Tagi
squirk77@gmail.com
RSS
poniedziałek, 19 czerwca 2017
"Szparagi a zeby sprawdzic, czy sa swieze to potrzec je o siebie i jesli kwicza to brac smialo"

No, jestem. Rada dot. szparagów (z forum) pewnie już spóźniona ale jeśli nie to proszę korzystać.

Notkę zaczęłam pisać kilka dni temu ale potem mnie Trener porwał na oglądanie owiec i tyle z tego było. Owce bardzo ładne, kolorowo poznaczone na sempiternach i bardzo żwawe oraz o szerokich horyzontach - były wszędzie. No nic, obejrzeliśmy co tam było do obejrzenia (polecam Arboretum na cześć JFK i statek Dunbrody), spaliliśmy sobie nosy (upały są) i jestem.

Zacznę od tych zaległych kotów co je obiecałam bo kilka osób pytało a koty są miłe.
Pojechaliśmy zwiedzać twierdzę Tomar bo nie wypadało jej nie zobaczyć, po czym poszliśmy we czwórkę szukać obiadu i zetknęliśmy się z czymś, czego, jak nas zapewniano, w Portugalii nie ma i proszę się nie obawiać, wszystko będzie otwarte. Ze sjestą mianowicie. Była wszedzie, tzn. miasteczko wymarłe dokumentnie, mieliśmy szansę tylko na kawę co w upale sensu większego nie miało. W końcu w bocznej uliczce znaleźliśmy niewielką restaurację i strasznie się ucieszyliśmy, bo była otwarta a właściciel bardzo serdeczny. Tak wywnioskowaliśmy z tego, że się uśmiechał, bo po angielsku nie znał ani jednego słowa, na szczęście menu było z lengłidżem a syn nieco właściciela nieco angielskojęzyczny więc pokazaliśmy palcem które ryby chcemy skompromitować, ryby przyniesiono, zaczęliśmy się opychac jak jacyś sołtysi i wtedy usłyszałam pierwsze "mił".
W progu stało nieduże, rude kocię, bardzo puszyste i najwyraźniej głodne.
W pośpiechu wyszukałam w plecaku woreczek, woreczek dostał nazwę Kociwór, i jęłam deponować tam co delikatniejsze kawałeczki ryb pilnując, żeby bez ości, no bo to kocię małe przecież. Kociwór pęczniał, w końcu patrząc, czy właściciel nie widzi, poszłam i dyskretnie usypałam przy kocięciu rację żywnościową. Wtedy zaczęło pęcznieć i kocię.
Niestety właściciel usłyszał miauki i zaczął niebożę wypędzać, ale nie jakoś stanowczo, wrócił na zaplecze a ja usłyszałam kolejne "mił", takie bardziej piskliwe, obejrzałam się i niemal zasłabłam bo obok kocięcia pierwszego stało drugie, maleńkie jak dłoń, puchate jak bazia, czarne, śliczne i żywo zainterowane pęcznieniem. Poleciałam karmić mimo syków otoczenia, że co ja gupia robię, zaraz nas stąd wypędzą. Na szczęście właściciel nadal na zapleczu, kocięta pęcznieją, ja cała zadowolona bo nikt nie widział, konspiracja i czujność górą, zjedliśmy, zbieramy się.
I wtedy podchodzi do nas właściciel z talerzem pełnym rybich szczątków, śmieje się a jego syn mówi, że skoro tak lubię karmić koty to oni przygotowali trochę jedzenia ale niech je kotom dam kawałek dalej żeby się nie przyzwyczajały do restauracji bo nie wszyscy goście je lubią.
Tak oto skompromitowałam siebie i rodaków w Tomar. Kotów tam bardzo dużo więc jeśli ktoś chciałby iść w moje ślady to znajdzie wiele obiektów zainteresowanych. Proszę zabrać Kociwór.

Co poza tym. Jakiś czas temu zadeklarowałam uroczyście, że nigdy nie polecę samolotem bo się boję a Ameryki nie ujrzę na oczy bo tam albo strzelają albo wzywają prawników i tyje sie od samego patrzenia na jedzenie.
W życiu się tak nie pomyliłam, jak się okazało. Trener serdecznie wyśmiał moje obawy, zarezerwował bilety na lot do sąsiadów i kilka tygodni później, blada i drżąca, przepiszczałam nerwowo 40 min lotu do Szkocji. Prawdopodobnie jestem jedyną osobą która przeżywała turbulencje jeszcze na ziemi. No a potem to się zaczęło na poważnie i w końcu musiałam jechać do ambasady z podaniem o wizę bo jak wiadomo w tej Ameryce, co to miało mnie tam nigdy nie być, chcą wizy.
Zrobiłam stosowne zdjęcia dowizowe na których wyglądałam blado, wielkooko i z takim śmiesznym ryjkiem. Trener mnie dopadł w drodze do domu i pyta, co mnie tak martwi. Więc mówię:
 - Zdjęcia zrobiłam. Jestem blada, mam wielkie oczy i zmartwiony, śmieszny ryjek. Wyglądam jak strapiony ryjkonos...
 Na co Trener, współczująco:
 - No tak, tak...A na zdjęciach jak wyszłaś?
Uduszę go kiedyś.

Podsumowując - byłam (m.in.) w Ameryce, jest bardzo wielka, prześliczna i nikt nie strzelał. Zrobiłam wiele pieknych zdjęć i jeszcze więcej mniej pięknych. Rozważam założenie blogaska ze zdjęciami, trochę tego jest, Ktulu i Mysza zwiedzili kawał świata, dołączyli do nich Hamsta i Kaczka dla Psów. Właśnie do mnie dotarło jakie mam zaległości w blogowaniu i ile się u mnie pozmieniało, orrany.

Za Myszami tęsknimy ogromnie.

Jeśli macie jakieś pytania nie krępujcie się i pytajcie, odpowiem w następnej notce, wiem, że długo mnie nie było i mam tyle nowości do opisania że nie wiem, od czego zacząć. Pozdrawiam, miejcie Państwo udaną resztę dnia.

PS. Przypomniało mi się jeszcze - czekamy na lotnisku w Dublinie, lot do Krakowa, kolejka pod bramką już się ustawia, przy nas dwie rodziny rodaków z otroczkami. U boku rodziców igra zabawką dziecię płci żeńskiej, zauważyła to dziewczynka z drugiej rodziny i zaczęła się zaprzyjaźniać. Dziewczynki się bawią, z zadowoleniem przyglądają się temu obie rodziny stojące obok siebie, w końcu ojciec dziewczynki nr 1 uznał najwyraźniej, że głupio tak nic nie powiedzieć, ładnie się dzieci bawią, trzeba zagaić. Odwraca się więc do rodziców dziewczynki nr 2, uśmiecha się i rzuca:
 - No dzień dobry, państwo też do Krakowa?
Mieliśmy łzy w oczach.