Tagi
squirk77@gmail.com
RSS
piątek, 31 sierpnia 2012
"Krzesełko do karmienia Swarovskiego"

Pozwolę sobie zatusić - tuszę, iż inne dziecię też możnaby na takim krzesełku do karmienia posadzić, chyba, że ma (krzesełko, nie dziecię) podpupnik na wymiar robiony i tylko do tego jednego Swarovskiego jest dostosowane.
Pojechałam na targ po kilka drobiazgów i wiecie, jakoś zapomniałam, że nie mam już miejsca w lodówce i zamrażarce. Pohasałam sobie to tu, to tam, tu czosneczek, tam papryczka i teraz nie ma jak do salonu wejść, bo wszędzie siaty. W ostatniej chwili wyrwałam się z samochodu jeszcze przy jednym stoisku po drodze i bardzo dobrze, bo jakbym nie tobym teraz nie miała tych dodatkowych dwóch siat w salonie i byłoby pustawo jakoś.
Co się robi z 2 kg truskawek? Bo ja mam ochotę usiąść nad nimi i kwiczeć rzewnie, nie zrobię dżemiku przecież bo kto by u nas dżemik zjadł a kupić musiałam, bo pan powiedział, że to ostatnie w tym sezonie.
Mam też małą furę pomidorów malinowych (śmiesznie tanie teraz są) i papryki czerwonej (bo ta kupiona wcześniej leżała taka samotna) i 5 siat z innymi dobrami, czeka mnie kolejny baśniowy wieczór przetwarzania, nacieszyć się ta perspektywą nie mogę, zwłaszcza, że jestem średnio wyspana gdyż do późnych godzin nocnych przetwarzałam termicznie świnię i śledziki.
Na pociechę kupił mi Trener Osobisty 30 kg mąki i oliwę w sprayu. Mogę teraz, ahaha, pasteryzować wśród mąk.

Zdarzyło wam się kiedyś pomylić spray antykomarowy z gazem do zapalniczek? Nie zamierzam rozwijać tego tematu, tylko pytam. Z ciekawości i bez absolutnie żadnych innych powodów.

Bardzo dobrze mi się wczoraj wieczorem przetwarzało i nie przeklinałam w duchu ani nie irytowałam się bardzo bo ustawiłam telewizor tak, żeby móc podczas produkcji świnkowych galaretek oglądać tego zabawnego pana, co jeździ po świecie i myśliwym z różnych plemion zawraca niech będzie, że głowę. Wczoraj był u takich, którzy polują za pomocą dmuchawek i zatrutych strzałek i generalnie z użyciem trucizn radzą sobie niekiepsko. Wpuścili trochę soku z jakiejś rośliny do rzeki i tylko pozbierali oszołomione rybki, bardzo sprytni ludzie. Pan wannabe myśliwy uznał, że phi, nie może być przecież trudne takie dmuchnięcie i trafienie w cel - prawie na śmierć się tam zapluł ale w nic, oczywiście, nie trafił dostarczając zgromadzonym sporo zdrowej rozrywki bo tarzali się ze śmiechu patrząc na pana wykonującego kolejne "póf".
Ponadto z zaangażowaniem oglądam program o weselach amerykańskich Romów. Wczorajszy odcinek był prześliczny, bo panna lat 17, dziewica oczywiście i nigdy się nawet nie całująca, wychodziła za mąż za chłopczynę lat 18 z którym widziała się wprawdzie tylko dwa razy, ale spoko, przez miesiąc rozmawiali przez internet a chłopczyna oświadczył się w SMS-ie. Za to z obrazkiem pierścionka, więc wszystko ok i do tego jak ekonomicznie. Wymyśliłam, że mogłabym w chwilach szczególnie okrutnego ataku lenistwa zamiast gotować wysyłać Trenerowi zdjęcia jakiegoś jedzenia, ale to raczej by nie przeszło. Jako, że znów zostałam Trenerem tymczasowo porzucona kolację wprawdzie dostanie, ale jako deser zaserwuję mu chyba świeżutkie ględzonki.

Mam dziś dwa obrazeczki - o plaży i portalach społecznościowych a poza tym cicika i bajeczkę o jelonku. Miłego wieczoru Państwu, idę kisić pomidory.

czwartek, 30 sierpnia 2012
Lustereczko, powiedz przecie...

...kto nie lubi zakupów najbardziej na świecie.
Paluszkiem nie pokażę, bobym się jeszcze w oko źdurła.
Zakupy w tygodniu bolą mniej, niż w weekend, ale i tak com się damami negocjowalnego afektu w duchu narzucała, to moje.
Oraz byłam podrywana na majeranek, ale co tam, każdemu się zdarza pewnie.
Usiłowałam dyskretnie zwiać Trenerowi do Sklepu z Myszami, ale mnie w ostatniej chwili złapał - w sumie słusznie, bo pewnie bym a) ryczała, b) wróciła do domu z naręczem Mysząt, a najpewniej jedno i drugie, bo weź człowieku popacz maleńkie Myszy i nie kup którejś. Ja bym od razu kupiła.
Na pociechę mam w salonie wystrój typu "pożar w burdelu" bo pochowałam do lodówki to, co powinnam, a reszta pozalodówkowa leży i czeka aż mi siły wrócą. W perspektywie mam przekształcenie kilograma bladych śledziowych tuszek w śledzie w occie, normalnie wieczór jak z bajki przede mną. Znikąd pomocy, bo Trener Osobisty coś nagłaśnia, jutro dla odmiany też a i weekend nie zapowiada się lepiej, co i tak jest niczem wobec faktu, że we wrześniu Trener ma wyjazd firmowy a potem jedzie z kolegą Sz. (pozdrawiam) przygotować jachty na zimę. Zrobię chyba imprezę z czipendejlsami i tańcem na stole bo co będe tak sama siedziała.
Jako rekompensatę za samotne tarzanie się w rybich wątpiach dostałam odnóża wieprzowe, poważnie. Dopisuję je do Listy Prezentów Romantycznych obok mini-wiertarki i 0,7 Wyborowej i planuję przeobrazić się w Gospodarną Dorotkę, która zatrze ciepłe rączki i zrobi zimne nóżki.

Wczorajszy odcinek Gry o Trony zostanie zrelacjonowany jak mi wena wróci, bardzo meczące są zakupy. Powiem tylko, że Jon Ptyś Snow nadal nie współżył, no szkoda, szkoda, ale jakoś tak wyszło, za to go złapali źli ludzie bo go ta ruda małpa zwiodła, oby wdepnęła w klocki Lego na bosaka. Zwierzątek sporo też wczoraj obejrzałam, ale akurat niczego ciekawego do Afryki nie rzucili, same standardy, lwy i krokodyle oraz o tym, że zebry są strasznie durne jednak. Poważnie, jedno małe zebrzę chciało wykonać kilka mistrzowskich podskoków ale gdzieś po drodze sprawa się rypła chyba, bo wpadło do błota i ufafluniło się od kopytek po czubki uszu, a potem ledwie z tego wypełzło. I nagle okazało się, że jego stado go nie rozpoznaje. U mojego gatunku jak się smarkacz zawieruszy i brudny wróci to się go wita we łzach, daje klapsa a młode wrzuca się do wanny grożąc, że jak ojciec wróci to sobie z nim porozmawia, a potem się mu nie daje deseru i po sprawie - od razu mówię, że zebry tak nie mają. Młody nie wyglądał najlepiej i nie pachniał jak powinien, więc stado usiłowało go odszturchać kopytkami i unikało interakcji. Dzięki stosownym afrykańskim bogom spadł deszcz, młode w nim pobrykało i zaraz okazało się, że paczcie, paczcie, toż to nasz Zygfrydzik, że też Cię nie poznalim. Głupie są zebry i nie rozpoznają się po głosie chyba.

Dziś będą obrazeczki o rzeczach zaginionych - gdyby ktoś szukał kasy fiskalnej, plastrów nikotynowych najgroźniejszego dziecka czy pomysłu na kolację, to już nie musi, nie ma za co. Miłego dnia Państwu, cieszcie się czwartkiem bo jutro zaczyna się weekend i trzeba będzie być towarzyskim, zbierajcie siły.

środa, 29 sierpnia 2012
"Kiedy przewozi się jajka nie wolno się spieszyć"

Zamarłam na chwilę kiedy mnie wczoraj o powyższym Krystyna Czubówna poinformowała, bo akurat byłam wcześniej w sklepie i musiałam zrobić błyskawiczne, w tym jajeczne, zakupy, i już się obawiałam, że cały wysiłek psu w du...znaczy na marne pójdzie, ale na szczęście szybko okazało się, że nie chodzi o zwykłe jajka drobiowe tylko takiego ptaszka, co wygląda trochę jak króliczek, ale jest ptaszkiem na pewno. Stąd jajka zresztą, króliczki rozmnażają się bez takich ceregieli.
Poza tym przyroda pogryzła mnie w kostki w niedzielę, nie ma co dziwić się mojej niechęci do owadów, kilka h hasania w ogródeczku i mam pogryzione meszkami kostki, łaskocze toto bardzo a Fenistil oczywiście nie działa więc siedzę sobie taka zirytowana i rozważam użycie papieru ściernego, żeby tylko łaskotać przestało. Dzień dobry Państwu, piękna pogoda i świat nie najpaskudniejszy, tylko zawiera meszki niestety.

Z nowości to śniło mi się, że tę bardzo małą świnkę kupiłam i kwiczałyśmy sobie pospołu, miała szeleczki spacerowe, kuwetkę i wszystko. Najbardziej kocham Myszy jednak i prowadzimy z Trenerem poważne rozmowy w tej kwestii. Zostało postanowione wstępnie, że nowe Myszę będzie młodziutkie, żebyśmy mieli więcej czasu na przeswojenie go na tyle, żeby sobie nami bez wahania rządziło. Z drugiej strony bez powodu by mi się świnka nie śniła, prawda? Może to znak od losu, żeby jedno i drugie mieć i jak nie zadośćuczynię to mi się karma zepsuje?
Swoją drogą też tak macie, że "zła karma" to dla Was makdonald i smażone? Bo dla mnie owszem, smażone, fastfoody i torcik.
Czyli co, jak nie kupię świnki to mnie, ahaha, torcik spotka.

Dawno o przyrodzie niemobilnej nie pisałam, bo nudno tam, kwitnie/owocuje albo jest już przekwitnięte albo niechcący zmarnowałam, jak na przykład śmiesznego ogórka. Mysz zaabsorbowała mnie bardzo i zaniedbałam trochę część upraw. Chili albo kwitną albo wypuściły po jednej papryczce i uznały, że to by było na tyle w tym sezonie, dynie strasznie się płożą i kwitną, w samą porę doprawdy, posadzony na pędy groszek wyrósł nagle na wysokość cicika i chyba dam mu szansę podrosnąć i zakwitnąć na balkonie. Małe cukinie rosną i śmiesznie wyglądają, pomidory dojrzewają i są konsumowane. Nuda, uprzedzałam.

Póki pamiętam - unikajcie Madonny, jeden pan mówi, że po koncercie można orientację zmienić i/albo szoku doznać. Jestem skłonna się z tym zgodzić, Trener Osobisty z pewnością doznałby szoku, gdybym zmieniła orientację. Czytelniczce dziekuję za podesłanie i obiecuję koncerty Madonny omijać.

Zgodnie z Państwa zamówieniem przymierzam się powoli do napisania krótkich, poważnych i ambitnych, jak to u mnie, streszczeń odcinków "Gry o trony", niech mi tylko wena wróci i irytacja z powodu smoków minie - wprawdzie Brahdelt mówi, że smoki się znajdą, ale nie sprecyzowała, gdzie się znajdą, więc jestem nieco niespokojna. Jakby mnie ktoś przy okazji zapewnił, że ten smętny kutasina, Joffrey, zostanie fantazyjnie inhumowany a Greyjoy też, tobym się od razu lepiej poczuła. O, i królową niech szlag najjaśniejszy trafi. I kilka osób jeszcze, mogę listę zrobić. Jakaś taka krwiożercza sie przy tym serialu robię, ale co poradzę jak tam same irytujące jednostki nie szanujące dzieci, smoków ani cudzej niechęci do bycia zabitym.

Wspominałam pewnie, że moje życie jest pasmem udręk i niedogodności. Trener Osobisty postanowił je ubarwić - od wczoraj, jeśli z czymś się nie zgadza, nie oświadcza mi tego nudno i banalnie, skądże znowu. Robi tak, jak ten kotek. Oszaleję tu kiedyś.

Obrazeczków jeszcze nie mam, jak znajdę to przyniosę. Miłego dnia Państwu, uważajcie na karmę a gdybyście chcieli mieć dobrą to polecam takie coś, upiekłam wczoraj już z piąty raz chyba, Trener Osobisty mówi, że to bardzo dobra karma.

 

Prośba do mieszkańców Łodzi - zajrzyjcie tu, bardzo proszę, może ktoś z Was będzie mógł pomóc.

poniedziałek, 27 sierpnia 2012
"Prawie każdy zna kogoś, kto ma dobrze rozwiniętą grządkę rabarbaru"

Tak powiedział pan z programu "Manic Organic" - ten, który wygląda jak rażony gromem zaspany wombat z weltszmercem. Przykro nam się od razu zrobiło, bo nie znamy nikogo z grządką rabarbaru, w dodatku dobrze rozwiniętą. Trzeba będzie to towarzyskie niedociągnięcie nadrobić, bo wstyd jak beret, pan mówi, że ludzie znają ludzi z rabarbarem a my nic, niby znamy Kikę, ale ona ma borówki amerykańskie a o tym żaden pan w programie nie wspomniał. Głupio tak być w mniejszości, ludzi z rabarbarem natentychmiast zapoznam. Z miłą chęcią - zauważyłam, że na forach tak piszą, chęci niemiłej trochę sobie nie wyobrażam, ale skoro tak piszą to użyję, brzmi sympatycznie i może kogoś zwabi.
Poza tym com się wczoraj wyszalała w ogródku z dwojgiem otroczków mocno nieletnich oraz pieseczkiem też niestarym to moje. Oraz nonszalancko zlikwidowałam osę - nie żadne tam histeryczne popiskiwanie i gibanie się jak rezus tylko wzięłam paletkę ukilającą i z wdziękiem machnęłam sobie koło ucha, bo mi tam coś bzyczało i co ja paczę, osa. Paletka to genialne urządzenie - wygląda jak ta do badmintona, tylko jest mniejsza i ma przycisk, jak się go naciśnie to paletka razi owada prądem i bezpowrotnie kończy jego karierę na tym łez padole. Lubię ją tak bardzo, jak bardzo nie lubię os.

Oglądałam wczoraj mobilną przyrodę w wydaniu puszysto-brutalnym, bo było o pisklętach rozmaitych, w tym bernikli. Bernikle trochę dziwne są, bo i rozsądne, i nie bardzo. Rozsądne jest, nie powiem, założenie sobie gniazda na pionowej skale 50 m nad ziemią, bo lisy, choć skoczne, tak wysoko nie doskoczą, ale jak się ptaszęta urodzą to przestaje być tak różowo. Bo wiecie Państwo, one muszą z tej skały przemieścić się do wody, bo tam mają kwaterę docelową. Niestety przyroda skonstruowała małe berniklątka tak, że nie potrafią latać zaraz po urodzeniu - jakoś tak wyszło, że nie, i co poradzę. Otóż one muszą - aż sobie pohiperwentylowałam trochę z wrażenia na ten widok - spiórkać się z tych 50 metrów na grunt, który bynajmniej z puchu się nie składa i na moje niewprawne oko wygląda jak solidna skała z kepkami wyschniętej trawki tu i tam. Na szczęście są bardzo lekkie i puszyste, więc spadają, otrzepują się i idą do wody, ale widok dość stresujący. To tak, jakby samczyk mojego gatunku czekał na urodziny dziecięcia i wystawcie sobie takie coś - otroczek się rodzi a dumny ojciec mówi "Gratuluję, synu, udany start, w pięknym stylu pokonałeś kanał rodny a teraz przestań płakać, nie ma czasu, zapisałem Cię bowiem na skok na bungee a żeby uczynić go dla Ciebie wyzwaniem zadecydowałem, że skaczesz bez liny, zbieraj się, bo to za kilka minut!".

Jak Państwo wiecie od czasu do czasu coś gubię, a to paczkę ryżu, a to rękawiczki czy woreczek do prania bielizny. Otóż tym razem zgubiłam jakieś pół kilo polędwiczki wieprzowej wędzonej. Poważnie, otrzymałam powyższą jako wyraz sympatii i połowę zamroziłam. I nie ma jej nigdzie, przekopałam cały zamrażalnik. Znalazłam za to paczkę liści limetki kaffir, miło, ale kanapki z nią nie zrobię.

Obejrzałam kolejny odcinek "Gry o trony" ale tylko się zdenerwowałam niepotrzebnie - jakaś ruda małpa prowokuje ptysia z oczętami młodej jałówki, tj. Jona Snowa, Greyjoy okazał się być kurwimsynem i oby go czkawka udusiła a potem ktoś zapierniczył Danaerys smoki i to mnie już zupełnie wytrąciło z równowagi, bo kaman, smoki mają być. Na szczęście jest jasny promyczek, mianowicie ludność Joffreyowi niechętna usiłowała go inhumować - teraz się nie udało, ale trenują, tak? oraz jeden przystojny pan zabija złych ludzi na prośbę Aryi. Ponadto pojawił się standardowy w każdym odcinku nagi biust i nie dziwi mnie, że ktoś stworzył takie coś.

Proszę sobie w wolnej chwili wrzucić w jutjubową wyszukiwarkę "Hamlet the mini pig" a stanie się dla Państwa jasne czemu od 2 dni szukam informacji o bardzo małych świnkach i znalazłam już ich źródło na Allegro. W okolicy innych interesujących aukcji, np. z kózką i koziołkiem. Nie żebym planowała się oświnkać nagle, bo jednak rządzą w mym sercu Myszy, ale nie zaszkodzi wiedzieć, gdzie się świnki nabywa. Na prezent ślubny dla Berberysa na przykład, o.
Bez Myszy nadal smutno i źle, nadal odruchowo zaglądam do sypialni, odkładam dla niej kawałeczki sera, nadal wydaje mi się, że słyszę, jak szaleje w kołowrotkach. Trudno skupić się wyłącznie na tym, że zrobiło się dla ukochanego stworzonka wszystko, co najlepsze dla niego, kiedy tak bardzo się za nim tęskni.
Może później jakieś obrazeczki znajdę, póki co życzę Państwu udanego poniedziałku, nie przemęczajcie się, świnkę sobie obejrzyjcie czy co.

piątek, 24 sierpnia 2012
Pac! i kwiczenie.

Zostałam pacnięta Berberysową łapką i zasugerowano mi, żebym się wykwiczała trochę na swój temat, więc cóż mi szkodzi przecież. Trochę nie wiem, co napisać, bo przez rok blogowania sporo już o sobie napisałam i niewiele mi zostało do odkrycia, ale spróbuję.

1. Śpię z maskotką. Nie żartuję, maskotka to Owca, ten Owca. Owca jest prezentem od Trenera i ma miłe, miękkie raciczki, które wygodnie trzyma się w dłoni. Sen bez Owcy jest czymś niewłaściwym i nie do pomyślenia, toteż potrafię w środku nocy przekopać łóżko zawodząc "Gdzie jest Owca? Nie ma Owcy!" a kiedyś obudziłam w szpitalu całą salę bo mi Owca spadł z łóżka i musiałam podnieść przecież. Śpię z maskotką i tyle, spokojnie można mnie uznać za infantylną a ja obiecuję strasznie się tym przejąć w pierwszej wolnej chwili, przy czym zastrzegam, że bardzo zajęta jestem.

2. Czytam x książek jednocześnie i w niemal każdym miejscu hacjendy, książek mamy ze 2 tys. i kupujemy je kompulsywnie, uzupełniamy serie, mam książkową wiszlistę. W tej chwili czytane są "Tradycje kulinarne Japonii", "Kocham pana, panie Sułku", "Kill grill", "Gra o tron", "Rok w Prowansji" i "Katarzyna II". Do dobrych książek wracam wiele razy, znam na pamięć fragmenty i czasem je cytuję. Nie lubię książek o wojnie, kryminałów i horrorów (przez jeden horror boję się krów i nie żartuję), powieści historyczne czytam rzadko i tylko zachęcona dobrą recenzją.

3. Przeżywam filmy jak jakiś dzieciak, poważnie. Po obejrzeniu któregoś "Parku Jurajskiego" przez 3 m-ce darłam się przez sen, bo mi się śniło, że mnie akurat konsumują te dwa wielkie T-rexy co tam pana zjadły bardzo efektownie. Z tegoż względu filmy oglądam tylko namówiona przez Trenera i wolę seriale, zwłaszcza medyczne i pochodne oraz, wiadomo, Szerloka i TBBT.

4. Kiedy dowiaduję się z pewnego źródła czegoś naprawdę paskudnego o kimś znajomym albo go przypadkiem w jakiejś nieakceptowalnej sytuacji zobaczę zaczynam go unikać na wypadek, gdyby mi się wypsło, bo po co. Unikam imprez, rozmów, słowem wszelkich interakcji, co np. w sąsiedztwie czy większej zaprzyjaźnionej paczce nie jest łatwe, ale udaje mi się.

5. Jestem uzależniona od rosołu, kiedy w domu nie ma rosołu to - przy pełnej lodówce i szafkach - oficjalnie nie ma dla mnie niczego do jedzenia. Nie muszę go codziennie jeść, ale kiedy go nie ma to coś jest nie tak i potrafię wstać i gotować rosół nawet o 3 nad ranem, jak dziś.

6. Nie mam zegarka i parasolki (poza jakąś przeciwsłoneczną z festynu), nie cierpię chodzić do fryzjera, bo nie lubię dotyku obcych rąk, i nigdy nie byłam u kosmetyczki, bo nie musiałam, dzięki bogom, ale nie wykluczam, że kiedyś tam z ciekawości dotrę i może nie padnę z niechęci. Hopla na punkcie butów i torebek też nie mam. Mało kobieca jestem, dzwony, trampki i takie tam.

7. Trener Osobisty JEST moim trenerem osobistym. Ma ogromną wiedzę o sporcie, sam trenuje, przygotowuje się do jakiegoś maratonu i wyprowadza mnie na ludzi w sensie uświadamiania, co ćwiczyć, jak ćwiczyć i żeby zrezygnować z diety bezpokarmowej (kiedy się martwię i stresuję, a bardzo źle znoszę odejście Myszy, przestaję jeść, głupie, ale tak mam), bo sobie zaszkodzę, więc się staram.

8. Hoduję Myszy nie tylko - choć przede wszystkim - dlatego, że to wielka, zwierzątkowa miłość mojego życia ale także dlatego, że ludzie nie znają się na ich hodowaniu, niewiele wiedzą, nie potrafią oswajać i leczyć - każda moja Mysz, zadbana, rozpieszczona i bardzo oswojona ma szansę przekonać ludzi do poważnego traktowania małych gryzonków a kiedy choruje, oby krótko, jest źródłem wiedzy dla lekarzy, którzy mogą potem wykorzystać tę wiedzę efektywniej lecząc inne gryzonki. Mam poczucie misji a do tego kompletnego hopla na punkcie małych puszystych.

9. Lubię dzieci dobrze wychowane i inteligentne, czyli niewiele dzieci lubię i nie chcę mieć własnego. Nie przeszkadza mi to przepadać za dziećmi przyjaciół, rozpieszczam i jestem ukochaną ciocią.

Poza tym mam cukinie na balkonie, zaraz zacznie padać i jest, dzieki bogom, weekend.
To tyle o mnie, a teraz poszturcham Was paluszkiem w nadziei, że napiszą trochę o sobie Wildfemale, Zdrowiej, Sakurako i AnnaMaria. Oraz, jeśli to w ogóle do pomyślenia, Brezly i Bartoszcze. Zaznaczam, że nie nabzdyczę się, jeśli komuś nie będzie się chciało i że jestem ciekawa Was wszystkich, więc każdego kiedyś mam nadzieję dopaść. Miłego weekendu Państwu życzę, obrazeczków na razie nie będzie, bardzo tęsknię za Księżniczkyszą i nastrój mam mocno takise.

czwartek, 23 sierpnia 2012
Wszystko ok

poza tym, że ciężko i smutno, ale dziękuję, że pytacie i pacacie mnie łapkami. Źle jest bez Myszy, bo bardzo ją kocham i ogromnie mi jej brakuje, ale nie spędzam dni zaryczana i w szlafroku w stercie pudełek po chińszczyźnie, to byłoby głupie, a głupim ludziom nie przytrafiają się najlepsze Myszy. Wniosek oczywisty, że jestem, ahaha, strasznie mądra, bo miałam Myszy idealne, tylko smutna i samotna chwilami. Staram się myśleć tylko o tym, że podejmując decyzję o uśpieniu bardzo chorego Myszęcia pokazaliśmy jej, jak mocno ją kochamy i że nie pozwolimy jej cierpieć nawet, jeśli oznacza to, że więcej jej nie zobaczymy. Nie wchodzę sama do sypialni i sama tam nie śpię, staram się nie patrzeć na poskładane Myszarium. Nie potrafię pogodzić się z tą maleńką, ogromną stratą. Kocham moją Primadonnysz ogromnie.

Dotąd było tak, że po odejściu jednej Myszy natychmiast trzeba było pozwolić wybrać się kolejnej żeby promysia miłość nie krążyła tylko od razu objęła kolejne zwierzątko. Tym razem trochę poczekamy, ale oboje wiemy już, że najpewniej będzie kolejna Mysz. Jesteśmy stworzeni do hodowania Myszy, mamy wszystko - w głowach, sercach i mieszkaniu - żeby stworzyć idealne, komfortowe warunki dla kolejnego rozpieszczonego futrzaczka, a on sam nas wybierze. Wybór odbywa się tak, że idzie się do sklepu z Myszętami i wkłada dłonie do sklepowego myszarium, właściwa Mysz wybiera nas sama, jest włażenie na dłoń albo trącanie jej noskiem albo inne oznaki zainteresowania życiem w luskusach i rządzeniem w naszym domu. Ponieważ każda z naszych Myszy jest idealna mam powody podejrzewać, że mamy do czynienia z mysią reinkarnacją albo że poprzednia Mysz wybiera dla siebie najlepsze zastepstwo w przerwie między opychaniem się a zabawą na Mysiej Planecie.
Poza tym w podtytule blogaska jest Mysz, więc Mysz musi być. Może samczyk tym razem, samczyki rzadziej chorują. O ile uda nam się samczyka znaleźć - żeby zidentyfikować płeć maleńkiego gryzonka trzeba go przytrzymać w połowie palcami i dmuchnąć mu w podwozie, a mała Mysz jest tak mała, że w sumie nie ma drugiej połowy i miejsca na palce, więc trudno się zorientować, co i jak, i łatwo się machnąć. Raz prawidłową płeć naszego Mysza odkryliśmy po 2 latach (wcześniej lekarz zidentyfikował źle a my nie sprawdzaliśmy, bo to lekarz przecież, tak?), więc bywa naprawdę zabawnie.

Dam sobie jeszcze trochę czasu na dojście do siebie, to był ciężki tydzień, dziękuję Wam za wsparcie i wszystkie pacnięcia, odpisuję na bieżąco (z pewnymi trudnościami, bo jakoś tak wyszło, że ostrzyłam wczoraj nóż i trochę mnie teraz palec boli bo się dziabłam od razu, ja to naprawdę umiem nóż naostrzyć). Kocham moją Mysz, bardzo tęsknię, smutno mi po prostu i próbuję myśleć tylko o tym, jakie mieliśmy szczęście, że tak idealna Mysz spędziła u nas życie, i że zrobiliśmy dokładnie to, co powinniśmy, z miłości i odpowiedzialności za Księżniczkysz, która nam ufała i której nie zawiedliśmy. Była bardzo szczęśliwą Myszą i myślę, że jest gdzieś nadal, zdrowa, śliczna i superpuszysta. I że też tęskni za swoimi myszofilnymi poddanymi.

PS. Patrzymy wczoraj na Myszarium, rozmawiamy o nowej Myszy. Trener mówi :
 - Może jakiś inny gatunek myszy teraz?
 - Przyniosę Książkę z Myszami i wybierzemy. A może koszatniczka teraz albo szynszyla?
 - Za duża, nie będzie jej wygodnie w Myszarium.
 - To może kot?
 - Noo, kot to się na pewno w tunelach nie zmieści...
Jesteśmy skrajnie myszocentryczni po prostu, a próba wybrania innego gatunku skończyła się tym, że będzie ten sam, co zawsze. Ciekawe, czy uda nam się wyjść tylko z jedną mysią sztuczką, jesteśmy kompletnie nieodporni na urok wielkich, błyszczących ślepków i ruszania na nas wąsami.
Na Allegro w "gryzoniach" jest "wałach zaprzęgowy", hm.

poniedziałek, 20 sierpnia 2012
* * *

Moja maleńka, puszyściutka duma i radość, moje nastroszone szcząstko, moja magiczna Mysz zasnęła na zawsze o 17.20, wtulona w dłoń Trenera i przykryta moją, do ostatnich sekund życia głaskana, uspokajana i zapewniana o tym, jak bardzo ją kochamy i jak jesteśmy wdzięczni, że przez rok i 9 m-cy mieliśmy zaszczyt gościć w naszym domu i sercach Mysz Idealną. Nigdy nas nie zawiodła, była pod każdym względem doskonałą, śliczną, zabawną i mądrą Myszą. Leży w Chomiczym Lasku oboj Białszego i Szarszej, a ja próbuję myśleć o tym, że moje Myszęta bawią się już razem za Tęczowym Mostem i chwalą się innym myszom, jak rozpieszczane były u nas.
Nowotwór nie dał Myszy żadnych szans, zaatakował błyskawicznie i w ciągu kilku dni uniemożliwił jej samodzielne jedzenie i komfortowy sen. Nie mogliśmy pozwolić jej cierpieć a ból po jej stracie jest pewnie niewielki w porównaniu z tym, jak cierpiałaby Mysz gdybyśmy zostawili sprawy swojemu biegowi. Pani doktor uznała, że za dzień czy dwa byłoby już za późno i Mysz niepotrzebnie by się nacierpiała. Za bardzo ją kochamy, żeby się z tym pogodzić, nigdy nas nie zawiodła i chcę wierzyć, że podejmując jedyną racjonalną, choć rozrywającą serce dezycję my nie zawiedliśmy naszej Myszy.
Wiem, że myślami byliście przy nas, że trzymaliście kciuki. Proszę, nie komentujcie, ciężko komentować takie notki, żadne słowa nie zmienią tego, co się stało, i nic nie pocieszy nas po takiej stracie, czuje się jakbym straciła kawałek siebie, jakbym już nigdy miała się nie uśmiechnąć. Pozwolę czasowi zrobić swoje, dziekuję Wam za wszystko, jestem pewna, że dzięki Waszym ciepłym myślom Mysz nie cierpiała, a przeżyła tylko kilka dni niewielkiego dyskomfortu i lekkiej irytacji.

Jeśli zajrzą tu przypadkiem panie doktor z lecznicy Oaza - dziękuję, uratowałyście życie wielu moim Myszom i zapobiegłyście cierpieniu kolejnej. Nie wyobrażam sobie, że moglibyśmy trafić na lepszych lekarzy.

Gdziekolwiek jest teraz nasza Księżniczkysz - kochamy ją i bardzo, bardzo tęsknimy.

sobota, 18 sierpnia 2012
"Ję."

A bo jęczę, nieprawdaż, pod butem tyrana.
Wprawdzie nie pod butem, tylko bardzo małą łapką, nie tyrana, tylko Myszy i w sumie nie jęczę, bo nie mam siły, tylko sobie czasem narzeknę, ale cała reszta się zgadza.
Dzielna Mysz uznała chyba, że skoro tyle osób trzyma za nią kciuki to już trudno, niech nam będzie, ona się ostatecznie poczuje lepiej i coś zje. Miseczka z ziarnem przeżyła kilka niewielkich szturmów, wrąbana została prawie cała łyżeczka homserka, aktualnie Mysz śpi na głowie i zbiera siły, mam nadzieję, że na obiad. Karmienie pipetką to mały dramat, Mysz histeryzuje i słania się jakbyśmy właśnie dokonywali na niej rozległej amputacji, jest dużo wyrywania się i machania łapkami, oby się Księżniczkysz zmobilizowała i wróciła do dawnych przyzwyczajeń, tj. rzucania się na jedzenie jak mikrohiena. W każdym razie, odpukać, idzie ku dobremu i oby dotarło tam jak najszybciej.

Miało być o zwierzątkach, ale z tym to zawsze zdążę, najpierw podzielę się refleksją - jak to jest, że w "Grze o Tron" najporządniejsze są panienki zarabiające robieniem uprzejmości erotycznych? Poważnie, poza Aryą, Cat i Danaerys nie bardzo jest gdzie sympatię skierować, tu się królowa staje jednością z bratem, tam magiczna ruda pani robi dym (dosłownie, laska urodziła dym i będzie się działo) a damy negocjowalnego afektu mądre i sensowne, aż miło paczać. Zdecydowałam się wrócić do serialu, bo niech tam, Khala Drogo niby mi zabili, za co niech ich czkawka wydusi, za to są smoki, a smoki lubię oraz bardzo liczę na to, że tego ryżego buca Joffreya w końcu ktoś terminalnie uszkodzi. W każdym razie ostatnio było o Danaerys i smokach i było przezabawnie, bo ona chciała wejść do miasta a grupka nadętych panów chciała, żeby nie. Była dłuższa pogadanka o tym, że kaman, mam smoki ale nie pokażę, bo nie, a oni, że jak nie, to miło było i papatki, bo bram nie otworzą i co im kto zrobi. Bardzo się Danaerys zdenerwowała i rzuciła przez zęby "Ahaha, wy kacze zbuki, chrzańcie się, mam big włochate cochones większe od waszych i popodrzynam wam tętniczki tępą finką..." - to znaczy niedokładnie tak powiedziała, bo to jednak subtelne dziewczę jest, ale dała do zrozumienia, że albo ją wpuszczą albo będzie bardzo niesympatycznie i niech się zastanowią. Jeden się szybko zastanowił i sytuacja na chwilę obecną jest taka, że Danaerys jest w tym mieście, co to nie pamiętam nazwy, ale ładne, Joffrey robi sobie wrogów i dobrze, Tyriona lubimy coraz bardziej a Jonowi ponure istoty o oczętach jak niezabudki nie wyżarły żywcem zawartości Jona tylko go szef zbeształ. O, i Arya nadal żyje i ten od kowala też. Bardzo to miłe, kibicuję Aryi. Sansa robi nie wiem, co, bo nie przepadam za nią i jak widzę przebłysk sprytu to nie bardzo dowierzam ale pojawił się cień nadziei, że nie wszystkie jej komórki mózgowe odpowiedzialne są za wyszywanie i robienie rzewnych oczu po kątach.

Z tymi zwierzątkami to jest tak, że one się czasem między sobą nie do końca lubią. Było wczoraj o szefie krokodyli i wannabe szefie krokodyli, strasznie bezczelnym. Otóż u krokodyli jest tak, że szefuje największy i potem sobie pływa i może wszystko, a inne mogą po nim (jeść) albo wcale (zapoznawać się z lokalnymi paniami). Jednemu młodemu się to "wcale" nie spodobało i usiłował, że tak to oględnie ujmę, szybciutko przekazać pani krokodylowej wyrazy sympatii - bardzo się szef zdenerwował i usiłował młodego ząbkiem zahaczyć ale ten nabrał rozumu i zwiał. Potem jakoś mu ten rozum znowu z głowy zniknął bo upolował sobie gazela (bardzo mnie to zdenerwowało, biedny gazel tylko na drinka wpadł a ten na niego z mordą, nie tak traktuje się gości) i nie chciał go oddać szefowi, co było błędem. I to tyle o nim, bo tym razem go szef zahaczył jednak.
O, jeszcze o lemurach było, że są narkomanami, i że jak lew jest tylko trochę puszysty na głowie to ma dwa lata.
I takich panów dwóch pływało w krokodylich labiryntach nor a krokodyle bynajmniej na ląd na te okoliczość nie poszły ale tak się zdenerwowałam, że nie chciałam paczać kiedy (bo nie "czy" przecież) któryś z krokodyli uzna, że ahaha, miło było, pozwiedzaliście a teraz zgadnijcie kto mierzy 5 metrów i nie jadł śniadania. Ja pierniczę, ludzie to są jednak dziwni, wstaje taki rano, przeciągnie się i myśli "A, co mi tam, taki piękny dzień, popływam sobie z krokodylami" i jeszcze do kumpla dzwoni i namawia do złego.

Obrazeczki mam, dziś będzie o tym, że czasem warto iść w stronę światła, o odwiedzinach uprzedzać a tu proszę, zwyczajne guźce w błocie żeby tak strasznie intelektualnie tu nie było.
Koty to dopiero złośliwe są, nie?

Blogasek ma dziś pierwsze urodziny, dziękuję Emilyann za przypominajkę. Mnóstwo notek, prawie 8 tys. komentarzy, własny gang, trudno mi uwierzyć, że udaje mi się osiągnąć to, na czym mi zależało - na tym, żeby blog był interaktywny, żeby rozmawiać tu z fantastycznymi ludźmi, poznawać ich dzięki pogaduszkom w komentarzach, mailom, spotkaniom. To Wasza zasługa, ja jestem jedna i nie dałabym rady - współtworzycie blog i jestem Wam wdzięczna, bo bardzo go dzięki Wam lubię. Ścielę się Państwu do nóżek i mam nadzieję, że nadal będziecie do mnie zaglądać i trzymać kciuki za zdrowie Myszęcia, jesteście bardzo skuteczni, dziękuję.

PS. Mysz szturmuje miseczkę, zainspirowała mnie, idę gotować, będzie świncurry z ciecierzycą.

PPS. W ramach okazywania mi ciepłych uczuć Trener Osobisty kupił mi 10 litrów spirytusu. Na plaster komu kwiatki jak można dostać spirytus, wykonam fantazyjne naleweczki chyba.

PPPS. W tagach jest "królik" bo ktoś mnie wyszukał szukając królika i nie znalazł, bo źle otagowałam, więc taguję pod tą notką, żeby kazdy, kto u mnie szuka królika, mógł wejść i przeczytać, że go nie ma.

piątek, 17 sierpnia 2012
Myszokracja.

Tytuł na wypadek, gdyby ktoś się zastanawiał, kto w moim domu rządzi. Otóż jest to, oczywiście, Mysz, a od kilku dni rządzi bardziej, bo wszystko kręci się wokół niej.
Mysz jest po dość poważnym zabiegu, w którym zresztą braliśmy udział, nie było lekko ale Mysz zniosła go świetnie, była bardzo dzielna i napiszczała na panią doktor dopiero pod koniec, kiedy miała serdecznie dość leżenia na pleckach. Została ozastrzykowana, zdezynfekowana, przeproszona a w transporterku dostała niewielkiego, osobistego ataku furii po czym zasnęła w dłoni Trener Osobistego. Trener, przypominam, jest tu bohaterem pozytywnym, bo głaszcze, kizia i ma wielkie, ciepłe dłonie, ja występuję jako czarny charakter, taki od dezynfekcji i innych nieprzyjemności.
Ponieważ bogowie skonstruowali mnie tak głupio, że jak mi choruje bliska istota to nie jem i nie śpię bo mnie ze stresu blokuje i się zamartwiam trochę sobie teraz odpocznę korzystając z tego, że Mysz Chrobra wstała, uczesała uszy, zjadła obiad, obiad, obiad i obiad, pobiegała przez chwilę i poszła spać. Jeśli zabieg się udał mamy kłopot z głowy i nie będzie potrzebna powtórka pod narkozą, oby, bo Mysz ma prawie 2 lata i ryzyko, że coś się spiórka, jest spore.
Dziękuję Wam ogromnie za wszystkie kciuki, ciepłe słowa, smsy, maile i wszelkie inne wyrazy sympatii - w pełni zrozumiałe, wiadomo - dla Księżniczkyszy. Jest niesamowicie dzielna, silna i tolerancyjna, czego dowodem jest to, że nie upierniczyła pani doktor rąk na wysokości ramion a ja po porannej dezynfekcji nadal mam czym pisać, bardzo uprzejma jest moja Mysz. Jestem tak dumna, jak zmęczona - to oznacza wielkie pokłady dumy i ulgi, że, odpukać, wszystko wraca do normy. To ja też sobie wrócę, cóż mi znowusz szkodzi wkącu, a potem wyszaleję się wdzięcznie na Waszych blogach i ponadrabiam zaległości.

Gdyby ktoś wątpił w to, czy da się wyhodować na balkonie cukinie to może sobie dać spokój, mam kilka cukiniąt oraz zdjęcia tychże. Mam też kilka nowych papryczek, chili kwitną i owocują, mam śmieszne ogórki i nie wiem, co jeszcze, bo bywałam ostatnio na balkonie w stanie rozkojarzenia.

Dzięki wielkie jeszcze raz, jesteście superskuteczni, proszę o jeszcze trochę trzymania kciuków za to, żeby zabieg okazał się sukcesem i nie trzeba było Myszy operować pod narkozą - wygląda jak mysi smarkacz ale ma prawie 2 lata, to poważny wiek u Myszy.
(Omaszcilos, poważna notka, od wieków mi się to nie zdarzyło, no ale nic, naprawię to, jak się wyśpię, bo takie zwierzątka wczoraj oglądałam że nie mogłam uwierzyć w to, co paczałam.) Miłego dnia Państwu, mam nadzieję, że nieźle znosicie brak kciuków, oddam jak tylko puszyste wróci nam do zdrowia.

PS. Wczoraj Trener Osobisty wybiera się do pracy i czegoś szuka. Domyśliłam się, że okularów, znalazłam, podaję i rzucam z przekąsem :
 - Ciekawe, jak byś bez okularów samochód prowadził.
 - Spokojnie - zrelaksował mnie Trener Osobisty - zatrzymałbym się gdybym zobaczył przed sobą poprzeczne poruszające się szybko smugi.*
Oszaleję tu kiedyś, zobaczycie.

 

* Trener ma niewielką wadę wzroku ale nie przepuści żadnej okazji, żeby doprowadzić mnie o kroczek bliżej ku nieuniknionemu oszaleniu.

poniedziałek, 13 sierpnia 2012
Mysz

mi choruje, więc chwilowo mnie nie ma, przepraszam, wrócę i nadrobię, tymczasem będę wdzięczna za promysie kciuki, bardzo się przydadzą.

 
1 , 2