Tagi
squirk77@gmail.com
RSS
poniedziałek, 28 kwietnia 2014
"Jak zapłodnić kobietę po kryjomu?"

Od razu mówię, że pojęcia nie mam, czytelniczka, kłaniam się w pas, wyszukała tytuł na którymś forum i wrzucam, bo jest uroczy.
Osobiście kombinowałabym coś pod nieobecność kobiety, miałaby niespodziankę potem, wraca a tu kaboom! - ciąża. W UK tak robią, oglądałam programy, co rusz jest któraś zaskoczona ciążą.

Piszę rzadko gdyż zwykle zajęta jestem, na przykład wczoraj byłam na Dublin Bay Prawn Festival. Było fantastycznie już podczas podróży do Howth gdyż jechaliśmy pociągiem i miałam, jak to ja, szczęście do współpasażerów. Wsiadła mianowicie postawna panna o urodzie tak zwanej naturalnej w towarzystwie męskim szt.1, usiadła na wprost mnie i zaczęła się malować. Poważnie, myślałam, że sobie nosek przypudruje, ale nie. Omiotła sobie twarz wielkim pędzlem, wyjęła drugi pędzel, nałożyła nim podkład (tak, na puder, mało mi oczko nie wypadło ze zdumienia), na to więcej pudru, i jeszcze gąbeczką po czym wyjęła po zbóju wielką paletę cieni i zaczęła ją kontemplować. Zdecydowała się na brązy i beże, wyjęła asortyment pędzelków i zaczęła te cienie nakładać. Potem było malowanie rzęs - dwoma tuszami dla pewności. Jedną tubkę trzymał skrępowany nieco swoim udziałem w przedsięwzięciu przyboczny. W kwadrans panna była gotowa, sprawdziła efekt w lusterku, dla pewności wyjęła drugie, większe, a i chłopczyna musiał się wypowiedzieć, tzn. zachwycić. Wysiadła bardzo zadowolona. My też bo pogoda piękna, półwysep też oka nie męczył, wokół dużo morza, akurat odpływ był, w porcie pluskały się niezłe foczki, aj min foki, gatunkowo. Dużo ludzi i hałasu i jeszcze więcej owoców morza, w duchu aż kwiczałam, kocham owoce morza miłością dziką.
Dokwiczawszy mnie do stolika zasiedlonego przez dwóch panów oraz młodych rodziców z trójeczką potomstwa Trener Osobisty poszedł na polowanie a ja nieco się załamałam bowiem familia z potomstwem okazała się być w całości towarzyską.
Poinformowano mnie, że parka młodszych to bliźnięta, ale w ogóle do siebie nie są podobne, że synek je wszystko a córeczka wszystkim pluje (tu dumna mama z wprawą zaprezentowała, jak córeczka pluje) a najstarsze to synek tatusia. Najstarszy rzeczywiście mocno był z tatusiem związany, jeśli wyjadał komuś z talerza, przewracał kubek z resztą piwa i kopał w łydkę to faktycznie tylko tatusiowi te uprzejmości świadczył, nie kłamali.
Trener Osobisty dostarczył dwa talerzyki z langustynkami - najstarszy zastygł po czym pół zatoki usłyszało ryk że tataaaaa, te małe homary mają oczy, czy ona będzie jadła oczy?
Ona, w sensie ja, oczu jeść nie miała zamiaru i obawiała się, że w ogóle niczego nie zje gdyż bliźnię żeńskie wlazło akurat pod stół i pacało w kolana mnie i siedzącego obok pana. Pan zauważył, że och, jaka ta dziewczynka jest zabawna i urocza. Bardzo uprzejmy człowiek.
W międzyczasie bliźnię męskie zaczęło koncert - nie chciało wody tylko soczek. Albo jednak wodę. I będzie pić samo. Buuuu, oblało się, nie będzie pić samo. I chce to, co na talerzu mam ja, nie tata. Tata zrezygnowany poszedł po porcję langustyn. Niestety starszy braciszek zdążył pokazać młodszemu,że te małe homary mają oczy, i młodszy darł się konsekwentnie ale tym razem chciał, żeby langustynki zabrać. Siostrzyczka usiłowała wyciągnąć telefon z kieszeni jednego z siedzących z nami panów.
Tatuś uznał, że źle się stanie jeśli jego pierworodny będzie miał takie nastawienie do nowych potraw i postanowił nauczyć syna jeść langustynki. Ja pierniczę, ależ to było widowiskowe. Rozmowy wokół cichły przy każdym kolejnym przeraźliwym "Ooooo, yummie!!!", w końcu częściowo ogłuszony młody spróbował, orzekł, że tata ma rację i postanowił sam langustynę rozbroić. Po zmasakrowaniu jednego egzemplarza zadowolił się konsekwentnym i zawziętym usuwaniem oczu wszystkim pozostałym - minę miał przy tym taką, że obawiam się, że jeszcze będzie o tym dziecięciu głośno, BARDZO mu się podobało, bardzo.
W końcu sobie poszli.
Dokonaliśmy dzieła zniszczenia na przemysłowej ilości różnych stworzeń i poszliśmy na pociąg.
I wpadliśmy na powyższą familię, siedzenie w siedzenie.
Dzieci puszczono w zasadzie wolno bo cóż komu szkodzi jak się po nim dwulatek przebiegnie, nikty jeszcze od odrobiny brudu nie umarł a wszelkie zadrapania ojtam ojtam do wesela się zagoją. Niemniej w końcu mama zainterweniowała i synka przejął tata a ona wzięła córeczkę, najstarszy kopał akurat czyjś plecak i śpiewał więc był zajęty. Mama zaczęła córeczkę łaskotać, tatuś zaczął łaskotać synka i zaczęło się takie stereo że ludziom szczęki opadły gdyż córeczce się podobało a synkowi nie, darli się równo i zgodnie.
Mamusia popatrzyła na mnie z dumą i stwierdziła - "Są takie radosne!".
Po 40 min akustycznej radosności wysiedliśmy w Dublinie, miejski hałas był w porównaniu z rykiem dzieci jak szemrzący strumyk.
Zapytałam Trenera czy przypadkiem nie zmienił zdania i nie chciałby mieć w domu takiego dziecięcia albo trójeczki od razu.
Trener rzucił mi Popaczanie.
W domu Trener Osobisty wziął na dłoń Mysz Większą, uroczyście ucałował jej uszy i powiedział "Jesteś taka miła i cicha!".

Poza tym rzeźnik mnie lubi, pochwalę się bo jest czym.
Najwyraźniej jest tu zwyczaj, że jak się kogoś lubi to się mu to okazuje materialnie np. dodając gratis do zamówionego towaru.
Dostałam ze 3 kg kaczych łapek, nie żartuję. Patrzę w domu do torby z zamówieniem a tam kacze łapki, smętne takie i blade. Obwisłam nieco.
Idę do Trenera Osobistego, który akurat grał w salonie w Wąsy, staję obok i mówię ponuro:
 - Mam kacze łapki.
Na co Trener Osobisty spojrzał W DÓŁ i powiedział tonem pocieszającym:
 - Nie turbuj się, moja duszko, skarpetki świetnie je maskują.
No takie mam życie i nic nie poradzę.
Łapki zamroziłam, bo jedzenia nie wyrzucam z zasady, i liczę na to, że może jakoś znikną czy co albo zakocham się w jakimś nowym przepisie. Albo któryś sąsiad ujawni, że ma pieseczka co bez kaczych łapek żyć nie może. Oby.

Z nowości to Trener Osobisty kupił Myszom inną, niż zwykle, karmę. Specjalną dla dżungarków, wybraną wspólnie z Panem z Zoologicznego.
Wzięłam opakowanie do ręki i co ja paczę - w składzie są larwy jakiegoś chrząszcza. Od razu się nieco oburzyłam i pytam Trenera, retorycznie, czy może oszalał bo jak to, moje maleńkie, delikatne, wrażliwe Myszeczki miałyby jeść coś takiego? Głyyy.
Trener bez słowa wyjął takiego jednego kolesia z opakowania i podsunął pod nos Myszy Mniejszej.
Szybkość, z jaką moja subtelna, rozpieszczona Lejdysz wrąbała larwę była godna podziwu.
Następnie obie Myszy zainstalowały się w miseczkach i w pierwszej kolejności, z zawziętym wyrazem pyszczków, skonsumowały wszystkie larwy. Bardzo były zadowolone i było dużo omiatania Trenera wąsami.
Oszaleję tu może po prostu, i tak mi się zbiera od jakiegoś czasu.

O, i jeden serial zaczęliśmy oglądać, "Fringe", to takie "Archiwum X" ale z przesłaniem "jesteś, widzu, debilem, i tak będziemy cię traktować". Zaczyna się od tego, że jednemu panu odpada szczęka w warunkach niesprzyjających oraz ginie mnóstwo ludzi a potem się okazuje, że to wirus i trzeba z nim coś zrobić i do tego potrzebny jest jeden starszy pan, jego syn oraz krowa. Jest agentka FBI i romans z partnerem którego trzeba ratować a potem się okazuje, że phi, nie było warto, drań jeden, i jest jeden pan ciemnoskóry który knuje, no ale może zginie, czarni zawsze giną pierwsi.
Przez takie seriale zapewne śniło mi się wczoraj że przeprowadzałam tracheotomię na dziecięciu płci męskiej, kilkulatku, w autobusie. Za pomocą szwajcarskiego scyzoryka, długopisu i butelki po mineralnej. Dziecię połknęło bowiem piłeczkę pingpongową. Com się namęczyła to moje, no ale udało się, pasażerowie klaszczą (tak jak w tych duszaszczypatielnych opowiastkach o autobusowych bohaterach) a ja postanowiłam jeszcze świeżo odratowane młode poinfirmować wychowawczo że zrobiło głupio i niech nie powtarza. I mowię, że jak będzie połykało piłeczkę to się udusi i umrze i więcej swojej mamusi nie zobaczy. Na co pacholę rzuca lekko "nie lubię mamusi" i połyka piłeczkę ponownie.
Dobrze że budzik zadzwonił bo nie wiem, czy bym dała rady smarkacza drugi raz uratować, obudziłam się zmęczona.

Obrazeczki niezmiennie wrzucam do Miejsca na Obrazeczki, ten też wrzuciłam, i ten i mnóstwo innych.
Gratulacje dla MBF-a i Joanny, wygrali konkurs z poprzedniej notki i zamierzam ich utuczyć, taka będę.
Miłego dnia Państwu, idę wrzucać na Fanpejcz zdjęcia małych homarów z oczami.

wtorek, 15 kwietnia 2014
"Chyba go zaraz rozszarpię. Przerwał mi posiłek."

Konia-zrzędę temu, kto wie, skąd cytat. Albo słodkie coś bo konia to w sumie na zbyciu nie mam. Poważnie, kto wie, skąd  cytat, i mi powie (z krótkim opisem scenki, bo urocza jest), dostanie kaloryczne cosie różne, tylko niech mi mailem adres wyśle, będzie mógł pomarudzić że chce czekoladki czy żelki czy inne coś, nawet mu Myszy narysuję, bo umiem.
(Jest już jedna zgadywaczka i z dumą zapewnię jej próchnicę, konkurs trwa do jutra do północy powiedzmy, jeśli jeszcze ktoś zgadnie to jego też zasłodzę.)

A tytuł stąd, że oglądałam pierwszy odcinek nowego sezonu Gry o Tron i jeden smok nieco pyskował Danaerys i ją wystraszył nad martwą owcą czy o co tam się ze współsmokami pożarł. Ale poza tym dość uroczo - ten taki nowy, co dla Danaerys zabił kumpli i wyglądał uroczo jako zbój a teraz wygląda jak zawiedziony w ambicjach akwizytor, czyni jej awanse a ona udaje, że nim pomiata, co, jak wiemy, może skończyć się pożyciem. Siostrofil wrócił i nie chciał rządzić tylko tego, no, ale siostra powiedziała, że phi, trzeba było się tak z powrotem nie wlec, jeden pan straszy Sansę ale potem daje jej koraliki i dziewczynie przechodzi, Joffrey nadal niestety żyje ale ptaszki (Karolina Ty spojlaczu) ćwierkają, że niedługo jego ślub z tą krzywopyszczką panną, co rewelacyjnie zagrała w "Tudorach" a wiadomo, że w GoT ciężko czasem własny ślub przeżyć, więc może ktoś chłopaka ukili wreszcie i obniży tym samym ciśnienie rzeszy fanów. O, i Arya się bardzo rozwija i dostaje własnego kucyka i kurczaka chyba też ale tego nie jestem pewna, w każdym razie lepiej jej dać kurczaka jak zamówi, serio.

Poza tym oglądaliśmy nowego "Supermena" i wraz z Trenerem Osobistym mamy mieszane uczucia, mianowicie nie jesteśmy pewni, czy film zasługuje na więcej zduszonych "okuwa!" czy pokwikiwań wśród łez śmiechu. Pan Supermen jest męski bardzo, śliczny jak ptyś i ma spojrzenie młodej jałówki, rzewne takie, niestety pelerynka przydługawa psuje mu kilka scen walki no ale wygląd trzeba mieć. Jest mnóstwo scen tak patetycznych i bez sensu że ojapierniczę ale zasadniczo wszystko kończy się dobrze a mianowicie dewastacją kilku miast oraz własności rządowej, no ale nic to, jest panna, jest dobrze. Serdecznie rekomenduję Państwu obejrzenie ale cudów się nie spodziewajcie. Tajemnicą pozostaje to, dlaczego lecący Supermen wygląda jakby w dzieciństwie kradł mnóstwo ciastek z bardzo wysokiej półki i tak mu się utrwaliło.

Mniej mnie ostatnio bo się włóczę. Poważnie, Trener Osobisty postanowił pokazać mi okolicę i wywleka nieszczęsną mnie na eskapady w rodzaju "a teraz przejdziemy skromne kilka km bo chcę Ci pokazać, źrenico mych ócz, kanał, dwie barki i domeczek jeden śmieszny taki" i potem idę i idę a jak wrócę to nie mam siły nawet kaczki piec a wiecie Państwo, że niepieczenie kaczek rzadko mi się zdarza. Wczoraj byłam tak zmęczona że żadnej nie upiekłam.
Nawiasem mówiąc tłumaczyłam ostatnio koleżance na supertajnej grupie na FB jak piec kaczkę. Było sporo pisania i Trener Osobisty zapytał co tak piszę i piszę. Więc mówię, że piszę koleżance jak zrobić kaczkę.
- To proste. - powiedział Trener Osobisty. - Wystarczy lekko ugiąć nogi w kolanach, zgiąć ręce w łokciach, machać nimi i wydawać odgłosy.
Po czym nastąpiła demonstracja po której po prostu poszłam się tarzać.
Czyli, jak widać, u nas bez zmian i przypuszczalnie oszaleję tu wkrótce.

Możliwe zresztą, że już jest ze mną niedobrze bo śniło mi się, że hoduję strusie. Tak na dużą skalę, pełny profesjonalizm, ja zadowolona, strusiom też nieprzykro. I nagle przychodzi wiadomość, że Unia nakazuje aby od dziś strusie niosły jajka od razu opakowane w takie tekturowe otoczki żeby wygodniej było je pakować do transportu. No i się zaczęło. Przyszła do mnie delegacja strusi i mówią, że nie ma mowy żeby one takie jajka niosły bo to niewygodne jest i nadweręży im odwłoki. Więc tłumaczę, że nic nie poradzę, Unia i takie tam, i poszły z takim nieprzyjemnym wyrazem dziobów a jeden wychodząc powiedział "Taki ładny gabinet, byłoby szkoda, gdyby coś mu się stało". Po czym założyły związki zawodowe, zaczęły pisać odwołania, po zniesieniu jajka chodzić na obdukcję, potem był strajk włoski, znosiły jaja tak długo że szły potem ze zmęczenia na zwolnienia i urlopy. Ostatnie, co pamiętam, to struś przyłapany za jednym budynkiem uczący młode jak symulować, że jaja nie da się znieść.

O, i miałam Spotkanie z Rodaczką. Tzn najpierw nie wiedziałam, że to rodaczka, ale się domyśliłam. Otóż idę sobie do Sklepu za Rogiem po dymkę, bo mi wyszła, i cóż ja paczę - idzie panna bardzo ładna, ubrana w nieco może zbyt przesadna ilość cętek, panterek i złotych łańcuszków, ale wygląda na zadowoloną z siebie, włosy ma śliczne, i myślę sobie że o, nie wiedziałam, że taka ilość cętek i panterek jest modna także wśród Irlandek. Panna się zbliża, dzwoni jej telefon, wyjmuje go z torebki, otwiera ust korale i mówi:
 - Nie dzwoń, k*wa, więcej, bo po tym co odpier*oliłeś na ostatniej imprezie to cię, k*wa, zaj*bię jak psa!
Mniej więcej w tym momencie domyśliłam się, że to rodaczka.

U Myszy świetnie, Największy Mniejszyk Świata ma nową zabawę wieczorną. Mianowicie rzuca się jak oszalała do kołowrotka, robi kilka kółek po czym błyskawicznie bieży do Głównego Myszarium i ja Mam Tam Być. I kiziać, i podsunąć palec do liźnięcia. Myszka sobie liźnie i wraca do kołowrotka, i tak w kółko. Większyk już zupełnie w formie, futerko po operacji odrosło więc Mysz paczana z góry nie wygląda już jak nadgryziona ósemka. Bardzo dużo bieży i opycha się tak, że wygląda jak malutki, okrągły odkurzaczyk z futra. Śliczne są obie i bardzo grzeczne.

Obrazeczkownię uzupełniam regularnie więc nie wahajcie się paczać. Jest sporo kotów bo zbieram lolcaty dla Trenera Osobistego który lolcaty bardzo lubi. Jeśli ktoś ma jakiegoś zabawnego (kota, nie Trenera) i zechce podesłać będę szalenie zobowiązana.
Miłego dnia Państwu, postaram się pisać częściej.

PS. Pomidorki sobie kupiłam. Pięć krzaczorów z kuźwaliardem kwiateczków w sporej donicy. To nie moja wina, na stronie Lidla wyglądały skromnie i niewinnie a kto by sprawdzał rozmiar przecież. Były na liście zakupowej więc musiałam wziąć, nie można tak sobie skreślać rzeczy z listy. Chciałam jeszcze donicę z truskawkami ale Trener rzucił mi Popaczanie.

PPS. Wypadek był, pacholę spiło się, wsiadło za kierownicę i zabiło siedmioro dzieciaków. Nie spotka go żadna kara, niestety, rodziców tej porażki wychowawczej też nie, i też niestety. Bo to, ahaha, nie wina dziecka przecież. To mściwe, zabójcze drzewo rzuciło się na niewinnych użytkowników dróg.
Niektórym w wypowiedziach publicznych lepiej czasem wychodzą teksty w rodzaju "Za. Dwieście. Metrów. Skręć. W lewo".