Tagi
squirk77@gmail.com
RSS
czwartek, 22 maja 2014
Śniło mi się, drogi Pamiętniczku,

że przez przypadek inhumowałam w jakimś ośrodku wczasowym jednego z polskich polityków, nieważne, którego. Ośrodek piękny, wszystko w drewnie, kominek, za oknem śnieżek robi to, co potrafi najlepiej, a ja tu stoję nad zwłokami i kombinuję. Zwłoki krótkie, co absolutnie nie jest wskazówką, ale i tak do lokalnego pieca chlebowego weszły tylko bez głowy. No i tak się, nomen omen, głowię, co dalej. Na szczęście miałam torbę na pieluchy (bez dziecięcia w okolicy, i prawidłowo, bo skąd u mnie dziecko) i jakoś tę głowę, elegancko zapakowaną w papier ozdobny, upchnęłam. Niestety ścigał mnie - gdyż tak sobie nonszalancko hasałam od ośrodka do ośrodka a zniknięcie polityka jednak ktoś zauważył i zaczęli go szukać, nie wiem po co - Tajny Agent z psami gończymi. Więc postanowiłam Dla Niepoznaki rozsypać na wierzchu - na tej głowie, w torbie na pieluchy, kiszoną kapustę o aromacie przenikliwym. Bo może psy nie lubią. I przez cały długi sen, uciekając, klucząc itp byłam gdzieś w środku do białości wkur*iona że oto marnuję dobrą kiszoną kapustę.
Co, naturalnie, czyni mnie smakoszką, nie wariatką, wcale.

Poza tym Trener Osobisty wciągnął mnie w Farmville 2, chodzi o prowadzenie farmy, hodowlę i takie tam. Bardzo jest teraz wesoło u nas, bardzo. Można usłyszeć na przykład:
 - Ta krowa jest wyraźnie wzdęta i macha wymionami zupełnie bezładnie, tak bez pomysłu, może jej ograniczę siano na razie.
 - Po co to małe kurczę? I czemu nie rośnie? Duże kury dają jajka a ono co? Wpada na imprezę, opcha się kukurydzą jak jakiś sołtys I NIC? Może ma progerię...Ja pierniczę, mam kurczę z progerią...
- Dziwną brejkę je ta koza...Ale wygląda na zadowoloną. Ugotujesz mi coś takiego?
- Nie wiem czy to w porządku wysyłać dzieciaki na poszukiwania dając im tylko ciastka z mleka i mąki, to żadne ciastka, chciałoby Ci się po czymś takim po lesie biegać? Powinny dostać comber z żubra i barszcz na świńskim mordziku.
 - 8 h łowienia w bajorku i tylko jedna ryba? W Polsce tę grę pisali, na pewno. Teraz powinien do rybaka podejść smutny pan z tanim zegarkiem i kilkoma usposobionymi sportowo młodzieńcami o wejrzeniu światu niechętnym, zażądać karty wędkarskiej, zabrać rybę i zapytać z troską czy rybak ma jakiś problem.
 - Nie będę tu stawiać kuchenki bo obok jest koza i się oparzy a nie widzę opcji "Weterynarz."
 - Kura po prawej brała coś nielegalnego, popatrz, siedzi w trawie i się kołysze jak hipis.
 - Dwie kostki masła na jedno ciasto? Grycanville czy co.
 - Nie dam 15 tysięcy za owcę z takim wyrazem pyska, poczekam na przyjemniejszą owcę, płacę i wymagam.
 - Dlaczego na strachu na wróble ciągle siadają wróble?
 - Chcę wymienić na lepszy model tego synka co w czasie wolnym rzuca podkowami. Bo nie trafia, po co komu na farmie taka ślepa peja. W dodatku leniwa, czas wolny jest w niedzielę, tyle do zrobienia a on się opiernicza.

No i tak to wygląda.
Przypuszczalnie wkrótce tu oszaleję.

PS. Myszy miały wieczór obłąkania towarzyskiego, Większyk usiadła na kołdrze i nie dała się zdjąć póki nie miała uszu wręcz lśniących od głaskania. Mniejszyk po prostu zjadła mi palec, znów.

PPS. Z rozmowy z bardzo religijną daleką (oczywiście) znajomą - "To dobrze dla twojego rozwoju duchowego że mieszkasz w Irlandii. Tam po prostu będziesz MUSIAŁA się modlić żeby nie mieć kłopotów, nie chcesz chyba żeby były przez Ciebie zamieszki?"
Latający Potwór Spaghetti mi świadkiem, że nie chcę.
Miłego dnia Państwu.

wtorek, 20 maja 2014
"Jak się najaram uwielbiam czytać książki w ch*j!"

Nie no, nie ja, cytuje jedną z ostatnich celebrytek, przeurocza jest, prawda? Nie wiem, skąd we mnie przeczucie, że za miesiąc nikt nie będzie jej pamiętał chyba, że w desperacji rozbierze się dla Playboya albo pobije jakąś Dodę, to powinno jej jeszcze z miesiąc dać.

Tytuł zastępczy notki powinien brzmieć "Omg omg omg" bo naprawdę, tyle się dzieje że nie ma kiedy o tym pisać. Bardzo uprzejme są okoliczności przyrody w Irlandii, dbają o to, żebym się nie nudziła nawet przez moment. Głupia wizyta w sklepie z powodu tak banalnego jak brak koperku dostarcza mnóstwa wrażeń, np. dwa dni temu byłam lekko zesztywniałym w stuporze świadkiem tego, jak pan w afekcie udawał, że poluje między regałami na wybrankę swego serca. Wybranka usiłowała np. wybrać makaron a pan nagle wyskakiwał na nią zza regału i ryczał  "Snoochie snoochie snoochie!" po czym chował się i ryczał z drugiej strony. Pani śmiała się serdecznie i perliście (może nie znała znaczenia, trochę żałuję, że jej nie uświadomiłam, byłoby widowiskowo) i prosiła "Oł, hani, stap yt, stap yt!" ale pan konsekwentnie ryczał. Przynajmniej byli świadomi łączącej ich więzi, bywa przecież różnie.

Poza tym nie jestem jednak stara i ślepa, jeszcze, a już miałam obawy, że owszem, bo nie mogłam sobie upolować muchy. Nie że w celu konsumpcyjnym, skąd, ale sami Państwo wiecie jak owadów nie lubię i taka mucha ma u mnie z miejsca przegwizdane. Otóż coś mi ostatnio brzęczało w hacjendzie. Myślę - "Mucha!", bo co innego. Od razu mi ciśnienie skoczyło, poszłam po szmatę demotywującą i zaczęłam się skradać. Następne mieszkanie będzie mniejsze bo tu się na śmierć zaskradać można, tyle hektarów, btw. No ale nic, skradam się, brzęczenie trwa. Dyskretnie sugeruję musze pod nosem że dorwę cię, k*rwisynu, i już nie pobrzęczysz, skradam się, szukam i nic. W końcu nieco załamana przysiadłam na kanapie gdyż stało się dla mnie jasne że jestem już po prostu ślepa ze starości, mech mnie niedługo porośnie, zaczną mnie wynajmować na disko w remizach żebym im świeciła gratis jako próchno a w końcu znajomy leśniczy zastrzeli mnie z litości za pół litra. Na szczęście okazało się, że brzęczy jakieś coś na pobliskiej budowie. A niewiele brakowało żebym rozpiła leśniczego jak dziedzic chłopa pańszczyźnianego, prawdaż.

Nastrój dodatkowo poprawił mi pan Terlikowski - nawiasem mówiąc zawsze, kiedy go widzę, mam ochotę zrobić mu (wirtualnie) "A ti ti ti, kto ma taki pyszczuń pyzaty?" i zasponsorować dobry szampon - gdyż uważa, że powinnam, jako bezdzietna, płacić np. na te swawolne mamusie, co sobie machnęły ósemeczkę, niekoniecznie z jednym tatusiem całą, i teraz one mają dzieci i im się należy. Bo jeśli nie to JA jestem pasożytem, ahaha. Serdecznie ubolewam nad tym, że nie ma emotki oddającej moje uczucia do pomysłodawcy i rodzin mnóstwodzietnych które oczekują, że im teraz inni będą na te dzieci pieniądze dawać. Chce się mieć tłum otroczków w izbie - proszę bardzo, wystarczy siąść nad rachunkami i policzyć, na ile dzieciaczków familię stać bez wyciągania ręki po cudze. Jak nie stać - trudno, może trzeba pracę zmienić albo zredukować liczbę potencjalnych donoszących szklankę wody na starość.
Btw - pan Kaczyński i pani Pawłowicz nie będę już chyba pana Terlikowskiego lubić, brzydko ich nazwał w końcu.

O, pochwalę się, że koczowników/travellersów wreszcie widziałam w postaci stadka młódek (gdyż ichnie dziewczę nie ma prawa wyjść z domu samo, ma być asysta - wolno kląć, bić się, wrzeszczeć ale o opinię trzeba dbać). To, co zaprezentowano nam w serii programów o barwnym cygańskim stylu to jakby nie do końca prawda - panienki nie były bynajmniej "zawsze odstawione", eleganckie, umalowane i błyszczące jak Tłajlajt, przeciwnie, wyglądały jakby spontanicznie wybiegły gromadką poćwiczyć na siłowni w niezbyt czystych dresach i bardzo się tam zmęczyły. Zgadzało się za to zachowanie, 5 dziewuszek bez problemu zagłuszało ruchliwą ulicę i otoczenie. Telewizja chyba, o kurczę, kłamie czasem.

Myszy w pełni sił, Większa była na kontroli gdzie cierpliwie dała się wymiętosić, wygłaskać i nazwać najpiękniejszym chomiczkiem świata, Mniejsza nadal zaaferowana, szybka i puszysta jak bazia. Wstała dziś z pomiętymi wąsami, od rana je prostuje.

Kończę oglądać Tudorów i wniosek mam taki, że stroje mieli wtedy świetne ale niedajciebogowie być ładną i w otoczeniu króla. Bo jeszcze zauważy a taki Henryk VIII to ładną pannę od razu zauważał. A potem dworzanin do niej dyskretnie podchodził i mruczał że tego, ekhem, król czeka w swojej komnacie, wink wink - i weź nie idź, trzeba było iść bo król miał prerogatywy i one wymagały nieustannego dbania, mnóstwo panienek dbało o Henryka, biedactwa (gdyż nie wyglądał jednak jak Rhys-Meyers). A jak się z tego związku urodziło dziecię to dostawało tytuł, pałac i inne takie. Reasumując - można było sobie być ładną (i ubraną świetnie, nawet koszule nocne mieli ładne, takie zsuwające się z ramion na podłogę, bardzo oggiczne) ale daleko od króla, chyba, że któraś chciała mieć socjal i zasiłki, to szybciutko księcia półkrwi rodziła i była miła jak koteczek i udawała, że wcale nie widzi, że o prerogatywy dba już kto inny.
Z "Fringe" dałam sobie chwilowo spokój po odcinku w którym namierzano człowieka za pomocą gołębi, główna agentka niezmiennie mdła, widuje zmarłego byłego i on jej pomaga w śledztwie. Krowa nadal w laboratorium oraz w formie, daje mleko i ma spokój. Serial zasadniczo jest o udawaniu że się nie cierpi swojego ojca ale będzie się pomagało bo Tak Trzeba oraz o tym, że jak ktoś nie żyje to nic nie szkodzi bo i tak można z nim porozmawiać.
Nowy odcinek "Gry o Tron" przede mną, nie ukrywam obaw.

Kocham Irlandię, w 2 sekundy rozpadało się do oberwania chmury włącznie, za oknem ściana wody. Jak wczoraj kiedy to w słoneczku i lekkich okryciach wierzchnich poszliśmy do sklepu, ze 3 km w sumie, i dopadł nas taki deszcz że mokre miałam nawet skarpetki. Uroczyście przyrzekam sobie kupić pierwszą w życiu parasolkę, dotąd miałam tylko jako dziecię taką chińską, papierową. Potem Mama pożyczyła mi swoją, którą zgubiłam, i drugą, którą zgubiłam - potem pilnowała żebym wychodząc nie zabierała parasolki i kupiła mi kurtkę z kapturem. Kurtkę też zgubiłam ale nie tak od razu. Nastolatki mają wiele spraw na głowie, trudno wymagać żeby tak wszystkiego pilnowały.

Miłego wieczoru Państwu, nafaszerujcie sobie coś, ciągle ostatnio faszeruję, papryki i bakłażan - bdb, okrągłe małe cukinie - niezazbytnio. Poszukam, może mam w lodówce coś, czego jeszcze nie faszerowałam. Tymczasem wrzucę Państwu terapeutę, podsumowanie oraz trochę kultury, a co. O, i takie coś własnie znalazłam. Może to znak od losu żebym posprzątała...Żartuję, oczywiście, los dobrze mnie zna i wie, że na takie sugestie jestem odporna.

PS. Ja pierniczę jaką mam wielką muchę w mieszkaniu, idę po szmatę ukilającą. Jeśli nie wrócę usypcie mi kurhanik.

piątek, 09 maja 2014
"Powinniśmy byli skręcić w lewo w Albuquerque."

Śniło mi się, drogi Pamiętniczku, że karmiłam Toma Hiddlestona świeżym chlebem, sama upiekłam. Nie bardzo byłam z niego zadowolona (z chleba, oczywiście) ale Tom powiedział, żebym nie przesadzała, świetny chleb i on chce jeszcze jedną kromkę tylko tym razem dżemu więcej. A potem zaprosił mnie na romantyczny wypad PKSem do Gdyni, wprawdzie musieliśmy stać bo wszystko pozajmowane ale co tam, warto było. Takie mam sny, pewnie przez tę pogodę, niby to słoneczko, cisza i spokój, człowiek daje się nabrać, robi sobie burzę loków a`la Merida* a za progiem dostaje od sztormowej wichury przekaz "Not today."

Dziękuję za trzymanie kciuków za Mysz Większą, pisałam na Fanpejczu o kolejnej operacji. Mysz już w domu (ku radości Siostry która w emocjach bieżyła przez 2 h) a ja od wczoraj w lekkim stuporze bo musiałam jechać po nią do Bray sama i oczywiście nie było szans na to, żeby podróż była nudna i zwyczajna.
Zaczęło się od tego, że pan kierowca na pierwszym przystanku włączył głośniczek i powiedział, że wiecie co, to moja pierwsza trasa do Bray, któż to wie, gdzie was zawiozę. Wszyscy serdecznie się roześmiali bo naprawdę, ahaha, co za uroczy człowiek, jak to miło jechać z kimś, kto i zażartuje i bezpiecznie dowiezie. Jechaliśmy spokojnie, przy panu kierowcy tkwił inny pan w kamizelce z napisem "Dublin Bus" ale jakoś nikt nie wyciągnął z tego wniosków.
Kilkanaście przystanków przed Bray w autobusie zostałam tylko ja i grupa młodzieży pochodzenia chyba malezyjskiego, pan w kamizelce wysiadł a wtedy nieco blady pan kierowca zatrzymał się na przystanku, spojrzał na pasażerów i stało się jasne, że nie żartował i faktycznie jedzie tą trasą po raz pierwszy, a ten w kamizelce go prowadził ale musiał wysiąść.
Chwilę później stało się jasne także to, że nie tylko on jechał pierwszy raz - grupka młodzieży też, zresztą angielski znali tak, jak ja eskimoski (niezazbytnio).
Czyli, drogi Pamiętniczku, byłam w autobusie jedyną osobą znającą trasę do Bray. I wszyscy rzucali mi przerażone spojrzenia toteż wstałam, upozowałam się przy kierowcy i natychmiast z tego stresu pomieszał mi się angielski z rosyjskim, natychmiast. Niemniej jakoś zdołałam pokierować pana kierowcę (który strzelał oczami na boki, bardzo zdenerwowany, i co chwilę chciał skręcać, nie wiem, skąd mu się to wzięło, co przystanek pytał, czy ma teraz skręcić) i wpadłam po Mysz prawie bez opóźnienia.
Mysz zrobiła szczurkowy pyszczek, strasznie się ucieszyła, że mnie widzi, i polizała mnie w palec, dzielny Myszek. I bardzo nam drogi w obu znaczeniach więc chyba wrócimy do pomysłu elektrowni chomiczej żeby się pacjentka dorzuciła do rachunku.
Na pożegnanie pani w recepcji rzuciła życzliwie "Nie idź na ten przystanek w górze, idź na ten wcześniejszy, tam są milsi ludzie" - kora mózgowa mi się wygładza kiedy nad tym myślę.
Powrotna droga normalna, tylko siedzący w rzędzie obok Chińczyk ukłonił mi się z siedem razy ale może to jakiś narodowy zwyczaj. Widzisz kobietę zaglądającą i mówiącą coś do wielkiej czarnej torby - dygnij z uśmiechem a wielki smok szczęśliwości dostarczy ci złoto i dziewicę czy inne coś. Nie wiem co gość zrobi z siedmioma dziewicami, pewnie już żałuje tych ukłonów, no ale sam chciał, ja tylko pośredniczę.

Poza tym wymyśliłam Wróżkę Sępuszkę. Przychodzi w nocy, jak Zębuszka, ale nie zabiera zębów tylko staje przy łóżku i zaczyna mękolić - "Tyy, daj parę groszy...I fajkę...Palysz? O, nie palysz, no szkoda...To daj parę groszy...". Za inspirację dziękuję spotkanemu wczoraj na przystanku panu który z zaangażowaniem sępił niby to na bilet a jak już nazbierał to poszedł kupić piwo i konsumował je z zadowoleniem na oczach psykających z oburzeniem sponsorów.

Odnośnie przystanków i podobnych okoliczności przyrody - mieliśmy kolejny mimowolny i nie wprost kontakt z roadakami, w luasie. Wsiedliśmy, na następnym przystanku wsiadło dwóch panów w strojach roboczych i wtedy na cały autobus rozległo się:
 - Maciek!
 - No kuuuuu*wa maaaać, Paweł!
Spotkali bowiem kolegę i serdecznie się ucieszyli. Po czym nastąpił wesoły koleżeński dialog, cytuję:
 - Grześka pamiętasz?
 - No kuuuu*wa, pewnie!
 - I jak ci tu w robocie, bardzo do d*py jest?
 - Stary, no kuuuu*wa, wogóle nie jest do d*py! W Niemczech było do d*py, pamiętasz, jak miałem jechać i mówiłem że o, tam to chyba do d*py będzie - i było!
 - Nie pier*ol...
 - No mówię ci! A tu wcale nie jest do d*py, wcale! I tam się człowiek nazapier*alał przy szparagach, ciągle robota...Szparagi, szparagi, no kuuuuu*wa, kto by to w ogóle żarł jak to smaku nie ma...
I w tym tonie konwersowali koleżeńscy panowie przez kilka przystanków. Głośno bo są przecież w obcym kraju, nikt nie zrozumie.
Dla równowagi w niedzielę gościmy przesympatyczną parę rodaków, przyjechali kilka dni temu i się aklimatyzują.
Aż nie wiem, czy kaczki nie upiec, kaczka jest dobra na wszystko.

Koledze M. dziękuję za przypomnienie - przy okazji wpisu o kaczych łapkach - naszej wspólnej wyprawy do zaprzyjaźnionego sklepu mięsnego jeszcze w Warszawie. Tego, w którym zostałam zapamiętana jako ta, która na rzucone z dumą przez rzeźnika "Mam kurzą wątrobę" rzuciła odruchowo "No to dużo pan nie wypije." przez co rzeźnik długo nie mógł się uspokoić a ja zorientowałam się, co powiedziałam, kiedy było już Za Późno. Zaznaczam, że w obecnej lokalizacji jestem klientką poważną i niewyrywną. Za co dostaję czasem kacze łapki więc nie wiem, doprawdy, czy nie wprowadzić pewnych zmian.

Miłego dnia Państwu, idę sobie jakiegoś szparaga zeżreć bo to sezon już. I pomidory malinowe się podobno zaczynają, aż mnie skręca z zazdrości bo tu ich nie widziałam.

 

PS. Jeśli któryś z zaprzyjaźnionych czytelników płci obojętnej, umiejący pisać, znający język i chcący wszystkim pieprznąć i wyjechać w Bieszczady do Londynu do pracy w redakcji (dwujęzycznej) oferującej przyzwoite warunki i małe mieszkanie to proszę o wiadomość, przekażę dalej.

 

* fryzura ta zwana jest przez Trenera Osobistego "ależ Cię ponastraszało!", ew. "gdzieś niedaleko było poważne wyładowanie". Niektórzy po prostu chcą mieć kłopoty.