Tagi
squirk77@gmail.com
RSS
piątek, 28 września 2012
"Powodzonka, szerokości, bajo"

czyli jadę na te nieszczęsne Mazury popaczać, czy się te chlorelle nie potopiły oraz dopilnować, żeby żaden bóbr nie doznał despektu ze strony ewentualnie ocalałych. Spodziewajcie się smsów z opisami przyrody, kwiecistymi, o ile mamy się już wzajemnie w Najulubieńszych Kontaktach Ever, oczywiście.
Ponieważ Trener Osobisty przeczyta to dopiero w poniedziałek i nic mi teraz nie grozi mogę napisać, że ścięłam włosy i co mi kto zrobi. On raczej nie, bo sobie mnie dziś popacza a złościć się na mnie nie będzie, bo się nie da przecież, pomacham trochę rzęsami i po sprawie.

Wrzucę zaległe obrazeczki i idę się pakować. Dziś będzie cicik stanowczy, ślubny schabowy oraz przyczyna kryzysu w Grecji.

Tytuł notki, oczywiście, z CB. Kocham CB miłością tkliwą. Jedzie sobie człowiek w jakąś dłuższą trasę, włącza radyjko i słyszy "Koledzy, uwaga, na wysokości czegośtam miśki bawią się suszarką". Rozbrajające, acz nie tak, jak pytanie o lokalne...noo, ssaki leśne. Oraz z całą pewnością nie tak, jak komentarz rzucony przez nie pamiętam kogo na widok stojącego przy drodze zamyślonego rolnika w tzw. kufajce i walonkach - "Noo, takiej brzydkiej to tu jeszcze nie widziałem". Przypuszczam, że oszaleję na tych Mazurach - albo już w drodze tamże.

PS. Otrzymałam wczoraj od sąsiadów (M&M`s - dziękuję) Chomika Nińdżę. Planuję fotografować go na tle rozszalałych żywiołów, idę spakować aparat. Miłego weekendu Państwu życzę, nie bądźcie przypadkiem grzeczni, bo to nudne przecież.

środa, 26 września 2012
"Chroń swojego buraka"

Jestem świadoma faktu, że za pomocą tzw. Gołej Baby da się zareklamować i sprzedać niemal wszystko, ale trochę mi wczoraj wszystko opadło a kora mózgowa wygładziła się na widok tej reklamy. Ja pierniczę, starzeję się chyba i jestem nietrędi, bo wciąż żywię silne przekonanie, że niektóre rzeczy są po prostu trochę jakby nie pasujące do tego, do czego w desperacji chciałoby się, żeby pasowały.

Trener Osobisty nadal halsuje z pętelkami, kuk Czarek w świetnej formie, na obiad ma być zupa rybna z efektów czarkowych starań w zakresie tzw. moczenia kija, pogoda piękna i u nich, i u mnie, i tylko Nat Geo Wild mnie wkurza. Zaczynam podejrzewać, że drobnym kroczkiem podążają w kierunku tworzenia programów dla istot o ograniczonych możliwościach zrozumienia prostych przekazów (szyici, Amerykanie) i na widok lwów jedzących antylopę piszczących "Ojeju, Miiiiiś, zrób coś, żeby kotki puściły tom sarenke!" (tępe niunie). Mianowicie ukazano mi wczoraj zużyty nieco zewłok łosia a Panienka z Okienka poinformowała widza uroczyście:
 - Ten łoś nie przeżył zimy.
W głowie pojawił się, oczywiście, stosowny obrazeczek i pomyślałam - Poważnie? Och, ale jak to, jak to nie przeżył? Może się jeszcze biedactwo podźwignie, w końcu została go ponad połowa.
Tak, drogi Pamiętniczku, nie lubię informowania mnie o oczywistych oczywistościach i jestem głęboko przekonana, że widząc coś oczywistego jak na dłoni jakoś dam radę pojąć, co to jest i nie trzeba mi jak otroczkowi wyjaśniać i tłumaczyć.

O, o myszach jeszcze było, do tej pory się pozbierać nie mogę. Mianowicie kamera włóczy się po poszyciu gdzieś w lasach Amazonii i nagle co ja paczę, w norce śpi piękna, szara, puszyściutka mysz, opiszczałam ją w duchu starannie a pani lektorka poinformowała mnie uprzejmie, że prezentuje mi pasikoniszkę. Byłam cała w zachwytach, prześliczna mysz i nazwa też uszu nie męcząca, pełnia szczęścia, popaczmysz więc, co dalej. Myszka wstała, przeciągnęła się i myślę sobie - oho, a teraz, jak to miła mysz, weźmie w łapki ziarno albo spotka inną mysz i będzie uroczo. I w tym momencie mysz wyszła przed norkę, otworzyła śliczny pyszczek i zaczęła wyć. Poważnie, pasikoniszka wyje dość przeraźliwie i krew w żyłach mrożąco. Następnie drobnym kroczkiem podreptała przed siebie i zeżarła inną mysz, na szczęście już inhumowaną, ale żeby mysz jadła mysz? Śliczne są pasikoniszki ale trochę jakieś takie inne.
Nie mogę się już na swoją nową Mysz doczekać, ogromnie mi brakuje futrzaczka w domu, bez niego nie jestem kompletna, jak nie mam kogo rozpieszczać to jest mi bardzo tak sobie.

Dla równowagi, żeby odciążyć umysł, obejrzałam "Dziewczyny z rezydencji Playboya", bardzo polecam jeśli ktoś potrzebuje się odmóżdżyć. Było o nowych gołych paniach, bo poprzednie gołe panie pojechały być gołe gdzie indziej, na szczęście była już kolejeczka nastepczyń, też z ilością odzieży nie przesadzających. Program jest albo bardzo, bardzo zły albo to dzieło geniusza - jeśli ktoś chciał ukazać, jak bardzo nie wychodzi paniom ukrywanie niechęci do samych siebie i wstrętu do swojego nieco posuniętego przez czas "chłopaka" to wyszło mu to perfekcyjnie. Jeśli nie chciał to rzopa, bo równie dobrze mogliby nad głową każdej z pań umieścić neon z napisem "Jestem tu dla pieniędzy i przyszłych kontraktów, jak tylko stary kopnie w kalendarz to się stąd zmywam". Niemniej ogląda się to bardzo przyjemnie i można być spokojnym o to, że jeśli w tytule odcinka jest słowo "dramat" to na pewno chodzi o to, że bohaterka tegoż nie wie, jak się ubrać na kolejną imprezę i czy pokazać biust od razu czy trochę się najpierw pokrygować.

Staram się czasem, mimo narastającej niechęci, zaglądać na główną, ale zwykle widzę np. takie coś i trochę mnie zatyka. Ok, artysta zrobił happening, bywa, ale uderzyło mnie zdanie "Znalazł się również śmiałek, który obnażył przyrodzenie przed widzami w ramach protestu przeciw happeningowi.". Chwilunia, niech zrozumiem. Ktoś faktycznie wyskoczył z tłumu z "Nie podoba mi się to, co widzę, więc pokażę wam swojego frankfurterka"? Co ze starym dobrym głosowaniem nogami albo użyciem słów? Mam nadzieję, że protest frankfurterkowy się nie rozpowszechni, bo miałam już wizję panów w sytuacji "pan tu nie stał" zdejmujących spodnie np. przy kasach w Auchan.

Idę szukać obrazeczków, na razie niczego sympatycznego nie rzucili, nie tracę nadziei. Miłego dnia Państwu, do zobaczenia później.

Apdejt - na Fanpejczu jest filmik z pasikoniszką. Mago - dziękuję za podpowiedź :-)

poniedziałek, 24 września 2012
Czypsy promocja.

Poważnie, jeśli ktoś lubi czypsy to bieguniem do sklepu.

Obudził mnie telefon, w którym obcy mężczyzna poinformował mnie, że zrobił obiad i wszystkim smakowało.
Nie ukrywam, zatkało mnie trochę bo wiecie, miło, że ludzie gotują dobrze i jedzą, serio, ale nie widziałam związku tegoż faktu ze swoją osobą.
Chwilę potrwało zanim dotarło do mnie, że to kuk Czarek odważył się wykonać do mnie telefon z tą informacją, bardzom wdzięczna. Panowie aktualnie przycumowali na dziko i czekają, aż lokalne stado tarpanów przyjdzie im jeść z ręki. Jak fiordy, ahaha.
Jak się okazało pojawiła się szansa na dołączenie do tej rozrywkowej grupy w piątek i trochę się waham, bo nie jestem pewna, jak odnajdę się w gronie sugerującym sobie nawzajem pożycie z przyrodą mobilną typu bobry i mówiącym do siebie "Misiaczku". Poza tym miałam plany, tak? A oni mi tu nagle z wyjazdem, też coś.
Z tego stresu kupiłam kolejną dynię, bardzo ładną. Pojęcia nie mam, co to za gatunek, ale podobno wszystkie dynie są jadalne, tylko niektóre paskudne. Mam w hacjendzie trzy dynie, trochę mało, wypadałoby pobić zeszłoroczny rekord.

Przezabawny program obejrzałam wczoraj, ludzie wyglądający na przykład tak i tak wyśmiewają stroje i okoliczności okołoślubne innych ludzi, myślałam, że się turlać zacznę. Jak będę strasznie bogata zacznę takim wyśmiewaczom fundować duże lustra. Swoją drogą kobiety mają łatwiej w kwestii desperackiego lansu, wystarczy zrobić zdjęcie swojej gołej sempiterny, potem ono niby to przypadkiem wycieka do sieci i jest wielkie machanie łapkami i piszczenie, że omujborze, jak to się stało, nie wiem, jak do tego doszło, tak mi wstyd, chętnie zwołam konferencję i udzielę siedmiu wywiadów w tej kwestii a mężczyzna się musi pomalować i przebrać za błazna, a to generuje wydatki. No, jeden pan, ten od Kardaszian Kim, też wpadł na pomysł zaprezentowania światu swojego frankfurterka ale jakoś się to nie odbiło szerokim echem, więc pewnie zacznie się malować.

Otrzymałam właśnie na telefon zdjęcie mężczyzny z leszczem. Obcego mężczyzny, leszcza też nie kojarzę. Zgaduję, że to kolega Czarek. Ten mężczyzna znaczy, ryba by do mnie nie dzwoniła raczej, żeby mnie poinformować, że zrobiła obiad. Nie bez uprzedniego mojego spożycia czegoś nielegalnego w każdym razie, a nie planuję. Moje obawy w związku z wyjazdem rosną. Mam nadzieję, że nie każą mi patroszyć, łowić mogę i umiem ale babraniu sobie białych rączek w rybich wątpiach jestem przeciwna.

Czipendejlsów jeszcze nie zamówiłam, musiałabym posprzątać żeby mi tu wśród rozrzuconych dyń i słoików nie hasali, bo jeszcze sobie ktoryś krzywdę zrobi, a trochę mi się, jak zwykle, nie chce. Mogę za to wrzucić wesołe obrazeczki wieczór umilające, na przykład taki z ochroną przyrody przed negatywnymi emocjami, potencjalną przyczyną dyskomfortu w obrębie jamy brzusznej czy sugestią, aby unikać podejrzanych promocji. O, jeszcze cicik, dziś bardzo zajęty. Miłego wieczoru Państwu życzę, udam się zaraz przed TV oglądać zwierzątka - wczoraj jedna manta wyrwała panu kamerę i z nią zwiała a pan się skulił tylko i patrzył, jak odpływa 10 tys. USD, na szczęście manta wybrała inną ścieżkę kariery i kamerę porzuciła. O, i było o tym, dlaczego nie powinno się organizować rajdów rowerowych przez sawannę. Otóż można dostać centralnie w kask dużą antylopą. Poważnie, pan jechał i nagle przecięło mu drogę tak ze 200 kg z rogami, na szczęście nic mu się nie stało, niemniej plan, żeby wraz z gangiem Kosz Angels pojechać do Afryki na rowerach wydaje mi się mniej kuszący jakoś.
Przy porannej kawie czytałam o zwyczajach żywieniowych białowieskich żubrów - nie powinnam chyba zostawać na zbyt długo sama, bo robi się dziwnie. Ciekawostką jest, że jak taki żubr jest głodny to idzie spałować - od razu widać, że rodak.

sobota, 22 września 2012
Pora na Czipendejlsów i tańce na stole.

Żartuję, nie mam siły, Trener zapakował pół hacjendy, wskoczył w nieprzemakalne moro, porwał gitarę i tylem go widziała. Spać poszłam o 9 rano, więc dzień dobry Państwu. Nadzy mężczyźni i alkohol lejący się strumieniami nastąpią w terminie późniejszym, jak trochę dojdę do siebie.
Zgodnie z deklaracją Gospodarna Dorotka wykonała plan prowiantowy dla mniej więcej pułku realizując w międzyczasie od niechcenia nieoczekiwane zamówienie na drożdżówki. Nic dziwnego, że śniło mi się potem, że mi się chleb nie udał (udały się oba) oraz, co dziwne, że biły się krowy morskie a ja miałam pilota, na którym był przycisk przerywający bitwy krów morskich i on nie działał, bardzo frustrujący sen.

Zapomniałam zrobić Trenerowi scysję wyprzedzającą na wypadek, gdyby jechali z kolegą Sz. (pozdrawiam) do kochanki, zresztą nie miałam siły, ale zabrali ze sobą domowy smalec i, o ile nie wchodzą w grę żadne nietypowe zabawy z udziałem smalcu, żadna kobieta się nimi nie zainteresuje, smalec idzie w biodra od samego popaczania. Zawsze mogę ze scysją zadzwonić zresztą, ale teraz pływają, więc i tak nie usłyszą mojego ponurzenia, do tego zwracali się do kogoś per Czarek, a Czarek to imię męskie jest. Chyba, ze to tak, jak z imieniem Mercedes, że niby brzmi męsko, a jednak jest imieniem dla pani, ale chyba nie, bo w odpowiedzi Czarek ryknął tak, że odruchowo odsunęłam telefon, zdrowe są czarkowe płuca. Na razie są we czterech ale zazwyczaj szybko przyciągają jednostki bardzo niezwykłe, więc okoliczne bobry moga być spokojne o to, że staną się przedmiotem opowiadanych w większym gronie dowcipów ze swoim udziałem i w nietypowych konfiguracjach.

Nie mam siły na nic więcej poza wrzuceniem obrazeczków - dziś o gazetce, Marylin oraz chyba chcę wiewiórkę.
Miłej reszty dnia, idę zbierać siły na te tańce na stołach.

PS. Właśnie dzwonili. Tak, wszyscy czterej, jednocześnie, mówiąc, ahaha, do telefonu kolegi Sz. (pozdrawiam). Proszę mówić do mnie w najbliższych dniach głośno i wyraźnie.

PPS. Ryk w słuchawce - Treneeeer, przekaż swojej pani, że za pastę chcę ją pocałować tam, gdzie nikt jej nie całował!
Ja - Przekaż, kochanie, że to chyba będzie Toruń, w Toruniu na pewno nikt mnie jeszcze nie całował.


Oszaleję tu kiedyś.

środa, 19 września 2012
Waran z Komodo

wygląda tak - i to na dziś tyle o zwierzątkach, bo zapieprz taki, że nie ma kiedy załadować. Przetwarzać wprawdzie wstepnie skończyłam ale Trener Osobisty planuje porzucić mnie na ponad tydzień na okoliczność przygotowywania jachtu na zimę wespół z kolegą Sz. (pozdrawiam) i kilkoma innymi spokojnymi, ahaha, i dobrze ułożonymi młodzieńcami, w związku z tym Gospodarna Dorotka uznała, że ponieważ warunki są, jakie są (gdyby ktoś z Państwa jakoś to przeoczył to informuję, że zimno bardzo się zrobiło a nad wodą bardziej) nie powinna dopuścić do tego, żeby towarzystwo (czytaj - ośmiu chłopa opowiadających sobie przy napojach wyskokowych te świetne, męskie dowcipy o współżyciu z przyrodą mobilną, w zeszłym sezonie głównie z bobrami) padło z zimna i głodu. W związku z powyższym Dorotka zakasała rękawkami i wykonuje mistrzowski (bo dorotkowy autorski) smalec ze śmietkami, frijoles refritos, dwa chleby, pieczony boczek też mistrzowski, bo pacz wyżej oraz kilka innych drobiazgów. A, i bułeczki z pieczarkami, o bułeczkach zapomniałam. Dopiero zaczęłam, więc jest szansa, że tu oszaleję, a potem, taka oszalana, nadrobię zaległości blogowe i mailowe, może być zabawnie.

Dostałam czwartą dynię, ale malutką, malutkie chyba w ogóle nie powinny się liczyć.
Oraz zostało mi jeszcze trochę pustych słoików, stąd uczciwe podkreślenie, że skończyłam przetwarzać wstępnie, bo nie powiedziałam jeszcze w tej kwestii ostatniego słowa.
Kiszone chyba jednak mi sie udało, tzn. otworzyłam jeden słoik, a on na mnie trochę napsykał, ale pachnie kiszono i Mama mówi, że tak być powinno, więc może jednak będę miała na zimę własne kiszone, nie zmartwiłabym się.

Wracam do swojej tymczasowej niszy ekologicznej, czyli kuchni, wrócę później z obrazeczkami, miłego dnia Państwu.

PS. Odnośnie "kocenia" w salezjańskim gimnazjum - czy nie wydaje się Wam, że to żenujące i co namniej niestosowne, że dziecko zlizuje przełożonemu cokolwiek z jakiejkolwiek części ciała? Że ksiądz najzwyczajniej, z szacunku dla swojego powołania (przyjmijmy, że każdy ksiądz zostaje nim z powołania) i uczennicy nie powinien pozwalać lizać się nawet po kolanie? Pomijam kwestię kocenia, bo trzeba mieć - w dowolnej placówce - dropsa zamiast mózgu, żeby jakkolwiek upokarzać młodszych robiąc z tego "zabawę". Dla mnie to nie jest zabawne, jest obraźliwe, niesmaczne. Rodzice dzieciaków nie widzą problemu. Kuratorium nie widzi problemu.

poniedziałek, 17 września 2012
"Skaczący jak motylek i atakujący jak taran nosorożec nie podda się bez walki"

poinformował mnie wczoraj pan Marek Lelek (to taka Krystyna Czubówna, tylko pan) wywołując tym samym moją ogromną konsternację, bo jak to jak motylek? Motylki nie skaczą przecież a nosorożec z ekranu miotał się dziko usiłując nie zostać obiadem siedmiu lwów, szczęśliwie Trener Osobisty przyszedł mi w sukurs informując, że przecież nie popaczałam jeszcze dokumentnie całej przyrody i kto wie, czy nie ma ona gdzieś w zanadrzu kilkutonowych, miotających się dziko i walczących z lwami motylków. Nie chciałabym zetknąć się z takim motylkiem. Ani żadnym innym i przypominam, że jeśli ktoś żywi do motylka uczucia ciepłe i romantyczne niech sobie jego wielki i koszmarny pyszczek obejrzy pod mikroskopem to mu całe ciepełko wyparuje.

Obejrzałam też o nietypowej przypadłości nękającej mieszkańców miasteczka Gisborne, mianowicie o słoniu morskim o imieniu Homer. Poważnie, młody słoń morski wychodził sobie na brzeg i zwalczał beżowe samochody, inne mniej chętnie, ale beżowe okładał całym sobą a potem się do nich przytulał, z czego mam wniosek, że słonie morskie są bardzo niestabilne. Także fizycznie, bo jak jedna pani chciała temu słoniu wyświadczyć grzeczność, usiadła obok niego i zaczęła mu śpiewać pieśni maoryskie, to ten ją z przejęcia przygniótł i tylko jej łapki wystawały. Na szczęście przeżyła i podejrzewam, że zrezygnuje z przyszłości ze śpiewania słoniom morskim pieśni maoryskich. Jestem pewna, że już kiedyś postulowałam przeprowadzanie testów na inteligencję u osób planujących kontakt z dzikimi zwierzętami - podtrzymuję.

Zaczęliśmy oglądać "Królewnę Śnieżkę i Łowcę" i przyznam, że mój zwichrowany owcolubny umysł podsunął mi w pierwszej kolejności wizję owcy w kierpcach i z ciupażką spod samiuśkik Tater, ale okazało się, że to inny łowca i miło, że gra go Thor, mimo jego niedostatku w dziedzinie oczu, bo z większymi lepiej by wyglądał jednak. Niemniej zaczęliśmy i mam mieszane uczucia, zła królowa świetna, jej brat ma najgorszą męską fryzurę wszechczasów (egzekfo z czeskimi piłkarzami i jednym panem od recenzji kulinarnych zawierających kwiateczki w rodzaju "menu jest wysoce sophisticated") a co do Śnieżki - uwierzycie, że nadal nie wyleczyła tego stanu zapalnego trzeciego migdała i wciąż ma otwarte usta? Niemniej dość dzielnie sobie dziewczę poczyna i chyba bez przykrości obejrzę do końca. Swoją drogą zastanawiające, jak różni się to, co dana kobieta robi dla urody - ja na ten przykład się uczesałam, żeby nie wyglądać jak szczypiorek rażony piorunem, a królowa wyrywa i zjada serca. Polecam mój sposób, nie trzeba się przy nim nasprzatać potem.

Wrzucę obrazeczki i wrócę do trapienia się, Trener Osobisty rozważa bowiem pracę na Gibraltarze i nie jestem pewna, jak się do tego odnieść, bo jakby co to strasznie bym narzekała przy pakowaniu, nie lubię się pakować i nie wiem, jaką przyrodę ma Gibraltar, oby niegroźną. Obrazeczki będą dziś o sposobie na szyitówokolicznościowy oraz o muzyce niestety.

PS. Gospodarna Dorotka nie potrafi zrobić kiszonych ogórków w tym roku, na którymś etapie ogórki się buntują i powiększają grono aniołków, trwa ostatnie podejście, jak się nie uda to chromolę, więcej nie kiszę.
Kupiłam trzecią dynię, tak jakoś.

piątek, 14 września 2012
Iga Wyrwał ma mniejsze piersi!

Żartuję, nie obchodzi mnie to i nie wiem, kim ta pani jest, nie miałam pomysłu na tytuł notki, poklikałam trochę i wuala.
Btw - szok i niedwierzanie, księżna Kate też ma piersi, jak każda zwyczajna kobieta, fiu fiu, kto by się spodziewał. Mam nadzieję, że Kate i William nie zrezygnują z pozwu.

Trwam w szale przetwórczym, 4 kg pomidorów Hektor poszło do słoiczków i bardzo tę odmianę polecam, bo są świetne, natomiast osobom, którym nie zależy na tym, aby dłużej posiadać czucie w opuszkach palców serdecznie rekomenduję obieranie tymiż palcami sparzonych pomidorów, mogą być odmiany Hektor. Zanim uprzytomniłam sobie, że a) mogłam wrzucać po sparzeniu do zimnej wody i b) wcale nie musiałam obierać, bo i tak całość zmiksowałam, było po wszystkim. Także po czuciu w opuszkach.

Odradzam z głębi serca robienie przetworów w stanie lekkiego nawet rozkojarzenia oraz trzymanie soli i cukru w identycznych pojemnikach. Sprawdzało się przez kilka lat i wczoraj jakoś, ahaha, przestało. W dodatku jak ostatni łoś dosalałam sałatkę z ogórków przekonana, że dosypuję cukier i zdziwiona, że jakoś nie daje się tego cukru wyczuć. Com się napłukała to moje.
Dzięki bogom za sezon dyniowy bo, jak może Państwo kojarzycie, jeśli nie mogę kompulsywnie nabywać przedstawicielek dyniowego rodu kupuję masowo coś innego, np. chrzan w słoiczkach. Przedwczoraj okazało się jednakowoż, że nie tylko. Trener Osobisty, będący osobnikiem słusznego wzrostu, został poproszony o popaczanie, czy na górnej półce jednej z szafek jest fasola marki Jaś, bo powinna być i bardzo sobie tego życzyłam. Trener bezzwłocznie prośbę spełnił, szpera i nagle słyszę:
 - O, musztarda, kupiłaś na zapas? Mamy musztardę przecież.
 - Lubimy musztardę - podkreśliłam stanowczo i wróciłam do oglądania kolejnego odcinka programu o Bardzo Drogich Ślubach, akurat pan młody in spe kupował strasznie drogie prezenty dla drużbów, wciągnęłam tę opcję na listę straszalną*.
 Trener kontynuował szperanie, po chwili oznajmił:
 - O, jeszcze jedna musztarda.
Nie komentowałam, bo po co, lubimy musztardę przecież. W końcu usłyszałam:
 - Mamy 7 słoiczków musztardy. Nie miałem pojęcia, że aż tak ją lubimy.
Phi, mógł zapytać.
Fasoli, oczywiście, nie ma, a była na pewno.

Trener Osobisty, nawiasem mówiąc, jest na firmowym wyjeździe integracyjnym. Podobno. Nie jestem pewna, gdyż wczoraj pokazano uczestnikom żubronia i uczono ich jak chodzić po rozżarzonych węglach a w autokarze skandowano "Jarosław Polskę zbaw!" i pito napoje wyskokowe. Aktualnie skacowane poparzone zmęczone towarzystwo kłusuje dzielnie po lasach a miła pani pokazuje im roślinki. Pojęcia nie mam, jak to się przełoży na wzrost wydajności w firmie ale może to jakieś bardzo wyjątkowe roślinki są.

Zrobiłam sobie małą powtórkę "Bones" i trochę żałuję bo trafiłam na odcinek, w którym zwłoki zostały zamrożone i przepuszczone przez rozdrabniarkę do drewna i zostało to zademonstrowane na ogromnej świni, głyyy. Nawiasem mówiąc czytałam gdzieś o rewelacyjnym pomyśle na to, jak zapewnić rozrywkę sporej części populacji, mianowicie należy wziąć 4 świnie, napisać im na grzbietach kolejno 1, 2, 3 i 5, na każdej świniowej sztuczce jedna cyferka, i wypuścić je w tłum. Wiele godzin szukania świni czwartej gwarantowane, jeśli mieszkacie w małej, znudzonej społeczności to wystarczy wyskoczyć po świnie i mazak i od razu się towarzystwo ożwawi.

Wrzucę obrazeczki i idę rzucać smutne spojrzenia fasoli szparagowej, która muszę dziś przetworzyć. W ostatniej chwili, oczywiście, żeby móc potem narzekać, że pasteryzowałam do późna. Dziś rozwiążę zagadkę Nessie i składu parówek oraz pokażę Państwu cicika, co nie podołał (ale widziałam filmik, na którym było słychać, że spadł tylko kawałeczek niżej na jakieś drewniane coś, więc jak to cicik sfoszył się pewnie i sobie poszedł). Miłego weekendu, jakby ktoś potrzebował musztardy to wiem, gdzie jest jej mnóstwo.

 

 PS. Przedwczoraj w mailu poprosiłam Trenera Osobistego o nabycie pęczka pietruszki.
Dla pewności zadzwoniłam i poprosiłam o nabycie pęczka pietruszki.
Wyszło tak, że nastąpiło chyba jakieś tajemnicze nieporozumienie alboco.
Macie pomysł na to, co zrobić z ca. pół kg korzenia pietruszki?
(Tak, poszedł drugi raz po zieloną ale nie lubię białej i szukam inspiracji, żeby nie zmarnować)

 

* lista rzeczy do straszenia Trenera Osobistego, przypominam, gwoździem programu jest ślub kościelny i wesele na 300 osób. Kilkudniowe. Ze wszystkimi zabawami i oczepinami oraz czyimś pijanym wujkiem epatującym tymi, noo.. juwenaliami i zaczepiającym młode panienki. I bójka na sztachety, jak mogłam zapomnieć, sztachety wciągnięte na listę.

wtorek, 11 września 2012
"Wyścig świnek na targach w Los Angeles, który będzie trwał do końca września"

Wiedzieliście, że świnki są takie wytrzymałe? Do końca września jeszcze kawał czasu w końcu, więc bardzo długi wyścig przed nimi. Niezwykle dzielne i silne są małe świneczki, kto by pomyślał. Dowód tutaj * - w umiłowanym portalu dyżurny praktykant predaktor się po paru h zreflektował i poprawił.

Jeśli ktoś nie ogląda na TLC programu "Drogi ślub - tani ślub" to serdecznie go Państwu rekomenduję i zalecam oglądanie, najlepiej z czymś wygodnym na kolanach, żeby szczęka nie obijała się przy opadaniu, co podczas projekcji zdarza się nader często. W skrócie chodzi o to, że jest wedding planer/-ka i młoda para in spe koniecznie ze zdrowo pieprzniętą jedną z połówek, zwykle panną młodą. We wczorajszym programie panna młoda (niemarokańska) zażyczyła sobie, że ma być marokańsko i już. Jedzenie też ma być marokańskie i nie, nie szkodzi, że go nigdy nie jadła i może nie smakować gościom - ma pasować. I najlepiej, żeby wszystko było gratis (nastąpiło kilka naprawdę żenujących scen targowania się, wstyd jak beret) i tak, jak ona chce, bo to jej ślub. Narzeczony to zwykle potulny wypłosz obserwujący z zastygłą w wyrazie grozy twarzą jak znikają pieniądze wydawane na takie pierdoły, że zdrowa kobieta musiałaby poważnie na głowę upaść, żeby coś takiego na własnym ślubie chcieć mieć, np. chodzący stolik ze słodyczami. Poważnie, hostessa przebiera się za stolik i hasa wśród gości. Pan młody zwykle niewiele ma do powiedzenia, czasem uda mu się jakiś swój pomysł przeforsować, ale zwykle powiedziane jest wprost, że to ślub młodej i realizujemy jej wizję, a on hop hop hop jak króliczek niech szybciutko spełnia jej marzenia, bo to jej wielki dzień a reszta może jej skoczyć. W efekcie planowane 22 tys. dolarów zmieniło się wczoraj w prawie 40 tys., ale kij z długami, ważne, że gościom oczko zbielało i szczęka opadła. Mam nadzieję, że mieli na kolanach coś wygodnego.
Oczywiście oglądam ten program wespół z Trenerem żeby sobie popaczał, w co potrafi zmienić się kobieta planująca ślub, tak na wszelki wypadek jakby mi się miał rozbestwić. Niemniej póki co kupił mi 3 pęczki dymki (romantycznych prezentów ciąg dalszy) i generalnie bardzo miły jest, więc go chwilowo ślubem nie straszę.

Znów mam na salonach mniej więcej furkę warzyw i niemal nie wiem, jak do tego doszło - pamiętam jak przez mgłę, że pojechaliśmy na targ i zobaczyłam ogórki po 1 zł/kg a potem jakoś tak się stało że co ja paczę, jestem w domu i brodzę w ogórkach po kostki. O 4,5 kg pomidorów Hektor też musiałam jakoś pazurkiem mimowolnie zahaczyć. Uczciwie dodam, że nie kupiłam żadnej dyni, ale uczciwie dodam ponownie, że będe dziś przejeżdżała obok stoiska dyniowego i pójdę chociaż obejrzeć, w obejrzeniu nic złego nie ma, ale wiemy, jak to się może skończyć. Znów mi ktoś podstępnie może jakąś dynię podrzucić, ludzie bywaja naprawdę okropni.

Obrazeczki mam przygotowane - będzie dziś o figurze geometrycznej, szyicie, mroczny i takie tam oczywistości. Miłego dnia Państwu, idę pławić się w fasolce szparagowej, nie wolno mnie wypuszczać w miejsca z bardzo tanimi warzywami bo o, co się dzieje potem. O.

 

PS. Proszę o kciuki za zdrowie mojej Mamy, troszkę się pokomplikowało a że Mamę kocham ogromnie skupię się na Niej i na tym, żeby jak najszybciej wróciła do zdrowia. Mam nadzieję, że wybaczycie mi mniejszą aktywność w najbliższym czasie, nie mam głowy do blogowania i okoliczności towarzyszących, ale gdzieś tu się w pobliżu kręcę i można mnie w razie czego łapką pacnąć, na pewno zareaguję.

 

* świnfotka wróci jutro, muszę trochę na Fanpejczu posprzątać

sobota, 08 września 2012
Weekend z wąpierzem i bez ogonka.

Nie bardzo mam pomysł na notkę, jak to ja, w weekendy mam, jesli to możliwe, jeszcze mniej wyobraźni, niż zwykle, i co mi kto zrobi. Zostałam ponownie porzucona tymczasowo przez Trenera Osobistego, mam nadzieję, że wróci tym razem bez pęczka koperku, bo mam ich już 5 i żadnego pomysłu, co z nimi zrobić. Zamrożę chyba alboco. Ponadto wykonałam kolejny zestaw przetworów, przede mną jeszcze trochę papryki, pomidorów, ogórków i kurek i będę w miarę zadowolona z zapasów. 80 zamówionych słoików przyjdzie lada dzień, bosko.

Film wczoraj oglądaliśmy i w sumie polecam, ten konkretnie. W skrócie chodzi o to, że pan kocha panią, ale jego z kolei kocha inna pani, którą szlag nagły z powodu braku wzajemności trafia. Tak się składa, że umie czarować, więc doprowadza panią kochaną do samobójstwa a pana do jego próby, nieudanej, gdyż jak sie okazuje pan został przez panią niekochaną zamieniony w wampira, dostaje od razu ząbki i pazurki, odpowiednie kolory cery, cały zestaw, po czym lokalesi zakopują go żywcem żeby im w szkodę nie lazł do czego ich zresztą ta zła namówiła. Po 200 latach trumnę wykopują robotnicy i następuje bardzo krótki ciąg dalszy ich żywotów, gdyż pan jest na głodzie, po czym udaje się do swojego zamku zamieszkanego przez pozostałych przy życiu krewnych a do kompletu jest ginofilna psycholożka oraz młoda guwernantka. Wszystko kończy się dobrze mimo pożaru stoczni a końcówka wskazuje na to, że będzie ciąg dalszy bo Helena Bonham-Carter się gapi. Więcej Wam nie zdradzę, bo może ktoś chce obejrzeć. Takie lekkie rodzinne kino z elementami wyrywania gardeł, można popaczać, zwłaszcza, że wampir nie glitteruje wściekle jak ten tam, Tłilajt. Nawiasem mówiąc uważam, że całe to wielkie rozstanie z tą panną z zapaleniem trzeciego migdała i przebogatą mimiką to strategia marketingowa mająca przyciągnąć widzów do kin.

Poza tym niezmiennie oglądam o zwierzątkach, ale akurat rzucili węże i pająki, a ja nie bardzo akceptuję ich istnienie głównie z powodu ich uporczywego zainteresowania myszowatymi. Od dawna usiłuję rozpowszechnić wiedzę o tym, że myszowatych się nie je, bo kto by chciał mieć futro w pyszczku, ale nie bardzo mnie przyroda słucha, przyznam, więc skłaniam się raczej ku zwierzątkom, które myszy nie jedzą, np. lwom i krokodylom. Nawet hipopotamy wolę od pająków, jeszcze nie widziałam, żeby hipopotam zeżarł mysz, choć wykazałam, że to mięsożercy są. We wczorajszym programie hipopotamy nie bardzo się lubiły i jeden drugiemu odgryzł ogonek (ha, kolejne potwierdzenie mojej teorii!), drugi się trochę załamał bo jak tu żyć bez ogonka, jak żyć? i sobie poszedł ale ten pierwszy musiał sobie go jeszcze szturchnąć pyszczkiem na odchodnym, co za filutek niesforny. Niemniej nudno w przyrodzie trochę i chyba zmienię zakres zainteresowań na jakiś czas zanim Afryka nie zreflektuje sie, że przydałaby się jakaś konkretniejsza akcja.

Wyszukano mnie po "poderwać blogerkę", bardzo słusznie i miło mi, mam nadzieję, że pomogłam. Zastrzegam, że mimo upływu czasu notka nie straciła na aktualności i że żebranie o spotkanie i wysyłanie blogerce zdjęć swojego penisa nadal nie daje najmniejszych, ahaha, szans na sukces.

Dynie mi kwitną, głupie są chyba, zimno, wieje, a te sobie kwitną. Pomidorki dojrzewają, chili dostają kolorów, cukinie coraz większe i dobrze, w przyszłym roku wiem już, co sobie daruję, a co posieję na pewno. Wprawdzie Trener Osobisty twierdzi, że w przyszłym roku balkon wykładamy egzotycznym drewnem o dziwnej nazwie i żadnych doniczek nie będzie, ale postraszę go ślubem i kilka doniczek jednak mieć będę. O ile zostaniemy w Polsce, bo dzwonią ostatnio do Trenera z różnych miejsc, ostatnio z Anglią rozmawiał - na szczęście nie całą, boby sobie gardło zdarł.

Mam obrazeczki przygotowane, więc proszę bardzo - dziś będzie o jelonku, robótkach ręcznych i religijny do kompletu. O, i ten też, będzie od razu na niedzielę. Miłego dnia Państwu, nie przemęczajcie się przypadkiem, najlepiej naśladujcie mnie i też róbcie nic.

czwartek, 06 września 2012
"Mój mąż jest rybakiem. O niczym innym nie rozmawiamy"

powiedziała wczoraj jedna pani w programie o poławiaczach wielkich ryb i od razu wyobraziłam sobie ich sniadanie, pani mówi do pana "Bejbe, chcesz kawę czy herbatę?" a pan jej rzuca przez zęby zza gazety że pacz, pacz jakiego wielkiego pangaza złowił jakiś facet w Mekongu a u nas tylko sumy i sumy, cholery można dostać, a ta z herbatą wyskakuje, gdzie ja miałem oczy, jak Cię brałem - i awantura gotowa, a jeśli pan pochodzi z Montany ("where the men are men and the sheep are nervous") i jest bardziej krewki i wyrywny, to jeszcze może do jakiegoś tasakoczynu dojść. Wniosek jest prosty i logiczny - proponowanie rybakom herbaty jest niebezpieczne, nie róbcie tego.

Walka z efektem bycia zjedzoną meszkami trwa, wprawdzie nadal spoczywam wygodnie na pokładach lekkiego wkurwu i mam gorączkę ale przynajmniej mogę się w miarę bezboleśnie przemieszczać, choć nadal bez szans na włożenie butów. Wykonałam wczoraj ajvar, co wymagało dłuższego stania, i dałam radę bez przerw i kwiczenia, więc nie jest źle. Ajvar wyszedł bardzo dobry, ale więcej raczej robić go nie będę, upierniczyłam siebie i kuchnię a z prawie 4 kg warzyw wyszło 5 małych i 2 średnie słoiczki, jakby nie warto trochę. W międzyczasie upiekłam chleb i zrobiłam zupę zkurzaną wyczerpując tym samym limit bycia Gospodarną Dorotką na najbliższe kilkanaście h. Wieczorem pewnie coś sobie zapasteryzuję gdyż Trener Osobisty udaje się na Męską Wódkę. Aby zrekompensować mi samotny wieczór kupił mi pęczek koperku, nie żartuję. Ależ emocje mnie czekają, mogę na ten przykład okładać się koperkiem dla zdrowotności.

Gratulacje dla "redaktora", który wymyślił najbardziej kretyńskie słowo, jakie ostatnio wpadło mi w bystre oczko  - braweczko. Wzruś, no cóż. Czekam na smuś, wesoluś, tragiś i krejzika, to chyba nieuniknione.
Poza tym coraz nudniej na głównej, jak nie ranking słodkich zwierzątek to parujący biust. To już wolę Pudelka, bo mnie inspiruje, na przykład tak paczę, paczę i znów chcę mieć akwarium chyba.

Obrazeczki wrzucę żeby Was na chwilę od pracy oderwać - dziś będzie genialna strategia marketingowa, duszek i cicik waleczny. Miłego dnia Państwu, idę cierpieć z powodu stóp i czekać na ten koperek.
Btw - brrr, co za okropna poduszka.

 

 

 
1 , 2