Tagi
squirk77@gmail.com
RSS
środa, 27 marca 2013
Rzecz o wiośnie, w zasadzie nieobecnej, i minionej wołowinie jak wyżej.

Coś tu sporo o wołowinie ostatnio ale co mi kto zrobi.
Kwestię wiosny omówię od razu - nie ma jej i podobno ma nie być z czego Trener nie jest zadowolony gdyż przesadziłam. Rośliny przesadziłam mianowicie i znów mamy w salonie kilka doniczek i skrzynek co i tak jest niczem w porównaniu z tym, co zamierzam jeszcze wysiać. Zgubiłam gdzieś zeszłoroczną notkę ogrodniczą ale na szczęście pamiętałam w sporym stopniu czego mam nie robić więc rośliny mam oznakowane choć w jednym przypadku niemal na pewno pomyliłam minitabliczki a co do tego zielonego w skrzynce to będziemy mieć niespodziankę bo tabliczka gdzieś wsiąkła. Ale to chyba ogórek będzie. Albo cukinia.
Raczej ogórek, cukinia poszła w ręce miłej sąsiadki.
Chyba, że poszedł ogórek ale co tam, w końcu się zorientujemy przecież.

Jak wiadomo zdarza się czasem tak, że czynnik ludzki stwierdza, że chromoli chwilowo całe to gotowanie i zmywanie i idzie gdzieś, gdzie w drodze wymiany towarowo-pieniężnej otrzymuje pod nos świeżo (oby) przygotowany posiłek i jest (oby) zadowolony, choć uboższy, na szczęście nie w doświadczenia. W sobotę nowe doświadczenia zapewniła nam pizzeria Antica. Od razu powiem, że zdecydowanie warto było tam pojechać choć nie jedzenie jest tym, co zachwyciło nas najbardziej.
Wchodzimy i od razu zostaliśmy ominięci wzrokiem przez czworo bardzo najwyraźniej zajętych kelnerów, wprawdzie tylko jeden faktycznie coś robił ale reszta musiała być wręcz zawalona robotą na poziomie komórkowym. W końcu jedna nieco rozkojarzona pani przyjaźnie na nas popatrzyła a już 3 min później zaprowadziła nas do stolika stojącego obok stolika zajmowanego przez parę z dziecięciem bardzo nieletnim.
Usiadłam otrzymaliśmy menu i w asyście dobiegającego zza pleców gromkiego "A gu gu gu moja ty lybko śliczniunia!" zaczęliśmy się zastanawiać co wybrać i dlaczego nie coś innego.
Zamówiłam carpaccio z buraka ale pani powiedziała, że będzie za godzinę, więc wzięłam całkiem zwyczajne, z wołowiny. Bardzo przyzwoite carpaccio, zwlaszcza na temat rzeczonej wolowiny niczego złego nie powiem gdyż była, jak w tytule, w zasadzie nieobecna, występowała w ilości bardzo skromnej za to przykryła ją góra rukoli i dodatków, ucieszyłam się, bo lubię rukolę, choć nie w tak hurtowych ilościach, ale nic to, lubię zielone. Zamówioną herbatę dostałam w asyście cukierniczki z zawartością dwukolorową, ktoś najwyraźniej podzielił się z naczynkiem własną herbatą, stąd te beżowe bryłki przy brzegu. Na szczęście zdążyłam posłodzić gdyż pojawiła się przede mną dłoń naszej pani kelnerki i rozległo się wesołe:
 - Pożyczam na chwilę!
Małom się nie zmikczyła ze śmiechu, Trener popadł w lekki stupor. Nie muszę chyba dodawać, że po raz ostatni widziałam wtedy przydzieloną nam cukierniczkę, nowym właścicielem został ponury pan ze stolika pod oknem.
Pani przyniosła steki z dodatkami, wyszła (z pewnymi trudnościami gdyż tatuś niemowlęcia postanowił je troszkę ponosić i pohusiać bawiąc je radosnym "Bu bu bu, opaaa!", środek sali zdał mu się do tego celu miejscem optymalnym) a do sali wszedł nonszalanckim krokiem pan o wyglądzie zawiedzionego w ambicjach nożownika. Rozejrzał się ponuro i postanowił najwyraźniej zniwelować różnice w ilości koronkowych poduszeczek na ławach do siedzenia gdyż wziął jedną poduszeczkę i - pardon my Klatchian ale nie da się tego inaczej wyrazić - zdrowo pieprznął nią w ławę naprzeciwko.
Moja wewnętrzna świnia kwiczała wpiekłogłosy.
Steki fantastyczne, naprawdę, świetne były, warto tam na stek jechać.
W karcie wymienione są oryginalne czeskie i bawarskie piwa z możliwością wzięcia na wynos. Uznaliśmy, że weźmiemy kilka dla siebie i zaprzyjaźnionej pary.
I wtedy nasza pani kelnerka zniknęła.
Do sali wchodziła inna, zajrzał nawet pan nożownik od wystroju ław, minuty mijały i nic. Jakaś inna pani kelnerka wzięła jeden z naszych talerzy, mianowicie pusty talerz Trenera, na moim zostały jakieś drobiazgi. Po kwadransie mówię do Trenera:
 - A co jeśli tu trzeba wszystko zjeść i nie dostaniemy rachunku, jeśli nie zjem tego oto rozdyźdanego brokuła?
I wtedy Trener nieopatrznie zażartował:
 - Powiedz jej jak przyjdzie że mamy w domu pytona którego musimy karmić raz na 3 tygodnie i nie chcemy się spóźnić...
Ha.
Minęły 22 minuty (tak, zerkałam na zegarek, jestę uczciwym recęzętę) gdy wpadła nasza pani kelnerka i rzuciła się ku nam z radosnym:
 - Ojej, państwo czekają!
 - To żaden problem - odpowiedziałam uprzejmie - ale mamy w domu pytona ktorego musimy karmić raz na 3 tygodnie i nie chcielibyśmy się spóźnić.
Trener zastygł, pfff, myślał, że nie powiem czy co.
Oznajmiliśmy pani kelnerce że pragniemy nabyć na wynos piwo, pokazałam w karcie, które. Wystarczyło je przynieść, wręczyć nam rachunek i wszyscy byliby zadowoleni.
 - Nie znam się na piwach więc zawołam kolegę, który się zna.
Co za profesjonalna obsługa, nawet konkretnie wymienione piwo przynoszą osoby, które się na tym znają, nie byle ignorant który potrafi przeczytać nazwę i unieść butelkę!
W teorii gdyż pani kelnerka wróciła i oznajmiła gromko:
 - Nie sprzedam państwu piwa!
Pozostali goście popatrzyli na nas jak na parę alkoholików która wyrwała się z przymusowego odwyku i usiłowała wrócić do nałogu ale udaremniono ich zamiary. Na szczęście pani kelnerka, równie dyskretnie jak chwilę wcześniej, wyjaśniła:
 - A bo nie mamy koncesji!
Aaaha.
Dostaliśmy za to gumę Orbit, po 2 sztuki na głowę.
DOBRE I CHOĆ CO.
Generalnie polecamy, jest przeuroczo, steki świetne, poduszeczki na ławach ułożone precyzyjnie, z pewnością wrócimy a dowód, że byliśmy, wrzucę później na Fanpejcz (i pisnę tu, że wrzuciłam).

Tadaaaaam! - PISK.

Obrazeczki mam, więc się podzielę - cicik, wiosna i sama prawda a nawet, niestety, dwie. Choć dziś była to pokrywka od sloiczka, niemniej efekt identyczny. Miłego dnia Państwu a osobom nagminnie wpadającym tu po przepis na tiramisu przypominam, że nie warto, żeberka mi lepiej wyszły a cydr to już w ogóle, cydr sobie zróbcie.

wtorek, 26 marca 2013
Notka zastępcza za tę notkę, co miała być dziś a będzie jutro.

A bo nie mam nastroju. Poszłam do pani doktór a ona mówi, że chyba sobie żartowałam sądząc, że 40 dni brania tony chemii wystarczy i że będę zdrowa, ahaha, żarty się pacjentki trzymają, tu oto recepty na nową, świeżą tonę chemii, proszę brać, nie rezonować i nie myśleć, że mi pacjenci tak łatwo zdrowieją, ja tu leczę na poważnie i to trwa. (Ciśnienie ma? Bo poprzednio miała. A jak się czuje? Bo bledziutka jakaś taka jest.)
W związku z powyższym jestem ponura i zła a takim osobom lepiej notek do napisania nie dawać bo wyjdą mało fajne. Nie oddam Wam jeszcze kciuków bo potrzebuję, jakby ktoś chciał na chwilę to wypożyczę ale poza tym zabieram jeszcze na jakiś czas. Przytrzymam dzięki czemu Wy już trzymać nie musicie, nie ma za co.

Poza tym najprawdopodobniej oszaleję tu w najbliższym czasie.
Mówię wczoraj wieczorem do Trenera Osobistego:
 - Przygotuj stół do kolacji.
Trener podszedł do stołu i słyszę:
 - Uprzedzam, że wkrótce zjemy tu kolację, położymy na tobie talerze, sztućce i może nawet kubeczki...

Btw - wiedzieliście, jak bardzo, bardzo źle jest czasem coś upuścić? Przekonałam się dziś gdyż coś mnie  ukłuło w stopę, wykonałam rącze cośtam, brakuje mi wyrazu (ale nie sus, hyc też nie, może piruet? niech będzie piruet) i upuściłam puderniczkę z brązerem a ona zareagowała adekwatnie czyli rozpirzyła się malowniczo na mniej więcej połowie łazienki. Udaję się w żałobie do Trenera i mówię:
 - Stopa mnie boli więc spadła mi puderniczka.
Trener rzucił mi standardowe popaczanie typu "o, bogowie, co ona znów wymyśliła?" i mówi:
 - I co teraz?
 - Będę musiała kupić nową...I tusz...I podkład...I peeling...
Uważajcie z puderniczkami bo naprawdę, masa wydatków potem jest a Trener jakiś taki blady.

Słówko dnia - "wydobąć", dziś mi wpadło w oczy, śliczności.
Oto różności do rzucenia okiem na - puszysty wachlarzyk w wydaniu mini, takie tam, z naturą, oraz później jeszcze coś wrzucę, jak znajdę, miłego wieczoru Państwu życzę, nie upuśćcie niczego bo potem budżet kwiczy a Trener też.

PS. Myszy bez zmian, dzieki bogom.

wtorek, 19 marca 2013
Takie tam, trochę w biegu i jeszcze bez woła. Krowy takiej męskiej bez.

Czuję się lepiej natomiast Trener wprost przeciwnie toteż mam w domu Kącik Pomocy Ofiarom, Ahaha, Wiosny z dodatkową sugestią, że jakby niektórzy nie jedli tyle czekolady toby ich teraz brzuszki nie bolały i nie pokażę palcem, o kogo chodzi, bo jeszcze bym Trenera niechcący źdurła w oko a nie robi wrażenia zainteresowanego taką niespodzianką. W każdym razie Trenera wraz z okolicznościami towarzyszącymi typu ból głowy i mizimno spoziomowałam pod kołderką marki Ikea i proszę o kciuczki za Jego szybki powrot do zdrowia, dzięki bogom jest pacjentem idealnym i tylko od czasu do czasu łypie okiem i wygłasza jękliwe zawodzenie w rodzaju "uratować mnie może tylko bawienie mnie anegdotą i lekkim żartem a jak nie obejrzymy dziś filmu to nie wiem, czy z tego wyjdę..". Oszaleję tu niewątpliwie zwłaszcza, że Myszy dostały kota z radości, że oba ludzkie czynniki przebywają w okolicy Myszariów w ciągu dnia więc zamiast spać Myszy robią wszystko, co taka Mysz zrobić jest w stanie a trochę możliwości mają, bardzo ambitne są moje Myszy, aktualnie Paczaturian tłucze się kolbką o kołowrotek a Napuchodonozor wiszka z gryzieniem szczebelków. Nowa sesja zdjęciowa nastąpi jak ogarnę otoczenie, pokażę także kwiateczki od Autorki i Narzeczonego, mieszkają wprawdzie na Florydzie ale co za problem żebym ja tu na mojej wewsi pod Warszawą dostała kosz kwiatów, no przecież. Cudne są i będę się chwalić.

W każdym razie żyję, wiosna dała czadu więc znów mam sporą ilość doniczek w salonie (wiedzieliście, że cukinia odmiany Early Gem nie jest miniaturką której dwie sztuki da się wesolutko upchnąć w jednej malusiej skrzyneczce? Ja nie wiedziałam, będzie się działo.), zgubiłam wędzonego łososia (nie całego, tak? plasterki w opakowaniu więc nie ma o czym mówić) i kolejną kopalnię w Settlersach, nuda straszna.

Awokado dostałam. Ucieszyłam się bardzo, bo lubimy awokado, jest smaczne, zdrowe i zielone, lubimy zielone. Problem w tym, że mam w lodówce i szafkach 7 innych sztuk awokado. Jakoś tak wyszło że z tydzień temu kupiłam dwie awokadowe sztuki, bo były ładne, niepomna, że w lodówce i szafce są dwie inne, też niepaskudne. Tego samego dnia Trener wrócił z pracy piastując w silnych, męskich ramionach niewielkie zakupy w tym...tak, tak, awokado. Lubimy je przecież no to co miał nie kupić, kupił i jest. Dzień później podczas błyskawicznych zakupów doznałam najwyraźniej jakiejś mątwy gdyż lekką rączką wrzuciłam do koszyka awokado - ładne było, grzech nie wziąć. Przed chwilą odkryłam jeszcze połówkę awokado starannie owiniętą w folijkę. Nadal bardzo lubię awokado ale trochę mi słabo na myśl o opychaniu się jak jakiś sołtys ogromną ilością tegoż, jeśli macie sugestie jak to zużyć poza guacamole i innymi takimi to będę zobowiązana.
Z drugiej strony dobrze że nabywamy kompulsywnie coś, co jest małe i łatwozużywalne a nie np. kosiarki, sofy czy woły rasy Aberdeen angus, trochę mi się miejsce kończy, skrzynia z wysianymi dymkami zajmuje sporo miejsca.

Nawrzucam Państwu i idę sprawdzić, czy wypito herbatę, zostawiono w spokoju kostkę mineralną i wytarzano się na grzbieciku w kącie za domkiem w kształcie sera - i oby dwie ostatnie czynności Trener sobie darował, tu i tak jest nieco dziwnie. Dziś refleksja o życiu, cicik, cicik, szczere pole i obrazeczek, z którym chyba każdy się zgodzi, prawda? Oby Joffrey wdepnął w Lego na bosaka, czego Państwu nie życzę natomiast miłego dnia a i owszem, niech Wam będzie miło. Awokado sobie kupcie, bo zdrowe, ale zapamiętajcie, że kupiliście bo potem jest zamieszanie.
Ha! Popatrzę na ceny tych wołów, jednego się kupi i spokój, raczej nie zapomnę o tym, że mam wielkiego woła w salonie więc następnego nie kupię. Jestem genialna.

piątek, 15 marca 2013
"A co to takie piękne do mnie przyszło?"

Tytuł z takiego dowcipu jednego co go nie mogę znaleźć więc przytoczę z pamięci, gdyż posiadam powyższą, choć może być niezbyt precyzyjnie.
Dom wariatów, pierwszy dyżur młodego, bardzo chcącego się wykazać lekarza. Wokół pacjenci zajęci standardowo - jeden jest Napoleonem, drugi leży pod łóżkiem i naprawia samochód, inni w podobnej kondycji psychicznej. Nagle wchodzi osobnik cokolwiek zaniedbany, brudna koszula, plamy na spodniach, krzywo włożona czapka, nieogolony, pet w kąciku ust...Młody doznał lekkiego wstrząsu, postanowił jednakowoż stanąć na wysokości zadania i zagaja:
"A co to takie piękne do mnie przyszło? Czy to księżniczka? A może żabka? A może mała małpeczka..?
Facet patrzy, po chwili otwiera usta i rzuca ochryple:
"Panie, ogarnij pan ten pierdolnik bo przyszedłem Neostradę podłączyć".

No ale nie o tym miałam, miałam natomiast pokazać, co piękne do mnie przyszło a raczej przyjechało transportem Poczty Polskiej i nie tylko - WUALA. Wciąż nie mogę uwierzyć, że wszystkie te śliczności są dla mnie (no, trochę dla Trenera ale Trener jest dla mnie więc pośrednio wszystko jest dla mnie i już). Dorzucę później zbliżenia Tabeli Na Wypadek Gdybym Coś Zgubiła, Oby Nie No Ale Jakbym Się Uparła To Niech Mam Gdzie Zapisać.
Piiiisk, mam pierwszego własnego Przedwiecznego, widzieliście te łapeczki puchate? I kolczyczki mam, i zawieszeczki, i rękawiczeczki, i wreszcie wiem, czemu Brezly i Sakurako pisali w komentarzach o hipopotamach a na czekoladę dla Trenera nie zwracajcie uwagi, strasznie bezczelny bilecik załączono, wzięłam balkonik do chodzenia, poszłam po szkło powiększające i przeczytałam. Fi dąk.
Uważajcie, co piszecie przy wymienionych w albumie osobach, zapamiętują wszystko i potem co się taki Pan Listonosz nastresuje, to jego.
Przewiduję sesję zdjęciową z udziałem Myszy, Przedwiecznego (ach te skrzydełka mięciuteczkie, śliczności, no naprawdę), rękawiczek i Tabeli i wszystkiego poza słodyczami, może w weekend. W każdym razie spodziewajcie się, że zawartość albumu pojawi się tu jeszcze wiele, wiele razy. Nie mogę się nacieszyć. Jesteście orzeszki a ja bardzo, bardzo wdzięczna.

Zamiast obrazeczków będą dziś filmiki - piąteczka (spłakałam się i widzę, że pan w tle też), cicik, co się kulom kozom nie kłaniał i dość dobra gospodyni. O, i obrazeczek jednak - ja pierniczę, aż nie wiem, jak to skomentować. Idąc ulicą cegła chyba spadła autorowi na głowę. Miłego dnia Państwu, bądźcie świadomi że jak napiszecie na blogu że lubicie kolor zielony i miewacie urodziny oraz gdzieś Wam, bez Waszej winy zupełnie, wcięło tasak i kilo ryżu to zostaniecie potem obrzuceni stekiem życzeń i prezentów, wstrząsające wrażenie. Zjem miśka żeby się uspokoić. Nom.

PS. Te książki o zwłokach to dlatego, że jestę trochę pasjonatę kryminologii i antropologii, nie że Trener mi tak sam z siebie takie rzeczy kupuje - wyjaśniam, bo już mnie pytano czy z nim wszystko ok. Tak, Z NIM tak.

PPS. Czy rzeczy, które nie są wymienione w Tabeli w ogóle są brane pod uwagę jako "omaszcilos, ona znów coś zgubiła, zapiszcie to i będziemy jej wypominać"? Nie, prawda? Pytam bo mi wcięło jedną kopalnię w Settlersach, była za skałką i nie ma. No ale w Tabeli żadnej kopalni nie widzę, więc uff, nie wracajmy do tego po prostu.

środa, 13 marca 2013
"Szczęścia, zdrowia, pomarańczy, niech Ci Trener nago tańczy!" czyli rzecz o orzeszkach.

Zacznę od przeprosin pod adresem mojego Pana Listonosza, a nuż zagląda, dziś podobnież znów się zobaczymy więc chciałabym wyjaśnić, że to nie jest norma że rzucam się na ludzi z rykiem "Paczka od tych wariatek!!" nagminnie oraz że często wykonuję podskoki nie licujące z moją godnością i (sniff) poważnym wiekiem. Deklaruję kolejną paczkę odebrać ze spokojem i jak lejdi.
Z drugiej strony kaman, miałam na głowie półtapir* a na stopach kapcie-myszy, nie było sensu spodziewać się, że rzucę dystyngowanie "Niech położy to na tej oto zabytkowej komodzie po mojej ciotce hrabinie. Janie, zapłać temu człowiekowi".

Dostałam od Was takie rzeczy, ale to Takie Rzeczy, że najpierw się trochę tarzałam, potem przeczytałam liścik i trochę mi się oczy spociły (bo jak nie zareagować wzruszeniem na laurkę zrobioną przez "czytelników mojego bloga", wspólnie zrobioną, ogromną i prześliczną? Mam własnych, najbardziej niesamowitych na świecie czytelników i sama jestem ich szczęśliwą czytelniczką, kwiczę z dumy), potem znów się tarzałam którą to czynność kontynuowałam dziś rano. Żeby nie przedłużać - złe ludzkie języki twierdzą, że co chwilę coś gubię, co nie jest prawdą, bo nie co chwilę tylko robię sobie czasem dzień czy dwa przerwy, w końcu lata już nie te, w każdym razie dostałam Tabelkę Na Wypadek Gdybym Chciała Sobie Coś Zgubić, Choć Może Lepiej Nie, No Ale Gdybym To Niech Zapiszę Kto Mi To Wypomniał. Tabelka jest nie do opisania piękna i prześlicznie, starannie wykonana, a Wy jesteście orzeszki z kosmosu, jak można starszą panią doprowadzić do takich emocji, no jak. Ponadto mam nową Mysz w niepokojącym kolorze (Karolina, powiedz mi szczerze, ona jest szara, prawda? Szara, nie SIWA, tak wypominająco SIWA?)
Ponieważ kilka osób odgrażało się, że to nie koniec (olaboga, alem przerażona) czekam na mrożącą krew w żyłach resztę żeby nie rozdzielać jednej wielkiej niesamowitości na drobne i robię zdjęcia tych wszystkich cudeniek (noo, prawie wszystkich, część cudeniek od Margi została skompromitowana ;-)), drobiażdżków, zakładeczek-myszek i niemyszek, chomiczków i kolczyczków i popaczam, jak mi świat zazdrości, bo jest czego. Póki co zbieram się powoli na pocztę gdyż spodziewajcie się zemsty, będę straszna. Po zrobieniu zdjęć wrzucę tu PS., że zrobiłam i że są na Fanpejczu i kto za co jest odpowiedzialny i niech się dumnie napuszy bo macie niesamowity talent w łapkach, w kompleksy tu wpadnę. Jestem oszołomiona, wdzięczna, szczęśliwa i wzruszona, to najlepsza niespodzianka urodzinowa w moim życiu, jesteście orzeszki a ja przez chwilę nie wiedziałam, co powiedzieć, a wiedzcie, że mi się to często nie zdarza (choć lata już, jak wspomniałam, nie te). Dziękuję, będę się mścić!!!!1111 Ponadto trzebaby zacząć powoli organizować gangastersko-fitnessowo-blogowy zlot a wtedy niech no ja Was tylko dopadnę.

PS. Tytuł to życzenia od Dodgers, pomarańcze i szczęście już mam, o zdrowie walczę (dzięki Waszemu wsparciu, za które nie wiem, jak dziękować, nie jest tak ciężko jak byłoby bez Was),Trener mówi, że jak wróci z pracy to coś się zorganizuje. Dzięki, Dodgers!

PPS. Dialogi romantyczne:
Ja (z oczami szrekowego Puszka) - Chlip.
Trener - Co się stało?
Ja - Jestę starcę....
Trener - TO JA OD DZIŚ BĘDĘ MÓWIŁ GŁOŚNIEJ!

Oszaleję tu kiedyś. Od Trenera, nawiasem mówiąc, dostałam "Trupią farmę" i zapowiedź, że jeszcze ze mną w kwestii prezentów nie skończył. Ponieważ jak dotąd prezenty od Trenera to np. 0,7 Wyborowej LE, kilo gruszek, mini-wiertarka czy sztanga rozpuszczalnego magnezu jestem nieco niespokojna.

* nie, nie pół czegoś takiego, żadne zwierzątko nie doznało krzywd nijakich w mojej hacjendzie i okolicach, zresztą nie byłby wygodny chyba

PPPS. Jakie to wszystko śliczne, zakwiczę się na śmierć. Nawet od Google dostałam życzenia i torcik, chyba wezmę balkonik do chodzenia i zafunduję sobie lekki kurcgalop po osiedlu żeby ochłonąć.

piątek, 08 marca 2013
Nieczynne z powodu, że zamknięte.

Jest mi niefajnie i nie mam chwilowo siły na blogowanie ani na całą masę innych ważnych dla mnie rzeczy, postanowiłam zrobić sobie kilka dni urlopu na poważnie i bez przekonywania siebie i Was że wszystko jest kul i mogę sobie na luzie napisać wesołą noteczkę. Nie jest kul, idę tam ---------->, za firewall, i dam sobie jakiś tydzień mniej więcej na poważne zajęcie się sobą. To żadne wielkie pożegnanie, po prostu nie będzie mnie tu przez chwilę, naprawię się i wrócę, a zanim wrócę będę o Was ciepło myślała. Tymczasem wszystkim Lejdis życzę wszystkiego naj - jesteśmy super, nie? To aż krępujące chwilami być aż tak bardzo super, wiem wiem, ale nikt tego za nas nie załatwi, kontynuujmy dla dobra ludzkości.
Do zobaczenia za kilka dni, nie bądźcie grzeczni, bo to nudne. Chwilowo mnie nie ma ale nie przywiązujcie się do tego faktu.

PS. Myszy w fantastycznej formie, Piórkysz niezmiennie nic nie waży i dostaje ze szczęścia ataku ogonka na widok człowieka, zwłaszcza człowieka mającego czas na głaskanie pary bardzo drobnych uszek, Półtorakilysz ma nową zabawę - zjeżdżanie bardzo powoli po szyi Trenera Osobistego na rozcapierzonych pazurkach ze starannym ignorowaniem faktu, że powyższego bardzo to łaskocze i trochę w związku z tym kwiczy. Oszaleję tu kiedyś.

PPS. Widzieliście, co się dzieje za oknem? Znów pizga złem, w dodatku bez uprzedzenia, fi dąk. Wracam pod kocyk.

PPPS. Nie ma dnia, żeby nie zajrzał tu ktoś w poszukiwaniu przepisu na tiramisu. Sory.

piątek, 01 marca 2013
Sięchwalenie - pierwsze porządne bento.

Na porządną notkę jeszcze nie zebrałam sił bo jest mi takse (choć telewizja angielska dostarcza mi tylu wrażeń, że wyrzucę to z siebie albo oszaleję) ale obiecałam w komentarzach pochwalić się tym, co wykonały moje białe rączki, więc wuala. Ryż z posypką z zapomniałam, czego i prażoną dynią, krewetki w słodkim sosie teriyaki, brokuł al dente, jajko uformowane w kształt...nooo, miało być serce ale wyszła raczej nieduża sempiterna, pomaziane ciemnym sosem sojowym i posypane sezamem czarnym i białym, kwiatki z rzodkiewki i ogórka (na płatku nori), sos sojowy, saszetka z miso bodajże grzybowym.

PS. Z rozmowy ze znajomą:
Z - No ale co Ci jest, no co, powiedz, powieeedz?
CN - Nic strasznego, zaniedbałam coś i konsekwencje dają mi po nosie, muszę się naprawić i będzie dobrze.
Z - No ale powiedz, co to jest, mów, no mów!
CN - Nic strasznego, nie chcę, żebyś się martwiła, po prostu będę trochę osłabiona, biorę leki i dam radę.
Z - No ale może jakoś Cię będę mogła wesprzeć, może jakoś Cię pocieszę, ja bardzo dobrze pocieszam, mów mów.
CN - No dobrze...
(3 sec później)
Z - Muj Borze! To straszna, męcząca choroba! Przecież na to można umrzeć! Mój znajomy się na to od 30 lat leczy I NIC!
Kurtyna.

Tagi: bento
19:40, squirk
Link Komentarze (71) »