Tagi
squirk77@gmail.com
RSS
czwartek, 31 maja 2012
"Zderzające się głowami samce to symbol potrzeby przedłużenia gatunku"

stwierdziła we wczorajszym programie o zwierzątkach Krystyna Czubówna, a mnie od razu przyszło do głowy, że jeśli na ulicy podejdzie do kogoś szyita i przypierniczy mu z tzw. "baśki" to znaczy, że czyni mu awanse i planuje wspólną przyszłość z potomstwem włącznie, więc nie ma co za bardzo narzekać na brutalność dresiarzy, oni po prostu okazują tzw. szorstką miłość.

Wyspałam się jak zwykle, więc proszę spodziewać się kilku okazjonalnych narzeknięć.
Mysz uznała, że starczy już tego całego bycia zdrową i zafundowała sobie powrót alergii na łapce - tym razem, aby wprowadzić element rozrywki, usytuowała alergię nieco wyżej, żebym miała więcej zabawy z pielęgnacją. Ubawiłam się setnie - alergia jest między łapką górną a pyszczkiem, czyli tam, gdzie Myszy łatwo jest się pofałdować i zwinąć, wczorajsze mazianie Myszy maścią z antybiotykiem dostarczyło mi mnóstwa wrażeń, jakimś cudem nadal mam obie ręce. Mysz okazała mi wdzięczność i podziw tłukąc się i miotając do wczesnych godzin porannych.

W uprawach niemalże bez zmian, tylko rzodkiew, która ma się piąć, uznała, że lepiej jej będzie przy gruncie, w związku z czym rozpierzaściła się na boki i ignoruje tyczki do wspinania, muszę ją jakoś zmotywować*. Poza tym bazylia uznała chyba, że niech spadam, ona rosnąć nie będzie i zostanie taka mała. Albo się ogarnie albo przekona się, że małe też jest jadalne. Reszta zieloniutka, pomidor jeszcze_nie_malinowy rzetelnie z gruntem współpracuje a koktajlowe przygotowują się do kwitnięcia. Dynia Piracka postanowiła zasłużyć na swą nazwę i przygniotła doniczkę z koprem zyskując tym samym nowe terytorium, muszę jej znależć jakieś inne oparcie dla coraz większych liści, bo koper trochę się słania i chyba nie lubi gości.

Kolejne wieczorne oglądanie programów przyrodniczych upewniło mnie, że świat przyrody jest brutalny. Mianowicie tłukły się wczoraj dwa zające i jeśli komuś się wydaje, że taki szaraczek tylko sobie kica i jedyne, czym może współzającowi zagrozić, to złe spojrzenie, to niech sobie popatrzy, proszę bardzo, ile tu skakania i łapek. Drugiego z kolei komentarza pod filmikiem proszę nie czytać, bo jest niesforny. Ponadto mam wrażenie, że tłumaczom pozwala się na wprowadzanie spontanicznych zmian w czytanym tekście, mianowicie w jednym z odcinków "Najgroźniejszych z groźnych" zaprezentowano walkę sokoła z wężem a z ekranu padło podszyte satysfakcją stwierdzenie "Jeden z tych cyngli za chwilę będzie wąchał kwiatki od spodu". Jeden z tych cyngli faktycznie miał drobnego peszka i został zjedzony. Nie powiem, który, ale drugi oblizał się i odleciał, macie zagadkę i nie będziecie się w pracy nudzić, nie ma za co.

Kolega Bartoszcze zasugerował mi, abym w celu wysypiania się przestawiła się w tryb Myszy i spała wtedy, kiedy ona. Obawiam się, że nie jest to możliwe, musiałabym bowiem przesypiać cały dzień wstając tylko na brokuła i do toalety, która stanowiłby kącik za łóżkiem (jak u Myszy - nauczyła się puszyściutka cholera załatwiać się w rogu kapsuły z Sypialnią Pierwszą), następnie wstawałabym ok. 20.00, biegała pół h, miotała się i opychała ziarnem przez godzinę i udawała się dospać, po czym wstawałabym ok. 22.00 i biegała do 4.30 rano, następnie musiałabym zdemolować pomieszczenie, zawlec kołdrę do innego pokoju, ale po drodze zmienić zdanie i porzucić ją, po czym musiałabym zasnąć w rogu losowo wybranego pomieszczenia, przed zaśnięciem tłukąc się i szeleszcząc możliwie najglośniej. Ok. 8.30 musiałabym wstać na dodatkowe pół h tłuczenia się z opcjonalnym popiskiwaniem, żeby zaniepokoić opiekuna i zyskać dodatkowe głaskanie i ziarno. Myślę, że pozostanę przy swoim trybie, tj. notorycznym niewyspaniu, dzięki czemu pozostanę u siebie a nie zamieszkam np. w Tworkach.

Obrazeczki będą dziś nieco romantycznie, mianowicie będzie o uwodzeniu i wyrażaniu podziwu. Jako bonus - oczywista oczywistość. Miłego dnia Państwu.

* jest też opcja, że to nie rzodkiew, tylko jeden ze śmiesznych ogórków i nie wiem, który - w przyszłym roku na pewno opiszę, co gdzie posiałam. Nie pamiętam, czy ogórek - jeśli to ogórek - miał się piąć, więc trochę głupio mi teraz iść na balkon i kazać się piąć rzodkwi, która może być ogórkiem i piąć się nie musieć.
Oszaleję tu kiedyś.

wtorek, 29 maja 2012
"Z ust dziewczęcia powinny padać tylko kwiaty"

- przeczytałam to w jednej książce i staram się przestrzegać, ale konia-zrzędę temu, kto nie rzuci dyskretnym kurwamaciem, kiedy mu odleglejszy sąsiad wypuści bladym świtem na rześkie zewnętrze akustycznego pieseczka wespół z piszczącą piłeczką (oraz, moim zdaniem, chorobą afektywną dwubiegunową). Pieseczek na zmianę piłeczkę paszczą hołubił, toteż wydawała stosowne, przeraźliwe dźwięki, a potem się nią nudził i wydawał paszczą odgłosy świadczące o tym, że ma dość rześkiego zewnętrza, piłeczki, samotności i życia wogle. Reasumując - jęczenie ściskanej gumy i poszczekiwanie z elementami wycia podstawą świetnego humoru wczesnym rankiem.
Potem wstała Mysz i stało się jasne, że nawet, jeśli pieseczek się zamknie, to Mysz wcale nie zrezygnuje z przemeblowywania Myszarium, więc wyspałam się jak zwykle, czyli wiadomo.

Oczywiście, jak każdego dnia, obejrzałam wczoraj swoją porcje przyrody, ale tym razem było o tym, jak się zwierzątka między sobą tłuką, więc jeśli ktoś miał wizję takiego np. Serengeti jako zieloniutkiego raju, w ktorym zwierzęta przechadzają się z godnością skubiąc to i tamto i każdy każdemu jest bratem to od razu mówię, że to trochę inaczej wygląda. W programie tłukło się niemalże wszystko ze wszystkim - niemalże, bo np. taka mysz polna, gdyby lwa zaatakowała, toby mógł nie zauważyć, więc oszczędziła sobie upokorzeń i o myszach nic nie było. Za to lew miał ustawkę z dwoma innymi i powiem Państwu, że ja to się do Afryki nie wybiorę nigdy. Poszło o panny i grunt, jak zwykle, i było tam mnóstwo ryku i wielkich zębów - Afrykanie mający rozum w głowie powinni jak najszybciej stamtąd wiać, nie wiem, do Konstancina się przenieść czy w inne miejsce lwów pozbawione, bo natknąć się na kilkaset walczących kg w czasie spaceru z rodziną w niedzielę to nie takie hop-siup w końcu i ani się spacerowicz nie obejrzy jak wraca do domu bez kończynki albo wcale. Przegwizdane tam mają i powinni się przeprowadzić moim zdaniem. Ponadto ma u nas byc inwazja góralków patagońskich i wołów piżmowych, więc przyda się każda dodatkowa para rąk do głaskania i obrony. Napiszę w tej sprawie do szefa Afryki.

No nic, obejrzałam te zwierzęta i oświadczam, że nie wierzę, że hipopotamy są wegetarianami, bo po co wegetarianom półmetrowe kły? Mam teorię, że one się na powierzchni wody napierniczają na pokaz, że niby nie życzą sobie, żeby im ki chu...hipopotam obcy wodę mącił, a pod powierzchnią zjadają się entuzjastycznie i tyle. Takie wielkie zęby do jedzenia wiotkich roślinek na pewno potrzebne nie są, a w programie widziałam, że do wody weszło kilka dużych i jeden mniejszy i potem tylko te duże wyszły. Zeżarły tego mniejszego, oczywiście, a rośliny skubały po to, żeby go szybciej strawić i przed innymi udać, że one tu tylko trawę jedzą, a tamten to pewnie zasnął pod wodą i nie ma co mu przeszkadzać, wypił wczoraj za dużo i go zmogło, wiecie, jak to jest, ahaha, potem się go obudzi. Potem, oczywiście, wszyscy o mniejszym zapominają, a więksi wybierają sobie kolejnego na przekąskę i trudno się w tej sytuacji dziwić, że hipopotamów jest coraz mniej. Bardzo autodestrukcyjny gatunek.

Brahdelt użyła Przystojnej Poczty (tzn. jej mężczyzna przekazał mojemu) do powiekszenia moich upraw o okrę i werbenę więc będę miała jeszcze dwie doniczki na balkonie i trochę więcej zieleni - świetnie się składa, bo mam wolny kącik obok bazylii. Wszystko rośnie jak szalone i zadziwia mnie siła życiowa Dyni Pirackiej - przyznam, że trochę wątpiłam w to, czy złamana łodyga oklejona taśmą w czaszki ma szansę przeżyć ale najwyraźniej taśma jest dla dyniowatych bardzo zdrowa i mobilizująca. Postaram się jeszcze dziś wrzucić na Fanpejcz zielone aktualności. Mam zastrzeżenia tylko do rzodkwi pnącej - nie wiem, może nikt jej nie uprzedził, że słowo "pnąca" ma tu spore znaczenie, bo zaczęła się rozpirzać na boki, zamiast zacząć przyzwoicie się wspinać, a ma po czym.

Obrazeczków proszę spodziewać się później, roboty mam tyle, że o, bogowie. Bardzo mało czasu mam w ogóle ostatnio - zrezygnowałabym z części snu, ale Mysz załatwiła to za mnie. Miłego dnia Państwu, gdyby komuś przyszło do głowy zrobić sobie po lanczyku wycieczkę do Afryki to niech sobie daruje, naprawdę, tam się wszystko napiernicza i można oberwać przy okazji. Jeśli ktoś pragnie takich wrażeń to wystarczy troszkę zaczekać, niedługo Euro i będzie można zostać uszkodzonym na ulicy przez uprzejmych obcych bez zbędnych wydatków.

PS. Widziałam wczoraj w jednym medycznym najszybszą intubację świata - slurp! i wuala, pacjent zaintubowany. Naprawdę nie dziwi mnie że większość ludzi uważa się za specjalistów w dziedzinie medycyny - naogląda się taki Kowalski kilkunastosekundowych porodów, defibrylacji przy asystolii i torakochirurgii wykonywanej jednym palcem na pacjencie, z którym lekarz utknął po ciemku w uszkodzonej windzie i od razu ma gotowy wniosek, że taka medycyna to pikuś, po co tyle lat studiów, phi.

poniedziałek, 28 maja 2012
Tajniki konstrukcji Myszy przesadnie Domowej, świnia i gumofilce.

Tym razem tytuł to treść notki w pigułce - na wypadek, gdyby ktoś nie lubił czytać o np. gumofilcach bo od razu będzie wiedział, że notka nie jest dla niego, i nastroju sobie lekturą nie zepsuje.

Trener Osobisty prawdopodobnie będzie kandydował do Nobla, gdyż odkrył wczoraj w Myszy rzecz niezwykłą.
Mysz - którą niechcący udało mi sie przeswoić, bo nikt mi nie wmówi, że futrzaczek bezczelnie domagający się świadczeń, obrażający się i bezpardonowo na ludzia włażący jest zwyczajnie oswojony - łaziła sobie mianowicie po łóżku, bo chciała. Trener Osobisty wszedł ze sporym okruchem chleba, na punkcie którego Myszy regularnie kompletnie odbija. Usiadł i okruszek wręczył.
Mysz złapała okruch w pyszczek, ale była tak zachwycona obecnością Trenera, że stanęła na tylnych łapkach. Okruch wypadł z pyszczka.
Pokiziana Mysz opadła, chwyciła okruszek, ale Trener coś do niej powiedział, więc stanęła na tylnych łapkach. Okruch wypadł.
Sytuacja powtórzyła się kilka razy.
 - Ha! - orzekł Trener Osobisty. - To dlatego, że Mysz ma jeden neuron odpowiedzialny za stanie na tylnych łapkach i trzymanie czegoś w pyszczku. Nie jest w stanie wykonywać tych czynności jednocześnie.
Będzie z tego Nobel, zobaczycie.

We wczorajszym spotkaniu z przyroda było o żarłaczu białym, co od razu Wam powiem, że nie jest prawdą, bo jest bardziej ciemnoszary, a biały tylko na podwoziu, w dodatku jakaś taka wątpliwa ta biel. Nie wiem, może komuś nazwa "żarłacz ciemnoszary i tylko trochę biały, w dodatku z góry białego nie widać, więc się nie liczy" nie pasowała czy co, a byłaby uczciwa przynajmniej. Długo nie pooglądałam, bo zaczęły się polowania na uchatki, a uchatki są proszę sobie wygooglać jakie miłe z wyglądu (i jeśli zapomni się o tym, że mają wielkie pyski pełne ostrych zębów), włączyłam inny program o zwierzątkach, a tam krokodyl konsumuje dziką świnię. Poważnie, stoi sobie taka starszawa, ponura świnia nad brzegiem, wyraźnie ma wszystko światu za złe i tylko patrzy, komu by tu raciczką twarzoczaszkę zdefasonować i nagle hyc! - nie ma świni, bo wyskoczyło tak ze 6 metrów bieżących krokodyla, kłapnęło i było po złym humorze świni. I po wszystkim innym świni, prawdę mówiąc. Nie wiem, może krokodyle nie lubią ponurych świń i eliminują je z otoczenia żeby sobie dnia widokiem czyichś fochów nie psuć. To się może rozciągać na wszelkie inne organizmy żywe, więc na wszelki wypadek przechadzając się brzegiem rzeki pełnej gigantycznych krokodyli różańcowych starajcie się wyglądać na zrelaksowanych i w dobrym humorze.

Za jakieś grzechy jadę dziś na zakupy, więc nastrój mam stosowny, tzn. dziś bym nad rzekę krokodyli nie poszła, wyglądam na światu niechętną i trochę ponurzę. Zaraz by mnie coś zeżarło (acz nie pani Gessler, ona nie żre przecież).
Czytelniczka Zuzanna podzieliła się ze mną faktem, że otrzymała dziś omyłkowo telefon w sprawie dostawy jakiegoś sprzętu AGD, co przypomniało mi o tym, jak kilka lat temu dzwoniono do mnie na telefon domowy notorycznie myląc numer mój z numerem jakiejś hurtowni obuwniczej. Mylili się tak ze 2-3 razy dziennie, w końcu szlag lekki mnie trafił po tym, jak zadzwonił do mnie jakis smętny kutasina (pardon my Klatchian) i zaczął na mnie wrzeszczeć, że co ja sobie wyobrażam, on się nie pomylił, bo on się nigdy nie myli i ma świetną pamięć do numerów, dzwoni i dzwoni, a ja kłamię albo żarty sobie robię i jeśli natychmiast nie przyjmę jego zamówienia na gumofilce dla pracowników to poniosę surowe konsekwencje.
Oczywiście zamówienie przyjęłam, bo nie lubię surowych konsekwencji.
Niestety nie wiem, co dalej, bo nie dzwoniono już do mnie w kwestii obuwia - mam jednakowoż nadzieję, że wspomnianym pracownikom nogi nie mokną.

Ponadto dostałam kolejnego smsa z informacją że wygrałam mercedesa i wiecie, chyba zacznę je odbierać, żeby ludziom kłopotu nie robić, to już chyba mój szósty mercedes, pewnie im się już w magazynach miejsce kończy. Trudno, porozdaję to czy coś. Są pewne, bo piszą, że "nagroda gwarantowana" - gdyby ktoś chciał mercedesa to prosze dać znać, tyle sie nawygrywałam, niech nie stoją i się nie kurzą. Lubię konkursy smsowe - nigdy nie brałam w żadnym udziału, a co chwilę coś wygrywam, to takie miłe.

 Obrazeczki mam przygotowane - dziś będzie góralka niepatagońska, tajny język Elvisa i ciekawostka o anatomii. Idę robić listę zakupów, żeby przemknąć przez sklep jak leciutko wkurwiona błyskawica.

niedziela, 27 maja 2012
"Młody żarłacz ma ciągle pod górkę"

poinformowała mnie wczoraj Krystyna Czubówna w programie o zwierzątkach, który oglądałam, i - po odegnaniu wizji zasapanego żarłacza z plecaczkiem usiłującego wdrapać się na spore wzgórze, bo jestem sobą przecież - muszę przyznać, że miała rację. Samica, dajmy na to, humbaka trzyma młode przy sobie przez rok, ale pani rekin ma inny pomysł na życie - szybciutko się rozmnaża i odpływa, mając potomstwo w odwłoku i płetewką na pożegnanie nawet nie machnąwszy, w dodatku potomstwo, jak się okazuje, natychmiast wskakuje do menu mnóstwa innych pływających stworzeń, więc przez pierwsze lata życia przemyka się zalęknione przy dnie, a kiedy wyrośnie to się mści i przyroda wokół niego ma przechlapane.
Ponadto oglądałam wczoraj o tym, jak żyrafa zabiła lwa, i trochę inaczej patrzę teraz na żyrafy, oraz o tym, jak kochają się świnki morskie - byłam pod dużym wrażeniem (i troszkę spłakana ze śmiechu), było tam mnóstwo futra i piszczenia, bo samczyk czynił samiczce awanse a samiczka udawała, że ona sobie tego wcale nie życzy i co on sobie wyobraża, ona wcale nie jest łatwa, co ludzie powiedzą, jak to zobaczą i przestań, ach, przestań, Gwidonie, zanim ktoś wejdzie. Życie hodowcy świnek morskich musi być pasmem radości.

Żeby nie było, że tylko o zwierzętach oglądam - obejrzałam jeden z odcinków "ER" i zaserwowano mi kolejny błyskawiczny poród, dosłownie kilkanaście sekund minęło między "Widzę ramiona!" a "Gratuluję, ma pani piękną córeczkę" - szczęśliwa (i szybka) matka dziecięcia na oko ośmiokilowego nawet spocić się nie zdążyła, dzielna kobieta. Przeciętny widz może po obejrzeniu nabrać podejrzeń, że kilkunastogodzinna akcja porodowa jego własnej żony to jakaś ściema i że najwyraźniej ma w domu kobietę wrzaskliwą, nadwrażliwą i mało zaangażowaną, więc w takiej np. Ameryce powinni, moim zdaniem, umieszczać na ekranie po szybciutkim porodzie zastrzeżenie, że tak naprawdę wygląda to inaczej i nie ma co oczekiwać, że żona urodzi bezgłośnie i z uśmiechem na ustach między zrobieniem kanapki a podrzuceniem pozostałych dzieci do szkoły, a po całej akcji wyskoczy lekko z łóżka, rzuci beztrosko "Och, ależ nabałaganiłam" i zacznie sprzątać, bo kto inny miałby.

Zajrzałam na główną i wracam bogatsza o wiedzę, że wg pani Gessler Polacy żrą. Z tego mam świeżutki wniosek, że elegancka konsumpcja na salonach, w restauracjach i w domach celebrytek to szereg pułapek czyhających na smukłe figury, bo jakimś cudem bardzo rzadkie skubanie niskokalorycznych drobiazgów z maleńkich talerzyków (tak wyobrażam sobie konsumpcję, jaką na pewno uskutecznia światowa dama, która przecież nie żre jak inni Polacy) najwyraźniej strasznie tuczy, a wygooglane zdjęcie pani Gesler wytwornie i z niechęcią skubiącej malusienieczki kawalątek tortu na długo zapadnie mi w pamięć.

Balkon sumiennie się zieleni, własnie podlałam rośliny (i poduchy trochę też), nieco oklapły mi pomidory malinowe i wygłosiłam pod ich adresem kilka dyskretnych gróźb, mam nadzieję, że zadziałają. Mały pomidorek jeszcze_nie_malinowy urósł i bardzo mu kibicuję, bo zamierzam go zjeść prosto z krzaka i kwiczac wpiekłogłosy z ukontentowania. Pogadałabym z nim dłużej, ale przyleciał trzmiel, więc zareagowałam z tradycyjną dla owadów sympatią, mianowicie wydałam przeraźliwe "Hyyy!" i zwiałam. Niby puszysty jest taki trzmiel, a puszyste ma rację bytu, ale owad to owad, obrzydliwość, a jeśli ktoś lubi motylki niech sobie popatrzy na motyli mordzik pod mikroskopem, to mu przejdzie. Motyle są straszne, mniej się boję krokodyli. Owszem, może mieć tu niejakie znaczenie fakt, że żaden krokodyl mi nagle na balkon nie wskoczy, więc mogę sobie na luzie być taka dzielna, ale jednak.

Sporo ostatnio o zwierzątkach, więc i obrazeczki dorzucę pasowne - dziś będzie cicik i rybka niecała. Jako bonus - kobieta upadła.

PS. Weszłam właśnie do sypialni i zastałam Trenera Osobistego i Mysz na łóżku i w sytuacji jednoznacznej. Mianowicie kiziali sie noskami, a zachwycona Mysz stała na tylnych łapkach w fontannie okruszków, co niezbicie dowodzi faktu, że została wywabiona na kizianie okruchem świeżego chleba, na punkcie którego jest obłąkana. Kiedy piekę chleb Mysz jest cała w pląsach i podrygach, a potem opycha się jak jakiś sołtys. Albo jak Trener, choć On, dzieki stosownym bogom, przynajmniej nie biega nerwowo w kołowrotku wyskakując co chwilę żeby sprawdzić, czy już upieczone i można jeść.
Oszaleję tu kiedyś tak czy siak. Miłej niedzieli Państwu.

sobota, 26 maja 2012
Zielono mi czyli praktycznych porad ogrodniczkom-amatorkom dedykowanych część druga.

Część pierwsza, przypominam na wypadek gdyby ktoś pilnie potrzebował coś posiać i nie wiedział, jak uniknąć porażki, jest tutaj.
Odwiedziłam właśnie swoją plantację i oznajmiam, że jestem dumna. Wszystko, odpukać, rośnie jak szalone, nawet ta cukinia, co do której sądziłam, że płoży się przedśmiertnie, jakoś się podźwignęła i wypuściła dwa nowe zielone cosie. Przemawiam do niej motywująco, pewnie dlatego się mobilizuje - albo dlatego, że słyszała, co mówię roślinom, które niedostatecznie się starają, i co następuje potem przy współpracy łopatki i worka na śmieci. Groza i terror gwarancją obfitych zbiorów, zawsze to powtarzam. Niemniej nastąpiło kilka drobnych potknięć i zapisze je sobie, żeby mieć na przyszłość, a może i któryś z czytelników skorzysta.

Świetnym pomysłem jest przed zakupieniem nasionek czy sadzonek sprawdzić, jak duża będzie przyszła roślinka. Błędem jest rzucanie się na krzaczki papryki z okrzykiem radości i nadziei na własną, maleńką uprawę papryki, bo papryka, jak się ze sporym zaskoczeniem ze trzy dni temu dowiedziałam, to wielki krzaczor o wysokości co najmniej 2 cicików. Na razie moje 3 sadzonki papryki mają po pół cicika wysokości, ale staje się powoli jasne, że ta mała skrzynka, w której rosną, to jakby ciuteńkę za mało. Trzy krzaczory, a wszystko to przez Pana Truskawkę, oczywiście.

Dobrze jest mieć na balkonie wielkie poduchy, na których można usiąść i rozkoszować się widokiem gibiącej się w lekkim zefirze fasoli szparagowej albo, będąc Trenerem Osobistym, czytać i ewentualnie pić piwo.
Trochę mniej dobrze jest ustawić przy poduchach pojemniki z rzodkiewkami i rozmarynem, bo wiecie, jakoś nigdy nie udaje się ich podlać tak, żeby poduch solidnie nie zwilżyć. A potem się mnie niektórzy czepiają i nie pokażę palcem, kto, bo mnie Trener w łapę trzepnie.
Na to, żeby pojemniki z zielonymi poprzestawiać wpadłam przed chwilą, ale to wysiłek fizyczny, nie wykonam go w weekend przecież.

Dosypując do doniczek ziemi czy przesadzając którąś z roślin dobrze jest nie podchodzić do powstałego bajzlu z optymistycznym "Wietrzyk powieje i ta odrobina ziemi sama sobie z wietrzykiem poleci" gdyż, co bezustannie mnie zdumiewa, cholerny wietrzyk wieje czasem nie tam, gdzie ja chcę. Szok i niedowierzanie, ale tak jest i trzeba iść po zmiotkę żeby nie mieć balkonu upieprzonego ziemią między doniczkami. Wzdych.

Tyle z porad, jak mi się coś przypomni to dopiszę, a tymczasem podzielę się nowościami ze świata przyrody, tym razem praktycznymi. Otóż w wyniku przeprowadzonej wczoraj z czytelniczką Zuzanną (uściski) dyskusji podjęłam decyzję o uczynieniu mojej wiedzy nt. fauny użyteczną na gruncie lokalnym. Zdawać by się mogło, że na cóż mi tu, w Polsce, na niemalże wsi pod lasem, wiedza o góralkach patagońskich czy strukturze klanowej u likaonów. Wczoraj uświadomiłam sobie, że wiedza ta może stać się orężem na wypadek, gdyby góralki patagońskie i likaony zrealizowały plan inwazji na nasz kraj. Najpewniej go mają, mamy tu dużo zieleni i innych takich, do tego bardzo knuczo wygląda taki puszyściutki góralek, a likaon to już w ogóle, więc pewnie już tam rysują mapy sztabowe, nie ma na co czekać, trzeba się przygotować. Góralki mniej mnie martwią, są miłe i puchate, pogłaska się takiego i będzie po naszej stronie, likaony to trochę większy problem, niech ktoś spróbuje sobie likaona pogłaskać, proszę bardzo, zdrówka życzę. Ponieważ gang nie napadł jeszcze na żadną zamożną wieś i z kasą jest, jak jest, postanowiłam zorganizować to sprytnie, czyli wyszkolić góralki patagońskie, żeby likaony napadły i inhumowały, np. dusząc je puchem, którego na statystycznym góralku jest całe mnóstwo. Dorzuciłam 10 góralków do tego zamówienia na kocię lwa, jeśli wyślą razem i kurierem to na poniedziałek będziemy miały lwa i dyszkę góralków na przeszkolenie.
Pozostaje jeszcze kwestia inwazji na Polskę innego gatunku, mianowicie te woły piżmowe, co je oglądałam kilka dni temu, też miały w oczach coś jakby chęć odbycia długiej wycieczki w celu pohasania sobie na naszych połoninach, a nie wiem, czy uda się wyszkolić góralki tak, żeby broniły nas także przed wołami piżmowymi. Trochę wątpię, bo góralek jest wielkości bardzo skromnej i duszony góralkiem wół może tego po prostu nie zauważyć i pójść sobie, co wrażliwego góralka mogłoby wprost załamać, a tego nie chcemy. Coś wymyślę, nie będzie taki wół piżmowy fukał nam w twarz i mierzwił naszych góralków przecież.

Trener Osobisty udał się nagłaśniać jakąs imprezę - to pewne, bo kiedy zapytałam uprzejmie, czy jadą na dziwki i wódkę i czy potem jakiś dyskretny anonim dostarczy mi na próg zalanego w trupa Trenera za mniej więcej tydzień Trener Osobisty odparł, że absolutnie nie, a to uczciwy człowiek jest, do tego nigdy się w trupa nie zalał więc po cóż miałby teraz - więc mam cały dzień dla siebie, mogłam się wyspać itp. Mogłam, ale mam Mysz, więc wyspałam się jak zwykle, czyli nie. Jeśli komuś się wydaje, że Mysz zmieniła nawyki, to od razu mówię, że skądże znowu, do tego opanowała sztukę bardzo hałaśliwego korzystania z poidełka. Bardzo hałaśliwego, aj min zerwałam się na równe nogi bo nie wiedziałam, co się dzieje. Mysz była zachwycona.

Odnotowałam ponadto powrót srok-psychofanek, stałam mianowicie w swojej niszy ekologicznej, tzn. przy oknie w kuchni, gapiąc się na plantację, gdy jedna ze srok zjawiła się nagle znikąd i wydarła się na mnie tak, że mało tam nie zasłabłam. Gupia sroka. Muszę zorganizować jakiś wypłaszacz, zanim dostanę zawału patrząc na rzodkiewkę.

Uświadomiłam sobie, że nasz gang Kosz Angels (w którego gronie witamy Zulkę od świnka morskiego, Zulkę od cicika czyli Ulkę i Berberysa - mua!) nie ma pieśni bojowej. Pomyślałam, że mogłoby to być coś radosnego, optymistycznego, co mogłybyśmy wykonać na festynie po inwazji, do tego na jakąś znaną melodię, żeby ocaleni z pogromu mieszkańcy wsi także mogli podśpiewywać wespół. Może coś na melodię "Takie ładne oczy" Czerwonych Gitar, np:
"Ładne oczy mam, topór trzymam,
takie ładne oczy, nikt mi nie podskoczy.
Wśród wysokich traw krwi pełen staw,
Chcesz ocalić życie - załatw świniobicie*"
czy jakoś podobnie. Nie wiem, mam chyba za mało romantyzmu w duszy, żeby napisać utwór dla grupki wrażliwych, brodzących po kostki we krwi dziewcząt, więc chętnie przeczytam inne propozycje.

Mam dla Państwa na sobotę piękne obrazeczki - jeden nawiązujący do geniuszu farmaceutów, którzy nagle dostali ataku sumienia oraz dwa o tym, że koty są miłe, a zające w trawie.

* Żadna z nas nie umie świni bić.
Nie tak, żeby "pac, pac!" tylko inhumacyjnie.
Poza tym Berberys lubi świnie niekulinarnie, musimy wziąć to pod uwagę.
Może kurczaka się upiecze alboco.

piątek, 25 maja 2012
"Kto będzie zwracał uwagę na biust, mając pod nosem apetyczne piersi..."

Tytuł stąd, wypatrzony bystrym oczkiem Emilyann, gnę się w pokłonach. Ktoś się najwyraźniej na widok biustu zacukał i ani kroku poza temat wyjść nie może, a szkoda, bo tyle interesujących rzeczy się dzieje wokół, np. majtek nie wolno jeść a kilku farmaceutów nienawidzi pieniędzy i poważnego traktowania. Zupełnie serio proponuję, żeby głosować nogami i nie kupować nawet głupiej paczki chusteczek u ludzi, którym nagle odbiło i uznali, że mogą decydować za innych.

Poza tym niech mi ktoś powie, dziękuję uprzejmie, gdzie jest ten deszcz, co miał od wczoraj padać, bo nie wiem, może mu nikt nie powiedział, że to już, i dlatego nawet nie drgnął. Trener Osobisty mówi wprawdzie, że kiedy szedł na siłownię to spadło kilka kropli i oczywiście wierzę mu, tyle, że to miało być dużo więcej kropli i tak, żebym ja też skorzystała.
Z dobrych wiadomości - groch się zmobilizował, pogrzebałam w gruncie patyczkiem, a tam kiełki. Dosiałam jedną groszą sztukę na miejsce tego Cudu, ahaha, Kelvedonu, co wstał i niezzwłocznie padł. Ponieważ zupełnym przypadkiem mam jeszcze pojemniczek, ziemię i ziarno planuję dosiać trochę dla samych pędów, bo Brahdelt mówi, że dobre. Wszystko mi rośnie jak jakie gupie, odpukać, i nawet zrobiłam wczoraj kilka zdjęć, żeby się chwalić, jak tylko obgimpię wrzucę na Fanpejcz, trochę nie mam na takie rzeczy czasu ostatnio, ale w weekend postaram się nadrobić. Zwłaszcza, że Trener Osobisty zostanie porwany przez męża Kiki i jadą coś nagłaśniać (albo mają kochanki i jakoś to wspólnie organizują, ale nie mamy pewności, a dość fajni dla nas są, więc uznałyśmy, że może faktycznie nagłaśniają), więc mój czas będzie tylko mój (i Myszy).

Znowuż oglądałam wczoraj o zwierzątkach i powiem Wam, że wcale nie jest łatwo być jeżozwierzem, natomiast życie ryszarda (teoretycznie rysia, ale nie zostaliśmy sobie przedstawieni, a szacunek dla przyrody trzeba mieć) zimową porą nie jest wcale złe i obfituje np. w głupie króliki, którym przyszło do głowy nagle bez sensu wychynąć sobie na świeże powietrze. Widziałam wczoraj jednego, który już nie wchynął z powrotem, bo natknął się na ryszarda i nastąpiły reperkusje. Lubię króliki, oczywiście, ale jestem świadoma, że nie są to zwierzątka o umysłach lotnych.
Ponadto tłukli się, dzięki bogom na ekranie, bawół i nosorożec i wygrał ten drugi, co pomogło mi wyciągnąć wnioski nt inteligencji bawołów, bo trzeba chyba na mózg upaść, żeby się z nosorożcem tłuc, oraz lwy napadły na żyrafę, a tej też chyba rozum odjęło, bo pląsała sobie w chaszczach zamiast okazać antagonistom żywiołową niechęć i szybciutko się z miejsca akcji zabrać. Żyrafa ma ogromny potencjał jeśli chodzi o obronę, bo może jednym kopnięciem solidnie lwa uszkodzić - ta chyba nie wiedziała, co z nogami zrobić, bo pohasała sobie anemicznie, potem do akcji wkroczył duży lew i było po wszystkim. Nie mówię, że lwy powinny konsumować wyłącznie tartinki z rokpolem z papierowych serwetek, ale trochę mi zawsze żyraf żal, bo są ładne, za to nie miałabym nic przeciwko temu, żeby ktoś wyjadł z Afryki wszystkie hieny.
Poza tym mam nowy pomysł na swoją karierę, mianowicie będę przechadzała się po lesie z torbą pełną orzechów i nasion i wsypywała je do jamek zamieszkanych przez norniki żeby nie musiały (norniki, nie jamki) w zimie wychodzić i szukać pokarmu, bo sowy, jak się okazuje, też norniki lubią, tylko trochę inaczej. Norniki są proszę sobie wygooglać jakie śliczne i puszyste, a wiadomo, że śliczne i puszyste trzeba chronić. 

Zapytano mnie wczoraj w dwóch egzemplarzach skąd biorę pomysły na kolejne notki. Otóż, drogi Pamiętniczku, ja pomysłów na notki zwykle nie mam. Bardzo rzadko jest tak, że chcę pisać o czymś konkretnym, bo za dużo tego konkretnego dzieje się wokół i jakbym tak miała pisać o wszystkim tobym niczego innego nie robiła. Siadam i jakoś samo wychodzi. Gdyby ktoś zapytał o czym jest mój blog tobym musiała trochę się pozastanawiać, bo myśl przewodnia jest taka, że siadam i piszę to, co mi wpadnie do głowy, w dodatku nie po to, żeby mieć nagle milion czytelników czy wyrwać płeć przeciwną na "taka jestem wrażliwa, samotna i smutna, pieść mnie i czochraj, bez Ciebie mam weltszmerc". Reasumując - piszę, bo mnie to bawi, a Wy jesteście moim motywatorem, bo czytelników mam takich, że spokojnie można mi zazdrościć, proszę się nie krępować i zazdrościć ile kto chce. Jeśli mnie bawić przestanie to przestanę pisać i wymyslę sobie inną formę rozrywki, na razie piszę i może o kulinariach też zacznę, tylko wizja słitkomciów mnie wciąż zniechęca. Nie wiem, jak zapobiec pojawieniu się na blogu słodkich idiotek, moderować go przecież nie będę.

Obrazeczek mam na razie jeden, za to rozrywkowy, i idę poszukać ich trochę więcej, żeby ten taki samotny nie został. Udanego weekendu, bawcie się dobrze.

czwartek, 24 maja 2012
"Mucha nie widzi Rosjan w Bristolu"

Wczoraj poinformowano o tym na głównej (skrinszot jest na Fanpejczu) wykluczając wszelkie wątpliwości i dyskusje. Okrutny świat skonstruowany jest tak, że nieszczęsna mucha, gnana nadzieją na ujrzenie Rosjan, nalata się, namacha skrzydełkami, leci przez pół Anglii, resztą sił wpada do Bristolu - i rzopa, proszę Państwa. Rosjanie w Bristolu są dla much niewidoczni. Nie wyjaśniono, dlaczego akurat mucha została wykluczona z kręgu istot mogących gapić się w Bristolu na Rosjan, póki im się nie znudzi.

Poza tym oglądałam wczoraj o lwach i liczyłam na obfitość robiących "mił" puszystych cicików - zamiast tego zasypano mnie serią dowodów na to, że zwierzęce otroczki stanowczo nie powinny oddalać się od swoich stad, bo mogą trafić na inne stado i stać się jego częścią, zdecydowanie nie na zasadzie "Stary, dołącz do nas, pójdziemy wkurzać krokodyle, będzie świetnie!"  - nie, otroczki opuszczające stado są bezpardonowo konsumowane. Swoją drogą nie mam pojęcia, jak można siedzieć w wozie z kamerą i nie zareagować na to, że duzi członkowie przyrody wykaszają małych. Mając możliwość bycia na miejscu zadbałabym o zabezpieczenie wozu i jeździłabym za takim stadem lwów wygłaszając co jakiś czas spontaniczne "Gdzie z tym ryjem? Zostaw antylopkę i won, korzonki żreć, a nie cudze młode!" oraz inne okrzyki demotywujące. Mogłabym także psuć polowania na małe puszyste poprzez nieoczekiwane wykonywanie utworów na rogu czy co by mi tam w ręce wpadło.
Musiałabym oczywiście zadbać o zapewnienie sobie dostepu do nieograniczonej ilości małych lwiątek bo wiecie, być w takim Londolozi i nie pokiziać lwa to jak być w Licheniu* i nie nabrać wody święconej do takiej plastikowej figurki Maryjki z odkręcaną głową. Trochę nie przemyśleli tej butelki moim zdaniem, w dodatku nikomu z tej szkolnej wycieczki, cośmy na niej w Licheniu byli, nie chciało się stać w kolejce do świętego źródełka, więc wszyscy napełniali butelki w łazience - potem w domu i tak była z tego masa radości i ludzie czuli się lepiej już po pierwszym łyku. Ale nie o tym miałam - wracając do cicików - możnaby takiego lwa przysposobić na kocię bojowe dla naszego gangu, miałybyśmy tym samym załatwioną kwestię siania grozy podczas inwazji. Podrośnięty lwi cicik waży do 250 kg, więc nie mogłybyśmy wozić go w koszyku na rowerze, ale myślę, że spokojnie dałoby się nauczyć go chodzenia przy nodze.

Moja domowa fauna ma się świetnie, biegała do 4.27 nad ranem, wywleczona polizała mnie po nosie, po czym zjadła brokuła (nie, nie całego, fragment, oczywiście) i udała się na zasłużony odpoczynek. Powitałam ją rano standardowym "Witamysz, moja ślicznysz i puszystysz" (bo Mysz, jak wiemy, lubi "sz"), co skłoniło Trenera Osobistego do wygłoszenia uwagi w rodzaju "Może po prostu mów do niej cały czas "szszszsz" - i tak będzie szczęśliwa". Też mi coś. Trener Osobisty nie powinien marudzić, jest bardzo rozpieszczony - na przykład do pracy dostał dziś świeżo upieczone takie coś i jedli to w 5 osób, bo trochę duża mi wyszła. Przepis bardzo polecam, prosty jak umysł szyity, można przygotować wieczorem modyfikując nadzienie (tylko bez mokrego, bo się rozdyźda) i upiec rano.

W uprawach bez zmian, wszystko, poza grochem, rośnie, a Piracka Dynia doskonale reaguje na taśmę klejącą we wzór czaszeczek. Muszę wreszcie zajrzeć do tego grochu, bo to nienormalne, że wszędzie gorąco, słoneczko robi, co może, wszystko spod ziemi wyłazi, a on nie i nie. Łaski bzz.

Zgodnie z treścią notki obrazeczki będą o wierze i o tym, że brzydko jest pokazywać kopytkiem, bo może to nieśmiała kaczka i nie chciała, żeby zwracać na nią uwagę. Jako bonus - cicik sztuce niechętny.
Miłego dnia Państwu, wracam do pisania rzeczy znacznie nudniejszych.

* to mógł być także Niepokalanów, jestem bardzo słaba w rozpoznawaniu różności związanych z religią a po tylu latach od podstawówkowej wycieczki pamiętam głównie te odkręcane maryjkowe główki oraz że jechaliśmy także odwiedzić stary dom jakiegoś słynnego polskiego poety, który zawalił się (dom, nie poeta) dosłownie pół h przed naszym przyjazdem i potem nasza dyrektorka nie mogła uwierzyć, że to nie nasza wina, choć tym razem rzeczywiście nasza nie była.

środa, 23 maja 2012
"Mam znakomitą parasolkę, wyrób krajowy, kupiłam w centralnym domu towarowym"

Nawet się nie przyznawajcie, jeśli nie wiecie, skąd tytuł, a przyszedł mi do głowy, gdyż jest nadzieja, że się w najbliższych dniach, dzięki bogom, trochę rozpada.
Odruchowo zerknęłam na główną, ujrzałam tytuł "Ramzes utrwalił sobie, że może gryźć ludzi" i równie odruchowo wyobraziłam sobie rozentuzjazmowanego faraona robiącego rączy sus zza piramidy i ukazującego poddanym pełne uzębienie czyli uff, obudziłam się normalna i jestem sobą. Mimo, że kolor włosów do normy nie wrócił, ale jest tak zabawny, że chyba zostanie ze mną na kilka dni.
(Tak, artykuł czytałam, od lat uważam, że psy ras niebezpiecznych powinny zostać wyeliminowane jeśli właściciele i same psy nie przejdą bardzo surowego treningu i, w przypadku właściciela, testu na inteligencję. Jeśli komuś wydaje się, że agresywny pies powiększa mu frankfurterka to zapewniem, że nie, nie powiększa. Widząc gościa w dresie - czytałam, że właśnie szyici najczęściej takie psy kupują i dbają o to, żeby były agresywne - z takim psem zawsze mam pierwszą myśl w rodzaju "prawie mi przykro, że masz małego". To jak z wielkimi samochodami czy złotym kajdanem na szyi.)

Zgodnie z deklaracją obejrzałam wczoraj kolejny program o zwierzątkach i z satysfakcją donoszę, że tym razem było sporo o tym, jak złe charaktery są napierniczane przez dobre. Mianowicie - mimo mojej sympatii dla wszelkich cicików - trochę się radośnie darłam na widok średniej wielkości, świeżo ponastraszanego na karczku młodego geparda, który usiłował skonsumować młodą zebrę, co wzbudziło żywiołową niechęć matki zebrzęcia, która nie taką przyszłość dla swojego dziecka planowała. Wierzcie mi, nawet będąc rączym cicikiem nie chcielibyście zepsuć nastroju zebrzej matce. Rzuciła się na geparda w takim tempie i z taką agresją, że nieszczęsne kocię ledwo uszło z życiem, a do tego zupełnie się rozczochrało. Kolejne ujęcie zaprezentowało młode, cicicznym zębem nawet nie draśnięte zebrzątko, które po kilku pełnych godności kroczkach bryknęło sobie wesolutko demonstrując tym samym otoczeniu przekaz w rodzaju "Skocz mi, przyrodo, moja stara wymiata".
Potem było sporo o tym, jak gnu podczas przeprawy przez rzekę Mara okazują krokodylom, że nie życzą sobie żadnych stosunków interpersonalnych, poprzez aktywne wykorzystanie ostrych kopyt i rogów - czyli zjedzenie dużego gnu wcale nie jest taką prostą sprawą czasem, bo antylopy potrafią solidnie gada stratować i dobrze mu tak, palantowi, za to młode gnu zjedzone parę dni temu, oby go czkawka udusiła - a potem o owadach (nuda, nie lubię) i wreszcie o krabach czerwonych pielgrzymach. Lubię kraby nie tylko w sałatce, więc co mi tam, pomyślałam, obejrzę, zwłaszcza, że one tak fajnie bocznie chodzą, trochę jak starożytni Egipcjanie. Chwilę później zmartwiłam się trochę, bo niewesoło ma taki krab. Żyje sobie w lesie, kwiatki mu pachną, żona zdrowa, z sąsiadem można na robaka* wyskoczyć, aż tu nagle sztrrr!, atakuje go popęd płciowy i zaczyna się bardzo daleki spacer do bardzo odległego oceanu. Pokonuje taki krab szosy, górki i wądołki, przeżywa ataki mrówek, które też kraby lubią, schodzi z wielkiej skarpy 12 m na plażę - i nic. Nic, bo jak się okazuje także w przyrodzie nie ma takiej opcji, żeby samiczka w porę spakowała się i wyruszyła w daleką trasę, więc panie krabowe przybywają dopiero kilka dni później, a samiec siedzi jak ten łoś i czeka. Po przybyciu pań następuje entuzjastyczna wymiana płynów ustrojowych, po czym panie krabowe wchodzą do wody i zaczynają się miotać, żeby się swojego przyczepionego tu i tam przyszłego potomstwa na rzecz tegoż oceanu pozbyć. I wiecie, co jest w tym wszystkim najgorsze z mojego punktu widzenia? Wiele z nich się topi, bo chyba z tej ulgi, że smarkacze już na wylocie, zapominają oddychać. Mam przeczucie, że bycie samczykiem jest o wiele lepsze - nie dość, że kawał świata zwiedzi i będzie przy czym nad robakiem opowiadać sąsiadowi, który jest impotentem albo go żona na spacer z kumplami nie puściła, to jeszcze na ogół wraca bez żony, czyli jest smutnym wdowcem i może zagrać biednego Misia, a wiadomo, że wolne krabiczki się na to złapią. Nowa żona co jakiś czas to nie takie straszne nieszczęście, a więc takiej znowuż wielkiej tragedii krab jednak nie przeżywa.

Mam szczerą nadzieję, że dzięki moim relacjom Wasza wiedza o świecie fauny jest bogatsza i że wiecie już, kto jest fajny (młode gnu i ciciki, jeśli nie polują na małe puszyste) a z kim nie gadamy (krokodyle i ciciki, jeśli polują na małe puszyste) - w razie wątpliwości trzeba wymusić na ciciku zeznanie, czy aby nie zeżarł ostatnio niczego puszystego. Zjedzenie niepuszystych dorosłych jest ok, bo kiedy duży kotek nie je to potem nie ma małych, a szkoda, bo małe ładne są i robią "mił".

* tak naprawdę nie wiem, co jedzą takie kraby, ale widziałam, że jeden sobie przysiadł i jadł współspacerowicza załatwionego samochodem, więc może być tak, że w lesie grzecznie je, co znajdzie, a na spacerze tylko patrzy, czy się koledze jakiemuś nieszczęście nie przytrafiło, żeby wrazieco na niego ruszyć z widelczykiem i serwetką pod brodą, bo też lubi kraby, jak ja.

W uprawach zmiany, groch sześciotygodniowy wprawdzie nadal nie skontaktował się z powierzchnią ziemi, za to pojawił się pierwszy minipomidorek malinowy, taka zielona kuleczka, i jestem bardzo dumna. Rukola i chia bardzo szybko rosną, chili też, a co do papryki to wiedzieliście, że to będą wielkie krzaki? Ja nie wiedziałam. Na zdjęciach mają ponad półtora cicika wysokości. No trudno, kupię w poniedziałek jakąś donicę wyższą, bo w skrzyni może im być w nóżkach ciasno, a do skrzyni pójdzie co innego, bo przecież nie będzie taka pusta stała. Umierająca cukinia uznała, że w sumie to ona sobie jeszcze pożyje, i wypuściła małe zielone, a Dynia Piracka, odpukać, nadal się trzyma. Z dymki katalońskiej chyba nic nie wyjdzie, strasznie anemiczna jest, za to fasola szparagowa ma już ponad pół cicika i sięga coraz wyżej, dzielna roślinka.

Idę szukać obrazeczków, bo mało ich wrzucam ostatnio, ale to z braku czasu - postaram się szybko nadrobić braki w obrazeczkach i komentarzach u Was. Miłego dnia i żeby Wam nie przyszło do głowy być grzecznymi, bo to nudne.

wtorek, 22 maja 2012
Takie tam, ze zwierzątkami.

Znów się nie wyspałam, gdyż od 5.35 usiłowałam namówić Mysz, żeby przestała biegać. Nie pomogło, groźby w rodzaju "przestań albo odgłaskam Ci uszka i będziesz ale głupio wyglądać" też nie. Królewnysz na Ziarnku Czegośtam mi się trafiła, najwyraźniej coś ją uwierało w puszyściutki odwłoczek i spać nie mogła. Pewnie te miękkie, puchate kołderki, które ma w każdej sypialni.

Jednostka miary została stworzona we współpracy z Brahdelt i Zuzanną i dotyczy np. wysokości sadzonek chili. Jeden cicik to długość kota rozciągniętego na pełną kociość - podaję, bo czuję, że to sie upowszechni, można stosować w poziomie i pionie. W każdym razie sadzonki, jak się okazało, będą niemałe - nie tak, że sobie zostaną malutkie krzaczki posadzone po 3-4 w średnich skrzynkach, co to to nie. Największa wyrośnie na prawie półtora cicika.
Nie wiem, jak w tej sytuacji upchnę na balkonie ziemniaki, kwestię karczocha przestałam poruszać, bo Trener Osobisty na mnie syczy, kiedy poruszam. Z jedne strony rozumiem, taki karczoch to ma chyba ze dwa ciciki wysokości, z drugiej - gdybym wstawiła skrzynię z karczochami to nadal na balkonie zmieściłaby się niezbyt ruchliwa osoba o małych stopach, czyli miejsce jest i nie wiem, doprawdy, czemu miałoby sie marnować.

Poza tym oglądałam wczoraj o wiewiórkach latających i od razu jedną chcę. Było o tym, że pani wiewiórka była gotowa na przyjęcie pana wiewiórki, więc zademonstrowała to wydając stosowną woń, a samiec od razu się zorientował i do niej poleciał, aj min poleciał - rozłożył ten taki fałd między kończynkami i wziuu, cały puszysty. W paradę wszedł mu inny, też cały puszysty, po czym pojawiła się pani wiewiórka, która też oklapnięta nie była, i zaczęło się bieganie po całym drzewie, czynienie sobie awansów i ogólne "ja mam większego" w wykonaniu panów i "och, taka jestem rozwichrzona, tu mi się futerko zmierzwiło i tu, w ogóle nie widzę tu żadnych samców" plus prezentowanie uszek i boczków (Mysz robi tak samo!) w wykonaniu pani. W końcu jeden samczyk zepchnął drugiego z drzewa, drugi nadmuchał się obrażalsko i gdzieś poleciał, a samiczka zgodziła się wnieść trochę radości w życie najwytrwalszego podrywacza i powiem Wam, że ta reklama z króliczkiem Duracella to jest pan pikuś w porównaniu z tym, jak szybko stają się jednością wiewiórki latające.
O tym, jak bawoły sprawiły, że jeden lew opuścił ten łez padół, też oglądałam, a jeśli ktoś nie wierzy, że bawoły mogą lwy zaatakować, niech sobie wyjutjubuje "battle at Kruger". Strasznie brutalny jest świat przyrody i niezmiennie cieszę się, że nie ma ryzyka, że kiedy opuszczę próg hacjendy to na mnie krokodyl czy inny hipopotam z ryjem wyskoczy.

Zajrzałam na główną i ujrzałam news "Aktorka Jakaśtam spaceruje ze swoim dzieckiem". Szok i niedowierzanie, standardową praktyką jest przecież upchnięcie smarkacza w kącie i niech sobie na spacer sam wyjdzie, jak się już nauczy chodzić. Jak tak można publicznie z dzieckiem spacerować. Nic dziwnego, że piszą o tym w gazetach.

Przefarbowałam włosy na kolor, o którym nie będziemy wspominać, idę to naprawić, nie bardzo się nadaję na promiennego kwiatuszka. W związku z tym jakieś obrazeczki czy apdejty nastąpią, kiedy będę bardziej sobą. Miłego dnia Państwu, pamiętajcie o kremach z filtrem, bo człowiek z czerwonym nosem wygląda niezazbytnio.

PS. Zrobiłam pijane miśki Haribo i w sumie polecam, trzymane w lodówce uczciwie sie ponapuszały, zrobiły się z 5x większe i miękkie, w smaku miśkowódkowe, polecam jako atrakcję na imprezy (albo do oglądania o tym, jak biją się myszy, bardzo to było zabawne).

poniedziałek, 21 maja 2012
"Zło bobrem zwyciężaj"

Obrazeczek z takim napisem znalazłam wczoraj o, tam -------->, w internecie, i właśnie wrzucam na Fanpejcz, żebyście też zobaczyli, a wczorajszej notki nie było z powodu kaczki, bo nie mogłam myśli zebrać.
Poważnie, wstałam (niewyspana, bo Mysz najpierw się tłukła, więc nie mogłam zasnąć, a potem się tłukła, więc musiałam wstać, mam własny myszobudzik, bosko po prostu), podnoszę roletę i co ja paczę. Z okna mam widok na basen, więc oczywiście paczę basen, ale tym razem z zawartością w postaci kaczki krzyżówki, samczyka niemałego. Normalnie pływa sobie w basenie zadowolony kaczka, poleciałam po aparat i mam dowód. W dodatku nie żeby tak sobie spokojnie pływał, skąd. Najpierw zaczęło się czyszczenie piór, a potem darcie dzioba i nie uwierzylibyście, jak głośno potrafi się wydrzeć taki kaczka o zdrowych płucach, pewnie kolegów wołał. Nie okazali zainteresowania, więc kaczka się obtrzepotał i poleciał, piękny jest niemal zupełnie pionowy start dorodnego kaczki, jeśli też chcecie zobaczyć to proszę zlokalizować jakis basen i wabić. Zdjęcie kaczki też na Fanpejcz wrzucę, darcia dzioba nie podejmuję się odtworzyć.
Tym samym sezon basenowy uznaję za oficjalnie, acz nietypowo, otwarty - tym razem zaczął kaczka, a nie taki miły, siwy sąsiad, no trudno, może za rok się uda, na wszelki wypadek warto siedzieć na brzegu z dwururką w roli demotywatora.

Posiałam rukolę, bo mi jeden fajny pojemnik wpadł w oko, więc po co ma stać taki nieobsiany, oraz padł ostatni pęd grochu Cud Kelvedonu, więc hurt mu w detal, wyrzucę go i na jego miejsce wrzucę ziarnko sześciotygodniowego, może będzie bardziej entuzjastycznie nastawiony do życia, nie jak ten Cud, grochowy imoł mi się trafił. Szałwia argentyńska i rzodkiewka Vixen wystartowały z zapałem, Piracka Dynia nadal się nie poddaje, bardzom dumna. Za chwilę idę podlewać i robić słitfocie na fanpejcz, żeby się chwalić.

Z cyklu Czytelnicy pytają - Chaotyczna odpowiada - zapytano mię, skąd biorę nowych komentujących i mam wrażenie, że odpowiedź "z brzuszków ich mamuś" nie będzie optymalna, więc napiszę inną. Otóż czasem zaglądam na ostatnio dodane na Bloxie wpisy, jeśli coś mnie zwabi to wlezę i czasem coś napiszę, a potem czasem mnie miły gość rewizytuje i zostaje u mnie a ja u niego. Nie wchodzę na obce blogi polecane odgórnie przez Blox - kiedyś zaglądałam, bo sądziłam, że wszystkie są naprawdę bez wyjątku przez szefostwo wybrane, póki znajomy nie uświadomił mi, że wystarczy wysłać formularz i można sobie miejsce w polecanych wyprosić. Wyjątek robię dla dwóch, o których wiem, że zostały uczciwie wybrane przez redakcję.
Nawiasem mówiąc w Ulubionych mam bajzel, kilka blogów zostanie dodanych, chyba porobię kategorie, bo coraz więcej blogów mam do polecenia i to wszystko Wasza wina, bo fajnie piszecie.

Zajrzałam na główną i od razu mi się kora mózgowa wygładziła, poinformowano mnie bowiem, że ośmiornica jest słoniem i ptactwem domowym - o, tutaj. Moim zdaniem to niemożliwe, ale co ja tam wiem, w końcu nie obejrzałam jeszcze wszystkich programów o przyrodzie, może w którymś o tej ośmiornicy coś powiedzą.

Idę na balkon oraz kolczyki jakieś stworzę, wprawdzie wyobraźni mam dziś tyle, co ten gość, który wymyślił flagę Japonii, ale może uda mi się zrobić coś, co oka nie zmęczy. Miłego dnia Państwu.

PS. Wyszukano mnie po "monitorach podtynkowych" oraz "porno wesele". Jestem nieco oszołomiona. Szukającego porno przepraszam za zawód, niczego niegrzecznego u mnie nie znajdzie, a ten numer z kajdankami na Poczcie Głównej był wieki temu i nie ma co mi drobnej pomyłki wypominać.

PPS. Mam dowody na to, że kiedy piję za czyjeś zdrowie to on zdrowieje, bo Berberys, którą poszczykło, wyzdrowiała po drinku, którego ja wypiłam, więc jakby się ktoś źle czuł to proszę mówić, zrobię co w mojej mocy.

 
1 , 2 , 3