Tagi
squirk77@gmail.com
RSS
poniedziałek, 30 lipca 2012
"Pogłoski o mojej śmierci są mocno przesadzone"

Zajętyk pozablogowo, nic mi nie jest, dziękuję za wszystkie niespokojne pacnięcia mnie łapką, żyję i to dość aktywnie nawet, wczoraj byłam na spacerze w lesie, tylko ja, Trener Osobisty i jakieś pińcet tysięcy komarów, każdy przy zdrowym apetyciku, jednego nawet inhumowałam, ale na Trenerze, co nie do końca zostało docenione. W każdym razie żyję, oglądam różne rzeczy, wykwiczę się entuzjastycznie na ich temat jak tylko wena przestanie się gdzieś szlajać i zechce do mnie wrócić.

Rozważam zatrudnienie ochroniarza, bardzo wyspecjalizowanego, mianowicie chyba przyda mi się ktoś, kto będzie mnie dyskretnie napierniczał w tył głowy kiedy znajdę się w pobliżu cukinii bo znoszę jej do domu tyle, jakbyśmy niczego innego nie jedli, oraz kto będzie przypominał mi w weekendowe poranki, że śliwki są zdrowe, kefir jest zdrowy ale śliwki z kefirem to połączenie, które spokojnie można sobie darować i nie żartuję.
Ponadto byliśmy na świetnym grillu u znajomych, pozdrawiam, i poznałam prawiepięciolatka który bawi się w Dzielne Osteoblasty, trochę mi szczęka opadła. Spory kontrast z osiedlowymi otroczkami, na przykład tym chłopczyną bystrym który przewróciwszy się w piątek wraz z rowerkiem wstał dzielnie, otrzepał się i stwierdził z ulgą "Dobze, ze nie lozjebałem".

W przyrodzie balkonowej niemobilnej planowane są zmiany, tzn. ja planuję, zieleń nic do gadania nie ma. Pomidoty koktajlowe idą wą, bo nie robią nic, poprzesadzam śmieszne ogórki i chili. Pomidor malinowy uroczo owocuje, 3 małe pomidorki na jednej gałęzi, groch pierwszy już się nie groszy, więc wylatuje i siany będzie nowy, fasolka szparagowa kwitnie po raz drugi oraz coś mi żre miętę i niech tylko dopadnę drania.
Przyrodzie mobilnej, zgodnie z deklaracją, chyba odgłaskam uszy, Mysz szaleje jakby w nią - co zresztą podejrzewam od jej czasów wczesnomyszęcych - złe wstąpiło. Ponadto niechcący nauczyłam ją, że nie ma co sobie ząbków męczyć obieraniem pestek słonecznika samomysz, pani obierze i pod pęk wonsów[tm] podsunie, w efekcie Mysz patrzy na mnie wielkimi, wilgotnymi ślepkami, bezradna w stercie ziarna, ja z rezygnacją obieram a Trener Osobisty psyka na mnie że rozbestwiłam Mysz i proszę, jaki efekt. Mysz rządzi twardą łapką a Trenera owinęła sobie wokół najmniejszego pazurka, np. po relaksacyjnym bieganiu i skakaniu żabką po łóżku Mysz wraca do siebie wyłącznie na dłoni Trenera. Poważnie, na moją nie wchodzi, czeka, aż ukochany pan podsunie dłoń, Mysz leci wtedy jak jaka gupia. Trener Osobisty uważa, że to dlatego, że on ma dłonie duże a ja w rozmiarze półśmiesznym i Mysz czuje się u niego bardziej komfortowo ale mam teorię, że Myszątko po prostu bezczelnie mu się podlizuje i ma efekty. Chyba, że to normalne, że właściciel Myszy dzwoni codziennie z pracy żeby zapytać, co u niej, to ja przepraszam.

Obrazeczki będą dziś o zwierzątkach, lubię zwierzątka. Będzie miś, cicik i pszczółka w weltszmercu. Miłego dnia Państwu, będę wdzięczna za trzymanie kciuków za moją panią doktor, obym jej nie udusiła gołymi rękami jeśli znów spojrzy na wyniki badań niewidzącym wzrokiem i zleci kolejne.

PS. Widzę, że tagi "dzikie świnie" i "t-rex" cieszą się sporym powiodzeniem, to miłe. Zaskakujące, że dotarto do mnie także przez wrzucenie w szukajkę słów "jego żona", hm.

czwartek, 26 lipca 2012
"Z reguły nic nie myślę tylko sobie idę i ładnie wyglądam"

To nie o mnie, serio serio, ja nigdzie nie idę.
Z wyglądem, prawdę mówiąc, też nie jest najlepiej, gdyż nie uwierzycie Państwo, co.
Tak, nie wyspałam się, dzielne Myszątko poszło w bój z moim snem jak tylko padłam jako ten kwiat podcięty. Z tegoż powodu myślenie też może mi nie najlepiej pójść i gdyby ktoś spodziewał się dzis po mnie wyżu intelektualnego to niech sobie od razu da spokój.

Wyszukano mnie wczoraj po "Krystyna Czubówna" i "Amazonia" - przyznajcie, robicie to celowo żebym potem siedziała jak wypłosz i myślała "O, bogowie, kiedy ja coś takiego napisałam, ja pierniczę, wstyd jak beret, kto by kradł kapibary, no kto..." i wychodzi na to, że ja. Oops.

Póki pamiętam - wrzuciłam na Fanpejcz Przyrodę i Zaległą Kaczkę. Zdjęcia Myszy wyślę wkrótce stałym odbiorcom a gdyby ktoś spoza nich też chciał, to proszę mnie pacnąć łapką.

Miałam w planach ambitną, pełną głębi notkę o życiu, zwierzątkach i innych takich ale to się dziś nie uda, 4h snu na dobę to jednak trochę mało. Za to najpewniej jutro napiszę o Maćku Ratowniku, bo obiecałam. O Babci z Siatką też pamiętam, sporo tego, powinnam przestać obiecywać, bo się nie wyrabiam, a przecież muszę jeszcze znaleźć czas na ignorowanie tego, co mam do zrobienia, bo znów tyle tego, że nie wiem, na co machnąć ręką jako pierwsze.

Muszę też zacząć opisywać robione na zapas i zamrażane w pojemnikach dania gotowe, Trener Osobisty zapytał mnie o to, co dostaje na obiad, i musiałam uczciwie odpowiedzieć, że mięso nieznanego pochodzenia w czymś szarym, z ryżem. Na szczęście podobnież było rewelacyjne i mam zrobić więcej. Nie byłoby problemu gdybym wiedziała, co to było.

Aby zatuszować swoją dzisiejszą niewydolność zasypię Was obrazeczkami, to powinno od razu odwrócić Waszą uwagę od faktu, że notka jest takase. Obrazeczki będą dziś o chodzeniu po wodzie (phi, to łatwe), o ciciku, o dwóch innych cicikach oraz religijny. Miłego dnia i świetnej kondycji Państwu życzę, będę miała czego zazdrościć.

PS. Padało i przestało, bez sensu.

PPS. Od kwadransa szukam stosownego komentarza i nic. Taki dzień, co poradzę.

środa, 25 lipca 2012
Ahaha, muszki, łosie i warkocze.

Tagowanie jest fantastyczne ale i wyrzutów sumienia trochę mam, wyszukano mnie bowiem po kluczowych słowach i mam obawy, że szukający niezazbytnio znajdzie u mnie, czego szuka. Znaleziono mię bowiem po takich słowach kluczowych, jak:
 - muszki
 - łosie
 - "z bezami"/poważnie, przez szukajkę
 - warkocz
i sami popaczcie czy jest sens mnie tak wyszukiwać. Moim zdaniem naprawdę niezazbytnio. Jeśli ktoś zupełnie serio szukał u mnie łosi i warkoczy to sory, ale jeśli bardzo potrzebuje to obiecuję napisać wszystko, co o łosiach, bezach i reszcie wiem, choć z góry uprzedzam, że może być trochę mało merytorycznie.
O, co ja paczę, przez makaron też mnie wyszukano i przez balkon. No, balkon przynajmniej trochę na temat, choć niby są tam też piżmowce i burunduki, ale z tym makaronem to od razu mówię, że tam jest głównie o ryżu, w dodatku o jego braku, więc nie ma co zaglądać.(Stałych czytelników informuję, że zaginiony ryż nadal się nie odnalazł i na wszelki wypadek co kilka dni sprawdzam, czy jego następca też się gdzies nie ulotnił.)

Mam Mysz, Mysz ma fantastyczny humor i kondycję więc suponujcie sobie Państwo jak bardzo jestem wyspana. Do zaprezentowania się jako żwawy trznadelek brakuje mi w sumie tylko żwawości i trznadelka. Mysz uznała bowiem, że oesu, przecież ona ma dwa kołowrotki, dwa, bez sensu tak w jednym biegać, trzeba na zmianę (dodam, że każdy tłucze się inaczej). No ale nic, myślę sobie - dobrze, że futrzaczek biega, że taka zdrowa i energiczna, a jak nie będzie słyszała żadnych odgłosów (to bardzo towarzyska Mysz i lubi się lansować) to pomyśli, że wszyscy już śpią, znudzi jej się i zaśnie. Ok. 3 nad ranem w Polsce słyszę, że Mysz zatrzymała się i nasłuchuje - w hacjendzie cisza i zwierzątko zaczęło się myć, nastąpiło czesanie uszek, układanie futerka, takie tam czynności świadczące o tym, że za chwilę Mysz uda się do Sypialni, Sypialni lub Sypialni.
I w tym momencie Trener Osobisty kichnął.
 - Juhuuu! - uznała najwyraźniej Mysz gdzieś w środku, w Myszy, bo bezgłośnie pyszcznie - słuchają mnie, muszę się bardziej postarać!
Po kwadransie mysich starań (swoją drogą dobrze, że u sąsiadów nie słychać łomotu kiedy 39 gramów wesolutkiej Myszy cieszy się życiem) wstałam, włączyłam oświetlenie i idę do Myszarium z groźbą na ust pąkowiu.
 - Mysz - mówię groźnie - jest po trzeciej w nocy, albo zaraz zaśniesz albo odgłaskam Ci uszy.
 - "..." - rzuciła machinalnie Mysz i wróciła do biegania.
Przeniosłam się na Sufkę, o 8. 30 rano rzuciłam Espresso Patronum i nie wygląda na to, żebym miała się dziś w jakiejś dziedzinie rozszaleć.

O zwierzątkach niezmiennie oglądam ale nie bardzo mi się to ostatnio podoba, bo jest sporo o owadach i zwierzątkach jedzących owady (ohyzda) a ja na ten temat nic życzliwego do napisania nie mam, zwłaszcza w temacie szerszeni czy pszczół miodnych afrykańskich, brr.
Nagrałam sobie reportaż "Nocne podchody", widziałam go już kiedyś, o lwach był i pokazywali tam zwierzątka nagrywane kamerą termowizyjną, widać było nawet myszy więc myślę sobie że a co mi tam, zrobię powtórkę, mysz zawsze warto obejrzeć. Nagrałam, włączam i zgadnijcie, co. Tak, krokodyle. Mnóstwo krokodyli. Patrzę w program i co się okazuje, ten sam tytuł ma kilka programów, o hienach też jest. Niemniej podtrzymuję swoje zdanie - krokodyli jest w Afryce stanowczo za dużo, a Berberys lubi torebki i buty więc trzeba będzie coś w tym kierunku zrobić bo naprawdę, wspomnicie moje słowa, za jakiś czas nagracie sobie program o tytule "Słodkie dzieciństwo" i będzie tam o młodych krokodylach a ileż można. O wdepnięciu w krokodyla za rogiem nie wspominając, taka Afryka nie jest znowuż wcale tak daleko a skoro spodziewamy się inwazji góralków patagońskich i wołów piżmowych to kto wie, czy i krokodyle nie uznają, że cóż im szkodzi zbadać warunki mieszkaniowe w Konstancinie. Wyjdzie potem ktoś prosto w krokodyla i będzie mu przykro.

Mam obrazeczki, ale są takiese, np. ten jest zupełnie średni, a ten to już wogle. Sytuację trochę ratuje cicik, choć załamany. Może też ma Mysz i się nie wyspał. Miłego dnia Państwu, idę słaniać się w trybie slow motion nad jedną nudną bazgraniną, że też ludziom nie przyjdzie do głowy że ktoś może mieć Mysz i się nie wyspać, nie zapytają nawet tylko zawracają głowę. Yh.

PS. W Grenadzie...tj. w przyrodzie zielono, Trener Osobisty poinformował mnie litościwie, że przecież wystarczy kabelek przełożyć z mojego komputera do trenerskiego więc nawrzucam Wam wieczorem zdjęć tyle, żebyście pożałowali, że zamówiliście. Nawet zaległą kaczkę wrzucę, o. Chili mi rośnie, wprawdzie u Brahdelt rozszalała się szybciej ale i tak bardzom dumna.

PPS. Popatrzcie, ile puchu i piszczenia u bolończyków Michała, swoją drogą patrząc na dorosłego psiaka zdziwiłam się, bo sądziłam, że mają sierść bardziej zakręconą i wymagającą jakiejś pielęgnacji z kosmosu a wygląda na zupełnie łatwą w obsłudze. Kjut.

poniedziałek, 23 lipca 2012
"Gnu wygrzewają się w słońcu a karibu odmrażają sobie tyłki"

poinformował mnie przedwczoraj Andy Casagrande i w sumie zgadzam się z nim, choć mam uwagi krytyczne. Gnu nie wygrzewają się bynajmniej bezstresowo z powodu, iż są notorycznie wyżerane przez lokalną przyrodę mobilną a karibu miały sporo czasu na zorientowanie się, że tropików na Alasce jest jakby skrajnie mało więc trudno się ich braku nagle uczepić, poza tym dość ponastraszane są (karibu, nie tropiki) i nie wyglądają, jakby tam wymarzały. Nie bardzo widzę zamianę miejsc choć nie zaszkodziłoby trochę karibu napuścić na Afrykę, mają mocne raciczki i mogłyby wytłuc nadmiar krokodyli.

Poza tym trochę udusiły mnie owce kanadyjskie, w sensie nie, że rzuciły się na mnie w celu ostatecznego rozłączenia mnie z tlenem ale nie mogłam przestać się śmiać. Mianowicie zgadnijcie Państwo jak samiec owcy kanadyjskiej informuje innego samca owcy też nie jakiejś zagranicznej o tym, że wyspał się, zjadł lanczyk, cygaro i whisky też już były a teraz gotów jest ponapierniczać się o lokalne panienki?
Czy może dyskretnie szturcha go rożkiem w boczek?
Czy z wyzywającą mina podchodzi do najwyższej z owiec i najbardziej blond?
Nic z tych rzeczy, nie dla samca owcy kanadyjskiej podchody, sugestie i zabawa mimiką.
Podchodzi do innego samca od tyłu i kopie go w klejnoty koronne, dziekuję za uwagę.

Przyroda niemobilna lokalna ma się świetnie pomijając dwie dynie Prawdopodobnie Sweet Dumpling, które mają się już nijak i oby było im dobrze w dyniowej Walhalli, trudno, nie bardzo sobie radziły od początku. Groszek i fasolka poszły do sałatki i z dumą wrzucę na fanpejcz jej zdjęcie jak tylko odzyskam swój komputer, planuję przesadzanie, dosiewanie i inne takie. Mysz ma się świetnie i opycha się świeżymi pestkami słonecznika z zaangażowaniem skutkującym sporadycznym skubaniem mnie przez pomyłkę w palec, ja też planuję mieć się świetnie i w tym celu jest mnie tu coraz mniej. Interesujące życie pozablogowe przekłada się na mniejszą częstotliwość pisania, co poradzę. Niemniej nie jestem martFa, tylko trochę zajęta. Oraz w pomidorach, poważnie, Trener Osobisty zasypuje mnie ostatnio pomidorami, opycham się jak jakiś sołtys. Kocham pomidory miłością dziką.

Obrazeczek (a właściwie gif) będzie dziś bardzo pouczający, bo o tym, że gnu wyginają z ciekawości - proszę bardzo. Poza tym ten cicik to na pewno samiczka. Miłego dnia Państwu - wiem, jest poniedziałek, ale wierzę w Was.

PS. Ahaha, wyszukano mię sobie po tagu "makaron".

PPS. Mam pierwszą papryczkę Hungarian Yellow Wax, śliczna jest.

czwartek, 19 lipca 2012
"Prawie jak Anna Kurnikowa tylko trochę inaczej i na odwrót"

Tak bywa, co poradzę. Ścielę się predakcji do nóżek, lubię wymyślane przez Was tytuły prawie tak bardzo, jak tyfus i gradobicia tylko, oczywiście, trochę inaczej i na odwrót.

Trener Osobisty nazywa mnie od wczoraj pastereczką i nie wynika to bynajmniej z faktu, że coś zaczęłam hodować i pilnuję, żeby jadło i napierniczam długim kijem, żeby w szkodę nie lazło, bo nie. Otóż weszłam w Wielką Coroczną Fazę Pasteryzacji. Pasteryzuję wściekle i z błyskiem w oku, z zakupionych ostatnio warzyw ostał mi się jeno pęczek rzodkiewki (pasteryzowana jest takase, wiem, bo robiłam) i fasolka szparagowa, która zostanie zakonserwowana dziś bo wczoraj opadłam z sił. Pierwsze 20 słoików za mną i who`s the king bejbe. W dodatku zabawnie jest bo większość to eksperymenty w rodzaju "ciekawe, co będzie, jeśli zamiast ogórków wezmę cukinie, dorzucę koperek i wymieszam zalewy, bo zostały i niech się nie zmarnują".

Zaniepokojonych zmianą na FB informuję, że to nadal ja tylko mi FB kazało zmienić nick na taki, żeby było wiadomo, że istnieje. Nie wiem, co im się w Bijąs nie podobało ale trudno, zmieniłam i niezmiennie można mnie w razie potrzeby pacnąć łapką, zdjęcie jest to samo i ja też ta sama, słowo pastereczki.

Oglądałam wczoraj zwierzątka w towarzystwie Trenera Osobistego i było to, jak zwykle, doświadczenie pouczające. Mianowicie oglądamy i cóż my paczymy - lampart morski (foczka taka milusia) robił sobie akurat przerwę między niejedzeniem pingwinów a niejedzeniem pingwinów a konkretnie żarł te pingwiny jakby się miały zaraz na zawsze skończyć. Na szczęście, poinformowała nas tonem pocieszającym Krystyna Czubówna, pingwin nie ma tak zupełnie przegwizdane i może zrobić nagły zwrot o 180 stopni.
 - O - zareagował Trener Osobisty - więc pingwin jest gorszy od Tomasza Niecika!
I faktycznie, kudy takiemu pingwinku do pana Niecika, który - o czym już pisałam - zmienia się o 360 stopni. To jest gość. Mógłby szkolić pingwiny.
Ponadto znów było o krokodylach i mam teorię, że jest ich za dużo i twórcy programów o zwierzątkach po prostu nie mają szans nakręcić o jakimś innym zwierzątku bo jadą, dajmy na to, kręcić o żyrafach i nagle im hyc! krokodyl wskakuje na wizję i co, taśmę mają marnować i czas? Kręcą o krokodylach z oszczędności a niespełnione żyrafy snują się w tle i mają depresję. I wyginają może nawet z tego powodu, z depresji spokojnie można przecież wyginąć. W każdym razie prawie się wczoraj rozpękłam bo lektor przestawił się na ton "a teraz wyjawię Wam największy, nieznany dotąd sekret z życia krokodyli" i rzucił przyciszonym nabożnie głosem:
 - Krokodyl na początku wcale nie jest taki wielki.
Zareagowaliśmy chórkiem.

W obrazeczkach będą dziś koty, całe koty i tylko koty, więc jeśli ktoś ma nastrój antykoci niech w nie nie pacza. Proszę - kot, kot, kot i kot. Miłego dnia Państwu, przypominam, że czwartek po południu to Mały Piątek, nie przesadzajcie z pracą.

PS. W uprawach bez zmian, Mysz bez zmian, mój komputer bez zmian, czyli jeszcze nie mogę wrzucać zdjęć upraw i Myszy ale mam nadzieję, że już wkrótce. Mysz, oczywiście, w świetnej formie, przyłapałam ją wczoraj z Trenerem Osobistym, stała na tylnych łapkach wśród byłych pestek słonecznika i kiziali się nosami po czym Mysz udała się do siebie i w kąciku sypialni, patrząc mi głęboko w oczy, dokonała mikcji świadoma, że Tam Nie Wolno. Oszaleję tu kiedyś i tyle.

PPS. Widzieliście kiedyś piękniejszy strzał we własną stopę? Ja nie widziałam chyba.

wtorek, 17 lipca 2012
"W zeszłym tygodniu nie mówiłem bo byłem chory, mam zwolnienie"

Cytat jest wiadomo, skąd. Nie pisałam ostatnio, proszę Państwa, i proszę na mnie za to kaszką nie pluć, bo miałam dużo do zrobienia w głowie i za firewallem, jeszcze trochę do zrobienia mam, więc może sobie jeszcze trochę poniepiszę, ale generalnie nie jestem martFa i planów w tym kierunku nie robię.

Zamarynowałam połowę uzyskanej cukinii i niech mi ktoś, kto wie, powie - czy pokrywka po pasteryzacji musi kliknąć? Koniecznie? Bo dwie nie kliknęły, nic się nie wylewa i generalnie każdy słoiczek prezentuje się bardzo fachowo tylko te dwie niekliknięte pokrywki mnie martwią. Dopasteryzowałam a one nadal nic więc żyję w stresie, że mi się zepsuje owoc przerywania sobie oglądania seriali o 2 w nocy a doświadczenia z zeszłego roku zagrzebałam w pamięci jako przeterminowane.

W przyrodzie nabalkonowej zielono i uroczo, wczoraj skonsumowaliśmy komisyjnie pierwszego pomidora malinowego - sklepowe mogą się schować i więcej nie pokazywać, to był pomidor mojego życia i pragnę mieć ich milijony. Wściekle kwitnie chili Hungarian Yellow Wax i Super F1 a dalej to nie wiem, bo od wczoraj pada i nie bardzo mam ochotę na balkon wychodzić ale przez szybę widzę, że kwitnie cukinia, papryka In Spe Zielona a groch wypuszcza sporo strączków. Trzy sadzonki papryki i werbena pojechały do ogródka Kiki, werbena zaczęła tracić chęć do życia a papryki i tak mam sporo i niech Kika też ma.
Bardzo zabawnie było w weekend u Kiki, grillowałam osy niechcący.

Na basenie nuda - acz rozumiem pytania o to, bo fakt, bywa tam zabawnie - generalnie przyjąć należy, że jeśli na basenie nie słychac ryków Jaśka Potępienie to jest raczej spokojnie. Jasiek Potępienie wziął się z żywopłotu. Poważnie, szłam sobie kiedyś i nagle zza żywopłotu wyskoczył na mnie osiedlowy otroczek zwany Jaśkiem, wyskoczył z wielkim kijem i ryknął "Potępienie!" z czego szybciutko wywnioskowałam, że pomylił mnie z kolegą, i z kamienną miną poszłam dalej, żeby dziecięcia nie konfudować. Dziecię aktualnie ma lat naście i głos taki, jakby organizm włożył weń całą dostępną energię, w mózg nie poszła na pewno, stąd mój wniosek. W każdym razie jak Jasiek Potępienie ryknie to nie ma chu...to jest bardzo głośno we wsi, o.

Obrazeczki mam przygotowane i dobrze, boby mi się szukać nie chciało - dziś będzie o sporcie, z poradą oraz o lisku bardzo modnym. Jako bonus - haiku oraz łapeczki od Michała - ma w domu mnóstwo takich i gdyby ktoś chciał rasowego bolończyka to proszę Michała pacnąć a gdyby ktoś potrzebował biedronki to niech pacnie mnie, mam jedną w salonie, miłego dnia Państwu.

PS. Trener Osobisty, będąc bystrym i skłonnym do krotochwili, trochę się wczoraj udusił widząc w wykorzystywanym przeze mnie przepisie zdanie "Po tym czasie wyjąc słoiki odwrócić do góry dnem" - przepisem mogę się podzielić, bo genialny i zaręczam, że słoiki można odwracać bez wycia.

piątek, 13 lipca 2012
Ha!

W życiu nie zgadniecie kto, mając wstać o 6.30, wstał o 5.05 bo co będzie tak leżał bez sensu, spanie jest przereklamowane przecież, o czym świadczyło przemeblowanie odbywające się akurat u Myszy, i kto potem kwiczał tak długo, aż zawieziono go na wielki targ warzywny gdzie kupił taką cukinię, że ja pierniczę. Nigdy się nie domyślicie, ha!
No dobra, przyznaję się.
Miła pani doktor uznała dwa dni temu że mam za dużo krwi i niech nie będę prosięciem i trochę oddam a że mieliśmy przed wizytą w laro...rabola..raboratorium! sporo czasu zahaczyliśmy o ten targ, przechadzam się z godnością i co ja paczę, wielka cukinia! Od razu mi się godność skończyła i rzuciłam się z błyskiem w oku. Pani sprzedająca rozpoznała chyba objawy charakterystyczne dla uzależnienia bo rzuciła lekko "Wie pani, mam też większą..." co teraz już nie jest prawdą, bo to ja ją mam. Nieistotne było przy tym że w domu czeka na marynowanie inna wielka cukinia od Brahdelt, cukinii wszak nigdy za wiele. Te 3 małe dokupiłam tylko dlatego, że takie ładne były, a kabaczka dlatego, że żadnego w domu nie miałam. Trener Osobisty podążał za mną w charakterze tragarza i posykiwał "Nie możesz kupić każdej cukinii tylko dlatego, że możesz" - z czym się zgodziłam i faktycznie sporo cukinii innym kupującym zostawiłam.
Mam teraz cukinie w 4 rozmiarach i ilości takiej, że mogłabym się w nich tarzać. Gdybym, oczywiście, oszalała, co jednak jeszcze nie nastąpiło. Wiele mi nie brakuje, po 4 h snu nie tylko nie wyglądam jak milion dolarów ale od biedy jak dolar w używanym banknocie, i czuję się jak przydeptany żuczek.

Podlałam rano przyrodę, pomidor malinowy jest coraz bardziej malinowy, jego koledzy dzielnie go doganiają, koktajlowe nadal nic nie robią a u mnie roślinka ma być aktywna albo żadna. Jesli ktoś ma pomysł jak zmobilizować pomidory do aktywności to będę wdzięczna bo mam ochotę odwiedzić je z sekatorem. Reszta w formie, kwitnie chili, chili i chili, przymierzają się chili i dynie. Z dyniami intrugująco jest - jedna skrzynia wielkich, pięknych roślin, w drugiej mizeria. Nie że ogórki ze smietaną tylko że jakieś takie te dynie takiese, tylko dwie ambitne, pozostałe nie bardzo doceniają zaoferowane im możliwości.

Obiecałam dwie notki temu o gołym panu napisać i jakoś mi umknęło, dziękuję za przypominajkę.
Otóż w zeszłym roku w poranek bardzo chłodny przymierzam się do dość wczesnego opuszczenia hacjendy, poszłam jeszcze odwiedzić Mysz i słyszę jakieś piski z basenu. Patrzę - pływa młodzian w kąpielówkach bardzo, bardzo cielistych. Skrajnie cielistych, rzekłabym, bo żadnych nie miał. Na brzegu stoi pijana w sztok panna i zaśmiewa się z pana do łez. Myślę - no nic, niech sobie pływa, ale za chwilę przyszło mi do głowy, że jak to zobaczy jakieś dziecię nieletnie albo starsza pani to będzie obraza moralności, histeria i cholera wie, co jeszcze. Wyszłam, widze ich już z basenu wyszniętych i mówię - "Słuchajcie, fajnie się pewnie pływało ale weźcie pod uwagę, że się ktoś może uczepić że gorszycie czy coś". Nie zostałam chyba zrozumiana bo panienka (cud, że się na nogach trzymała) zaczęła się dopytywać "Ale ładny widok, prawda? Ładnie wyglądał?" - za trzecim razem nie wytrzymałam i mówię zachwyconym tonem "Owszem, to chyba najładniejsze 2 cm, jakie kiedykolwiek widziałam". I, co dziwne, nie dotarło do panienki tylko zaczęła młodziana szturchać i mówić "Popatrz, sąsiadce się podobasz, nie cieszysz się?" - i tu wyszło na jaw kto się bardziej o poranku sponiewierał bo pan jakoś wcale się nie ucieszył, mruknął coś i poszli. Po drodze panna opieprzała go, że nie chce nawet z miłą sąsiadką porozmawiać. Też nie rozumiem, dlaczego. Za grosz kultury w tej młodzieży.

Obrazeczki mam przygotowane - będzie o tym, że dziś jest dziś, że bohaterowie też mają czasem niełatwo w życiu oraz trochę łapek, bo ładne. Miłego piątku Państwu życzę, nie zmarnujcie go.

PS. Znalazłam w lodówce jeszcze dwie małe cukinie, leżały obok kupionego dwa dni temu kilograma młodej cebuli. Dokładnie tam, gdzie chciałam włożyć kupiony dziś kilogram młodej cebuli.
Ciekawe, co będzie na kolację, ahaha.
Idę marynować.

PPS. Planuję sprawdzić się jako twórca myszek dla kotów, takich z metariału i szeleszczących - jeśli ktoś ma pomysł na wypełnienie do takiej myszki to proszę o podrzucenie, na myszkę czeka kotka, która lubi sobie poszeleścić.

czwartek, 12 lipca 2012
Cudownie jest wyglądać jak milion dolarów.

Tak przypuszczam bo osobiście wyglądam dziś jak pięć czydzieści, w dodatku niech mi się nikt nie przygląda zbyt uważnie bo będę musiała mu resztę wydać. Nie wyspałam się z powodu otroczków lokalnych, jedna dziewczynka ćwiczyła głośne i wyraźne "cieść!" do innych dzieci, mam wrażenie, że wszystkich w powiecie, bo darła się póki nie ochrypła oraz chłopczyna wołający kolegę ("Fijip!Fijip!") dzielnie wołał kolegę póki matka tegoż nie ryknęła (zdrowe ma kobieta płuca swoją drogą) że Fij..Filip wyjdzie później i proszę jej pod oknem nie krzyczeć. Chłopczyna miał, niestety, pracowite struny głosowe i innych kolegów, któregoś sobie w końcu wywył i zaczął się kurcgalop po osiedlu przerywany okrzykami w rodzaju "Kotek, kotek!" oraz "Biegnijmy na plac zabaw!" - nie wiem, czemu tam nie zostali, skoro już dobiegli, kawał sensu tak biegać bez konkretnego celu.

Poza tym jest wreszcie chłodno, znak to widomy, że się bogowie ogarnęli i robią swoje, czyli tak, żebym ja była zadowolona, oraz dostałam wczoraj w If Rosze okulary przeciwsłoneczne zakrywające mi dokładnie pół twarzy, bardzo mi się dziś przydadzą, w okularach moja wartość wizualna rośnie o jakieś 5 dych.

Oglądałam wczoraj o wikłaczach, urocze ptaszyny i bardzo zmyślne. Samczyk buduje wiszące gniazdko łypiąc podejrzliwie na boki, bo wokół inne samczyki też swoje budują i jak jeden poleci po jakąś witkę to mu inny czasem podprowadza jakąś pasowną gałązeczkę, w każdym razie wikła to gniazdko i wikła, zapracowuje się chłopak a wszystko po to, żeby por..poderwać wikłaczą pannę. Potem zaczyna być śmiesznie bo robi się wielkie pokazywanie kto ma większego, ale nie tak, że emanują juwenaliami tylko uczepiają się pazurkami przy swoich gniazdkach i rozkładają skrzydełka. I tyle, bo panny wikłaczy głupie nie są i wiedzą, że uroku osobistego tatusia dzieciom do dzioba nie włożysz więc jak któryś tak sobie trwa to panna w międzyczasie robi mu inspekcję chaty. Jeśli jej się spodoba zostaje, jeśli nie to pan musi się bardziej starać, na byle kawalerkę w pobliżu mamusi sensownej partnerki nie wyrwie. Swoją droga gdyby nasz gatunek tak robił ależ byłoby paradnie. Panowie budują, podkradają sobie cegły i zaprawę a kiedy zbudują stają obok i rozkładają ręce, nawet dzioba nie muszą otwierać, liczą się tylko dobra doczesne. No wiem, wiem, dla niektórych panienek faktycznie liczą się tylko one, ale większość jednak woli być z sympatycznym posiadaczem funkcjonującego mózgu. Trener Osobisty na szczęście nie stał bez słowa przy drzwiach tylko pracowicie poderwał mnie na ser i baryton, jako wikłacz byłabym samotna chyba.

Ogrodniczo się wykwiczę - otóż nie byłam na plantacji od wczoraj ale rzut oka przez szybę wykazał, że przyroda nadal tam jest, bujna, zielona i majta się na wietrze. Dwa kwiatki na cukinii zwiędły i nie opadły czyli jest szansa, że to dziewczynki. Groch powiększył ofertę strączkową, wzeszedł nowy koper i ta sałata, co nie powinno jej tu być bo nie mam miejsca przecież. Czy ktoś wie, dlaczego z półek z nasionami zniknęła rukola? Ja nie wiem. Szukam od kilku dni i nie ma, ktoś wyżarł moją rukolę i niech się tylko dowiem, kto. Za to rzeżuchy jest podejrzanie dużo i oczywiście wiadomo, co się święci - obcy znaleźli nowy sposób na dostanie się do naszych domów. Nie kupiłam i jak jakąś tu znajdę poślę dolnopłukiem do Wisły.

Obrzucę Państwa obrazeczkami, bo tak. Dziś będzie o zwierzątku, piłkarzu takim jednym i nie wierzę, że tak czasem nie macie - jak to Osobisty zobaczy to będzie ze śmiechu robił "bli bli bli" w najbliższym kątku bo ja tak mam że czasem mi ćma na mózg pada i wtedy dyskretnie szarpię go za rękaw i syczę "Kółeczko czy trójkącik?". O, właśnie jest jeden z tych momentów. To z niewyspania, jestem pewna.
Miłego dnia Państwu, rozkoszujcie sie ożywczą bryzą, jeśli jakąś macie, bo upały mogą, niestety, wrócić.

PS. Popaczcie, co ma Łosiek - piękne są.

środa, 11 lipca 2012
"Tam, gdzie jest woda, są i bieliki afrykańskie"

poinformowała mnie wczoraj wieczorem Krystyna Czubówna i od razu zrobiłam sie czujna, bo jak to, jak to? Basen mam przecież - czy to znaczy, że gdzieś tam czyhają bieliki? Z drugiej strony to może być świetna wymówka dla dziecka, które nie chce chodzić na basen np. na wuefie - "proszę zwolnić mnie z zajęć z powodu spodziewanego ataku bielika" i wuala.

Trochę mi się nie chce blogować w te upały a trochę nie mam czasu bo zapieprz taki, że nie ma kiedy załadować. Gdzieś w tle pojawiła się opcja przeprowadzki do innego kwitnącego mocarstwa (już tęsknię za Polską, ahaha, udał mi się żarcik), do tego parę ważnych spraw do załatwienia i już człowiek (że niby ja) nie ma kiedy siąść i napisać, co u niego. W zagrodzie to wiadomo, wystrój a`la pożar w burdelu bo nie będę w tych warunkach na szmacie jeździć a w przyrodzie a)Mysz wesolutka i b)rośliny też nie ponure, cukinia kwitnie wściekle, ja nie wiem, może jej się coś w środku poprzestawiało i nie wie, że kiedyś trzeba przestać, co rano paczę to ona puf! i 3 nowe kwiatki. No trudno, niech mi tylko cukinie z nich zrobi, chcę mieć legion cukinii i podstępnie zasypać nimi różne miłe, procukiniowe osoby. Spożyliśmy wczoraj komisyjnie dwa strączki grochu i złożyliśmy zamówienie na pińcet takich, rewelacyjna rzecz, oraz upiekłam bułeczki czosnkowe i Trener Osobisty bardzo je okwiczał, więc podaję i bardzo polecam przepis, zamiast pietruszki dałam zioła z plantacji.  Na basenie nuda, a zaglądam licząc na powrót Profesjonalnej Dominy, tej od krzyczenia "Jasiek, nie przytapiaj Zosi bo więcej tu, kurwa, nie przyjdziemy", na pewno dostarczyłaby mi materiału na notkę.

Obiecałam Kreatywnej opisać Babcię z Siatką - od razu powiem, że nie chodzi o starszą panią z siatką na zakupy, bynajmniej - nie zapomniałam, po prostu nie bardzo się wyrabiam i na blogowanie nie mam chwilowo tyle czasu, ile bym chciała. Trener Osobisty porzuca mnie w weekend, bo nagłaśnia, postaram się nadrobić zaległości.
Z tymi nagłośnieniami to swoja droga zabawna rzecz czasem jest. Trener zapisuje sobie bowiem w terminatorze każdą planowaną akcję i bywa interesująco, bo któż widząc "NAGŁOŚNIENIE OBORY" zgadłby, że chodzi o wesele w miejscowości Obory? Ja nie zgadłam, za to miałam wizję krowy krzyczącej do mikrofonu "Tu proszę mniej basów!". Znajomy też nagłaśniający ma - nie to, co ja, nieprawdaż - fantazję i kiedy przed koncertem zaprzyjaźniony muzyk rzucił w mikrofon "Więcej czułości!" znajomy ochrypłym basem odrzekł "Kooocham cię...". Przezabawnych mam znajomych, spokojnie można mi zazdrościć.

Jutro będzie o gołym panu, póki pamiętam, a teraz Państwu nawrzucam - dziś będzie ciążowo, niespodziankowo a gang Kosz Angels proszony jest o przyjrzenie się koszykowi o, tutaj - moim zdaniem pomysł wart rozważenia, mogłybysmy mieć kocięta bojowe stale przy sobie i jakby któreś w czasie rzezi i rabunku chciało odpocząć to tylko by sobie hycnęło. Takie coś też mogłoby nam się przydać. Btw - czytelnik(pozdrawiam) doniósł mi, że świetne miejsce na festyn poinwazyjny jest przed komendą w Pruszkowie a przeciez Pruszków też planowałyśmy napaść. Jak miło, mamy kolejne miejsce do odwiedzenia.
Udanego dnia Państwu, uważajcie przy nalewaniu sobie wody, gdzieś tam może być bielik afrykański.

PS. Kto śpi z maskotką niech się przyzna, a ja się zachwycę.

poniedziałek, 09 lipca 2012
Buuurza, taka nieduuuża.

Powyższe to żarcik (na melodię "Zuzi, lalki niedużej") dlatego, że w rzeczywistości burza napierniczała tak zdrowo, że nie pamiętam, kiedy ostatnio przyroda miała tak udany występ, patrząc przez okno nie widziałam budynków naprzeciwko. Nie żeby mi zależało, ale podkreślam, że widoczność była kiepska. Bogowie zdecydowali się najwyraźniej wysłuchać mojego kwiczenia o to, żeby wreszcie troszkę popadało i napuścili mi na balkon deszcz padający niemal zupełnie poziomo. Mam nadzieję, że rośliny dzielnie to zniosą i żadna się na śmierć nie zapije bo nie pójdę tam przecież z wacikiem odsączać nadmiaru płynów.
Trochę sobie pohisteryzowałam ostatnio bo cukinia zaczęła kwiaty gubić. Poważnie, rośnie sobie wielki, piękny kwiat i nagle fajt, leży u stóp rodzicielki. Myślałam, że to oznacza, że w kwestii zbiorów będę mogła sobie najwyżej łapę possać ale przypomniałam sobie, że mam internet przecież a tu jest wszystko. Wychodzi na to, że cukinia wypuszcza najpierw kwiaty męskie - może dlatego, że są z założenia silne takie, odporne i niech sprawdzą, czy warunki dobre a kiedy okazuje się, że tak, wypuszcza kwiaty żeńskie i to z nich mają być małe cukinki. Powinny pojawić się za tydzień lub dwa, czekam z utęsknieniem.

Mysz oszalała, w pomyszczeniu 27,3 a ona śpi w Serze w stosie kołderek. Hitem w mysiej miseczce (i wszędzie wokół bo rozpieszczam Mysz tam, gdzie ją dopadnę, Myszarium spore a Mysz bardzo mobilna) są aktualnie pestki świeżego słonecznika, sezon uznaję tym samym za otwarty. Poza tym niech mi ktoś wyjaśni skąd mi się nagle wzięło kompulsywne kupowanie mleczka kokosowego. Może to kolejna faza nabywcza, w sezonie kupuję dynie a poza nim muszę sobie jakoś radzić, była faza chrzanowa, tortillowa (mam 5 opakowań), zielonoherbatowa (nie cierpię zielonej herbaty), teraz mleczkokosowa, bosko.

Pytacie Państwo o basen, bo tak zabawnie z nim mamy - otóż w dzień na basenie na ogół jest straszna nuda, za to w nocy wesolutko czasem bywa, bo wprawdzie basen teoretycznie zamykany jest o 24.00 ale nie ma problemu, jeśli ktoś wejdzie później i spokojnie sobie popływa. Otóż pewnej nocy pływała parka która całym tym "spokojnie" głów sobie nie zawracała, z przyczyn obstawiam przede wszystkim fakt, że byli narąbani bardzo a do tego w nastrojach frywolnych. Pan prezentował postawę "Ach, jak cię dopadnę to z kosteczkami zjem rybeńko ty moja puszysta, om nom nom!" a pani "Zostaw, Zdzisiu, hihihi, zostaw...albo mnie goń!" - piszczenia było tyle co przy walkach leśnych myszy. Nie czekałam na finał bo miałam program ciekawy włączony i sobie poszłam ale nie wykluczam, że Zdziś piszczałkę dorwał i zgodnie z deklaracją zeżarł. Zastanawiam się, czy nie zapytać szefa ochrony o to, czy nie mieli okazji tuszować na basenie przypadku kanibalizmu, ale pewnie by się nie przyznał a w prasie wypadek ten przeszedł bez echa. Jeśli jestem jedynym świadkiem a zajrzy tu Zdziś to oops.

O zwierzątkach będzie kiedy indziej bo radowaliśmy oczy i (czarne) serca widokiem serialu z rodzaju Medycyna dla Półkretynów, co we Wszystko Wierzą. Najpierw panu doktoru w drodze na medyczne rubieże auto się wzięło zepsuło. Przez zepsucie reżyser rozumiał zagotowanie się wody w chłodnicy i to takie, że musiała się bardzo długo gotować żeby tyle kłębów dymu dać - człowiek z funkcjonującym mózgiem po zauważeniu pary dawno by się zatrzymał. Pan doktor demonstracyjnie pieprznął maską i ruszył przed się piechotą. Załóżmy, że serial ogląda Człowiek Rozumny i Półkretyn.
Odbiór Rozumnego - Kaman, przecież wystarczyłoby żeby chwilę zaczekał, po cholerę gdzieś lezie, to żadna wielka awaria! Poza tym co, wcześniej nie widział dymu spod maski? Ślepa peja.
Odbiór Półkretyna - Oo, dym...No to po samochodzie, dobrze, że blisko ma, niech lepiej idzie bo to wszystko może wybuchnąć jeszcze, dym jest przecież...
Następnie następuje jedna z moich ulubionych scen, bo wiecie, jak kocham te szybkie serialowe porody. Tutaj pan doktor w głuszy na bagnach odbiera poród dziecięcia fatalnie ułożonego, bo stopkami do świata. Dzięki bogom miał dostęp do internetu i mógł sobie poczytać, co zrobić, i dziecię przekręcić a jak już przekręcił to nastąpiło plop! i w tym momencie Trener Osobisty wykrzyknął "Oo, potwór z bagien!" bo ukazane światu świeżutko urodzone dziecię miało tak z roczek mniej więcej i było wściekłe że się mu głowę zawraca a wystająca z głowy pępowina też mu pewnie nastroju nie poprawiała.
Odbiór Rozumnego - *dam negocjowalnego afektu ilość hurtowa*
Odbiór Półkretyna - Dobrze, że miał laptopa z netem na tych bagnach, świetnie mu poszło, ja też w razie czego będę już teraz wiedział, co zrobić. I wcale nie są te porody takie długie, to histeryczki przesadzają, widzę przecież, parę minut i już.
Masę radości mamy z seriali medycznych, wprawdzie nikt dawno nie defibrylował przy asystolii ale nie tracę nadziei.

Dziś nastąpi obrazeczek praktyczny, niepraktyczny, zupełnie niepraktyczny i z prawdopodobnie cicikiem a ja mam zupełnie poważną prośbę - dzisiejszy dzień ma szansę zmienić moje życie, nie żartuję - będę wdzięczna za kciuki i pozytywne wibracje, bardzo mi się przydadzą i zrewanżuję się tym samym. Miłego dnia Państwu, znoście ten poniedziałek z godnością.

 
1 , 2