Tata! Czy gołębie ją?
 - Co?
 - No czy one ją, te gołębie?
 - Co? A, nie, nie ją.
Po czym tatuś wrócił do lektury ekranu, otroczki do oglądania gołębia który konsekwentnie się opychał nieświadom faktu, że nie powinien, a ja bardzo radosna wsiadłam do taksówki i tylko dwa razy się machnęłam nawigując pana kierowcę, w sumie udany wieczór.

Kolejne dwie Rodaczki, bardzo mi miło, spotkałam ze dwa tygodnie temu.
Zacznę od tego, że nie jestem w najmniejszym nawet stopniu fanką mody, ciuch ma być cały, czysty, pasować i podobać mi się. Założenie spełniają lekko dzwonowate dżinsy, bojówki, tiszerty i inne takie.
Otóż idę sobie aleją bardzo rzetelnie wysypaną liśćmi (jak tylko się ucieszyłam, że o, jak pięknie, kolorowo i jesiennie to na drugi dzień było po liściach, pff) odziana, jak to ja, w dżinsy zwyczajne i zupełnie gładkie, sweter, kurtkę, plecak, buty, zapewniam, też miałam, całość bardzo prosta i bez fajerwerków. I nagle, co ja paczę, idą naprzeciwko mnie dwie panienki w wieku lat może 18-20 odziane bardzo odmiennie od skromnej mnie. Mianowicie pomijając jednakowe, różowe kurtki i małe torebunie z futerka panienki miały na sobie coś, czego powodu stworzenia nie zrozumiem nigdy, mianowicie dżinsy pocięte w poprzek na mnóstwo wąskich pasków, takie poszarpane w celu uzyskania efektu "kawałek nogi-kawałek portek-kawałek nogi" itd. Październik był, przypominam, do tego na jedną z panienek uprzejma natura zużyła szczególnie dużo materiału więc skojarzenie nóżek z baleronem samo się niestety nasuwało i powinno się wstydzić.
Z okrzyku "O ku*wa!" kiedy jeden z liści, jestem pewna, że bez złych zamiarów, spadł na głowę panienki dorodniejszej wywnioskowałam, że mam do czynienia z krajankami. **
Minęłyśmy się z pewnym trudem bo liści było mnóstwo i trochę się człowiek nabrodził ale nie umknął mi pełen pogardy wzrok, jakim Dorodniejsza obrzuciła moje odnóża spowite w nudne, całe dżinsy.
Panienki przeszły a za mną rozległo się wypowiedziane głosem bardzo dumnem:
 - Widac że moda z wielkiego świata jeszcze tu nie dotarła...

Tym samym zyskałam wiedzę o modzie z wielkiego świata oraz nadzieję, że nigdy mnie wyżej wymieniona dotyczyć nie będzie.

Jak widać żyję i nadal potrafię pisać, zamierzam z tej umiejętności korzystać w miarę regularnie.
Potem dorzucę jakieś obrazeczki, na razie znalazłam tylko smutną prawdę o życiu oraz warzywo z rodziny psiankowatych (dedykuję je koleżance Foce i pozdrawiam). Trener właśnie wrócił i wyznał, że kupił mi cebulę dymkę, idę wyjaśnić tę kwestię, miłego wieczoru.
PS. Ludzie ją cebulę dymkę, wiem na pewno, więc się nie zmarnuje.

 

* - tłusty był jak niektóre jeże - do kwestii jeży i ich gabarytów odniosę się w następnej notce

** - tak, mnie też się od razu skojarzyło z takim ciastem w kawałkach. Słodkie, gły.