Tagi
squirk77@gmail.com
RSS
poniedziałek, 30 kwietnia 2012
"O urządzaniu wieprzy karmnych"

Żartuję oczywiście, pani Ćwierczakiewiczowa na pewno miała rację co do urządzania tych wieprzy, ale notka będzie zwyczajna, tj. nudna, o Myszy i plantacji salonowej. Drugim kandydatem na tytuł do notki było "Jak czyszczą się prosięta", ale uznałam, że to mało prawdopodobne, prosięta zwykle raczej się brudzą przecież podczas gdy wieprza karmnego rzeczywiście da się tak urządzić, żeby popamiętał.

Zostałam wczoraj zaskoczona torbą. Poważnie, sąsiadka wpadła do mnie i wręczyła mi Torbę dla Leśnego Ludka - torba jest, jak widać, wielka, zielona, z pozoru zupełnie do mnie nie pasująca i boska, będę ją bardzo kochała i nosiła w zachwytach, moich i, jestem pewna, otoczenia. Moja pierwsza torba z filcu, jestem uszczęśliwionym torbaczem. JB, serdeczne dzięki, dziś wyprowadzę Twój prezent na spacer.

Na Fanpejczu nowa strona w zaprzyjaźnionych - przyjaciel zaczął sprowadzać i odnawiać niesamowite meble belgijskie, część widziałam na żywo i jestem oficjalnie zaświergolona. Można zamawiać, marudzić i wybrzydzać - sprowadzić da się chyba wszystko, skoro udało się znaleźć nawet stół z dwunastoma jednakowymi krzesłami, a to rzadkość. Zachorowałam na piękną ławę do salonu - niestety, dominują w nim dynie, więc nie upchnę tam teraz nawet taboretu.
W uprawach szał wypuszczania dodatkowych listków, cukinia ma już po trzy, dynia Hokkaido po 4, groch kompletnie oszalał i miota wąsami na wszystkie strony. Zupełnie jak Mysz, która biegała wczoraj przy 27 stopniach w pomyszczeniu. Nie wiem, może ona ma wbudowany jakiś wewnętrzny system chłodzenia, bo to nie jest normalne, żeby biegać w taki upał i nie paść po minucie. Nawet gepardy biegają krócej niż Mysz choć, oczywiście, trochę szybciej.
Btw - moja pasja zwierzątkowa uczyniła mię krytyczną w stosunku do informacji przekazywanych mi przez programy przyrodnicze. Usiłowano przekonać mnie wczoraj, że psy mają najlepszy węch na świecie. Też coś.
Nadal nie mogę oglądać polowań na małe zwierzątka futerkowe - nie wiem, czemu przyroda uparcie ignoruje oczywisty fakt, że myszy się nie je, bo kto by chciał mieć futro w pyszczku.

Nie mam czasu na obrazeczki, bo co chwilę udaję się drobnym kroczkiem do salonu zachwycać się Torbą dla Leśnego Ludka, może później coś zabawnego znajdę. Upał taki że aż się nie chce skalpować jeńców, w dodatku przemiły pan doktor przepisał mi lekarstewko, po którym kompletnie na nic nie mam sił, za to, podobno, będę zdrowsza. Bosko, bosko, będę pomiętym, bezwładnym stworzonkiem, za to z cudną torbą. Piękna jest, wspominałam? Naprawdę piękna.

niedziela, 29 kwietnia 2012
Najpierw powoli, jak żółw ociężale...

...wyszła wczoraj Mysz spod schodków, ale chwilę później, odrzuciwszy dumnie uszka, bieżyła w kołowrotku nie zaszczycając uwagą faktu, że temperatura w pomyszczeniu wynosiła 26 stopni. Ja pierniczę, jak tak można. Moja aktywność w dniu wczorajszym ograniczyła się bowiem do podlania salonowej plantacji i wykonania kostek lodu (za to dwa razy). Trener też jakiś dziwny - nie robi się pompek w takim upale, nie i już. Nic się nie robi, wiem na pewno.

Dziś też bym się nie ruszała, ale Kika z małżonkiem grillują, a takiej okazji rozsądny człowiek (że niby ja) nie przepuszcza, więc pewnie się wkrótce z hacjendy wymarudzę i pojadę bawić się z dziećmi i potykać o szczeniaka marki golden. Wspaniałe są goldeny, gdyby ktoś się zastanawiał nad idealnym psim towarzyszem dla swoich otroczków to bardzo gorąco goldeny rekomenduję i sama też będę kiedyś jednego mieć. Trzeba będzie przyuczyć go do wożenia na grzbiecie Mysząt, ale co tam, da się.

Odruchowo zajrzałam na główną, ale zobaczyłam pomnik Dody w Ciechanowie i trochę osłabłam, po mistrzowsku oddano proporcje. Mieszkańcom Ciechanowa mającym poczucie obciachu składam niniejszym serdeczne wyrazy współczucia. Pomnik nie będzie raczej przedmiotem zazdrości innych miast, tak jakoś przeczuwam. Gołębie natomiast powinny być zachwycone.

Cukinia podniosła się po chwilowej niedyspozycji, śmieszny ogórek (mogłam, doprawdy, zapisać, którego wysiewam, będzie niespodzianka) wypuścił śmieszne, bo pierzaste, trzecie listki. Pestka cukinii, wetknięta kilka dni temu w ziemię wypuściła zielone cuś. Powoli przyzwyczajam się do myśli, że może jednak będę miała własne balkonowe dynie.

Wrzucam obrazeczki - drobiowy i szkieletowy i idę męczyć Trenera Osobistego stanowczym życzeniem sobie przejechania w drodze do Kiki przez Pana Truskawkę, w sensie przez jego ogród. Mam przecież w jednym kącie uwierającego już w biodrach salonu jeszcze trochę wolnego miejsca, akurat na donicę z pomidorami. Miłego dnia Państwu, zgrillujcie sobie coś.

sobota, 28 kwietnia 2012
Dysponuję łososiem, oczekuję propozycji.

Poważnie, nabyłam drogą kupna łososia po czym wena mię opuściła, a chcę zrobić coś nietypowego, bo zostałam tymczasowo porzucona przez Trenera Osobistego, który nagłaśnia jakąś imprezę, i planuję ukoić tęsknotę szalejąc w kuchni. Jeśli macie jakieś sprawdzone pomysły to robię z łapek żebracze wachlarzyki, a jeśli nie to będzie sushi i tyle.

Pogoda okropna, mnóstwo słońca, upał i przyzerowa w związku z tym chęć do życia. Nie tylko moja - wystawiłam wczoraj na balkon kilka donic z uprawami, a one zemdlały. Uprawy, nie donice. Musiałam je reanimować, ożyły (cukinia nadal nieco się słania) a ja zastanawiam się, jak one przetrwają na balkonie całe lato, skoro kilka godzin było dla nich nie do wytrzymania.
Poza tym niechcący ułamałam jeden listek rzodkiewce rat-tailed, ale przeprosiłam, więc wszystko ok. Dynia Hokkaido wypuściła czwarte listki, koper się spierzaścił a dymka katalońska zmężniała. Trener ponownie zastał mnie rano wygłaszającą przemowę motywującą do grochu. Nie zareagował co każe mi podejrzewać, że jest na mnie zupełnie odporny. Tak zwyczajnie, po męsku wszedł do salonu ignorując rzeczywistość, tj. mnie w negliżu tłumaczącą zieleninie, że powinna bardziej się starać, bo nawet ogórek jest od niej wyższy, co za wstyd, i zażądał jajecznicy wszystkomającej, którą posłusznie wykonałam zacierając tym samym ewentualne marne wrażenie wywołane wcześniej dyskusją z roślinami.

Poczytałam sobie o klauzuli sumienia dla farmaceutów, czekam na panią sklepową, która odmówi mi sprzedaży mięsa, bo jest wege. Coraz zabawniejszy ten kraj - ludzie, którzy zarabiają na sprzedaży leków najwyraźniej nie mają już ochoty zarabiać. Mam nadzieję, że naród zagłosuje nogami i nie kupi niczego w aptekach, w których sprzedających trafiła religia.

Rozważam stworzenie kącika "Czytelnicy pytają - Chaotyczna odpowiada". Zaczęłabym od odpowiedzi na powtarzające się pytania w rodzaju "czy naprawdę mam tak wesoło na co dzień ", "czy Mysz naprawdę istnieje, skoro nie wrzucam tutaj zdjęć" i "czy umówię się na kawkę". Odpowiedzi to, kolejno - tak, mam na co dzień tak wesoło, bo notorycznie się z Trenerem rozśmieszamy a i Mysz jest przezabawna, (o rzeczach mniej fajnych postanowiłam na blogu nie pisać, bo nie po to bloguję, żeby się tu ponuro wykwikiwać), zdjęć Myszy nie wrzucam, bo jest nieśmiała i pragnie pozostać anonimowa, można je dostać w mailu, większość zaglądających dostała, a część z nich futrzaczka poznała osobiście, oraz nie, nie umówię się na kawkę, bo kawki nie pijam.

Staram się na maile odpisywać jak najszybciej, część blogowania jakoś tak się spontanicznie przeniosła do korespondencji i na FB, co mnie ogromnie cieszy, bo lubię Was czytać.

Na prośbę jednej z czytelniczek, której ściele się do nóżek pan najwyraźniej nie mający pojęcia o tym, że zrobienie źle jednej blogerce automatycznie oznacza dyskwalifikację w oczach wszystkich blogerek z jej otoczenia, bo miłe dziewczyny ostrzega się przed niemiłymi chłopakami, przypominam link do notki antypodrywczej. Mam nadzieję, że pan zajrzy i pojęcia nabierze.

Za gorąco na szukanie obrazeczków, postaram się dostarczyć je wieczorem. Miłego dnia Państwu, siedźcie w cieniu, żeby sobie nosów nie spalić, paskudnie gorąco jest.

piątek, 27 kwietnia 2012
Tak bym chciała damą być...

ale nie mam na to najmniejszych nawet szans, bo nie mogę przecież nie rzucić cichą kurwą, kiedy o 2 w nocy tuż pod moim oknem kot czyni kotce awanse, a ona sobie tego nie życzy na całe gardło i okazjonalnie pierze go łapą po pysku.
Poważnie, wyglądało to tak, że ona siedziała i się na niego darła, a on się płaszczył obok i nalegał na konsumpcję związku. Coś w rodzaju:
 - Ależ Zdzisławo, cóż jeszcze mogę zrobić? Futro uczesałem, myszy nałapałem, mieszkanie posprzątane i nawet z Mietkiem na puszki po sardynkach nie poszedłem, a Ty nie i nie...
 - Dwie chude myszy - to ma być polowanie?! I nie myśl, że nie widziałam, jak się gapiłeś na tę łaciatą zdzirę spod 15-tki! (i pierdut go w pysk).
I tak w kółeczko. Rozważałam już edukacyjną wizytę przy współudziale mokrej szmaty albo miotły, ale w końcu on powiedział "mił?", ona się zastanowiła, odpowiedziała "mił..." i poszły w krzaki się....no, stawać jednością.
Coś jest w tym "mił" swoją drogą. Oglądałam program, w którym wielki lew chodził cały w nerwach, warczał na lwice, widać było, że go nosi i że wystarczy jedno krzywe spojrzenie i będą kłaki latać. I wtedy podszedł do niego maleńki lewek, przekrzywił łebek i powiedział "mił...". Od razu temu lwu napięcie opadło, powiedział "roar" i zaczął się z lewkiem bawić. Przetestuję na Trenerze.

Wczorajszy wpis u Bartoszcze przypomniał mi, jak wybraliśmy się z Osobistym i parą znajomych na zwiedzanie ogrodu zoologicznego w Płocku. Ogród jak ogród, przechadzało się nonszalancko mnóstwo futra, mniej albo bardziej interaktywnego, biegały stada otroczków domagających się waty cukrowej, słowem nic nadzwyczajnego. Do chwili, kiedy trafiliśmy nad jakieś małe jeziorko, przy którym cieszyły się życiem stadka żółwi czerwonolicych.
Staliśmy z kolegą S. zachwyceni, żółwie miotały się w trybie slow motion, a do jeziorka podeszła inna para zwiedzających - szyita na sterydach plus pasowna przyboczna w wersji blond. Popatrzyli na żółwie i szyita orzekł z podziwem:
  - Popatrz, jak je farbą pozaznaczali żeby ich nikt nie zajebał...
W tym miejscu pragnę podziękować koledze S. który odciągnął mnie za jakiś murek żebym mogła się w spokoju udusić. Prawdopodobnie uratował mi życie, gdyż szyita nie wyglądał na takiego, któremu robi różnicę komu przemieszcza kości twarzoczaszki w przypływie emocji.

W uprawach nowości, dynie wypuściły trzecie listki a bazylia wzeszła w dziwny sposób,bo jest jedna spora kępka po jednej stronie doniczki i 3 mizerne sztuki po drugiej a poza nimi pusto. Cukinia zaczęła nieco się słaniać, więc wysłałam ją na balkon. Trochę żałuję, że nie zapisałam, które dynie posiałam w największej donicy oraz że nie zaznaczyłam co jest rzodkwią w strączkach a co śmiesznym ogórkiem. Czeka mnie lato pełne niespodzianek.

Obrazeczek na razie tylko jeden, zwierzątkowy, bo jestem zajęta wymyślaniem powodów, dla których nie powinnam jechać dziś na zakupy. Miłego dnia Państwu, wyjdźcie za firewall, bo pięknie jest.

czwartek, 26 kwietnia 2012
"W całym tym żeglarstwie najbardziej nie lubię kaca"

Tytuł to cytat z kolegi A., nawodnego towarzysza wojaży Trenera Osobistego. Trochę mi słów zabrakło, kiedy mi Trener kolegę A. zacytował. Trochę mniej trochę zabrakło mi ich, kiedy Trener Osobisty, zarośnięty i przykurzony, wszedł wczoraj, objuczony jak wielbłąd, w progi hacjendy, i oznajmił zduszonym basem, cytuję:
 - Kochanie, nie chciałbym, żebyś mnie źle zrozumiała, ale sempiterna mię boli.
Oczywiście natychmiast chciałam wiedzieć, jak mam go rozumieć, ale usłyszałam tylko "Dokładnie nie tak, jak rozumiesz w tej chwili", szczęśliwie okazało się szybko, że pośladki bolą go od wielogodzinnego schylania się i kucania przy jachcie. Ma chłopak fuksa, bo już szukałam mojego argumentu przeważającego w awanturach zwiadowczych, mianowicie wałka.*

Gdyby ktoś chciał wynająć jacht to proszę dać znać, wyszantażuję obniżkę ceny grożąc ujawnieniem mrożących krew w żyłach szczegółów pobytu pięciu (i trzech, za przeproszeniem, dochodzących) rozrywkowych panów na Mazurach w ostatnich dniach. Szczególnie liczę na zacytowane mi hasła w rodzaju "Ruchać bobry!" (bez obaw, żadnemu bobru włos z przyległości nie spadł) oraz (basem) "Koooocham Cię...". Powiem jedno - kiedy będę miała kolejną propozycję uczestniczenia w tym bardzo męskim spędzie to bardzo poważnie to przemyślę. Potem, oczywiście, pojadę.

Ponieważ Trener Osobisty rzucił (pochylając się, co odnotowałam, z pewną trudnością) wszystkie bagaże na podłogę w salonie, wielki plecak i kilka toreb oraz gitara stanowią malowniczy kontrast z moją pokojową plantacją warzyw przeważnie dyniowatych. Rozważałam przez chwilę wykopanie Trenera wraz ze sterta towarzyszącą z salonu, ale w porę przypomniałam sobie, co go boli, i postanowiłam zareagować bez zbędnego okrucieństwa, mianowicie wręczyłam powyższemu wafelki Duplo, oznajmiłam "Bóg mnie pokarał takim głupim chłopem" (cytat wiemy, skąd) i wyszłam pisać notkę. Dodam, że nie słyszę, żeby sprzątał, za to szelest sugeruje mi, że ten łez padół opuściły co najmniej dwa wafelki Duplo.

Serdecznie dziękuję za wszystkie słowa uznania dla niezwykłej urody Myszy. Mysz, oczywiście, ma się świetnie, aktualnie siedzi pod schodkami i się pirzy. Przez siępirzenie rozumiem wszelkie czynności wykonywane przez Mysz za pomocą pyszczka i łapek i zmierzające do tego, żeby każdy włos futra leżał tam, gdzie powinien. Mysz pirzy się często i starannie, stąd cały ten ogromny mysi urok na zdjęciach. Miałam dodać opis tego, jak bezczelnie, tańcząc na tylnych łapkach, żebrała wczoraj o ser i jak pochłonęła go z pośpiechem sugerującym, że nie jadła od tygodnia, ale nie chcę psuć jej imażu.

Ponieważ Osobisty zaplanował mi dzień pełen atrakcji, mianowicie pojedziemy wymienić opony i wyczyścić klimatyzację, czego domaga się nasza Srebna Szczała, oraz zrobimy zakupy, bo mleko wzięło i wyszło, obrazeczki nastąpią w terminie dużo późniejszym, bo na razie znalazłam tylko ten, trochę hermetyczny. Tymczasem biegnę zainterweniować, kolejny szelest papierka sugeruje mi bowiem, że Trener właśnie dostaje hiperglikemii.

* to oczywiście żart, nie używam wałka nawet zgodnie z przeznaczeniem, bo to przecież męczące.

środa, 25 kwietnia 2012
"Służbowo. Na statek."

W wyniku nieprzewidzianych okoliczności przyrody Trener Osobisty wraca już dziś, co ucieszyło mnie na tyle, żebym postanowiła trochę posprzątać. Trochę, zaznaczam, więc proszę sobie cudów nie wizualizować, bo kurze to ja najchętniej omiatam wzrokiem i udaję, że mnie nie dotyczą, zresztą komuż mógłby przeszkadzać niewielki szary cicik tu czy tam. No dobrze, nie ma cicików, ale gdyby były, tobym sie raczej po miotłę nie rzuciła. Nie od razu w każdym razie, bo komuż mógłby przeszkadzać...I tak dalej. W każdym razie nie potopili się i wracają. Ciekawe, na jak długo. Mam nadzieję, że Trener pamięta o podtrzymującej pierwiastki romantyczne bagatelce dla mnie - Sophie uświadomiła mi, że mam prawa do roszczeń.
Znając Trenera Osobistego podejrzewam, że w roli romantycznej bagatelki wystąpi wędzona ryba albo 5 litrów spirytusu.
No trudno, nie wyrzucę przecież.

W uprawach szał płożenia się, dynie mi się zaczęły płożyć bez żadnego uprzedzenia, też mi coś. Groch zaakceptował podpórki podwąśne, papryka rośnie jakoś bardziej zdecydowanie i generalnie sporo się dzieje.
Wczorajsza sesja zdjęciowa świeżo podlanych upraw z udziałem wściekle zezującego drobiu dała efekt, którego nie mogę tu wrzucić, bo gupi edytor mi ryksztosuje. Wrzucam tymczasowo na Fanpejcz - proszę bardzo - i powalczę z edytorem.
Btw - właśnie odwiedziła mnie sąsiadka i zachwyciła się niewielką dżunglą w salonie. Trochę się napuszyłam w gospodarczo-macierzyńskiej dumie.

Postanowiłam tymczasowo dać sobie spokój z zaglądaniem na główną stronę portalu - zrobił się z niej plotkarski magazyn dla istot z mózgiem wielkości dropsa nie potrafiących przeżyć dnia bez informacji o tym, co zjadły Grycanki i jak wygląda wnętrze szafy jakiegoś celebrykieta. Mogę się bez tych wstrząsających newsów obejść, a zyskany czas poświęcę na rozważenie nowej lokalizacji dla blogaska, chyba, że nastąpi cud i Blox zacznie funkcjonować bez usterek.

Obrazeczki i apdejty nastąpią w terminie późniejszym, muszę stworzyć jakiś śniadobiad.

Apdejt - Chaotyczna pojawiła się na Google+, bo jej Szyszka wysłała zaproszenie, a zaproszenia szyszne przyjmuje się z automatu. Nie wiem jeszcze, co tam robię i z czym to jeść, ale się rozejrzę.

Zaczęłam się zastanawiać nad sensem blogowania, nad tym, czy w ogóle jeszcze chce mi się blogować. Albo mam jakiś taki zniechęcający dzień, albo się zmęczyłam, czas pokaże.
Obrazeczek na razie jeden, zarobiona jestem.

wtorek, 24 kwietnia 2012
"Poszłem na studia i osiągłem wszystko, czego żem pragł"

Powyższe to cytat z kolegi A. podrzucony mi wczoraj przez Trenera Osobistego. Zaznaczam, że żartobliwy, bo kolega A. zdecydowanie wypowiadać się potrafi, ale tak uroczy, że zgarnęłam na tytuł notki.

Stała się rzecz niezwykła, mianowicie owszem, jak co dzień jestem niewyspana, ale tym razem bez udziału Myszy - sąsiadka wpadła na cotygodniowe ploteczki i jakoś tak się zagadałam. Mysława Tłuścikiewicz, oczywiście, nadal w świetnej formie, zastałam ją rano dokonującą straszliwego spustoszenia na nowej kolbie z ziarnem. Zamówione w mailach nowe zdjęcia Myszy zostały rozesłane, mam nadzieję, że będziecie pozującą Myszą zachwyceni tak bardzo, jak ja (i jak ona sama sobą).

Trener Osobisty najwyraźniej przejął od aktualnych (siedmiu, wspaniałych) towarzyszy metodę przekazywania bliskim istotnych informacji na zasadzie subtelnego dawkowania, bo fragment wczorajszej rozmowy wyglądał tak:
Ja - Mam nadzieję, że nie robicie głupot i nie ma strat w ludziach ani przedmiotach?
T - Nie, nie, skąd, wszystko ok, siedzimy sobie....No, jeden telefon się utopił...
Ja - Czyj?
T - Kolegi B.
Ja - I co, udało się odratować?
T - To trochę skomplikowane, bo on się topił RAZEM z kolegą B....
Ja - Matkobosko, co tam się dzieje?
T - Niiiic, kolega B. trochę się zmęczył i poszedł odpocząć w wodzie i tak w niej siedział przez kwadrans.
Ja - Nic mu nie jest?
T - No cóż, trochę zmarzł, trzeba było go rozebrać, chociaż walczył, daliśmy mu suche ubrania, młody jest, nic mu nie będzie.

Tak, proszę Państwa, gdyby ktoś miał wątpliwości, wygląda wyjazd we dwóch na Mazury i w celu przygotowywania jachtów do sezonu. Jest ich ośmiu, w tym jeden mocno schłodzony, a wieczory wyglądają tak, że Trener Osobisty gra i śpiewa, kolega Sz. (pozdrawiam) śpiewa, a reszta świetnie się bawi i, kiedy Trener do mnie dzwoni, rykiem przekazuje mi informacje na temat swoich planów dotyczących zmiany orientacji seksualnej Trenera.
Dodam, że w dzień uczciwie pracują, więc nie dziwią mnie rekreacyjne wieczory, choć to odpoczywanie w jeziorze to moim zdaniem jednak przesada była.

Obejrzałam wczoraj (podczas zapierniczania na stacjonarnym) program o wielkich zgromadzeniach słoni na Sri Lance i mam taką refleksję, że dzięki bogom że mieszkam na polskiej wiosze pod lasem, gdzie jedynym potencjalnie niebezpiecznym dzikim zwierzęciem jest ryszard (zawsze mnie oburza nazywanie go rysiem, nie znamy się przecież, przyrodę trzeba szanować) albo dzik (mogący człowieka zbuchtać* mordką). Na Sri Lance musiałabym się opędzać od słoni, a coś mi mówi, że "a kysz!" albo szturchanie patyczkiem mogłoby być dla słonia niedostatecznie motywujące.

Zgodnie ze złożoną wczoraj obietnicą wykonałam piękne zdjęcie zezującego wściekle kurczęcia w donicy z liśćmi sałat i na tle reszty upraw - wstawię je, jak tylko obgimpię, czyli nieprędko, bo roboty mam tyle, że nie ma kiedy załadować, a do tego musiałam udać się ponownie do lekarza, gdyż wyniki badań mam kompletnie niezgodne z oczekiwaniami. Trochę nie mam humoru w związku z tym, więc obrazeczki będą później albo wcale.

Ostatnia książka Pratchetta jest taka sobie, jestem w połowie, może się jeszcze akcja rozkręci. Nie mówię, że jest zła, po prostu mniej mnie zachwyca niż, powiedzmy, "Piąty elefant".

* wiem, powinno być "zbuchtować", ale "zbuchtać" wymyśliłam jeszcze jako dziecię niewinne i bardziej mi się podoba.

poniedziałek, 23 kwietnia 2012
"Pocztówka od Wuja Mata z podróży"

Trener Osobisty wraz z kolegą Sz. (pozdrawiam) szczęśliwie dotarli na miejsce tymczasowego pobytu, witani podobnież na pomoście z otwartymi ramionami przez zatrudnionych przy jachtach panów, a dzieki jękliwemu zawodzeniu przedwyjazdowemu raporty z podróży i pobytu otrzymuję nie tylko od Trenera, ale i od kolegi Sz. (pozdrawiam). Słyszane w tle radosne barytony sa dość przekonującym argumentem na to, że jednak nie pojechali do wspólnej, ważącej 200 kg kochanki, choć z drugiej strony może to ona ona ma taki wokal, więc trudno mieć pewność. Odbyło się wczoraj granie na gitarze ze śpiewem - kolega Sz. (pozdrawiam) i Trener Osobisty współpracują w jednym zespole muzycznym i dysponują mocnymi basami, bardzo zazdroszczę lokalesom wczorajszych wrażeń - oraz konsumpcja alkoholu i żywności mojego autorstwa. Meldują się, jedzenia mają jak dla pułku, więc jakby trochę mniej zawodzę.
Mam nadzieję, że "alkohol trzeba dokupić" było żartem, bo wyjechali niecałą dobę temu. 

Wszystko posiane wściekle rośnie, dynie mają już po kilkanaście cm wysokości, a groch wypuścił wąsy, dzięki czemu zyskał przywąśne podpórki - w tym charakterze wystąpiły pałeczki do azjatycczyzny, których używam na co dzień, więc mam ich w domu mnóstwo. Trochę przeraża mnie konieczność zostawienia tej niewielkiej puszczy w hacjendzie na jeszcze 3 tygodnie, zwłaszcza, że doprawdy nie zanosi się na to, żebym miała jechać jutro na targ i tak sobie po prostu nie kupić kilku sadzonek i doniczek. I wora z ziemią.

Wiosna dostarcza mi mnóstwa wrażeń akustycznych, głównie dzięki aktywności osiedlowych otroczków. Przed chwilą jakieś dziecię niewinne rozdarło się wydając z siebie przeraźliwe "Fijip! Fijip!" - zanim dotarło do mnie, że chodzi o jakiegoś Filipa a nie o nieudolnie symulowane przez dziecię nawoływanie samca drozda śpiewaka minęła dłuższa chwila wypełniona entuzjastycznym googlaniem. Bardzo się dzięki lokalnej młodzieży rozwijam, choć z części pozyskanej wiedzy najpewniej nie skorzystam, np. wspomniane kiedyś "jak chces się napieldalać to musis mieć swój kij!" raczej mi się nie przyda.

Zgodnie z wczorajszymi przewidywaniami moje dzielne Myszątko zapewniło mi regularne pobudki do 4.30, a kiedy już byłam gotowa przenieść się z poduszką na sofę, bo ileż można, Mysz zasnęła w kołowrotku i się przez sen przewróciła i z kołowrotka wypadła. Zrobiło jej się głupio i szybciutko poszła spać, więc ja też. Od rana Mysz ma minę "nie będziemy o tym incydencie wspominały" na zmianę z "to było w planie". Uwielbiam swoją Mysz.

Udam się na poszukiwanie obrazeczków, miłego dnia Państwu.
Btw - redakcja znów liże zwierzęta, głyyy.

PS. Ma ktoś dobre wyjaśnienie tego, dlaczego na stadiony wpuszcza się kiboli? Skoro wiadomo, że grupa x wlazła i robi zamieszanie, to czemu wpuszcza się ją ponownie, zamiast zakazać wstępu i mieć spokój? Jest tam chyba jakaś ochrona, kamery itp, więc widać, kto się rozszalał - nie wiem, czemu daje mu się możliwość zrobienia tego ponownie. Tak samo nie rozumiem organizowania długiego i kosztownego procesu nad Breivikiem zamiast skurwiela zwyczajnie zastrzelić.

Apdejt obrazeczkowy - będzie zombiowato i treningowo.
Pada, Mysz bieży z zaangażowaniem, skonsumowałam odrobinę otrzymanej w darze świni.
Bardzo przyzwoita świnia, postaram się pamiętać, żeby ją od czasu do czasu od Trenera wynarzekać.
Miłego wieczoru, podobno zdarzają się takie czasem w poniedziałki.

niedziela, 22 kwietnia 2012
Rozpirz mój widzę ogromny.

A bo zamieszanie mam takie jakbym pod Pałacem Prezydenckim w trakcie akcji "kto nie skacze ten za krzyżem" mieszkała. Trener trochę się pakuje, a trochę gra w betę Diablo 3 (nieco WoW-owate je zrobili jak na mój gust), a ja piekę drugi chleb, gdyż, jak się finalnie okazało, będzie ich tam na tych Mazurach kilku, więc niech z głodu nie pomrą. Moja sugestia, że jakby im się skończyły te ogromne zapasy alkoholu, to będą mieli przez co denaturat filtrować, nie spotkała się z dobrym przyjęciem. Trener Osobisty utrzymuje bowiem, że celem wyprawy jest przygotowanie jachtu do sezonu oraz pływanie, a nie, jak bezczelnie sugeruję, sponiewieranie się z lokalesami, bo alkohol ma służyć wyłącznie do okazjonalnego rozgrzewania przemarzniętych żeglarzy.

W ogródeczku (czyli na salonach póki co, bo jeszcze roślin na balkon nie wywlokłam) wzeszła przerażona papryka, najpewniej słyszała, czym grożę bazylii. Reasumując - tylko rozmaryn wypiął się na oferowane mu luksusy. Skończyła mi się ziemia i jestem na sadowniczym głodzie, coś jeszcze chętnie bym w grunt wrzuciła. Mimochodem wetknęłam w donicę z cukiniami jeszcze jedną cukiniową pestkę, zmieszczą się.
Zaprzyjaźniona sąsiadka (witam nową czytelniczkę) uprzejmie uwolniła mnie od części nasion i sadzonek, oraz, co nieco niepokojące, dostała niewielkiego ataku śmiechu na widok salonu zastawionego uprawami. Przy okazji dowiedziałam się, że przed drugą połową maja nie ma co roślin na balkon wystawiać, bo są przymrozki, więc powinny zostać w hacjendzie. Trener Osobisty na tę wieść trochę bardziej ucieszył się, że wyjeżdża - mam wrażenie, że nie do końca aprobuje konieczność przeciskania się do sofy między donicami.

Mieliśmy wczoraj prześliczną burzę, a wizyta w sklepie "Biedronka" upewniła mnie, że nie tylko ja szczerze się nią zachwycam. Wybierając mandarynki usłyszałam bowiem bardzo głośny grzmot, a chwilę później stojącego obok otroczka towarzyszącego mamusi na zakupach. "Ale jebło" - orzekł z uznaniem otroczek. Mamusia posłała mu promienny uśmiech i stwierdziła, że brzydko tak mówić w sklepie. W sklepie - poza sklepem to już co innego, wiadomo. Przy okazji serdecznie Państwu rekomenduję biedronkowy ser "Stary Olęder".

Mysz wyhodowała sobie śmieszne kłaczki na uszach, rano zauważyłam. Jeszcze nie wiem, po co są, więc bacznie ją obserwuję. Mysz - wyczerpana, biedactwo, po całonocnym napierniczaniu kolbą w kołowrotek - wyszła resztką sił spod schodków, zeżarła pół tony ziarna oraz kawałek jabłka i powlokła się regenerować siły. Kolejna upojna noc przede mną, przy czym nie będę mogła w najbliższym czasie budzić Trenera Osobistego i, jak w starym dowcipie, nalegać, żeby uspokoił swoją połowę Myszy.

Obrazeczek będzie dziś tylko jeden, za to taki, że ja pierniczę. Miłego dnia Państwu, wracam do narzekania na osoby, którym chyba się w głowach poprzewracało, żeby porzucać taką fajną mnie i jechać odmrażać sobie odwłok w towarzystwie kolegi Sz. (pozdrawiam). Jak przyjadą przeziębieni to wracam do mamusi.

PS. Gdyby mi jeszcze kiedykolwiek przyszło do głowy być życzliwą i pomocną, to proszę mnie łagodnie zdzielić w tył głowy, żeby mi przeszło. Na szczęście nie zanosi się na to, znajdę sobie czynności zastępcze równie pozbawione sensu.

sobota, 21 kwietnia 2012
Jękliwe zawodzenie przedwyjazdowe.

Trener Osobisty wyjeżdża jutro z kolegą Sz. (pozdrawiam) na Mazury, w związku z czym mój nastrój oscyluje między "Świetnie, przyda mu się rozrywka, a ja będę mogła łazić przez cały dzień w piżamie i jeść tylko popcorn i co mi kto zrobi" a "Matkobosko, oni się tam potopią, ktoś ich napadnie albo w ogóle nie dotrą" z przewagą tego drugiego w miarę zbliżania się terminu wyjazdu, czemu dość jękliwie daję wyraz. Trener Osobisty chyba ma tego trochę dość, co wnioskuję z faktu, że ogląda film mając na uszach wielkie słuchawki.
Po namyśle - być może nie powinnam witać go wracającego od fryzjera tekstem "Nie martw się, odrosną" - mam przeczucie, że nie wpłynęło to dodatnio na mój wizerunek w oczach Trenera. Z drugiej strony ma on jednak dla mnie ciepłe uczucia, gdyż wykonał w dniu wczorajszym gest romantyczny, mianowicie kupił mi golonkę. Tak, golonkę - przetworzoną termicznie i zapakowaną próżniowo. Wcześniejsze suweniry to wódka, narzędzia do prac precyzyjnych i różności ogrodnicze więc nadal nie mam na co narzekać. Spędzę weekend na sofie oglądając seriale medyczne i piastując we wdzięcznych objęciach golonkę odjętą, sądząc po rozmiarach, dorodnemu osobnikowi rasy puławskiej.

Jestem coraz bardziej zachwycona serialem "ER" - w oglądanym wczoraj odcinku (przerwanym przez Trenera tylko dwa razy - na zrobienie serii pompek i wygłoszenie małego wykładu na temat zespołu pasma biodrowo-piszczelowego) młoda pani doktor dotarła do pacjenta przysypanego zwałami gruzu. Dotarła z trudem, ale jest i co ona paczy? Otóż paczy pacjenta częściowo przywalonego wielkim blokiem betonu, zakrwawionego, poranionego. Widzi wszystko powyższe i pyta "Sir, are you ok?". Wszystko mi opadło. Tak, pszepani, w chowanego się bawiłem i tak mi się jakoś budynek omsknął i ahaha, proszę spojrzeć, jaki bałagan.

Mysz wyhodowała sobie na wiosnę białe kłaczki na brwiach i wygląda prześlicznie, postanowiłam więc przyzwyczaić ją do blasku fleszy i obecności reporterów, którzy niechybnie zaczną ja otaczać, kiedy już wygra konkurs Mysz World. Wykonana wczoraj seria zdjęć dowodzi, że Mysz czuje się przed aparatem zupełnie swobodnie i pozuje nonszalancko i z wdziękiem. W rewanżu za sesję Mysz biegała do późnych godzin nocnych, a gdyby ktoś miał wątpliwości, czy maleńki gryzonek potrafi wleźć pod ciężką miseczkę pełną ziarna i wywrócić ją do góry nogami rozprowadzając ziarno po całym pomyszczeniu i poza nim to informuję, że tak, potrafi i nawet mu przy tym wąs nie zadrży.

Z notatniczka ogrodniczki - bazylia wzeszła dowodząc tym samym niezbicie, że może na niektóre rośliny działa łagodna przemowa i puszczanie im muzyki, ale u moich znacznie lepiej sprawdzają się groźby i inwektywy. Najwyraźniej "Rośnij, draniu, albo wypad" jest skuteczniejsze, niż Mozart w połączeniu z "a ti ti ti, kto ma takie listeczki śliczniusie".

Idę wygłaszać rozmaite kwestie, obrazeczki będą później, Trener sam się nie obmarudzi. Niech mi ktoś mądrzejszy powie, na co komu na kilka dni na Mazurach zapasy takie, jakby wybierali się tam na miesiąc i w siedmiu. I na piechotę. Oczywiście przyszło mi do głowy, że tak naprawdę Trener jedzie do ważącej 200 kg kochanki i będzie ją karmił, ale twierdzi, że naprawdę jedzie z kolegą Sz. (pozdrawiam), a że kolegę Sz. (pozdrawiam) znam od lat i slyszałam, że dziś dzwonił, to w sumie Trenerowi wierzę.
Chyba, że to wspólna kochanka i we dwóch ją będą karmić.
Zaparzę sobie melisę.

PS. Plan treningowy dla Kosz Angels jest w trakcie opracowywania - Trener Osobisty nie zapomniał i zabrał się za niego, ale nie potrafi napisać krótko, więc dostaniemy wielki, rzeczowy dokument o wszystkim, co młoda, wannabe wysportowana członkini gangu wiedzieć powinna.

Apdejt. Rozmowa z Trenerem kilka minut temu. Patrzę na zgromadzone licznie butelki z alkoholem i rzucam z przekąsem:
Ja - Żebyście tam z pragnienia nie pomarli...
TO - Policzmy - jest 1,5 l. wódki, 4 l. cydru, 5 l. wody i 2 l. coli. Dziennie człowiek powinien pić 3 litry płynów. Może być ciężko...
Sąsiadom słyszącym przed chwilą dźwięki przeraźliwe donoszę, że była to symulacja mojego "będę ryczeć w poduszkę" w wykonaniu Trenera i że nie takie ryczenie miałam na myśli.

Apdejt obrazeczkowy resztką sił, bo przesadzałam wściekle i wszystko mam gotowe do transportu na balkon. Dziś będzie baśniowo i poniekąd też.
Idę umrzeć na sofie, jeśli przedrę się tam przez skrzynki i donice.

 
1 , 2 , 3