Tagi
squirk77@gmail.com
RSS
piątek, 29 czerwca 2012
Komu literki, komu czyli mamy plan treningowy.

Wpis jest tymczasowy, gdyż jestem instant i do zrobienia mam tyle, że znów nie wiem, co zignorować w pierwszej kolejności.
Trener Osobisty napisał w końcu plan treningowy dla gangu Kosz Angels i nie tylko, jeśli ktoś sobie życzy to proszę mnie pacnąć łapką, a ja zareaguję wysyłając, jest tam dużo literek, pisane było piekielnie długo, ale znając Trenera jest rzetelnie i tak, żeby się przydało, a w razie pytań zawsze można go via mua pomiętosić o jakieś dodatkowe dane.

Z innej beczki - niech mi ktoś mądrzejszy (czyli - dziś - ktokolwiek w sumie gdyż na okoliczność upału mózg robi mi się nieco nieproduktywny) powie, jaka ćma padła mi wczoraj na oczy przy stoisku rybnym w Oszą że jakoś mi się "lin cały" nie przełożyło na "lin ze wszystkim paskudnym w brzuszku" i że "sardynki" to tak naprawdę "nie sądziłaś chyba, że ktoś będzie się pieprzył z patroszeniem tego drobiazgu?"- pół h paprania się w rybich wątpiach, bosko po prostu. Oczywiście mam rękawiczki patroszalne, ale i tak głyyy. W dodatku drogie wszystko jak cholera i dzięki bogom za to, że przy tej pogodzie moje menu składa się w przeważającej mierze z kilku truskawek i ogórka malosolnego więc się na jedzenie nie zrujnuję. Świetnie się składa, gdyż muszę zrujnować się na lekarza.

Obrazeczki będą w nowej, lepszej notce, ta jest po to, żeby kto zechce pisnął, a ja wyślę pracę Trenera, proszę się nie krępować, niech się nam Trener nie marnuje - zwłaszcza gang musi być w doskonałej formie, planowana wyprawa rowerami na Syberię nie jest wszak pikusiem.

PS. Wykiełkowały rzodkiewki i druga partia śmiesznych ogórków, że też im się chciało w ten upał.

czwartek, 28 czerwca 2012
"Na tropie dinozałrów"

Kto ciekawy niech sobie stosowny obrazeczek na Fanpejczu popaczy.
Przy okazji - ponieważ pytanie o to powtarza się - wyjaśniam, że zdjęcie główne fanpejczowe przedstawia fragment skarpetki Szyszki. Jest to skarpetka ładna, wyprana i uznałam, że niech sobie wisi, a jeśli kiedyś zdjęcie wymienię to na fotkę którejś własnej skarpetki. A, bo nie chwaliłam się chyba - poza śmiesznymi czapkami na zimę mam też kolekcję śmiesznych skarpetek na lato, np. w żabki, miśki, w rosyjskie matrioszki, ze smutną owcą albo z przyczepionymi minimaskotkami pingwinków co im się oczka ruszają (gdzieś je posiałam, muszę odszukać). Przedmiotem wielkiej zazdrości w LO była koleżanka Halińcia która miała skarpetki w Majkele Dżeksony i ślimaczki - tak, razem. Nosiła je do czółenek typu kaczuszki a my kwiczałyśmy zazdrośnie po kątach. Swego czasu zbierałam też śmieszne stringi, mam np. takie z puszystym króliczym ogonkiem (oczywiście sztucznym, żadnemu króliczku na rzecz mojej bielizny ogonka nie odjęto), urocze są.

Apdejt ogrodniczy obejmuje pierwszy strąk grochu podstawowego oraz rozszalenie się grochu zastępczego, postawiłam skrzynie obok siebie przy kracie i niech nie wahają się dowolnie piąć, byle strączków był legion. Pąki na cukinii coraz większe, dynia Prawdopodobnie Sweet Dumpling się słania, pozostałe, odpukać, w formie. Upierniczyłam części chilisów stożki wzrostu żeby się rozkrzaczyły, chia zmęczona po wichurze, papryki kwitną, fasola - miałabym pewność, gdyby udało mi się do niej dostać, muszę chyba trochę poprzestawiać donice - chyba wypuszcza małe fasolki, dymka katalońska rośnie w siłę, śmieszne ogórki konsekwentnie się ukwiecają jeden za drugim i wszystkie na żółto.

Obejrzałam wczoraj fragment programu o zwierzątkach w towarzystwie Trenera Osobistego i przekonana, że i On zachwyca się pięknem lodowej pustyni i martwi problemami kamerzysty z odszukaniem choćby cienia odwłoka niedźwiedzia polarnego bo czas leciał a wokół ani śladu niedźwiedzi. W którymś momencie Krystyna Czubówna ze zgrozą w głosie poinformowała nas, że temperatura okolicy spada czasem do -50 stopni. "Ojej - zareagował Trener Osobisty - wódka zamarza! Wiesz, jaki to musi być problem na Alasce i Syberii?" Uczciwie dodam, że Osobisty jest niemal zupełnie niepijący ale znamienne, jak bardzo wpłynęły na Niego wyjazdy na jacht z kolegą Sz. (pozdrawiam) kiedy to alkohol jednak sporadycznie k`rozgrzaniu się spożywano. Powinnam to ukrócić chyba albo jechać z nimi (i utopić pierwszego, który rzuci "Kobieto, polej!"). W każdym razie było po oglądaniu bo w takich warunkach się nie da i sami Państwo widzą, skąd przestoje w recenzjach programów przyrodniczych, rozproszył mnie czynnik ludzki i pozamiatane. Trener Osobisty został odesłany do nakurwiania smoków - pardon my klatchian, ale już tu ten obrazeczek był i nie ja go zrobiłam - a ja dla odzyskania równowagi ducha obejrzałam trochę starych zwłok. Zwłok recenzować nie będę, jakoś mi zwierzątka bardziej tu pasują.

Mam za to obrazeczki, także przyrodnicze, mianowicie o cicikach i ptaszętach cierpliwych, jako bonus facet z klasą i takie tam, z dzieciaczkiem, mogłabym się pod tym podpisać nawiasem mówiąc.

PS. Przedarłam się przez balkonową puszczę i dotarłam do fasoli - są małe fasolki, wyglądają bardzo rozbrajająco.

PPS. Wiedzieliście, że jak bardzo wieje to lis arktyczny chodzi bokiem, bo go znosi? Ja nie wiedziałam, świetnie to wygląda.

PPPS. Rozważam urlop blogowy, jeśli zniknę to niech się stanie jasne, że nie jstem martFa tylko odpoczywam.

środa, 27 czerwca 2012
"Fajny film wczoraj widziałem"

O filmie za chwilę, zacznę od tego, że się nie wyspałam, bo zreflektowałam się o północy że oops, chleb mam jeszcze upiec i obiad dla Osobistego do pracy zrobić więc Mysz mogła się tłuc i miotać ze spokojem sumionka, tym razem to nie jej wina, że wyglądam jak zmięty trznadelek i mam oczy na pół twarzy. W normalnych warunkach pieprznęłabym z wdziękiem robotą i padła jako ten kwiat ścięty na godzinę przynajmniej, ale nie mogę, bo kurier. Kurier ma mi dostarczyć taką jedną część do piekarnika, a doświadczenie nauczyło mnie, że lepiej przy kurierze być przytomną. Raz byłam nieco niewyspana, ale nic to, wstałam, zaczęłam porcjować drób do zamarynowania gdy wtem kurier przyjechał. Odebrałam, podpisałam, kurier próbuje mnie zagadnąć że pogoda ładna a rząd mamy wiadomo jaki a ja, nieco nieprzytomna, rzucam "Przepraszam, ale nie bardzo mogę teraz rozmawiac bo mam na stole rozebrane zwłoki". Dopiero po chwili dotarło do mnie, że wiecie, on mógł nie wiedzieć, że chodzi o kurczaka. Znaczy mógł się domyślić że nie jestem damskim odpowiednikiem Kuby Rozpruwacza ale chyba się nie domyślił bo zbiegł po schodach bez pożegnania i więcej go nie widziałam. To już lepiej być przytomną.

O filmie będzie, bo nie mam do niego stosunku i może nabędę jak się na jego temat wykwiczę. Otóż obejrzeliśmy wczoraj pierwszy odcinek "Grimm" i nie bardzo wiem, z której strony to ugryźć. Jest sobie chłopczyna typu kakao z pianką i ptyś co ma łysą ciocię i widzi, że niektórzy ludzie są inni niż inni, mianowicie brzydcy bardzo chwilami są. Okazuje się, że jest z plemienia istot, które tych brzydkich potrafią rozpoznać i ich wykaszają z wzajemnością przy czym nasz pan jest ostatni, czyli brzydcy wykaszają jakby skuteczniej bo liczba ich milijon a pan jest w sumie samiusieńki jeden nie licząc cioci, które niemalże wita się już z pośmiertną gąską. Napada na nich jeden brzydki, prawie inhumuje panu ciocię (stąd gąska) a potem pan dużo czyta i kumpluje się z innym, dobrym brzydkim (który jako niebrzydki oka zupełnie nie męczy) i ratują dziewczynkę z mnóstwem analogii do Czerwonego Kapturka. Czy to tylko moje przeczucie czy każdy odcinek będzie kryminalnym nawiązaniem do jakiejś bajki? O trzech świnkach bym chciała zobaczyć, pewnie zrobiliby z nich trzy wielkie, zapuszczone knury terroryzujące małe miasteczko i porywające staruszkom koty a mleczarzom utarg. Dziwny trochę ten serial i nie bardzo pomaga mu fakt, że łysą ciocię gra matka Meredith Grey, mam do niej przez to ambiwalentny, za przeproszeniem Państwa, stosunek i zdarzyło mi się pomyśleć "ahaha, łysa i jeszcze dostała bęcki, dobrze ci tak za to, co zrobiłaś Meredith", co poradzę. No nic, obejrzymy następny odcinek i coś się rozkręci może, ciocia pewnie zrobi niestosowną aluzję i ciekawam, jak sobie ptyś sam z brzydkimi poradzi.
Sherlock natomiast bardzo udany, choć główny bohater zupełnie aseksualny i przez jego wygląd tak zwlekałam z oglądaniem.

Ani jednego zwierzątka wczoraj nie obejrzałam jeśli nie liczyć świni, co ją w "Bez rezerwacji" Bourdain humanitarnie zastrzelił w Luizjanie a potem zjadł na spółkę z Cajunami i nikt nie narzekał. Mam niewielki przesyt zwierzątkowy, ileż w końcu można patrzeć na to, jak się przyroda energicznie wygryza. Jakoś nikt nie kręci spokojnych, łagodnych filmów o tym, jak wydra sobie płynie, płynie i nic się z nią nie dzieje poza tym, że jej się paluszki od wody marszczą - nic, tylko krew, limfa i mnóstwo zębów, zrobię sobie kilka dni przerwy.

Wiatr poszarpał trochę plantacją, wyszłam popaczać - dzielne roślinki, nic, odpukać, nie padło, trochę obwisły ale podlałam i ma być dobrze. Witamy nowych lokatorów - Brahdelt kupiła mi prześliczne oregano i obłędnie pachnącą miętę cytrynową, dokupię jutro ziemię i zrobię im nowe domki. Groch jest jakiś dziwny, wiatr taki, że wodę z basenu wychlapuje, a ten wypuścił nowe kwiaty, masochista.

Obrazeczki będą o spontaniczności, pożytku z serialu o brokacikowym wąpierzyku oraz z cicikiem co dokonał mikcji. Bądźcie Państwo uprzejmi mieć miły dzień a ja idę nabywać tusz do rzęs, bo mi wyszedł.

PS. Mój operator zaskoczył mnie właśnie smsem o treści "Po co dzwonisz do swoich bliskich aby sprawdzić gdzie są?". Obstawiam, że po to, aby sprawdzić, gdzie są, phi. Poza tym Indianie twierdzą, że jestem bardzo delikatna i wrażliwa, roarrr. Ciekawam, czy się te bzdety komuś z charakterem zgodziły.

wtorek, 26 czerwca 2012
"Chodzą ulicami ludzie..."

co jasno dowodzi ich umysłowego pomięszania, bo kto z rozumem w głowie snuje się po ulicy w taką pogodę. No chyba, że musi, ale mam nadzieję, że zorganizowaliście sobie Państwo dzień tak, żeby mieć z tym cholernym wiatrem styczność możliwie najbardziej ograniczoną. Tytułową pioseneczkę, mam nadzieję, wszyscy znają, a kto nie zna niech sobie poszuka, bo ładna.
Złamałam się i wniosłam na salony dwie donice z chili, bardzo nimi wiatr pomiatał. Reszta jakoś sobie radzi, ale rozważam jeszcze wniesienie cukinii, z drugiej strony jak tak będę je wnosiła za każdym razem to się w życiu nie zahartują. Co robić, drogie Bravo?

Koleżanka podesłała mi link i złożyłam się wpół ze śmiechu - popaczcie, KTO mówi o upadku moralnym i niesmacznym lansie. Poza tym też pięknie jest, najśliczniejszą fanką sportu została pani z supernaturalnymi ustami i już jest celebrytką, a program istot obrażających Ukrainki został zdjęty z anteny i mam nadzieję, że to nie koniec konsekwencji chamstwa.

Obejrzałam sobie wczoraj nie tylko programy o zwierzątkach ale też o tym, jak bardzo, bardzo mamusie kochają swoje dzieci, które są dla nich najpiekniejsze na świecie żeby nie wiem co. Wczoraj jedna mamusia kochała 17-letnią córkę tak bardzo, że przegapiła jakoś moment, w którym jej pociecha osiągnęła wagę 230 kg. Oczko w głowie mamusi zostało wysłane do ośrodka zajmującego się nastolatkami z nadwagą, schudło 80 bodajże kg, wróciło do domu i liczyło na pełne wsparcie rodzicielki i całej rodziny. Trochę się zdziwiło, bo mamusia, sama zwiewną leliją nie będąca, ograniczyła wsparcie do poklepania córki i orzeczenia, że "good job" po czym wróciła do swoich nawyków żywieniowych typu pizza. Trenerka dziewczęcia wpadła z wizytą i nieco ją zatkało. Poinformowała matkę panny że powinna dziewczynie okazać wsparcie i nie opychać się jak sołtys fastfoodem. "Poczułam się atakowana" - oznajmiła oburzona matka do kamery. Niech mi ktoś mądry powie czemu się takim tępym tobołom nie odbiera praw rodzicielskich zanim zmarnują życie własnych dzieci. Trochę wczoraj w duchu dyskretnymi kurwamaciami rzucałam, nie ukrywam. Był też otroczek niewiotki który w wieku 15 lat ważył marne 151 kg bo tak się jakoś nagle złożyło, a bezradny tatuś z równie bezsilną mamusią, którym jednakowoż rączek przy samej dupie nie upierniczyło i dawali radę robić zakupy i gotować pojęcia nie mieli, jak do tego wszystkiego doszło i czuli się kompletnie bezwładni, bo "oni nic z tym przecież nie zrobią, syn sam schudnie, tylko musi chcieć". Syn był przy okazji mimozowatą, drętwą pipą płaczącą wpiekłogłosy po zrobieniu kilku przysiadów że niby go cuś poszczykło i boli, jak łagodna i subtelna ze mnie istota tak temu mazgajowi zrobiłabym jakąś przemyślaną krzywdę, nie cierpię udawania i ryków z byle powodu.

Z tego wszystkiego przyroda mobilna (Bartoszcze, btw, za przyrodę mobilną uznał także groch, bo się pnie i wypuszcza wąsy - groch, nie Bartoszcze - ale umówmy się, że chodzi bardziej o lwy, króliki i inne takie) zeszła trochę na dalszy plan, ale normę wykonałam i spora grupka zwierząt została wczoraj starannie obejrzana. Wiedzieliście, że foki sa strasznie leniwe? Ja nie wiedziałam. Wczoraj jedna foka obserwowała grupę pingwinów opychających się sardynkami, tak sobie pływała nonszalancko, że niby ona tu przypadkiem, przepływała właśnie i o, jaki ładny wodorost, a kiedy pingwiny opchały się juz po kokardkę rzuciła się na jednego i dosłownie wyżarła z niego te sardynki, inhumując go oczywiście mniej więcej w tym samym czasie. Coraz mniej lubię foki, muszę przyznać. W dodatku zostawiają młode na lodzie. Dosłownie - na lodzie - podkarmią przez kilkanaście dni i to by było na tyle jeśli chodzi o opiekę, przez co młode, mające złe przeczucia, otłuszcza się przez ten krótki czas najszybciej, jak może. Kolejne dziecko z nadwagą, ale tym razem uzasadnioną przynajmniej.
Lwy mi też wczoraj  po nerwach pojechały bo jak na złość jadły tylko małe bawoły afrykańskie, duże najwyraźniej w zęby kłuły albo nie wiem, nie było na nie sezonu czy co, w każdym razie co się jakieś młode w stadzie pojawiło to lwy je hyc! i zjadały. Poza tym było o kolejnej kandydatce na kretynkę roku, mianowicie jedna pani wybrała się na safari piesze i bardzo zachwycił ja fakt, że na jej drodze pojawił się słoń. Ojej - zachwyciła się pani - jaki on ładny, uszaty taki i wygląda na spokojnego, podejdę bliżej. Ojej - zainteresował się słoń - jakaś kolorowa istotka zmierza w moim kierunku, wygląda na łatwą do stratowania, podbiegnę bliżej. Intencje pani i słonia okazały się więc być mocno rozbieżnymi i życie idiotce uratowal tylko fakt, że przewodnik safari narobił hałasu a ona sama bardzo się rozdarła, co zniechęciło slonia który, jak każdy samiec, kiepsko znosi darcie się na niego i raczej wyjdzie i drzwiami pieprznie, niech się baba sama wydziera, kto by tego słuchał.
Wiedzieliście, nawiasem mówiąc, że koty polują na słonie? Ja nie wiedziałam.

Otrzymałam właśnie od MBFa smsa o treści 'PUMPERNIKIEL PIKIEL!!!!!" - oszaleję tu kiedyś. Nawiasem mówiąc dziękuje za wyrazy życzliwości dla Myszy - tak, Mysz w świetnej formie, miotała się wściekle do 4 rano a wcześniej chodziła Trenerowi Osobistemu po twarzy i bardzo ja to zachwycało a Trener nie mógł się poruszyć, ależ miałam ubaw. Zdjęcia Myszy się powoli obrabiają, na razie mam zastój gdyż padł mi zasilacz w komputerze i korzystam z komputera Trenera, a nie mam tu stuffu do zdjęć.

Obrazeczków zaraz poszukam, trochę zarobiona jestem i humor mam takise. Życzę Państwu udanego dnia, nie wychodźcie bez kurtek, wieje jak diabli.

PS. Dodam, bo pewnie Szyszka tylko czeka na moje publiczne wyznanie - I`m Sherlocked, oficjalnie.

poniedziałek, 25 czerwca 2012
Nudna notka ogrodnicza bez gołych pań, zwierzątek ani żadnych takich.

Zrobię sobie, jesli Państwo pozwolą, mały apdejt ogrodniczy, bo poprzesadzałam i pomiesza mi się, jeśli nie zapiszę, a może się komuś coś przyda (albo poczyta sobie o roślinkach w przerwie między kawą a innymi sposobami na uniknięcie nadmiaru pracy w pracy - specjalne pozdrowienia dla Michała ;>).

Poprzesadzałam wszystkie sadzonki chili. Hungarian Yellow Wax, Bulgarian Carrot, Big Jim i Super F1 wypuściły pierwsze kwiatki, które oberwałam. Krzaczki docelowo wyższe posadziłam w donicy wysokiej, małuchy poszły do skrzyń a F1 dotrzymuje towarzystwa śmiesznym ogórkom, które miały kąt do wynajęcia.
(Taka jestem mądra, że wiem, co jest w chilisach czym, bo Brahdelt wszystkie siała i dorzuciła profesjonalne znaczniki z nazwami - mnie nic takiego, jak wiemy, do głowy dotąd nie przyszło.)

Przesadziłam okrę do wysokiej donicy, z uwagi na mnóstwo wolnego placu wokół dosiałam do niej śmieszne ogórki, bo szybko rosną i chcę mieć ich milijony żeby rozdawać. Okra dobrze rośnie z ogórkami i melonami, gdybym miała melona to też bym jej dosiała, żeby nie miała nudno.

Groch kwitnie, pokazałam nawet Trenerowi Osobistemu, ale nie zauważył, ślepa peja, gdzie ja miałam oczy jak go brałam. Żartuję, jest bardzo udanym egzemplarzem, ale kwiatka na roślinie jednak nie zauważył, trudno. W każdym razie groch podstawowy kwitnie a zastępczy bardzo szybko rośnie - dałam im drabinkę zabraną ogórkom, które wolą się płożyć i podpórkę starannie ignorowały.

Mam 3 zbędne sadzonki papryki, jeśli ktoś reflektuje to proszę piszczeć, bo nie mam na nie miejsca za bardzo, a rosną silne i ożwawione.

To w małej brązowej doniczce to papryka. Papryka, na pewno. Zapisuję, żeby potem nie doznać tradycyjnego u mnie szoku, że oesu, a co to. Z papryk-krzaczorów pierwszego kwiatka stracił tylko krzaczor środkowy i niech pamiętam, że pozostałym dopiero pierwsze kwiatki do obrywania urosną.
Powinnam pamiętać także, że wielkie, żółte rękawice nie służą do kopnięcia ich w kąt, bo ciężko się potem domywa dłonie po wesolutkim grzebaniu w gruncie, ale o tym jakoś ciągle udaje mi się zapomnieć.

Rzodkiew powiększyła grono aniołków, dam jej jeszcze jedną szansę na bycie zjedzoną w moim domu czyli dosieję, ostatnie podejście. Jeśli się nie uda resztę nasion wyślę przysłowiowym dolnopłukiem do Wisły, wyrzucę znaczy.

Rozmaryn zapadł chyba w estywację, bo nic się z nim nie dzieje - nie rośnie, nie pada, stoi jakiś taki bez wyrazu. Skubnę go, może sie oburzy i zareaguje.

Pomidor malinowy ma kilku maleńkich kolegów, koktajlowy kwitnie, ale bez entuzjazmu, za to wypuścił z boku dodatkowe krzaczki - usunęłam je, żeby był przewiew, bo właśnie doczytałam, jakie to ważne. I że mam pamiętać o ogłowieniu przed końcem uprawy.

Suszone mango rządzi - to z zupełnie innej beczki, ale naprawdę świetne jest i kupcie sobie jak będziecie w Rossmanie.

Wrzucę zaległe obrazeczki, bo wczoraj się zagapiłam - będzie o adopcji, ułatwieniu wrogom bycia wrogami, dziwnych życzeniach oraz o tym, żeby przyrodzie "a ti ti ti" nie robić. Miłego dnia Państwu, nie przepracowujcie się, następna notka będzie już zwyczajna, z przyrodą kopytną i innymi takimi.

PS. Artykuł sam w sobie takise, ale interesującą literówkę znalazłam, "Kazimiera Szczuka mówiło". Hm.

niedziela, 24 czerwca 2012
"And, after the spanking, the oral sex!"

Oj no co. Zrobiłam sobie powtórkę z klasyki i obejrzałam Monty Pythona trochę. Genialni ludzie. Gdyby nie oni nie wiedzielibyśmy wszak, że Ziemia ma kształt banana a najlepszym narzędziem do ścinania wielkich drzew jest śledź.

Zostałam tymczasowo porzucona Trenerem Osobistym - pozdrawiam mieszkańców Śląska, Tercet Bardzo Męski w osobie Trenera, męża Kiki i kolegi M. nagłaśnia dziś u Was jeden genialny chór, zazdroszczę trochę, bo też bym posłuchała, zwłaszcza, że to znajomy prowadzi. Plus dodatni jest taki, że mogłam spać, spać i spać dopóki nie wstałam i co mi kto zrobi.

Dynia Jakaśtam oficjalnie zakwitła, kwiat jest duży, żółty i bardzo ładny, miota mną gospodarska duma. Z rzeczy mniej fajnych - padła mi rzodkiewka, listki hurtem się położyły mimo podlewania i wszystkiego. Czekam, może się podniosą jeszcze, ale w obliczu faktu, że kwitnie mi dynia, fasola, cukinia i ogórek, nie załamię się, jeśli nie. Chili rosną w oczach, nie uda mi się dłużej odwlekać przesadzania, mam nadzieję, że korzenie bardzo się towarzysko nie splątały.
Póki pamiętam - ogrodniczki, weźcie proszę pod uwagę tę akcję, sama owadów nie cierpię, ale postanowiłam posadzić w wiszących skrzynkach jakieś kwiaty, mam nadzieję, że pszczoły z wdzięczności uznają mnie za nieukąszalną.

Nie oglądałam wczoraj żadnego poważnego programu o zwierzątkach gdyż trafiłam na program o pani, co była w szoku, że nie może schudnąć. Mianowicie zrobiła spis wszystkiego, co zjadła przez tydzień, a potem pan doktor pokazał jej całą tę koszmarną ilość jedzenia zebraną w jednym miejscu. "Ojej" - powiedziała pani na widok gigantycznego stosu smażonych mięs, jajek, pączków, coli, gotowców, kiełbasek, frytek, kebabów, czekolad, ciastek, tortów, kotletów, lodów, batonów, czipsów, hamburgerów, chińszczyzny, piwa i makaronu - "ale to przecież z całego tygodnia, to chyba nie tak dużo?". Nie, proszę pani, wszyscy tyle jedzą a zeżarcie na drugą kolację 11 pączków i uzupełnienie połową pizzy i torcikiem o północy to norma, oczywiście, i nie liczy się jeśli nikt nie patrzy. Prześliczny program, wyszukam i nagram sobie wszystkie odcinki, moja wewnętrzna świnia kwiczy z ukontentowania na widok istot dziwujących się, że 8000 kcal dziennie jakimś cudem tuczy mimo, że zjadło się bardzo szybko i popiło colą light.

Serdeczne podziękowanie dla Brezlego za inspirację do obejrzenia filmików świadczących o tym, że natura dąży do wyeliminowania idiotów a konkretnie istot, o dziwo, ludzkich, które uważają, że jeśli są w rezerwacie to nie tylko włos im z głosy nie spadnie, ale także są w stanie poingerować sobie troszkę w przyrodę bo cóż to komu zaszkodzi przecież. Widzianą kiedyś przeze mnie kandydatką na kretynkę nr 1 jest niunia, która darła się, żeby ratować gazelę upolowaną przez stado kilkunastu lwów, w tym 2 dominujących samców. Spoko, co to dla Misia, Miś wysiądzie z autka, machnie na przyrodę silną ręką, lwicom da po nosie zwiniętą gazetą, żeby sobie poszły, samce trzepnie sandałkiem po pyskach, gazelę weźmie pod pachę i na luzie krokiem człowieka absolutnie zajebistego wróci do samochodu zostawiając za sobą skulone, nieśmiałe stado. To z pewnością przebiłoby przedsiębiorczą panią, która postanowiła pogłaskać goryla i sympatycznego pana, który zdecydował się pokiziać bizona, niestety Miś okazał się mało męski i zczikenił, co za wstyd dla mężczyzny. Ciekawa jestem, ile brakujących ogniw w terorii Darwina zostało inhumowanych przez niewdzięczną przyrodę bo uznali, że jeśli zwierzątko je tylko trawkę to można podejść i zrobić mu "a ti ti ti, kto jest taką śliczniusią bawół afrykańską".
Nawiasem mówiąc ktoś znowu lizał lwa. Praca predaktora musi być pasmem udręk, że o kłakach w ustach nie wspomnę.

Mały apdejt roślinny - ach, jeju, wyszłam na balkon i co ja paczę, groch mi zakwitł, bosko, bosko, doganiam groch Brahdelt, który ma już małe strączki.

Obrazeczki będą później, nie trafiłam jeszcze na nic godnego uwagi. Miłego dnia Państwu życzę, nie zmarnujcie ostatnich chwil weekendu (na sprzatanie na przykład).

sobota, 23 czerwca 2012
"Wyganiała Kasia wołki..."

...że też jej się chciało. Przypominam, że mamy weekend, dni przeznaczone na relaks, toteż najlepiej unikać wysiłku fizycznego innego, niż sport, jeśli już ktoś naprawdę musi. Trener Osobisty musiał, nie rozumiem, jak tak można, ale co poradzę. Dla równowagi ja włączyłam pralkę i wielu poważniejszych planów na dziś nie mam. Poza, niestety, małymi zakupami.

Dynia Jakaśtam oficjalnie kwitnie, na żółto, śmieszny ogórek też i też na żółto, cukiniowe kwiatki in spe coraz większe i też raczej czerwone nie będą, dymka katalońska bardzo zmężniała. Dzięki genialnemu pomysłowi Brahdelt będę miała dwie dodatkowe doniczki z 5-litrowych butli po wodzie oraz, co mnie bardzo nie martwi, jeszcze mniej miejsca na balkonie, groch i fasolę podlałam przed chwilą balansując na krześle, trochę mało płaszczyzn na czynnik ludzki mi zostało, ale nic to, warto. Trener Osobisty opychał się dziś młodymi pędami grochu napędowego, jesteśmy zgodni co do tego, że są przepyszne, i trochę nad nimi kwiczymy. Groch zastępczy zaczął się owąszać i dostał tymczasowe podpórki czyli patyczki do chińszczyzny, niestety on także kontynuuje tradycję splątywania się z kumplami, bardzo towarzyska roślinka. Pojawiły się kolejne maleńkie pomidorki malinowe, pokiziałam je czule. Okra wypuściła kolejny zestaw listeczków, tym razem takie pierzaste, otrzymała polecenie dalszego rozwoju i mam wrażenie, że pozostanie, odpukać, taka bezproblemowa. Planuję dosiać szczypiorek gdzie tylko się da, mam nadzieję, że nie gryzie się z żadną inną rośliną.

Póki pamiętam - Aniołek Pozytywny wrzucił przydatne ostrzeżenie, zajrzyjcie koniecznie.

Niby oglądałam wczoraj jakieś zwierzątka, ale większość czasu to było jednak unikanie oglądania zwierzątek - trafiła mi się seria programów o tym, że przyroda bywa mocno niesympatyczna i potrafi zrobić człowiekowi rzeczy niemiłe. Mając do wyboru atak hipopotama na parę nowożeńców, którzy postanowili popływać łódką po rzece pełnej hipopotamów oraz pana, na którego zapolował żarłacz biały (a tak naprawdę ciemnoszary z jasnoszarym, wiemy o tym od dawna) wybrałam bramkę nr 3, mianowicie o tym, jak to przyroda mobilna walczy między sobą o cokolwiek, co uzna za warte narażania życia, czyli laski, rządy na kwadracie i coś na ząb. Wczoraj walczyły dwa lwy i było to dość zaskakujące, mianowicie po intensywnym napierniczaniu jednego cicika w drugiego i wzajemnie jeden cicik uznał, że dobra, bierz pan w cholerę baby i hektary, nie będę jak jaki gupi biegał w tym upale, i poszedł sobie. Ale ale, co się okazało - poszedł pod drzewko, odpoczął godzinę, wrócił i wtłukł drugiemu tak, że tamten chwilami w oszołomieniu sam sobie łapy gryzł, taki był kocioł.
Likaony też nie mają łatwo, ale zaskoczyły mnie wczoraj bardzo pozytywnie. Mianowicie jeden młody maczo uznał, że jedna ustawka z lokalnym Abelardem i wuala, stado Heloiz przejęte. Trochę się zdziwił, kiedy wbiegł sobie raźniutko między inne futrzaczki i zaczął narzucać się zębami samcowi alfa a stado zgodnie rzuciło się na niego i dostał takie bęcki, że cudem przeżył.
O terytorium walczyły też dwie myszy leśne, ale to akurat było przezabawne i przypominało walkę burunduków czy zajęcy, mianowicie stanie na tylnych łapkach, pacanie się bardzo szybko przednimi i piszczenie, hurtem. Niestety stosownego filmiku z walką myszy leśnych pod ręką nie mam, a walki myszy domowej na jutjubie w większości kręcone są chyba widelcem i przez geniuszy nie potrafiących podłożyć sensownych dźwięków, chyba, że nieznamsie i przeraźliwe technowate "buci, buci, buci, łiiiiał!" świetnie do filmiku o zwierzętach pasuje.

A teraz Wam nawrzucam.
Proszę bardzo, dziś obrazeczek o rurze, sztuce i jedna Bazinga!
Wczoraj dowiedziałam się, że Ryszard, kot Brahdelt, jada bób. Jak się okazało nie tylko on ma nietypowe upodobania - oto cicik, któremu witaminy też pyszczka nie krzywią.
Miłego dnia Państwu, nie przemęczajcie się - chyba, że ktoś musi wołki wygonić, ale jeśli już, to niech wygoni wołki zbożowe, mniej z tym roboty.

piątek, 22 czerwca 2012
ESPRESSO PATRONUM!

Musiałam, niestety, zrobić kawę (okolicznościowy obrazeczek jest na Fanpejczu), alternatywą był powrót do sypialni i zakopanie się w stosie poduszek z podręcznym Owcą, pogoda taka, że wstanie z łóżka było prawdziwym wyzwaniem i dzięki bogom za funkcję drzemki w komórce, bo mogłam trochę pooszukiwać.

Wczoraj Emilyann wpuściła mi do mieszkania muchę - nie pytajcie, jak, ma swoje sposoby, wpuściła i tyle. Stali czytelnicy pamiętają zapewne zeszłoroczną akcję antymuszą. Tym razem Pierwsza Mucha Bojowa była nieduża i anemiczna, więc bardzo sie nie nawalczyłam, ale i tak zdążyłam niechcący odstawić szopkę. Przypomnijcie mi, proszę, następnym razem, że rzucanie się na okno ze szmatą i okrzykiem "Ha! Mam cię, franco!" owszem, ma sens, ale dobrze jest popaczać wcześniej, czy w ogrodzie zaraz na wprost nie siedzi spora i obdarzona świetnym słuchem rodzina z dziećmi i gośćmi. Usiłowałam godnie i z klasą zwiać, ale to się rzadko udaje, nie udało się po akcji z kajdankami na Poczcie Głównej i wczoraj też nie bardzo mi wyszło.

Mysława Tłuścikiewicz zaczęła biegać ok. 22.00, poszalała, poszła się przespać i wstała o 2.14 - wiem na pewno, bo sądziłam, że wtedy się położę. Położyć się owszem, mogłam, tylko o śnie nie było mowy przez dłuższy czas. Ponieważ futerko zaczęło Myszy odrastać Mysz uznała, że ojej, to się będziemy teraz nudzić, i szybko zadrapała sobie uszko. Nie dostałam cholery tylko dlatego, że już małą cholerę w mysiej osobie mam. Oszaleję tu kiedyś, wspomnicie moje słowa.

Z dumy unoszę się pół cicika nad ziemią gdyż zakwitł mi śmieszny ogórek. Reszta, odpukać, nadal jędrna i w formie, groch coraz wyższy i zarzuca wąsy gdzie tylko może, bazylia to nadal mnóstwo dziarskich, małych kolesi oraz wykiełkował mi cały groch napędowy (w sensie na pędy do sałatek). Trochę dziś wieje, ale mam nadzieję, że mi się nic nie połamie, będę wdzięczna za okolicznościowe kciuki i postaram się zmontować przyrodzie jakąś osłonę na wszelki wypadek.

Co do przyrody - wczoraj było o hipopotamach i żywię do nich coraz więcej niechęci. Wygląda toto jak wielkie, spokojne stworzenie z pocieszną mordą co tylko trawki wyrywa, ale szybko okazuje sie, że dla takiego hipopotama nie masz to jak napierniczanie się na śmierć i życie. Wystarczy, że inny, też niemały i z mordą nieponurą, podejdzie o kroczek za blisko i od razu zaczyna się bójka tak żywiołowa, że samice i młode szybko wytruchtywują poza zasięg zębów, a zęby dorosłego hipopotama mają pół metra długości. Poważnie, pół metra, weź tu takim kiełkiem oberwij i miej nadal chęć do życia. Wczoraj jeden nieduży oberwał i już nie miał a lwy i krokodyle uznały, że no trudno, zjedzą go, niech się nie zmarnuje. Problem polegał na tym, że hipopotam był uprzejmy paść przy brzegu, czyli na terytorium dostępnym dla obu gatunków. Zaczęło się napierniczanie vol.2 - wielki lew szturchnął krokodyla pazurkiem, ten wyskoczył z mordą, lew czynność powtórzył i tak w kółeczko, nacieszyć się sobą nie mogli. Gdyby nie to, że lwice miały rozum i zaczęły kolację wylekać na brzeg toby wszyscy poszli spać głodni. Zrezygnowane krokodyle odpłynęły upolować sobie coś na ząb - mam nadzieję, że małe, puszyste gnu były niedostępne - a lwy opchały się jak jacyś sołtysi. W związku z tym mam sugestię - jeśli będziecie kiedyś spacerować po Masai Mara i wypadnie Wam np. kanapka a zauważy to stado lwów to już jej nie podnoście, są silniejsze i na pewno jej nie odzyskacie.

Dla kontrastu przyroda nieagresywna - popaczcie, co mi przysłała Zuza-chan - prześliczne. Mam też sporo obrazeczków o przyrodzie mobilnej - o ciciku czarującym, rekinku ponurszym oraz krabiku, co nie powinien. Miłego dnia Państwu, na niepogodę proponuję zareagować rosołem, właśnie gotuję.

PS. Na głównej sama radość - mam nadzieję, że ktoś z rozumem w głowie wreszcie celibat zniesie.

czwartek, 21 czerwca 2012
"Woda nie jest środowiskiem dla zebr"

Wiedzieliście o tym? Bo ja, przyznam, miałam pewne podejrzenia bazujące na tym, że w programach o zwierzętach więcej zebr było na lądzie, niż w wodzie, w dodatku w wodzie nie hasały i nie jadły, tylko były jedzone i w związku z tym trochę się spieszyły na brzeg, ale całkowitą pewność uzyskałam dzięki wczorajszemu seansowi okołozwierzątkowemu bo pani lektorka tak powiedziała, a nie kłamałaby mi przecież. Gdyby ktoś z Państwa był dramatycznie niedoinformowany w kwestii środowiska dla zebr odpowiedniego to może zrelaksować się już i mieć pewność, że zebra w wodzie = zebra nie na miejscu.
Obejrzana wczoraj przyroda była wyjątkowo brutalna, jedyną odskocznią była walka dwóch bawołów afrykańskich, a raczej machinalna i leniwa zaczepka. Jeden szturchnął drugiego, na co drugi zareagował w rodzaju "Zygmunt, no co ty, tylko jedną trawkę Ci z kępki wyjadłem, jedną traweczkę, a ty na mnie, na kumpla, z rogiem? A pamiętasz jak ci oddałem przy wodopoju swoje miejsce dalej od krokodyla? Kaman..." i było po wszystkim. Poza tym wyżeranie się i piszczenie, zwłaszcza w wykonaniu mangust, strasznie takie mangusty piszczą, Mysz mogłaby u nich lekcje pobierać. Popiszczały, upiszczały plan ataku na węża, wykonały i po imprezie. Szybko jakoś wszystko polowało wczoraj, jeszcze szybciej jadło, ale w sumie to nie było na czym oka zawiesić, może jutro podzielę się jakąś konkretniejszą wiedzą.

Narzekłam sobie wczoraj, że gorąco, słońce napiernicza itp, tak? No to mieliśmy w nocy dla kontrastu taką piękną burzę, że dziekuję, postoję, a wczoraj stałam w oknie i napaczać się nie mogłam. Wykorzystała cały asortyment piorunów, nakręciłam nawet krótki film, ale komórką, a że komórka to Nokia C6 (przed zakupem której, jesli ktoś ma taki zamiar, niech najpierw narysuje na ścianie kółeczko, huknie w nie z rozpędu głową i powtarza, póki mu nie przejdzie) toteż film wygląda jak zrobiony pralką. Więcej na upały narzekać nie będę. Mniej też nie, bo jednak bardzo ich nie lubię, ale mam nadzieję, że burza z atrakcjami towarzyszącymi typu wywalenie prądu w kosmos była incydentem jednorazowym, bo bez przesady jednak, oglądałam niezwykle istotny program o zwierzętach, gdy prąd padł, a wrócił dopiero pół h temu. Fi dąk.

Przyroda skutków burzy nie odczuła, odpukać, dynia prawdopodobnie Sweet Dumpling (albo Kakai albo Hokkaido albo jakaś inna, za rok na pewno zapiszę, co sieję) wypuściła pierwszy kwiatowy pąk, cukinia wykazała obecność drobnych pączków w takiej ilości, że jeśli mi to wszystko zaowocuje zacukiniuję się na śmierć, zakwitła papryka (i pierwszy kwiatek został, zgodnie z zaleceniami hodowców, urwany), mam 3 pomidorki malinowe, koktajlowe kwitną, fasola szparagowa też. Kto ciekawy proszę sobie popaczać na Fanpejczu - zrobiłam przyrodzie album.

Notka będzie anemiczna na wzór właścicielki bloga, która się nie wyspała, bo najpierw podziwiała burzę a potem jakoś tak się zrobiło, że było jasno i trzeba było wstawać. Obrazeczki deklaruję dostarczyć w terminie późniejszym, chwilowo mam pozór zmiętego ptaszęcia, a roboty tyle, że nie wiem, na co machnąć ręką w pierwszej kolejności. Stałym odbiorcom mysich fotek wyślę je jak tylko obgimpię. Miłego dnia Państwu i do zobaczenia później.

Zaległe obrazeczki mam - dziś będzie o sporcie i o tym, że nasze kocięta sa już myte i wkrótce zostaną dla nas spakowane. Więcej nie mam, ludzie nieprzytomni po burzy i mało kto się dziś aktywnością wykazał, więc obrazeczków też mało jest.
Btw - zakwitł mi śmieszny ogórek i generalnie, odpukać, wszystko jakieś takie chętne do życia. Bosko, bosko, czekam z solniczką.

środa, 20 czerwca 2012
Tyle słońca w całym mieście...

...że cholery można dostać. Przypominam Matce Naturze, że halooo, nie jesteśmy w tropikach, nie mam plantacji ananasów i nie potrzebuję, doprawdy, żeby napierniczać mi w balkon 40-ma stopniami, dziękuję uprzejmie, proszę sobie upał zabrać do, dajmy na to, Selebi Phikwe albo do kogoś, kto ananasy ma, ja mam tylko w puszce i dogrzewać ich nie trzeba.
Ponieważ bywam organizacyjnie mało ogarnięta zaplanowałam sobie na wczorajszy wieczór kilka wyzwań kulinarnych i wszystko pięknie, tylko trochę słabo poszło mi planowanie czasowe. W efekcie poszłam spać zmordowana jak górnik o 3 w nocy. W sensie że spać poszłam o 3, nie że górnicy są wtedy jacyś słabsi kondycyjnie, bo pewnie nie. Po stronie strat należy odnotować jedną czarną miseczkę, która (sama, przysięgam) wypadła z lodówki i pieprznęła w kafelki - to, że obudziłam Trenera Osobistego, którego normalnie nie budzi nic niech zaświadczy o tym, że gwałtowne połączenie kamionki z kaflami cichutkie nie jest. Jako bonus otrzymałam pierdolnik jak w MadMax`ie - miód na serce (i kurwamać na ust pąkowie) po prostu.

W uprawach mała żałoba, mianowicie Dynia Piracka Pierwsza padła i już nie wstanie raczej, generalnie dynie w jednej skrzyni są jakieś takiese, oby nawożenie pomogło. Za to cała, odpukać, reszta jędrna, zieloniutka i ożwawiona. No, rzodkiew mi trochę zwiędła w tym - zupełnie, przypominam, niestosownym w tej strefie klimatycznej - upale, ale podlałam i ma nakaz nie opierniczania się, to nie jest balkon dla miękkich, za przeproszeniem Państwa, siurków.

Obejrzałam wczoraj o program zwierzątkach nie wprost, mianowicie jeden pan włóczy się po świecie i zawraca głowę ludowi pracującemu, a konkretnie myśliwym. Poważnie, uznał, że cóż to komu szkodzi wkącu jeśli on pojawi się tu czy tam i weźmie udział w polowaniu. Bardzo to było zabawne, bo było kilkunastu myśliwych odzianych jedynie w plecione z traw pokrowce na frankfurterki i bosych i był pan - ubrany i w porządnych butach. Musieli się potem zbierać za którąś chatą i śmiać z niego w kułak gdyż mimo rozpaczliwych starań wystarczyło, że się odwrócił na kilka sekund a myśliwi już gdzieś znikali. W dodatku świnie płoszył. A, bo nie napisałam - w całej imprezie chodziło o upolowanie za pomocą włóczni dzikiej świni, niedużej, bo ledwie 100 kg taka świneczka waży, za to bardzo agresywnej i myśliwym niechętnej. Myśliwi hasali po gęstym lesie jak młode żbiczki podczas gdy po panu widać było, że na co dzień to on raczej nie poluje na nic większego i bardziej ruchliwego niż hamburger w Makdonaldzie. Kilka razy pieprznął zdrowo w grunt i świnie robiły go w niech będzie, że konia, jak chciały - w kulminacyjnym momencie pan stał nieco oszołomiony a w tle dzika świnia wyprowadzała chyłkiem i rządkiem grupkę świniąt, zapewne też nie oswojonych. Pewnie parskały sobie w raciczki z ukontentowania. Pan spieprzył cierpliwym myśliwym dwa polowania pod rząd i na szczęście uznał, że w sumie to on dzikoświniny nie lubi i woli zapolować na latające lisy. Tu, dzięki bogom, spłoszył stado tylko raz i myśliwi dzięki brakowi jego współudziału upolowali, co chcieli. Mam nadzieję, że pan nie zabawia długo w takiej wiosce, inaczej ludzie z głodu wymrą bo hałas, jaki robi na polowaniu jest porównywalny z takim, jakim robiłby gdyby wywlókł na polanę sporą trombitę i ryczał do niej "taś taś" żeby przyrodę mobilną przywabić. Z hamburgerami stanowczo lepiej mu idzie.

Obrazeczki mam i się podzielę - dziś będzie o miłości romantycznej, osiągnięciach farmacji oraz, na deser, cicik z dedykacją dla pana od (nie)świń. Idę na balkon robić zdjęcia przyrodzie, wrzucę potem na Fanpejcz, miłego dnia Państwu. Btw - kilka mysich zdjęć też mam, ale Modelkysz była wczoraj bardzo rozpląsana i w efekcie większość zdjęć to rozmazany szary kształcik albo mysi kuperek, więc poczekam i zrobię więcej. Mysz czuje się dobrze, futerko powoli odrasta bez strat w ludziach i ich kończynach, więc, odpukać, wszystko ok i dziękuję za wszystkie miłe promysie słowa - przekazuję co do jednego, a Mysz wdzięcznie się miota.

PS. Szeregi gangu Kosz Angels zasiliła wczoraj Migawka - serdecznie witamy, gwarantujemy dobrą zabawę i brodzenie po kostki we krwi, a świat spokojnie może zacząć się bać, zirytowana i uzbrojona Migawka przejdzie przez Afrykę jak Mysz przez ser.

 
1 , 2 , 3