Tagi
squirk77@gmail.com
RSS
środa, 25 czerwca 2014
Notka o kotku upośledzonym cebulkowo, w sumie.

Lokalny tramwaj zwany luasem, sytuacja dość świeża:

Jadą dwie panienki w wieku lat ok. 17-18 może, ubrane nieco może zbyt frywolnie ale co tam, wiek ma swoje prawa (choć prawo do panterki i cekinkowych napisów "HOT BABE" na sempiternie powinno się jednak ograniczyć nieco ale mówię tak oczywiście bo jestem już stara i zazdrosna a też bym chciała żeby mi odwłok świecił, no ale nie wypada W Tym Wieku)
Stoję obok i mimochodem słyszę, jak jedna pyta drugą czy idzie wieczorem do klubu. Na co druga odpowiada, smutna czegoś, że niestety nie może. Pierwsza, zaskoczona, pyta o powód.
I wtedy druga mówi smutno, cytuję:
 - My pussy is very sensitive...

Aż zastrzygłam uszami. Pussy = kotek, prawda? Kotek. Kocham koty miłością dziką. Rozczuliłam się od razu - dziewczę ma nowego kotka, pewnie by za nią tęsknił, gdyby wyszła, i ona dla kotka zrezygnuje z zabawy i zostanie w domu. Co za miła dziewczyna, no naprawdę. Albo zaraz, może chodzi o to, że kotek nie toleruje jakiegoś leku czy karmy, może trzeba go pilnować przy posiłkach, sprawdzać, co lubi, znalezienie właściwej karmy to nie taki pikuś znowuż. I wtedy sobie przypomniałam, że ojej, przecież mam w kieszeni plecaka wizytówkę mysich lekarzy, są świetni, pomocni, niech panna zadzwoni i na pewno jej coś doradzą.
Szczęśliwa wygrzebuję wizytówkę, już mam sunąć chyłkiem boczkiem, powiedzieć, że sorry, usłyszałam przypadkiem waszą rozmowę i może mogę pomóc, gdy druga panna, nadal smutno, kończy:
 - ..i jak ściągnęłam wosk to zobaczyłam że "pussy" jest cała podrażniona, wygląda okropnie i muszę zostać w domu, nie kupię więcej tego wosku!

KURTYNA.

W mniej więcej 5 sekund zorientowałam się, że:
 - pussy w znaczeniu pornopotocznym oznacza (nieletni proszę wyjść, nieświadomi letni proszę wyciągnąć karteczki i zapisać na przyszłość bo nigdy nie wiadomo, kiedy się przyda) damski mymłon
 - stoję w pozie pomiędzy "seter wystawia zwierzynę" a "Marceli Szpak dziwi się światu", z dyskusyjnie inteligentnym uśmiechem i wizytówką w wyciąganej dłoni tuż obok panienek rozmawiających o depilacji okolic intymnych, z zamiarem podejścia i dopomożenia (nie wiem, jak miałaby pannie pomóc wizytówka, "masz tu, dziewczę, kartonik, zasłoń co masz do zasłonięcia i idź zaszaleć, nikt nie zauważy"?)
 - panienki na luzie i bez najmniejszego poczucia obciachu konwersowały o powyższej depilacji w środku transportu publicznego (fakt, że niezbyt głośno, tłoku nie było a mnie słyszały rozmawiającą przez telefon po polsku i może założyły, że nie zrozumiem, ale jednak)
 - dziewczę nie chciało iść do klubu bo była opcja, że ktoś jej "kotka" zobaczy. Do klubu. Ja pierniczę.

Cóż się dziwić, że tylu panów zostaje waginosceptykami*. Teraz nawet kota nie można być pewnym.

PS. A poza tym wszystko ok tylko żyto pyli i Trener kicha a Mysz Większa ma uczulenie na nieuczulający szew (naprawdę) i dodatkową kulkę w boczku ale wizyta u pani doktor, tej z Wizytówki dla Łysego Kotka, upewniła nas, że to inna kulka i na razie nie ruszamy i obserwujemy.
Zawołano praktykantkę żeby zobaczyła najgrzeczniejszego chomiczka świata. Podczas zdejmowania szwów Większyk był tak wściekły że lizał mój palec z prędkością światła.
PPS. Na co dzień jest dość zwyczajnie, mnóstwo do zrobienia, dom się sam sobą nie zajmie, wiadomo, ale kiedy wyjdę trafiam czasem na takie kwiatki, że ledwo wracam. Może ograniczę wyjścia.
PPPS. Pytacie Państwo o życie codzienne w Irlandii, o ludzi, o możliwości zarobkowo-wyjazdowo-aklimatyzacyjne. Przygotuję notkę, porozmawiam z emigrantami o dłuższym stażu i napiszę, co wiem.

 

* żart, to nie jest kwestia wyboru przecież

wtorek, 17 czerwca 2014
O mój rozmarynie, kota tu dostanę wkrótce, tak jakoś przeczuwam.

Wracamy z oprowadzania nowych polskich znajomych (M&M, macham do Was) po polskich i ulubionych sklepach, wchodzimy na osiedle i co ja paczę - na chodniku leży piękna, wielka gałąź rozmarynu, najwyraźniej komuś wypadła.
Od razu mi się ciśnienie podniosło bo kocham rozmaryn miłością dziką, jak można nie zauważyć że taki skarb wypada, no jak. Rzuciłam się na gałąź jak japoński fetyszysta na automat z używanymi majtkami*.
- Ludzie to ślepe peje - mówię do Trenera Osobistego.
- Myszku... - mówi Trener
- Nie, poważnie - mówię ja - jakbym miała taką gałąź rozmarynu skądś zdobytą tobym ją niosła obułap i z oka nie spuściła, ja pierniczę, jak można nie zauważyć rozmarynu, no jak!
- Myszku... - mówi ponownie Trener
- Nie próbuj tego kogoś usprawiedliwiać nawet - kwiczę nerwowo - W głowie mi się nie mieści że można przegapić rozmaryn, w dodatku taka wielka gałązka, ludzie to ślepe peje są i już.
W tym momencie zrezygnowany Trener prowadzi mnie niecały metr dalej pod jakiś wielki krzaczor który dotąd ignorowałam bo cóż mnie przecież obchodzi co administracja osiedla posiała na klombach przed budynkami, po czym zatacza ręką krąg ukazując mi jak w pysk wyraźnie wielkie, bujne krzaczory rozmarynu pod każdym niemal kuźwa budynkiem na osiedlu.


No i tak, o.

 

PS. Ostatni odcinek sezonu Gry o Tron świetny, nie? Trochę szkoda, że nie żyje - przez jeszcze bardziej nieżywych - to pacholę o spojrzeniu tak rzewnym jakby w oczach po wiadrze wody nosiło, no ale co zrobić, nie wszyscy mogą zginąć podczas defekacji jak nie powiem kto bo może ktoś jeszcze nie oglądał. No i ustaliłyśmy dziś z koleżanką M.E., pozdrawiam, że szkoda jednej panny ale nie aż tak żeby się tym przejąć.

* od niedzieli wiem, że takie istnieją, bo mi M. powiedział podczas Wieczoru Integracji Polsko - Polskiej na Obczyźnie, dziękuję serdecznie, dobrze, że akurat odstawiłam napój, ja to jednak spokojna sierotka spod lasu jestem i niewiele wiem o wielkim świecie najwyraźniej**

** i dobrze

piątek, 13 czerwca 2014
Słoneczko dzisiaj późno wstało

a wcześniej uniknęło niechcianego seksu z zestresowanym obywatelem Pakistanu, no ale o tym potem. Wrzucę zaległą notkę gdyż społeczeństwo się domaga.
Nie było mnie z powodów okołorodzinnych i jeszcze przez chwilę mnie nie będzie ale póki jestem napiszę, co u nas. Choć trochę mi słabo chwilami, kiedy o tym myślę.

Zaczęło się od tego, że kolega powiedział, że połówka jest dobra na wszystko.
Otóż jest to nieprawda i mam na to dowody, tj., na szczęście, miałam, bo mnie Trener uratował.
Wchodzę dwa dni temu do sypialni i co ja paczę, na parapecie leży połówka martwego owada z rzędu błonkoskrzydłych. Nie wiem, czy zdajecie sobie sprawę z tego, że połówka owada to horror 2 w 1 - nie dość, że leży takie obrzydliwe, to jeszcze nie wiadomo, gdzie jest druga połówka. I co, jeśli gdzieś na poduszce.
Nie podejdę i nie poszukam, bo głyyy.
Nie wyrzucę tego z parapetu, bo j.w.
Przez pół dnia do sypialni nie weszłam a kiedy Trener Osobisty wrócił z pracy rzuciłam się na niego jak klienci Lidla na Crocsy ostatnio i mówię, że ratunku, w sypialni na parapecie leży pół błonkoskrzydłego.
Trener ma mnie od dawna, opanował chęć ucieczki i po męsku wszedł do sypialni i mówi, że owada nie ma.
Jeśli ktoś myśli, że nie zmusiłam go do przeszukania otoczenia, póki nie znalazł tej połówki (na podłodze), i starannego przejrzenia łóżka, to się w życiu tak nie pomylił.
Nie lubię owadów po prostu. Inne połówki lepiej się sprawdzają w życiu ale nie na wszystko sa dobre, to pewne.


Trener Osobisty regularnie rewanżuje mi się za moje małe, urocze szaleństwa, np. wybraliśmy się niedawno temu ze znajomymi na piwo do pubu. Kelner przynosi 4 Guinnessy.
 - Thanks. - mówię ja.
 - Thanks. - mówi koleżanka
 - Thanks. - mówi małżonek koleżanki.
 - Niech pyski twoich wielbłądów będą zawsze pełne trawy. - mówi Trener Osobisty.
Lubię ten pub, wygodne stoliki, można oprzeć głowę na dłoniach i spokojnie sobie płakać, polecam.
Gdybym nagle oszalała to wiecie, kogo winić.


Ptaszki też czynią mi despekt, no ale prznajmniej w całości, nie w charakterze zwłok na parapecie, odpukać. Ale drą się tak, że mówię kilka dni temu do znajomej, która niedawno tu z rodziną przyjechała, że o, bogowie, jak one się drą, kota można dostać. I słyszę, że no co ty, ślicznie kląskają, takie trele cudowne, takie dziobeczki małe pracowite, wspaniale jest. Pogadamy, mówię, za jakiś czas, zmienisz zdanie.
Mniej więcej dwa tygodnie później rozmawiam z małżonkiem koleżanki który to małżonek nieco się dusząc mówi, że Gosia już po kilku dniach przestała się aż tak kląskaniem zachwycać, zwłaszcza jak którejś nocy jakiś pierzasty mały drań zaczął koncert o 4.00 a pozostałe entuzjastycznie się dołączyły, a po kolejnych kilku dniach bez jakiegoś wielkiego zdziwienia ujrzał, jak Gosia wrzeszcząc i z kapciem w dłoni rzuca się przegnać jakieś ptaszę czaplopodobne tylko dlatego, że po prostu sobie stało na trawniku chyba trochę za blisko Gosi. Dobrze, że nie zakląskało cudownie takim małym dziobeczkiem, mogłoby nie przeżyć.

Przestałam oglądać "Tudorów" bo na końcu Henryk VIII umiera. Tak, wiem, że tak naprawdę to on już dawno temu umarł i wcale nie wyglądał jak Rhys-Meyers ale jakoś tak odwlekam. Może się jeszcze, ahaha, chłopina podźwignie. Za to z zadowoleniem stwierdzam, że bardzo się królowe Anglii wyrobiły, te w serialu to albo różańce na prawo i lewo, albo kochankowie. Nie wiem, co trzeba mieć we łbie, żeby myśleć, że a co mi tam, wyszłam za króla, no ojej, wielkie mi co, będę miała prywatnych loverbojów na pęczki i co mi kto zrobi. A potem szok i niedowierzanie że król wściku dostał jak się dowiedział, że mu ktoś prywatną królową teges. Głupie były królowe kiedyś, taki mam wniosek.
O, i "Grę Endera" obejrzeliśmy i nam się podobało, polecamy.

Miało być tym seksie egzotycznym co go nikt nie chciał ale zanim się człowiek zorientuje to można się zestresować, naprawdę. Młodzież niech teraz wyjdzie albo nie podgląda.

Dwa dni temu wyszła mi dymka więc wyszłam i ja, po dymkę. Niefortunnie było ok. 17.00 kiedy to sąsiedzi wracają z pracy więc winda była w ciągłym użyciu. Kiedy wracając wsiadłam do windy w towarzystwie rosłego pana z chyba Pakistanu i dwóch pań niewiadomego pochodzenia najpierw zawlokło nas na 4 piętro, potem na poziom parkingu, panie wysiadły a pan, nieco zestresowany, spojrzał na mnie i pyta z naciskiem:
- Anal?
Przyznam, że zmartwiałam. Jestem w windzie w podziemiach z chłopem jak góra który najwyraźniej czyni mi awanse takie, jakich się człowiek w windzie w podziemiach ani chyba nigdzie indziej nie spodziewa. Trzeba wybrnąć jakoś, zyskać na czasie czy coś, może ktoś wsiądzie, może sobie przypomnę z filmów jakieś chwyty karate. Więc mówię, że nie rozumiem i niech powtórzy, proszę bardzo.
Pan spojrzał zrozpaczony i powtórzył, nieco wolniej:
- Anal?
Zrobiło mi się zimno, mrówek na karczku, odsunełam się i mówię lodowato, że jestem pewna, że nie to miał na myśli.
Na co pan już zupełnie w rozsypce mówi że "sorry" i że "learning, bad english", desperacko wyciąga z kieszeni jakiś zmięty zeszycik z pismem odręcznym, szuka czegoś i w końcu triumfalnie acz powoli i wyraźnie mówi:
- AND NOW?
Kiedyś tu umrę.

No i tak to wygląda.
Zagranica, pff.
W domu też rozmaicie bo jak na przykład ostatnio chciałam być trochę elegancka przy stole, to mi nie wyszło bo Trener wszystko zepsuł.
Mianowicie podałam kolację, ą i ę, rybka, warzywa pasowne, wszystko ładnie ułożone, przyczesałam nastrosz, siadamy, kolacja świetna. I mówię do Trenera tak wiecie, jak dama:
 - Jak znajdujesz brokuła?
 I słyszę:
- Pyszczkiem.

Istoty Szare mają się świetnie, Większyk chyba odpuściła sobie hodowanie na boczku czegokolwiek, poza puchem, oby, Mniejsza pobiła rekord demolowania świeżo posprzątanego Myszarium. 37 sec, z zegarkiem w ręku, wystarczy maleńkiej Myszeczce żeby pieprznąć kostką i kolbą a na miseczce usypać górę trocin. Gdyby były zawody w demolowaniu na czas to Mysz ma wygraną w kieszeni tym takim bocznym napyszcznym pojemniku na ziarno.

W kwestii obrazeczków - jestem Państwu wdzięczna za cierpliwość więc zacznę  od całusa bo uważam, że zasługujecie. Poza tym sugestia dla babysitterów, lekko sparafrazowany mit oraz cicik. Miłego dnia, koniecznie kupcie arbuzy, zaczął się sezon na arbuzy, wreszcie.

PS. Trener Osobisty przeczytał gdzieś, że psychopaci nie ziewają jak się przy nich ziewnie. Poważnie, normalny człowiek zaraz ziewnie bo mu empatia każe a psychopata nic. W związku z tym od kilkunastu dni Trener Osobisty demonstracyjnie przy mnie ziewa i sprawdza, czy odziewuję w rewanżu. I bardzo się cieszy, że jestem normalna.

PPS. Pierwszy Kot Sąsiedzki mnie lubi. Bardzo, bardzo chciałabym mieć kota ale Trener Osobisty (alergia inkluded) był pierwszy jednak, no i jestem do niego dość przywiązana. Przynajmniej po sąsiedzku sobie pokiziam.

środa, 11 czerwca 2014
Notka zastępcza za tę notkę, która

pojawi się tu za dzień czy dwa. Wrzucę niemal gotową już, bo napisaną jakiś czas temu notkę, zrobię tylko okołomysi apdejt i poszukam w internetach stosownych obrazeczków żeby było porządnie.
Nie mam weny chwilowo, jakoś tak o, ale mówią na mieście, że ma wrócić.

PS. Spośród wielu gatunków ptasząt swawolnych, które się tu ku mojemu utrapieniu realizują wokalnie, dwa szczególnie się wyróżniają - jeden wrzeszczy jak niemowlę a drugi jak rodząca kobieta.
Młode matki i położnicy muszą tu regularnie kota dostawać.

PPS. Kłaczą mi motylki. Taka aplikacja z piżamy, w Polsce nie kłaczyły a tu jak wściekłe, wszystkie tiszerty Trenera okłaczone i jest dużo negatywnych uwag pod adresem motylków. Tarę do prania (i podręczną rzekę w okolicy) pilnie nabędę.