Tagi
squirk77@gmail.com
RSS
środa, 31 sierpnia 2011
Dla pani Emmy Hamilton z Nelson - "Szkot na koniu"
Niewiele się dzieje - coś mnie wprawdzie użarło w nogę, ale trudno z tego sensację zrobić. Przetwarzam ogórki na konserwowe, mąż ma nową grę, więc obecny jest wyłącznie ciałem, Mysz szaleje, za grosz opanowania w tym zwierzęciu, za grosz.

Z nowości - śniło mi się, że małżonek postanowił zapisać nas do klubu swingersów, z tej racji obudziłam się od razu lekko wkurwiona. Jeśli to czyta niech będzie świadom, że sobie wieczorem porozmawiamy i że powrót do domu ze szczera skruchą i bukietem jest w tej sytuacji bardzo na miejscu.

Coraz zimniej, memu fanu przypominam, że grill na zakończenie sezonu sam się nie zrobi i że z przyjemnością przyłożę białe rączki do tego przedsięwzięcia.

Nie kupiłam jeszcze tradycyjnej piżamy w misie oraz śmiesznej czapki na zimę, mam nadzieję, że zdążę, nim uświerknę. Szaliczek też by się przydał, może taki, o. Dojrzewam także do ktulowych kapciuszków, bardzo są piękne.

wtorek, 30 sierpnia 2011
Jak jest zima to musi być zimno.
Jakoś do mnie powoli dociera, że na gorące dni z pływaniem w basenie nie ma już co liczyć. Tymczasem za oknem jakiś gość właśnie sobie pływa, na tym mrozie. Ja pierniczę, nie mogę na to patrzeć, idę po kocyk i wyjdę spod niego dopiero, jak mąż wróci i czymś mnie wywabi. Zaznaczam, że zwykłe "no wyjdź, siedzisz tam już 3 h" nie zadziała, musi mieć poważny argument. Albo chociaż jakiegoś węglowodana w garści, na czekoladki nie polecę.

Robię bakłażany w oliwie - trzymaj, Pamiętniczku, wirtualne kciuki.

Fana uprasza się o pozostawanie w kontakcie, gdyż martwię się trochę. Jak znów będę miała fazę bicia ludzi długim kijem to wiesz, gdzie mnie szukać i kogo mi pod kij podsunąć, tak?

Zajentyk trochę.
Mysz tłukła się przez pół nocy - mysi Pudzian mi się trafił, zwierzątko wielkości zapalniczki napierniczało czym tylko mogło. Pewnie dlatego, w serii "moje supersłodkie sny", prezentuję dziś Państwu murenę-ludojada, mieszkającą w basenie w rezydencji Playboya, przemieszczającą się na lądzie i porywającą w celu konsumpcji małe dziewczynki, takie w białych sukieneczkach do kolan i z torebusiami. No takie mam sny, co poradzę. Winić proszę Mysz, bo przecież nie moją zwichrowaną psychikę.

Zamówiłam mnóstwo słoików, poprzetwarzam co się da i mam nadzieję, że nie zapomnę zimą o tym, że mam piwnicę wypakowaną na full żywnością, a może się tak zdarzyć, miewam jakieś takie zaniki.

Jestem oficjalnie zakochana, będę kompletowała. Mąż spędził weekend na wpatrywaniu się we mnie z politowaniem i wzdychaniu (bardzo byłam rozmowna i miałam mnóstwo teorii na każdy temat), więc go nie zaskoczę.

Wezmę się za jakieś konkrety, bo przysypiam. Miłego dnia.

PS. Na Allegro zobaczyłam "zakwaszacz dla królików" - to oczywiście nie jest tak, że właściciel wraz z przybocznym i zakwaszaczem idzie przez pole królików, wybiera je po jednym, liże np po nosie i rzuca machinalnie przybocznemu "ten tu jest za mało kwaśny, zakwaś mi go pan", prawda?
poniedziałek, 29 sierpnia 2011
"Kiedy zamierzacie przekuć uszka swoim córeczką?"
Tytuł stąd, trochę umarłam przy lekturze, polecam.

Grill u fana bardzo udany, z poślizgiem, ale nie bądźmy małostkowi, kto by się czepiał jednego dnia opóźnienia, no naprawdę. Bardzo było sympatycznie, skończyło się u mnie - niby w odziedziny przyszli, ale prawda jest taka, że od razu polecieli oglądać pająki. Odczuwam coś w rodzaju macierzyńskiej dumy, Radamantys pięknie się zaprezentował, nie upierniczył nikomu ręki ani nic, dobry pajączek.

Sny miałam takie, że dziękuję, postoję. Hodowałam mianowicie dwie wielkie pijawki, które na mój rozkaz odgryzały głowy ludziom, których oznaczyłam na czole znacznikiem laserowym, potrafiłam rozmawiać ze zwierzętami (negocjowałam z wiewiórkami pomoc w uratowaniu podtopionej panny w zamian za orzechy laskowe, twardo się targowały, ale dogadałyśmy się) i w ogóle byłam taka trochę Neytiri z Avatara, tylko w swoim gatunku i naturalnym kolorze, z glanami i w moro, bo w takim outficie wygodniej ściga się złoczyńców. Oczywiście nawet we śnie nie mogłam liczyć na pomoc policjantów, więc w przypływie lekkiej irytacji napuściłam na nich lwy. Na żywo też bym napuściła, ale jakoś lwów w okolicy niedobór, ponegocjuję z wiewiórkami.

Robota sama się nie zrobi, miłego dnia Państwu życzę.


sobota, 27 sierpnia 2011
Fan nie jest martFy,
co cieszy, ale też nie na tyle żywy, by cokolwiek dzis robić, ogranicza się do spokojnego leżenia, przy czym leżenie bez trzymania się nie wchodzi w grę. Bardzo pięknie było wczoraj, ale z tym basenem o 3 w nocy to przesadzili i zbesztam.

Zrobiłam paprykę, oczywiście mieszając w przepisie i kombinując, oraz ogórki mi syczą, a mam wrażenie, że nie powinny. Słoiki mi się kończą, a w planach mam wykupienie połowy targu warzywnego, będzie wesoło.

Małżonek dał znak życia, Mysz też, fan sie określił, czyli wszyscy upał przeżyli. Nie wiem, doprawdy, jak, pod wieczór pierdolca można było dostać.

No nie mam weny, co poradzę. Może jutro dostanę jakiegoś wyżu intelektualnego, bo dziś jest, jak widać. Nawet do sąsiadów nie poszłam, choć zapraszali, bo jak mam siedzieć cała durna to lepiej w domu.
Żar leje się z nieba.
Dobrze, że póki co komary nie rypią, ale spoko, potem się zacznie.
Gdzie jest Dziadek Mróz, kiedy go potrzebujemy?

Meteo.pl mówi, że niedługo się ochłodzi, a w nocy spadnie deszcz. Machną się jak zwykle czy jakimś cudem nie?

Fan mi się trochę sponiewierał, biedactwo. Mam nadzieję, że wieczorem osiągnie stan użyteczności, grill sam się nie zrobi, nieprawdaż.

Zakonserwuję paprykę, bo łypie z wyrzutem.

O, bogowie, ale miałam piątek.
Kupiłam tonę warzyw (i niech sobie poleży, bo nie mam chwilowo koncepcji) oraz byłam na spotkaniu towarzyskim, bardzo udanym. Wprawdzie nie było tańców nago na stole oraz nikt z obecnych nie odczuł potrzeby translokowania współbiesiadnikowi kości twarzoczaszki, ale i tak. To co, dziś u fana?

Małżonek rano sam, osobiście przyszywał guzik. Twardo zażądał akcesoriów (przy czym to ja, poranny wpółślepy krecik, szukałam igły, bo się gdzieś, nomen omen, zaszyła) po czym zostałam odesłana. Nie ukrywam, miałam wizję małżonka z fantazyjnie przyszytą do krzesła otrzewną, jęczącego zbolałym tonem "kochanie, to sie stało tak nagle.." ale dał radę, tylko mam poprawić, jak wróci.

Feliks wrócił, Radamantys poszerza terytorium, będzie jatka.
czwartek, 25 sierpnia 2011
Szarszo i mroczniejszo.
Mama ma nawrót raka, więc wraca do szpitala na kolejną operację. Piątą, o ile pamiętam.
W związku z powyższym oraz z faktem, że małżonek mój wpada ok. południa po gitarę i do niedzieli prędzej futrem porosnę, niż go zobaczę, będę robić przetwory, dużo, żeby nie mieć czasu na myślenie.

Nie mam weny dziś, naprawdę.

PS. Witam nowych czytających, będę Was czochrać, głaskać i dopieszczać, ale nie dziś, ok? Zacznę od jutra, jak się mentalnie ogarnę.
środa, 24 sierpnia 2011
Mam ślepotę analną,
gdyż absolutnie nie widzę swojej dupy na basenie w dniu dzisiejszym i  aktualnych okolicznościach przyrody.
Nie, nie pada - słońca też nie ma, jest nijak kompletnie.

W związku z powyższym nie widzę innego wyjścia, jak tylko pojechać do przyjaciół na kawę z wielkiego, buczącego ekspresu.
Małżonka, który zapewne tu zagląda, łagodnie napominam, aby w dniu dzisiejszym oszczędził sobie uwag w rodzaju "ależ ty przecież nie możesz kawy pić!", bo naprawdę, tylko pretekstu dziś potrzebuję, żeby wykosić połowę lokalnej społeczności za pomocą obieraczki do warzyw.
Zaczęłabym od pana, który swemu dziecięciu kupił sterowany tym takim cosiem ze sterczącą antenką samochodzik. Niech się dziecię bawi, ale won mi spod okna z tym jęcząco-skrzypiącym złomem, bo się krew poleje.
Jedna myszka drugiej myszce deptała po kiszce.
Póki pamiętam wrzucam przepis na sangrię.
Trochę liczę na to, że fan zajrzy tu przed grillem i uzna, że co to dla rosłego, silnego mężczyzny tych kilka owoców pokroić i w wazę wrzucić.
A, przepis na sos barbecue też mam jakby co.

Co poza tym - bardzo ze mną  źle, bardzo - słuchałam w nocy jednej z duszaszczypatielnych pioseneczek Rubika i, co gorsza, spodobała mi się. Musiał mi ten upał strasznie zaszkodzić.

Mysz pokochała nową klateczkę i labirynty do tego stopnia, że w jednej z nowych kostek zasnęła. Jest też opcja, że musiała odpocząć, bo wykończyło ją bieganie i szukanie domku, niemniej zasnęła i można uznać, że to dobry początek zaprzyjaźniania się z nową, mniej więcej wielkości boiska, przestrzenią.

Oraz zjadłam 3 jajka, tak po prostu, bez dodatków. Mam na punkcie jajek na twardo bzika, zupełnie jak Stefania Grodzieńska. W którymś z felietonów pisała, żeby po jej odejściu zjeść jajko na jej cześć. Pani Stefanio, zjadłam na Pani cześć setki jajek i zjem jeszcze więcej, każde zasłużone.
 
1 , 2 , 3