Tagi
squirk77@gmail.com
RSS
sobota, 31 marca 2012
A miało być tak pięknie.

Ja pierniczę, ale sypnęło. A było już ciepło i miło i miałam sadzić dynie na balkonie. To globalne ocieplenie kiedyś nas wykończy.
Wyjątkowy miałam dzień - najpierw zakupy w zatłoczonym Lidlu, zatłoczonym Decathlonie i zatłoczonym, dla odmiany, Rossmanie, a potem urocze popołudnie w towarzystwie czworga dorosłych, sześciorga otroczków i entuzjastycznie nastawionego do życia szczeniaka marki golden. Dwoje najmłodszych darło się na zmianę, taki wiek, a jedno nieco starsze oraz szczeniak usiłowały sprawdzić, czy ma sens podjęcie próby buntu i wymuszania (nie miało). Całość przesympatyczna, tylko te wrzaski trochę ogłuszające. M.in. dlatego nie mam dziecięcia, tylko Mysz.

Trener Osobisty zakupił dla mnie Bunny Pack - gigantyczną torbę pełną minipaczuszek żelków.
Mam nadzieję, że dostałam ją dlatego, że kojarzę mu się z uroczym króliczkiem, a nie dlatego, że konsumpcja miśka utrudnia mówienie.

Póki pamiętam - dziewczęta (i metroseksualni), w YR jest nowa seria, mam takie coś i jestem zadowolona (acz wodoodpornego tuszu nie zmyło), przyzwoicie odświeża, warto imho kupić w promocji, poza promocjami cena jest z rodzaju "chyba sobie jaja robicie".

Wrzucam, zamiast obrazeczków, link do całego ich mnóstwa w nadziei, że zainteresują Was na tyle, że wybaczycie mi, że notka taka nijaka - jest sobota i nie zamierzam siedzieć przed komputerem, Was zresztą też wyganiam, sio, sio, obrazeczki możecie obejrzeć w poniedziałek.

PS. Radwańska wygrała z Szarapową, bosko.

piątek, 30 marca 2012
Jak poderwać blogerkę?

W sumie to nie mam pojęcia, bo nigdy żadnej kobiety, blogerki czy nie, nie podrywałam (noo, raz ugryzła mnie lekko w ramię śliczna pijana Rosjanka, ale zrobiła to bez zachęty z mojej strony i nie będziemy wracać do tego incydentu), za to ostatnie rozmowy z zaprzyjaźnionymi blogerkami pozwoliły mi zmontować garść porad odnośnie tego, jak się podrywać blogerki nie powinno. Możecie uznać notkę za pracę zbiorową i przeznaczoną dla mężczyzn z nieuzasadnionym kompleksem wyższości, zdesperowanych, podrywających głupio, natarczywie i źle. Wiem, tacy tu nie zaglądają, ale a nuż ktoś zabłądzi.

Dana jest blogerka - pisze sobie blogaska o kuchni, robótkach ręcznych, kotach albo swoim życiu. Bo tak sobie wymyśliła, miała kaprys, czas i możliwość. Dobrze jej się pisze, poznaje miłych zaglądających, jest pięknie.
Dany jest czytelnik. Trafił do blogerki przypadkiem albo przez zakładki, albo z głównej, whatever. Blogerkę znalazł ładną, miłą i fajnie piszącą. Oho - pomyślał czytelnik - czemuż nie miałbym spróbować swoich sił. W końcu "cóż temu winien Zygmuś, że jest taki śliczny", na pewno mu się blogerka nie oprze.

Blogosfera nie jest portalem randkowym. Fakt, są blogaski, na których panie piszą rzeczy sugerujące, że cud, że im wątroba jeszcze nie wypadła od nadmiaru wrażeń wywołanych intensywnym tarciem i zachęcające do współudziału, ale to naprawdę, naprawdę nie znaczy, że pisanie bloga zawsze jest zachętą do podrywu. Nie jest. Nie jest oznaką nudy, samotności i kłopotów w związku - pewnie bywa, ale zakładanie, że ktoś, kto pisze bloga na pewno szuka wrażeń i partnera na resztę życia to, pardon my klatchian, pierdoły na miarę obrad Sejmu.

Blogosfera jest jak ulica. Albo jak przystanek tramwajowy. Spotykasz na nich, czytelniku, obce kobiety. To, że ładna panna uśmiechnie się, powie Ci, która godzina, którym tramwajem dojechać do najbliższego sklepu oferującego proch strzelniczy albo małosolne albo wymieni uwagi nt stanu dróg w polsce, brzydoty wiaty na przystanku i tej dzisiejszej młodzieży nie znaczy, że coś z tego będzie. Raczej po prostu pogadacie i rozejdziecie się, każde w swoją stronę. Rzadko rodzi się wtedy przyjaźń na lata - czasem tak i liczę na to w przypadku moich znajomości blogowych, ale zwykle mijamy się z kimś i nic poza tym, jak na przystanku.

Blogerki są sympatyczne i towarzyskie. Rozmawiają z czytelnikami, komentują na ich blogach, odpisują na maile. To naprawdę, naprawdę nie znaczy, że są zainteresowane czymś więcej, niż wymianą maili. To zazwyczaj tylko wymiana maili i nic więcej. Być może nigdy nie będzie z tego nic więcej.

Blogerki chodzą czasem na spotkania z czytelnikami. Z tym, że nie oznacza to randki, a już na pewno nie oznacza kolacji ze śniadaniem. Nie myl pojęć. Nie narzucaj się. Jeśli ktoś po raz x (przy czym x nie powinien być większy niż 3) odrzucił Twoje zaproszenie na kakao z ptysiami, to znaczy, że nie jest zainteresowany. Nie jest. Przestań żebrać.

Blogerki bywają atrakcyjne. To nie jest sygnał do rozpoczęcia starań. Na logikę - jeśli ktoś jest miły, ładny, wesolutki jak szpaczek o wiośnie i niegłupi to jakie są szanse, że jest wolny? Najpewniej nie jest albo lada chwila nie będzie. To, że blogerka nie pisze na blogu, że jest zajęta albo zainteresowana kimś nie znaczy, że tak nie jest - może nie ma ochoty zwierzać się obcym. Może jest singielką z wyboru. Może jest mężatką, zapewne też nie z przymusu.

Bądź obiektywny - jeśli jesteś zaniedbany, obrażalski, nachalny, wścibski, drętwy, prostacki, źle piszesz o kobietach, generalizujesz, skaczesz z kwiatka na kwiatek i piszesz "hihihihihihih" to uczciwie oceń swoje szanse. Prawdopodobnie jesteś absolutnie zajebisty wyłącznie we własnych oczach.
Jeśli jesteś przystojny, sympatyczny, mądry, zabawny, kochasz dzieci i zwierzęta, nie palisz, nie bijesz kobiet i chcesz mieć dom, goldena, trójkę dzieci i hamak między magnoliami w dużym ogrodzie, a blogerka nadal nic, to może po prostu nie iskrzy między wami i tyle.

Jako czytelnik jesteś dla blogerki ważny i jest jej miło, że komentujesz, doradzasz, sugerujesz i po prostu jesteś. Dopóki zachowujesz się jak gość jest ok. Czytelnik sfoszony, obrażający się np, o to, że blogerka od 2 dni nie skomentowała nowej notki na jego blogu, nie odebrała maila o 3 nad ranem albo że z innym czytelnikiem na kakao z ptysiami poszła, a z nim nie, powinien szybciutko udać sie po poradę do specjalisty.

Blogerki czasem wymieniają się informacjami. Dzięki temu wiedzą, kto robi piękne origami, u kogo zamówić malowane kafle i kto na szybko coś przetłumaczy. Niestety wiedzą także, kto jest jednorazowym ruchaczem i z kim nie warto nawet wymieniać maili, bo szuka panny tylko do łóżka, ma skłonność do hardcore`owego BDSM i kradnie sztućce w stołówce zakładowej. Jeśli rwiesz uparcie jakąś blogerkę, a blogerka ani drgnie, popatrz, czyje blogi ma w Ulubionych. I koniecznie, koniecznie weź pod uwagę także to, że rozmawia też z ludźmi, których nie ma w Ulubionych.
Wersja skrócona powyższego - baby plotkują, deal with it.

Oczywiście masz szansę z czytelnika stać się dla wolnej i zainteresowanej blogerki mężczyzną życia, drimz kamz tru. Wystarczy być uczciwym, mieć klasę, rozum, poczucie humoru i lubić zwierzątka puszyste. O dużym penisie* nie wspominam, bo to oczywiste. O milionach na koncie nie wspominam, bo jeśli masz wymienione powyższe to zachwycona blogerka sama dla Ciebie miliony zarobi.

Po zamieszczeniu dwie notki temu w komentarzach informacji dla Brahdelt, że zapraszam jej męża na obiad, otrzymałam wiadomości o treści zaskakującej, w dodatku nie od stałych czytelników.
Tak, zaprosiłam męża Brahdelt na obiad. Smakowało mu.
To naprawdę, naprawdę nie znaczy, że zaproszę na obiad innych mężów. Nie zaproszę. Nie zapraszam obcych na obiady, co za pomysł w ogóle.

Spokojnie można się na mnie za wszystko powyższe obrazić, świetnie znoszę fochy obcych ludzi. Liczę jednakowoż na to, że nie zaglądają do mnie panowie w typie opisanym powyżej.
Za konsultację dziękuję zaprzyjaźnionym blogerkom, w tym dwóm szczerze zirytowanym nachalnością podrywaczy i jednej zniesmaczonej. Nie mówię, że wysyłanie kobietom zdjęć swojego penisa to zawsze zły pomysł, ale panna prowadzi bloga o kuchni, na bogów, nie o cudzych bardzo małych i smętnych frankfurterkach. (Tak, widziałam, brzydki jest, schowaj i więcej nie pokazuj.)


* taki drobny żarcik **

** ten też - rozmiar ma znaczenie.

czwartek, 29 marca 2012
Yyy... "Wolne środki z dotacji nadal bez odsetek"

A bo nie miałam pomysłu na tytuł notki, więc jest pierwszy z brzegu. Chwilowy niż intelektualny usprawiedliwiam tym, że Mysz o 7.33 rano w Polsce uznała, że nie chce jej się, żebym ja spała. Spać poszłam o 2.30, gdyż pisałam różności, więc suponuj sobie, Pamiętniczku, jak bardzo jestem rześka i ożwawiona.
W dodatku dziś dzień kaźni i grozy, czyli jadę na Wielkie Comiesięczne Zakupy.
Bardzo, bardzo nie lubię zakupów.

Poranek za to miałam ciepły i uroczy, gdyż Trener Osobisty stał nade mną z kubkiem kawy i głosem miłym i łagodnym opowiadał mi...nie, nie o tym, jak uroczo prezentuję się w charakterze zmiętego, porannego wróbelka, bynajmniej. O prawidłowym ułożeniu łuku stopy mi opowiadał.
Najwyraźniej to z wróbelkiem to oczywistość.

Na głównej umiłowanej puchy straszne, za to na wp odrobina chirurgii plastycznej. Coś dla panów, stanowczo. Dla ściśle określonej grupy panów. Śliczności, do Amandy Lepore trochę tej pani brakuje, ale mam wrażenie, że to nie koniec jej starań.
Poza tym jednak nie będzie serialu z panem "licencja...licencja...oops, chyba zostawiłem ją w kieszeni innych spodni" Rutkowskim - może uznali, że nagrywanie w więzieniu nie wypadnie dobrze.

Poza tym założę jednak bloga kulinarnego, tyle, że nietypowego. Nie potrafię gotować ani na poważnie, ani słitaśnie, ale co chwilę coś wymyślam, ulepszam albo zmieniam, więc zapisanie tego przyda się i mnie i może także innym. Z kwestią infantylnych komciów będę radzić sobie na bieżąco. Trochę liczę na to, że formuła bloga zniechęci miłośniczki milusich zdrobnionek. Każdy czytelnik to skarb, oczywiście, ale najzwyczajniej mdli mnie od "Ojeju, Kasiuniu, jaki śliczniusi klopsiczek, kradnę po cichutku kawalątek na obiadzik!" (zamiast np. "Piękne zdjęcia, Kasiu, Twój klops świetnie wygląda, smacznego" czy czegoś, co powiedziałby życzliwy dorosły). Osobę wrzucającą milusie dziubdziusianie odruchowo wizualizuję sobie jako infantylną panienkę nie potrafiącą bez pomocy mężczyzny wbić gwoździa, bo "taka jestem malusia i mam słabe rączynki, a Ty taki silny miś, pieseczku mój najsłodszy". Nie chcę ich u siebie i mam nadzieję, że mieć nie będę. Dzięki bogom za to, że są w mniejszości i większość komentatorek na blogach kulinarnych to osoby dorosłe i dojrzałe, nie przekuwające uszek swoim księżniczką i nie piszące wierszyków ciążowych. Tak, wiem, obydwa już wrzucałam, ale bardzo mi tu pasują.

Wypiszczałam się, idę po obrazeczki i sprawdzę, jak postępują mysie prace zmierzające do zdemolowania Klatki Pierwszej. Ostatnio zastałam Mysz pod miseczką z ziarnem, była oburzona, kiedy ją z niej zdjęłam.

PS. Nie odbieram wiadomości przez fanpejcz, tylko przez tę bladą pannę ujętą w "Administratorach". Fanpejcz został stworzony dlatego, że Mysz kazała a Szysz zrobiła. Wyjaśniam to w mailach, ale będę o tym czasem przypominała także tu, żebyście nie sądzili, że ignoruję wiadomości. Po prostu korzystam z FB jako blada panna. W dodatku bez większego zaangażowania, wszelkie portale społecznościowe itp. to zuo.


Apdejt obrazeczkowy, wrzucam je resztką sił, bo zakupy były straszne. Spaliłam kalorie za siebie i wszystkie Kosz Angels. Jeśli będziecie kupować w Oszą indycze podudzia uprzedźcie, jeśli wolicie małe, inaczej będziecie mieć pół zamrażarki pełne indyka. Dałam radę dotrzeć jeszcze do If Rosze, gdzie wesolutka pani wręczyła mi urodzinowy prezent - bransoletki. Nie naszam, więc jakby kto chciał to może sobie zabrać za jeden uśmiech, naszyjnik jakiś też od nich mam i też nie naszam.
Proszę - inhumacja oraz o życiu.
Skonam sobie spokojnie przed TV. Dziś nie trenuję, rączy kłus po markecie mi wystarczy. Muszę tylko przemykać się po hacjendzie i nie rzucać w oczy, bo Trener Osobisty pałą rządzą pokazania mi kilku ćwiczeń z hantlami, a ja dziś ledwo Mysz podnoszę.
Miłego wieczoru Państwu, nie przemęczajcie się.

środa, 28 marca 2012
"Nie mam żalu do nikogo, sama sobie krzywdę zrobię"

czyli poetycki sposób na poinformowanie potencjalnych zainteresowanych, że aby doznać kontuzji pleców wystarczą dwie hantle i odrobina nieuwagi. Tragedii nie ma, ale boli mnie taki długi mięsień, od karku do...do poniżej, o. Postrzeliło mnie trochę i mam teraz. Resztę wieczoru spędziłam na wykonywaniu kolorowych galaretek oraz wstępu do frijoles refritas, więc nie jest tak, że zmarnowałam go wyłącznie na akty masochizmu. O, jeszcze obejrzałam fascynujący program o jajkach. Poważnie, od fermy niosek po fabryki opakowań aż do kulturysty pijącego dziennie 40 białek, bo dzięki temu wygląda, co widziałam i zaświadczam, jak spalony na solarium kłębek mięśni o niezogniskowanym wzroku.

Udało mi się przełożyć moje supersłodkie 3 dni szaleństwa na siłowni i basenie na za dwa tygodnie (dzięki bogom za przesympatyczną Panią z Maila), bo ten weekend poświęcę jednak na nudniejsze zajęcia praktyczne, w tym nabycie eleganckiego dresu, o ile coś takiego istnieje. Może być w dowolnym kolorze, byle czarnym, i żadnego rurzu na lampasikach i troczkach. Widziałam ostatnio na aukcjach coś, co reklamowano jako spodnie treningowe - ja pierniczę, skąd moda na doczepianie cyrkonii i breloczków? Potrzebne to podczas treningu jak kurwie bliźnięta.

Za tydzień są święta, jak zwykle byłam zaskoczona, że to już, bo tych świąt też nie obchodzę.
Jeśli nie macie jaj, no offence, to u Wiedźmy są bardzo ładne i można się wzorować albo może nawet zamówić. Jako bonus jest tam także zdjęcie puchatego cicika.

Zawartości głównej nawet nie chce mi się komentować. Nadal nie radzą sobie, kwiateczki mizerne, z ustaleniem przyczyny śmierci Madzi, lansujący się rodzice i Rutkowski nadal na wolności, najwyraźniej "seksja zwłok" to takie sobie nic nie znaczące sformułowanie albo opcja zarezerwowana dla ofiar, których rodziny nie lansują się w mediach i nie robią w, pardon my Klatchian, wała prokuratury i całego społeczeństwa. Czasem aż oczy bolą patrzeć.
Dla równowagi - częściowo goła baba.

Znalazłam obrazeczki, więc wrzucam - zwierzątkowy i ..w sumie też zwierzątkowy.
W weekend ma być śnieg i zimno i paskudnie, więc jeśli macie do załatwienia coś za firewallem, to lepiej załatwcie wcześniej, żeby w weekend zostać w domu.

PS. Też dostaliście na pocztę gazetową maila "Radosna Wielkanoc-dzieci za free!". Mam nadzieję, że można takiego dziecka po prostu nie przyjąć, że nie wciskają ich na siłę, bo nie chcę, żeby mi się tu jakieś plątało, zarobiona jestem, a Mysz nie lubi dzieci.

wtorek, 27 marca 2012
Chaotyczna vs tajemniczy świat arystokhracji.

Wirtualny cmok w czółko dla Brezlego i Bartoszcze - już Wy wiecie, za co.

"Mysz piszczy" oznajmił dziś rano Trener Osobisty. Odruchowo odpowiedziałam "Żyrafy wchodzą na szafy" bo uznałam, że to wymiana haseł, tak wiecie, żeby sprawdzić, kto jest swój, a z kim nie gadamy. Niestety mój gatunek Myszy piszczy tylko, kiedy lekko się podziębi, więc Mysz jest na Vibovicie Bobas, a Was proszę o trzymanie kciuków, żeby się szybko zdepiszczała. Dramatu nie ma, wstała, przeciągnęła się, uczesała uszy i z wdziękiem wchłonęła pół tony ziarna, cudowne zwierzątko.

O arystokracji, u której kupuję czasem warzywa, opowiem, jak wrócę zza firewalla, bo muszę wyjść.
Spędziłam upojny dzień pisząc różności i sprzątając (no, nie przemęczyłam się, ale jest jakby jaśniej) i machając Karcherem. W międzyczasie okazało się, że przyjaciółka wstępnie zaplanowała mi weekend, więc mam posprzątane dodatkowo, acz w innej dziedzinie. Mianowicie plan jest taki, że idziemy się wykończyć w lokalnym ośrodku ogólnosportowym za pomoca siłowni, basenu, piłek, fitnessu, zumby i 17 innych rodzajów aktywności. W 3 dni. Myślę, że mogę tam paść ze zmęczenia. K. jest oczywiście wesolutka jak szpaczek. Ahaha, zobaczymy, komu pierwszemu kończynki zwiędną.
A na drugi dzień powtórka. Kupienie bojówek o rozmiar za małych miało sens. Jeśli przeżyję, oczywiście.

Biegnę, do zobaczenia później. Będzie o warzywach, owocach i...nooo...o damach negocjowalnego afektu trochę też.

Apdejt arystokhratyczny - zdarzyło mi się zupełnie niedawno temu coś, co być może spełnia założenia powiastki zabawnej i pouczającej. Drób mi się marynuje, mam chwilę, więc napiszę.

Niżej podpisana od czasu do czasu musi załatwić Bardzo Ważne Sprawy w Bardzo Ważnym Miejscu, gdzie zna od dawna bardzo interesujących ludzi i czasem bywa zabawnie.
W pobliżu Ważnego Miejsca mieści się nieduży, prywatny sklepik z owocami, warzywami i takimi tam. Prowadzi go Lady Jane. Tak naprawdę jest to pani Jasia/Janina, ale maniery wskazują na to, sklepik prowadzi wyłącznie dla kaprysu, znudzona życiem na salonach, albo na skutek upadku wielkiego rodu, zyskała więc w naszych oczach stosowny tytuł.
Lady Jane mówi mniej więcej tak, jak pani Whitlow od Pratchetta. Wyrazy kończące się na "o" niewątpliwie dostaną "u" jako bonus, a każde "k" i "p" zyska przyboczne "h".
Sklepik jest przez Ludzi znany i odwiedzany, a maniery i wysokoprożność (jeśli taki wyraz nie istniał to wuala, już jest) Lady Jane są powracającym regularnie tematem rozmów. Wprost nie ma takiej możliwości, aby będąc obiektem uwagi Lady zachowywać się niewłaściwie - panie poprawiają włosy i zapinają górne guziki bluzki, panowie zapinają marynarki, ja wkładam do torebki breloczek-owcę i Głupią Czapkę, jeśli jakąś mam na głowie, aby nie wyjść na Infantylną, co jest prawdopodobnie bardzo nisko oceniane przez Lady Jane (rurzowe nastolatki nie są tam widywane, nie po raz drugi w każdym razie, stąd wniosek). Jakoś tak odruchowo człowiek staje się bardziej correct, aby nie zostać Zganionym Wzrokiem.
Współpracownikiem Lady jest Myszowaty Młodzian, stara się jak może, ale mam wrażenie, że Lady toleruje go tylko z konieczności. Oczywiście nigdy nie okazuje tego wprost, jest przecież damą.
Razu pewnego wracając z Miejsca postanowiłam zrobić zakupy - nieduże, bo ceny u Lady są tak wysokie, jak jej piedestał. Wchodzę, witam się grzecznie, mówię :
 - Poproszę oregano.
 - Oreganou...Phroszę.
 - Jeszcze awokado....
 - Awokhadou...Phroszę wybaczyć mi tę uwagę, ale one do siebie nie phasują.
 - Zostaną zużyte osobno.
 - Ach, osobnou...<chit-chat, kupuję jeszcze kilka drobiazgów> Życzy pani sobie otrzymać rekhlamowkhę?
 - Dziękuję, do widzenia - Phł...płacę, wychodzę.
Kilka metrów dalej przypominam sobie, że miałam kupić jeszcze jakieś owoce. Wracam, ze środka słyszę podniesione głosy:
Myszowaty - Gdzie są skrzynki z ziołami?
Lady Jane - No przecież nie w khiblu, khurwa!
Dama pozostaje damą nawet w skrajnych emocjach.

Miałam to zrelacjonować ładniej i z kwiecistszymi opisami, ale dziś trening i trochę zalatana jestem, bo muszę jeszcze kilka różności napisać. Obrazeczek jest tymczasowy, za to z cicikiem (Carlos - dziękuję za podesłanie).

poniedziałek, 26 marca 2012
"Tajemnica łysienia rozwiązana?"

Gwyborcza myśli, że tak.
Niestety, predakcjo, spóźniliście się. Już dawno temu odkryto, dlaczego niektórzy ludzie łysieją. Mianowicie włosy wypadaja im i więcej nie odrastają. Elementarne.

Zaspałam, w związku z czym pół dnia psu w dupę (tag "zoofilia" znów może komuś się przydać), a teraz muszę się sprężać, żeby się ze wszystkim wyrobić, a jednocześnie nie paść ze zmęczenia przed treningiem. No, nie jest tak, że zupełnie nic jeszcze nie zrobiłam, mianowicie zrobiłam sałatkę i dorobiłam ideologię do faktu, że jedna z krewetek miała ucięty kawałek ogonka. Porachunki mafijne, to jasne.

Na głównej bez zmian, temat rodziców Madzi niezmiennie wałkowany, niedetektyw Rutkowski też nadal obecny, niedługo strach będzie lodówkę otworzyć. Za to Angelina skomentowała swoją nogę - wreszcie, kamień z serca, świat drżał w oczekiwaniu przecież.
W kwestii rodziców Madzi zastanawia mnie jedno - jak bardzo trzeba mieć spieprzoną psychikę, żeby prezentować taką "żałobę" po dziecku. Znam dwie pary, które straciły małe dzieci, obie to dobrzy znajomi, od tragedii minęło kilka lat, a wciąż mówiąc o małeństwie mają łzy w oczach, przechowują pamiątki, zabawki, każda rocznica śmierci to dzień żałoby, nie są wtedy w stanie normalnie funkcjonować. A tu mamy lansującą się parkę zmieniającą kolor włosów co dwa dni, kłamiącą i ośmielającą się narzekać, że społeczeństwo oskarża je o cokolwiek.

Otrzymałam wczoraj zaproszenie na FB. Od kogoś zupełnie obcego, więc piszę, że dzień dobry, pardąsik, ale czy my się znamy.
Nie, nie znamy się, ale jak dołączę ktosia do znajomych, to on "polubi" fanpejcz i wejdzie na blogaska wiele razy, żeby mi podnieść miejsce w statystykach (o ile jakieś mam). Nie ukrywam, zatkało mnie trochę.
Odrzuciłam tę życiową szansę, bo nie piszę dla statystyk i ilości "lajków", więc zostałam poinformowana, że na pewno nikt więcej do mnie nie zajrzy.
Trudno, co zrobić.

Jakbyście jednak przypadkiem zajrzeli, to potem będą obrazeczki i takie tam.
Teraz popracuję jednak, Mysz jest bardzo droga w utrzymaniu, konsumuje (i upycha w Spiżarni, Spiżarni, Spiżarni i Spiżarni - tak tak, jest nowa Spiżarnia, Mysz udaje się do niej w wielkiej konspiracji, drobiąc boczkiem i szaleńczo łypiąc) bardzo kosztowną mieszankę ziaren. Miłego poniedziałku - podobno to możliwe.

PS. Znajoma blogerka uprzejmie wyjaśniła mi kwestię zaproszenia na FB. Otóż po blogach snują się rurzowe istotki kolekcjonujące znajomych na FB i rywalizujące ze sobą, a jeśli blog ma fanpejcz to wysyła się właścicielowi propozycję jak wyżej. Zadziwiające, że są desperaci, którzy decydują się na skorzystanie z takiej oferty, ale najwyraźniej są, skoro istotki nie rezygnują. Cóż, "nigerian scam" też nadal istnieje.

Apdejt - coś się wykrzaczyło z logowaniem, więc dopóki ktoś z administracji nie sprawdzi, co się dzieje, mogę mieć kłopoty z dostaniem się tu i do poczty na gazecie. Jestem na FB i pod telefonem w razie czego. Na obrazeczki nie mam nastroju, szprszm.

niedziela, 25 marca 2012
Złemu tancerzowi prącie w tańcu mrowi.

Powyższe to informacja zwrotna od Trenera Osobistego po usłyszeniu ode mnie, że nawet, gdybym się zdecydowała prowadzić blogaska kulinarnego, na co jestem namawiana, i zniosła jakoś wszystkie "Ojeja, jak u ciebie słodziusio, kradnę kawałeczek do kawusi!!", to i tak rzopa, bo nie umiem robić takich ładnych zdjęć, jak blogerki ambitne. Obiecałam ćwiczyć.

Poza tym śniło mi się, że miałam możliwość udania się do Japonii, ale po przemyśleniu sprawy zdecydowałam się na Wrocław. 

Oglądamy ostatnio na TLC serię "Szalone kinderbale". Każdy odcinek przebiega tak samo, zmieniają się tylko postaci. W każdym występuje szalona mamuśka, bezrobotna, zakupoholiczka, robiąca swojemu dziecięciu gigantyczną imprezę z okazji zdupywziętej, np. z okazji pójścia do zerówki, albo 5-tych urodzin, bo synek "tyle już osiągnął, potrafi napisać swoje imię! (ja wtedy płynnie czytałam i pisałam, no ale matkę mam zdrową psychicznie, pewnie dlatego), w tle przewija się tatuś jęczący "moja żona nie zna wartości pieniądza, ach, moje dolary!" oraz obowiązkowo Zawistna Inna Matka cedząca przez zęby "to chore, żeby wydać tyle na imprezę dla dziecka". Całość prześliczna, bardzo polecam, jeśli ktoś chciałby wydać ponad 30 tys. USD na uczczenie np. pierwszej wizyty otroczka u fryzjera, to tam znajdzie inspirację.

Co u Państwa? Wyspani? Bo źli ludzie pozbawili nas godziny snu, o czym przypomina baba z wąsami u Bagiennego. W ramach buntu spałam do 13.00, acz faktem jest, że położyłam się bardzo późno, więc proszę mnie nie besztać. Aby zatrzeć ewentualne złe wrażenie będę dziś pracowita jak pszczółka.
Ahaha, udał mi się żarcik. Nic dziś nie zrobię poza królikiem w śmietanie na kolację i przebraniem się z piżamy w miśki w coś równie wygodnego.

Bardzo się ostatnio opuściłam w kwestii obrazeczków, postaram się poprawić. Miłego dnia. I nie zaglądajcie do Szyszki przypadkiem, umalowali ją w nie powiem, co, bo się wstydzę.
O, wiem. W końcówki pasów kontuszowych ją umalowali.

Apdejt obrazeczkowy - dziś będzie o królu i króliku.

sobota, 24 marca 2012
"Nie ma tego złego, co by na piwo nie wyszedł"

Taką reklamę wywiesił Żywiec w mojej okolicy - przyznam, że ujmująca, choć piwo lubię tylko w wyjątkowych okolicznościach.
Mamy weekend - przypominam, że weekendy są od imprez i seksu. Mój będzie od wizyty towarzyskiej, treningu i próby zespołu, ale nie trzeba się na mnie wzorować i można mieć fajnie bez takiego zamieszania, jak kto woli.

W zakładce nowe blogi, witam serdecznie, rozgośćcie się, za chwilę Jan i Soledad będą częstować modżajto i cygarami.

Z nowości to nie wyspałam się, bo Mysz ma nową zabawę. Aaaby nie dopuścić do tego, żeby osoba w pomieszczeniu zasnęła, trzeba stanąć w miseczce z ziarnem, zaprzeć sie przednimi łapkami, a tylnymi kopać ziarno tak, żeby napierniczało w ściankę klatki. Bardzo skuteczne. Wywlokłam zadowoloną Mysz, negocjowałam, ale miała poczucie misji najwyraźniej.

Na głównej nuda, jesli nie liczyć coraz bardziej rozpaczliwego lansu detektywa Podróbki, poza tym predakcja wywleka stare newsy i prezentuje jako nowe. Gołej baby nie będzie, bo nasz boobfinder, BrezlY, jest w delegacji.

No, jest jeden artykuł o sukcesie wychowawczym, ale jakoś nie polecam wzorowania się. Gdyby ktoś bardzo chciał zobaczyć wzór nieudolności na żywo, to, przypominam, u mnie na osiedlu jest Niewydolny Wychowawczo Tatuś Marysi - chodzący przykład tego, jak pozwolić dziecięciu wleźć sobie na głowę i odtańczyć tam czardasza.
Btw - pisałam kilka dni temu, że otroczki na moim (bardzo eleganckim, dodam) osiedlu przestały przeklinać, tak? No to skłamałam niechcący, bo właśnie zobaczyłam, stojąc w oknie i pijąc herbatę, dziecię niewinne, które wespół z kolegą równie nieletnim hasało radośnie na rowerkach. Wtem rowerek kolegi gibnął się, przewrócił i doznał uszczerbku z odpadnięciem jakiejś części włącznie.
"Przejebane" - uznało dziecię.

Poza tym mamy detektywkę. Geniusz, który to wymyślił, sprawił, że automatycznie gorzej oceniam kogoś tak nazwanego. Do ministerki, żołnierki i prezydentki też bym nie miała ciepłych uczuć. Niektórych wyrazów po prostu nie powinno się na siłę zmieniać, są chyba jakieś granice wdupęwłażenia.

Obrazeczki potem, bo tyle mam roboty, że dziękuję, postoję. Krótko, bo muszę lecieć. Miłego dnia Państwu, wyjdźcie koniecznie za firewall.

PS. Redakcję wp łagodnie napominam - określenie kogoś jako "ociekającego seksem" brzmi równie źle, jak "seks oralny okiem kobiety" z o2.pl.

piątek, 23 marca 2012
"Chcesz mieć udane życie seksualne?"

Trochę się zakochałam chyba. W predakcji portalu wp.pl mianowicie, bo chyba mają tak samo zdolną predakcję, jak portal umiłowany (gazeta.pl). Mianowicie wczoraj na ich głównej (mam skrinszot) pojawiło się pytanie, jak w tytule. Nieco osłabłam.
Ludzie zwykle, o ile wiem, chcą, żeby im się życie erotyczne układało. Najwyraźniej predaktor doszedł do wniosku, że lepiej zapytać, bo przecież może być ktoś, kto pytanie przeczyta, walnie pięścią w stół i ryknie "Nie, mać, chcę mieć fatalne, koszmarne życie seksualne, kochać się raz w roku z kimś paskudnym i żeby mi się wcale nie podobało! Przez resztę roku chcę mieszkać samotnie pod lasem, zniechęcać do siebie ludzi plując i rzucając kamieniami i na wszelki wypadek, żeby mnie nikt nie zechciał, prawie nie opuszczać domu i żywić się pod osłoną nocy kurzyśladem polnym!"
Treści artykułu nie czytałam, ale jeśli ktoś nie wie, jak sobie zapewnić stosowne pożycie, pewnie może go jeszcze wyszukać.

Dobre wiadomości dla Kosz Angels - Televel donosi, że produkcja kociąt pod jej oknami idzie pełną parą. Bosko, bosko, potem się tylko przejdzie ze śledziem, zwabi, wyszkoli i inwazja może ruszać. Będziemy mieć mitenki pełne roboty, ale sukces gwarantowany. Mam nadzieję, że cały gang wściekle trenuje i szuka przepisów na świnię.

Na głównej umiłowanej znów o małej Madzi. W moim świecie ktoś, kto kilka dni przed śmiercią dziecka szuka w necie cen małych trumien i pogrzebu (pomysł, żeby sprawdzić komputer, wpadł policji do głowy już po 2 m-cach, brawo) jest albo jasnowidzem, albo mordercą, a podejrzanych się zatrzymuje do wyjaśnienia, a nie hołubi w apartamentach. Jeśli winny nie zostanie ukarany może nastąpić seria tajemniczych, "przypadkowych" zgonów dzieci, a ich rodzice zaczną oczekiwać poklepania po pleckach, luksusów, udziału i wsparcia ludzi podających się za detektywów i lansujących się na tragedii.
Jestem za karą śmierci w przypadkach morderstw popełnianych z premedytacją, btw. Utrzymywanie sprawców w więzieniach to marnowanie pieniędzy i tlenu.

Miałam wczoraj wrzucić obrazeczki, ale najpierw szalałam na rowerze, potem zostałam porwana, a jak mnie oddano to było późno i nie chciało mi się biegać i szukać. Dziś bardziej się postaram, ale najpierw obejrzę gorsety, dużo. I nową kolekcję Effuniaków, bo Emilyann mówi, że ładne. I rzeczywiście.

Apdejt obrazeczkowy - dziś będzie zwierzątko, zwierzątko i grill. Tak, aktualnie męczę Mistrzów.
Jako bonus lekko hermetyczna nowość z basha:
<piotr___> jak kolejne ubuntu będzie tak userfriendly i responsywne jak obecne, to powinni je nazwać Ubuntu 12.04 Autistic Ameba 
Miłego wieczoru Państwu.

czwartek, 22 marca 2012
"Raz do rzeźni rzeczki brzegiem sześć prosiątek szło szeregiem"

Drugiej częsci wierszyka cytować mi nie trzeba, bo pierwsze primo - znam, drugie primo - to nie jest blogasek erotyczny, tylko spokojny i grzeczny.

Wyspałam się, oddaliłam na czas nieokreślony konieczność udania się do Pruszkowa oraz nie wystraszyłam dziś jeszcze żadnego kuriera - całkiem przyzwoity początek dnia. W planach mam sprzątanie hacjendy - wiem, to brzmi jakby ktoś mnie porwał albo związał i pisał notkę zamiast mnie, ale serio, posprzątam, żeby jutro nie musieć, bo nie jestem na jutro nijak poumawiana, więc jest szansa na długi, leniwy wieczór z kieliszkiem wina w posprzątanym otoczeniu i z ciepłą Mysza hasającą w pobliżu.
Mysz, pochwalę się z dumą, niemal całkowicie opanowała udawanie tyranozaura. Wystarczy wziąć Mysz na dłoń i powiedzieć "Mysz, zrób t-rexa!". Mysz staje na tylnych łapkach, przednie trzyma przed sobą (bo w sumie co innego mogłaby z nimi zrobić), lekko kładzie uszka po sobie i zastyga. Wygląda zupełnie jak prawdziwy t-rex, tylko, oczywiście, jest puszyściutka, waży 39 gramów i ma śliczny pyszczek z pękami Wonsów[tm] i duuużo mniejszy ogonek. Ale poza tym - identycznie.

Na głównej, zgodnie z moimi przewidywaniami, znów "detektyw 20 tys. + VAT" w pełnym lansie. Nie wyklucza, przypuszcza, bierze pod uwagę i odwraca od siebie uwagę, jak może. Interesujące, prawda? Na początku matka Madzi była niewinna, potem zrobił jej świństwo nagrywając ją ukradkiem, potem organizował apartament i dbał jak ojciec najlepszy, żeby nie skierowali sprawy na drogę sądową, w międzyczasie "przypadkiem" paparazzi często wpadali na rodziców Madzi (u których żałoba manifestuje się zmianą fryzury i przebierankami, nawiasem mówiąc), a teraz ojej, pan Rutkowski nie wyklucza udziału osoby trzeciej i jeśli okaże się, że to prawda, to on "zatrzyma i przekaże organom ścigania". Zwykły obywatel zatrzyma innego obywatela, rewelacja. Wiecie, myślę, że oni już kręcą ten serial, co mieli z nim kręcić. Komediowy, jak widać.

Poza tym sporo biustu dziś w umiłowanym portalu, sami zobaczcie. Oraz straszna wiadomość - cudowne buty ćwiczące za noszącą je osobę jednak nie działają. Szok i niedowierzanie.

Jeśli nie polecałam jeszcze Pani Halinki, to przepraszam, poprawiam się.
W ten sposób zajmę Was czymś do czasu znalezienia obrazeczków i apdejtów.
Miłego dnia.

PS. Kosz Angels - jak nastroje? Bo wiecie, jeśli nadal będziemy takie milusie i spokojne, to z inwazji nic nie wyjdzie, bo bez porządnego ataku furii nie ma co przecież na Konstancin/Pruszków uderzać. Nawet świniobicie w takich rurzowych nastrojach się nie uda - w tej chwili skłonna jestem raczej świnię pokiziać za uszkiem i dać jej..co jedzą świnie? whatever, coś jadalnego bym jej raczej dała, niż brała się za szlachtowanie.
Sąsiadka ma do oddania kocię, wprawdzie kilkumiesieczne, ale nadałoby się, ma bojowy charakter i pyszczek z czarną plamką, jak zanurzony w smole. Śliczny jest, proponuję wziąć go pod uwagę. Produkcja nowych kociąt w okolicy ruszyła pełną parą.

Apdejt - rewelacyjnie jest, poumawiałam się wstepnie na blogowe spotkania na żywo (jadę na Klif! :-)), dostałam czeremszę od Brahdelt, mili ludzie robią cydr wg mojego przepisu, oraz w związku z tym, że intensywne ćwiczenia powodują, że smukleje się w miejscach bardzo rozmaitych, muszę kupić nową bieliznę, co też nie jest przykre. Matko bosko, mam nadzieję, że biust nie znika całkiem, trochę bym sobie zostawiła jednak, lubimy się.
Pora na iskiate i trening, a potem wrzucę obrazeczki i obejrzę strony z gorsetami. Mniam. Kocham gorsety.

 
1 , 2 , 3 , 4