Tagi
squirk77@gmail.com
RSS
poniedziałek, 27 kwietnia 2015
To kwi or not to kwi.

No wrócił, wrócił, dość tego rozbijania się po Amerykach.
Zwłaszcza, że bardzo szkodzą na zmysły. Czy wasi mężowie też tracą na wyjazdach wzrok i czucie w palcach?
Bo Trener pogłaskał mnie czule po łebku, złapał w dłoń mój kucyk (o wiele mniej kucyka niż kiedy wyjeżdżał, wcześniej kategorycznie zabraniając mi obcinania włosów) i zapytał "Co to jest?!"
Otóż jest to, mój drogi, wyłącznie Twoja wina bo gdybym nie musiała tu siedzieć przez prawie dwa tygodnie sama jak palec albo cośtam tobym nie szła podcinać końcówek (o ca 15 cm) i pasemek też bym nie robiła.
Pasemka także zauważył ale też po swojemu, mianowicie przyjrzał mi się uważnie i powiedział:
 - Ładnie wyglądasz, tak pasiaście...Jak warchlak.
Co jest oczywiście nieprawdą gdyż wyglądam raczej jak mysz berberyjska.

W każdym razie wrócił i przywiózł mi znaczącą część asortymentu sklepu firmowego MAC a ja chyba oszalałam z tej samotności bo się ucieszyłam zamiast zrobić histeryczną scysję z powodu tego prezentu który jest przecież oczywistym komunikatem "Okropnie wyglądasz, masz tu, zrób z tym coś!"
No ale już przepadło, jak się ucieszyłam to nie będę teraz w histerię wpadać. Trudno, będzie na następny raz.
Gdyż znów będę miała okazję wkrótce. Konkretnie to za miesiąc. Trener leci do San Francisco, znów, za miesiąc.
Nikt mnie nie uprzedził że po latach związek wygląda tak, że kobieta siedzi w domu a jej amore wpada raz na jakiś czas po gitarę, chwilę się pokręci, śmieci wyrzuci i wziu.
Zastanawiam się czy nie polecieć z nim. Chyba, że te konferencje i szkolenia to tak naprawdę kochanka, no to wtedy wiadomo, że nie wypada tak we dwoje.

Tęsknię za Myszkiem i mam dość bezmyszości w domu, aktualnie jestem na takim etapie że najchętniej wpadłabym do zoologicznego i wyniosła w objęciach wszystko, co puszyste, z ptasznikami włącznie. Niestety na razie nowe Myszy nie wchodzą w grę bo czeka nas kilka wyjazdów a nie zostawię w zwierzęcym hotelu młodziutkich, w połowie oswojonych piszczydeł.

Przeczytałam wczoraj o rozbrajającym pomyśle podmienienia w WC odświeżacza na klakson na sprężone powietrze, bardzo głośny, i śmiałam się tak że mi coś strzeliło w dolnych partiach pleców i boli do dziś. Co nie jest takie złe nawet bo mogę oficjalnie nic nie robić jako nieszczęsna bidusia, piję herbatę i gram na telefonie w Polski Fight - wszystkim wpierniczyłam i od razu mi lepiej.

Obiecałam koleżance A. że opiszę scenkę rodzajową z udziałem dziecięcia której byłam świadkiem kilka dni temu.
Poszłam otóż po faszerowane papryczki do sklepu na ulicy Wieprzowej...

...i tu muszę przerwać i wyjaśnić, że w Dublinie nie ma ulicy Wieprzowej i to, co (będąc już strasznie starą i ślepą, jak wiemy) brałam za fantazyjny napis Pork Street ma tak naprawdę C zamiast P. Cork Street. Nie Wieprzowa, na pewno.
Przepraszam wszystkich których przez ponad rok z najlepszymi intencjami kierowałam na Wieprzową - mam nadzieję, że jakoś się domyśliliście.
(Za to rzeźnik jest w Alei Szpiku Kostnego.)

W każdym razie poszłam po te papryczki, w sklepie jak zwykle wesoły gwar, ludzie spokojnie wybierają, kupują i nagle o ja pierniczę jaki wrzask. Przed koszem z jakimiś promocyjnymi zabawkami stoi dziewuszka o bardzo zdrowych płucach i drze się z ogromnym zaangażowaniem.
Do dziewuszki przyskoczyła mamusia i zapytała rzeczowo czystą, dźwięczną polszczyzną czy ma jej dać klapsa za wrzaski w sklepie. I zasugerowała żeby się młodzież uspokoiła bo żadnej zabawki i tak nie dostanie bo mamusia nie ma pieniążków. W koszyczku mamusi leżała butelka wódki, wino i jakieś inne drobiazgi, pewnie nietanie więc nic dziwnego, że jakieś jeździdełko za głupie 4 euro było poza finansowym zasięgiem mamusi.
Do nieletniej dotarła dziejąca się oto niesprawiedliwość bo przerwała koncert, nabrała powietrza w płucka i ryknęła przejmująco:
 - A na wódkę to masz!
Sądząc po licznych heheszkach wokół Polaków w sklepie na Wieprzowej Cork Street było tego dnia wielu.
Zmieszana mamusia wyjęła z koszyczka wino i wrzuciła tę nieszczęsną zabawkę. Miło.

Czy można śmiechem złamać sobie tyłek? Poszłabym miętosić Pierwszego Kota Sąsiedzkiego ale nie wiem czy dam radę wyjść. Czuję że sobie jeszcze kilka dni pokwiczę przez te plecy.
(Czyli odpowiedź na pytanie w tytule postawione tak śmiało brzmi chwilowo "to kwi".)

wtorek, 21 kwietnia 2015
Już pięć dni

bez Myszy - napisałam o niej na Fanpejczu bo na notkę jakoś się nie mogłam zdobyć.
Smutno, bardzo smutno, tęsknię za moim puchatym Piszczydłem. Pociesza mnie tylko to że sobie spokojnie zasnęła w mojej dłoni, po prostu się Myszek wyłączył po kwadransie głaskania i opowiadania jej jak bardzo ją kochamy i jak jesteśmy wdzięczni.

W zeszły weekend do Trenera, mającego tydzień później lecieć na szkolenie do Kalifornii, zadzwonił radosny jak szczygiełek szef i mówi że jego żona za dwa tygodnie rodzi (wcześniej nie wiedzieli że ma rodzić? może ich nikt nie poinformował że tak się zdrowa ciąża kończy, słabo z tą edukacją w USA), i on chce przy tym być. Więc pomyślał, że zacznie to szkolenie tydzień wcześniej i że w tej sytuacji może by Trener przełożył lot na...powiedzmy...na następny dzień.
Czyli na za kilkanaście godzin.
Szlag mnie od razu trafił bo po co czekać, raz odbębnię i będzie z głowy, a Trener, cały ambitny i wesolutki, (przygoda! latanie! bogowie, jakżeż można lubić latać, no nie rozumiem) przełożył wszelkie rezerwacje i poleciał.
Więc byłam przy Myszy sama ale poradziłyśmy sobie ze wszystkim aż do końca.

Bardzo mi takse. Od 4 dni nikogo nie głaskałam, nie rozpieszczałam i nikt nie kradł mi sera z kanapki.
(Powyższa informacja nie stanowi oferty w rozumieniu art. 66 kodeksu cywilnego.)
Trener obiecuje że niech tylko wróci to prędko sera na kanapce nie zobaczę ale wiadomo że to nie to samo.
Yh.

PS. "Zapomniałam ci córeczko powiedzieć że dzwoniła babcia i mowiła że kuzynka K. ma już trzecie dziecko, no fakt że każde z innym panem ale dziecko to dziecko, zawsze radość w rodzinie, no i pyta kiedy wy się zdecydujecie bo to już dawno pora...I tak się zastanawiam czy nie powiedzieć tego co ty zawsze w takich chwilach mówisz - że urodziłaś ale oddałaś do adopcji bo było rude. Tylko może wtedy jej powiem jak do mnie przyjdzie i będzie akurat coś jadła..."

Przynajmniej z genami wszystko w porządku.

PPS. Bardzo Wam dziękuję za wsparcie dla Panny Futerko i dla nas, proszę o kciuki za szczęśliwą podróż Trenera, niech już do mnie wraca bo się tu zakwiczę.

Tagi: myszy
21:12, squirk
Link Komentarze (17) »
czwartek, 09 kwietnia 2015
Takie tam, z Myszą, plus wstyd jak beret.

Ta notka to w sumie dyskretne dumne popiskiwanie - wyciągnęliśmy Bardzo Starą Staruszkę z takiego zapalenia płuc że ojapierniczę, byłam pewna, naprawdę pewna (i zaryczana na śmierć niemal) że mi Mysz poranka nie dożyje. Widziałam, że próbuje się czesać i jeść, że walczy więc uparłam się jak dziki osioł że ja też o nią zawalczę  - budzik co godzinę i karmienie, dzieckowe posiłki  podawane na palcu, Mysz najpierw się nieco buntowała ale potem zaskoczyła i zaczęła jeść i się myć.
Po trzech dniach nabrała nieco tuszki, po pięciu zaczęła mnie zaczepiać żeby się z nią bawić.

Nie mam złudzeń, Mysz ma ponad 2,5 roku, to bardzo dużo jak na dżungarka i bardzo, bardzo dużo jak na dżungarka dziewczynkę, samiczki są o wiele bardziej awaryjne. To kwestia raczej dni niż tygodni i to tylko dlatego że zamęczam Mysz regularnymi posiłkami i jest na antybiotyku. Ale czuje się dobrze, jest bardzo radosna, czesze sobie uszki i wystawia wąsy do słońca, rzuca się na jedzenie i stara się jak najwięcej ruszać. Jest niezmiennie cała prześliczna i jest tu dużo dotykania się nosami i zjadania sobie resztek posiłków*.

Robię Myszowi miksy różne, mieszam to i tamto, rozdrabniam, żeby tylko zjadła. I wymyślam nazwy temu, co zmiksuję, bo co mi szkodzi. Nie myślę nad nimi zbyt wiele bo jestem koszmarnie niewyspana ostatnio, ale się staram.
Dziś posiekałam drobno surowego kurczaka, siemię lniane i dorzuciłam Vibovit.
Szczere łzy Trenera po tym, jak bardzo dumna pochwaliłam się mu nową mieszanką uświadomiły mi, że nazwa Siemiokurvit wymaga jednak pewnego dopracowania.

Czyli ze mną wszystko dobrze, tzn. źle.

 

* Trener podał Myszy kilka okruszków sera.
Mysz zjadła większość okruszków ale kilka zostawiła.
Trener demonstracyjnie spożył pozostałe okruszki, popaczał mnie ponuro i rzucił "Powiem jutro kolegom że dojadam resztki po chomiku".

 

PS. Trener zmienił pracodawcę. Czasem pracuje zdalnie i miewa konferencje online.
Nie miałam o tym pojęcia aż do przedwczoraj kiedy to cała szczęśliwa, że się wyspałam, wparowałam do salonu z przeraźliwym piskiem na ustach, w piżamie w misie, tańcząc i wymachując Owcą do spania po czym powitało mnie kilka rozbawionych "Hi!" i wtedy stało się jasne że jestem w samiusieńkim środeczku konferencji online na linii Dublin - San Francisco - Hyderabad. Akurat włączyli kamerki żeby kojarzyć swoje twarze. Perfektkuźwatajming.
No to moją twarz też już kojarzą. Z tzw. naddatkiem.
Dostaliśmy potem dwa zaproszenia na spotkanie gdzieś w mieście.
Niejaki Pierre spytał czy zabiorę tę maskotkę którą tak machałam.
Wiecie, czasem mam ochotę ruszyć w miasto z finką w zębach. Bez złych zamiarów (wstępnie) ale nie mówię że nie dam sobie szansy na spontaniczny rozwój.

PPS. Trener wylata do Kalifornii za tydzień i rozglądam się wstępnie za rozrywką. Wyszło mi z rozważań że optymalni będą cisi, nienachalni Czipendejlsi którzy wyniosą śmieci, przyniosą jedzenie, obetną mi włosy i dostarczą legginsy 3/4 w rozmiarze 38, czarne, bo akurat mi się gdzieś straciły. Nie wahajcie się podsyłać namiary.

PPPS. Coś wisi w powietrzu bo zjadłam ciastko**, prawie całe (nie cierpię słodkiego) i wypiłam szklankę coli (nie cierpię coli) - uprzedzam żeby potem nikt nie był zaskoczony kiedy zostanę znaleziona jak taka jedna nastoletnia córeczka właścicieli hotelu w jednym horrorze - półnaga siedząca na zakrwawionych zwłokach gościa i przeżuwająca w zamyśleniu jego jelito***.

** potrójnie czekoladowe z "Moich Wypieków" (rodzynki to zło, nie dodałam i nigdzie nie dodaję, ohyzda), są bardzo, bardzo czekoladowe, dorzućcie nieco więcej mąki bo jak nie to się rozpełzną, najlepiej upiec jedno na próbę

*** poważnie, czytałam to lata temu i teraz mnie męczy, kojarzy ktoś tytuł? Gość hotelowy podrywał uroczą, nieśmiałą córkę hotelarzy, potem ona go zabiła (i wypruła zeń wątpia) a oni zareagowali w rodzaju "Ojej, znowu, ach ta nasza córeńka niesforna"

PPPPS. Zamierzam bardzo wstępnie (szukam recenzji) napuścić na bliskie mi osoby dzieciate pana Zieloną Mysz, podoba mi się pomysł zapraszania na dzieckowe imprezy naukowca który ma szansę zarazić dzieciaki pasją i doprowadzić do pisku, kwiku i miotania się w sztucznej mgle (a poza tym ma do zaprezentowania różne myszy i uczy szacunku do małych zwierzątek), jak już się przekonam co i jak to opowiem. Chyba że ktoś już pana Mysz zapraszał i może coś powiedzieć, będę wdzięczna. (Zaznaczam na wszelki wypadek że to nie reklama tylko świeże odkrycie i że polecać będę dopiero jak uzyskam podstawy do polecania. Chyba, że mnie wcześniej zgarną za spontaniczne wyjadanie z ludzi jelit, no ale to wiadomo.)