Tagi
squirk77@gmail.com
RSS
środa, 18 września 2013
"Zazwyczaj odmawiam gdy harleyowiec w skórze zaprasza mnie do lasu".

To Paul Merton, bardzo rozsądny pan, polecam program o jego przygodach, przezabawny jest.

Poza tym u Rodziny byłam i, gdyby ktoś chciał mi miniony weekend przedłużyć, mógłby wybrać sobie stosowną rolę i zaserwować mi co następuje:
 - Na moją skierowaną do Trenera (i usłyszaną przypadkiem) prośbę żeby wrócił z herbatą za pół h bo chcę jeszcze pospać należy Trenera wyręczyć i natychmiast zrobić mi herbatę, przynieść do sypialni (nieważne, że zamkniętej), postawić obok łóżka, dopytywać z troską przez dłuższy czas co mi jest skoro nie wstaję po czym stać nade mną póki nie wstanę.
 - Na informację, że zapomniałam ręczniczka, powinno się bezzwłocznie zaproponować mi ręczniczek rurzowy. Kiedy okazuje się za mały proponuje się kolejny, rurzowy. Czynność należy powtarzać dopóki zrezygnowana nie przyjmę ręczniczka i nie powiem, że ładny.
 - Widząc, że nie jem śniadania, należy proponować kolejno całą zawartość lodówki póki nie zjem kanapeczki.
 - Na obiad należy nałożyć na mój talerz porcję wielkości 3 obiadów. Na mój słaby protest trzeba odpowiedzieć, że to najmniejsza porcja a zjeść muszę, bo jestem blada, i czy chcę do tego piwo.
 - Kiedy już zmęczę 1/3 porcji i zakomunikuję słabym głosem, że następny posiłek zjem za 2 tygodnie właściwym jest rzucenie mi zatroskanego spojrzenia i zapytanie czy chcę jeszcze jabłuszko, już umyte.
 - Powinno się zaoferować mi kolejno pół kilo muszelek (wyczyszczonych do białości), srebrną portmonetkę, worek dzianin, zapalniczek, czekoladek, cukierków, jabłek i ogórków malosolnych. Na moje obiekcje reagować należy bardzo smutną miną póki wszystkiego nie przyjmę i nie przysięgnę, że postaram się wszystko wykorzystać a portmonetkę zabiorę na raut w ambasadzie (bo przecież będziemy w tej zagranicy elegancko bywać, bale itp).
 - Nie należy przerywać mówienia poza godzinami 24.00-6.00, wtedy można odpocząć.
 - Dobrze jest od czasu do czasu zauważyć że wprawdzie jestem najmłodsza w rodzinie ale niepokojąco blada a problemy ze stawami i menopauza czyhają tuż za rogiem i są niefajne.

Było uroczo ale zostałam zagłaskana prawie na śmierć więc, kiedy w drodze dziękibogupowrotnej zatrzymaliśmy się przy Zoo w Człuchowie w ktorym ararauny darły się bez przerwy i bardzo głośno a Trener zapytał "Strasznie głośno skrzeczą, prawda?" odpowiedziałam z promiennym uśmiechem że po tym weekendzie prawie ich nie słyszę.
Trener rzucił mi Popaczanie.
Kochana jest moja rodzina ale bardzo, BARDZO troskliwa. Bardzobardzo.

Poza tym nie wiem, czy Państwo wiecie, ale pod i nad autostradami są Przejścia dla Zwierząt. Osobne dla małych, dużych i średnich.
Dało mi to miłą okazję do bawienia Trenera Osobistego pytaniemi w rodzaju:
 - Czy jeśli łoś bardzo się zgarbi będzie mógł przemknąć się przejściem dla Zwierząt Średnich? (podobno nie)
 - Czy jeśli dzik bardzo przytyje i tak trochę się nadmucha dumnie będzie mógł z godnością skorzystać z przejścia dla Zwierząt Dużych? (nie)
 - Co z kijanką która chce skorzystać z przejścia dla Zwierząt Dużych? (podchwytliwe było, zorientował się)
 - Czy Mysz Większa powinna przechodzić Przejściem dla Zwierząt Dużych? (niestety tak)
(Myszy, nawiasem mówiąc, oszalały ze szczęścia na nasz widok, Większa wdrapkała się na mnie cała w uśmiechach, Mniejszyk mało łapek nie pogubiła, tak bieżyła, bardzo były zadowolone, że wróciliśmy, i okazywały to z całych sił, dumnam jak nie wiem co.)

Ponadto zapragnęłam grzybów. Kurek nie, kurki mam na straganie blisko domu więc sobie kupię na miejscu - miały być od grzybiarzy przy szosie. Dopadłam podgrzybków (i, z rozpędu, worka kurek, co mi szkodzi), ale chciałam jeszcze borowiczki i kozaczki. Trener uporczywie odmawiał zatrzymania się po kolejne złoża grzybów więc kwestię "borowiczków i kozaczków daj mi luby" powtarzałam bardzo konsekwentnie.
W którymś momencie Trener Osobisty zaczął się krztusić i mówi z niejakim trudem:
 - Pacz, ta pani ma kozaczki, zapytaj, może Ci sprzeda.
Popaczałam i cóż ja widzę, przy drodze stoi Dama Negocjowalnego Afektu.
Faktycznie, miała kozaczki.
Tak wyglądają podróże z Trenerem Osobistym, nie polecam osobom o słabych nerwach, można oszaleć.

Poza tym w Makdonaldzie w Strykowie nastąpiła inwazja przedstawicieli ruchu Bezradne Męskie Nóżki. Poważnie. Trzech młodych panów miało rurki a jeden dodatkowo żółtą bluzę z paskiem w talii dzięki czemu wyglądał jakby się ponapuszał bardzo na biodrach. Zaprezentowano stosowne pozy ("nie zdążyłem do toalety ale wyczymam w tej kolejce") i machano grzyweczkami. Małom sobie w kafelate nie nakichała.
(Tu serdeczne pozdowienia dla pani z McCafe w Koszalinie która widząc zmizerowane pomięte stworzenie piszczące "Ratunku, spędziłam weekend u teściowej i spałam 3 h, proszę mi coś zaproponować" dzielnie powstrzymała łzy i zaoferowała mi dużo mocnej kawy. Wprawdzie podejrzanie się śmiała przez kolejne pół h ale pewnie takie ma usposobienie radosne po prostu.)

Miały być obrazeczki ale nie mam siły, może później dorzucę, póki co idę skończyć z tymi podgrzybkami.
Miłego dnia Państwu, padam na nos, nie wiem, kiedy te wojaże odeśpię.

PS. Z serii Dialogi Małżeńskie:

 - No już już, późno jest, fruwaj do łóżka.
 - A bajka na dobranoc?
 - Opowiem Ci bajkę jak fruwaj do łóżka.

PPS. Kolejna firma (o Kłaszkłaju już pisałam kiedyś) trochę nie pomyślała o tym, jak będzie brzmiała nazwa ich wozu. TATA Indica. No ja pierniczę. "O, to Twój samochód, co to?" - "Tata indyka". No trochę to nie brzmi jak dla mnie.

czwartek, 12 września 2013
"Gdyby coś się stało mojemu dziecku natychmiast bym je sklonowała"

powiedziała jedna pani (o wyglądzie zszokowanego karpia, jak to ofiara silikonu) w programie o klonowaniu pieseczków, część druga. Tym razem pieseczka sklonował sobie chirurg plastyczny i teraz ma trzy.

Miała być poważna notka ale nie da się, oglądaliśmy "Oblivion" i będą spojlery, jak ktoś nie oglądał to niech sobie idzie teraz kanapkę zrobić alboco.
Zaczyna się od tego, że Holyłód postanowiło do głównej roli męskiej zatrudnić wyjątkowego aktora. Przystojny, wysportowany, uwielbiany przez fanów na całym świecie, do tego skromny i zabawny, inteligentny, rozsądny, prorodzinny i oczywiście mistrz w swoim fachu.
Niestety był zajęty i rolę dali Tomowi Kruz.
W skrócie - chodzi o to, że jakiś lokalny pan Henio od śrubek się po całości pieprznął bo jak kasowali temu Tomu pamięć to im średnio wyszło, Tom sypia z jedną panią ale pamięta inną i jest to była dziewczyna Bonda więc nie wiadomo, czy się chłopaki nie zaczną o nią w kiślu tłuc. No i tak sobie pamięta, pamięta w międzyczasie naprawiając drony które wyglądają jak takie milusie piłki z reflektorkami i, naturalnie, masą śmiercionośnej broni, bardzo sympatyczne drony im wyszły i od razu jedną chcę. Są i wrogowie, wyglądają agresywnie i nieestetycznie ale potem się okazuje, że to wszystko zupełnie nie tak. W międzyczasie pani od sypiania wyrzuca roślinki i robi mase innych głupot a pani zapamiętana się pojawia i nigdzie nie ma Bonda, kamień z serca. Pojawia się też Lannister, bardzo pomocny (i ręka mu odrosła, magia Holyłódu) a Tom jest skonfudowany gdyż musi zatłuc samego siebie, na szczęście wyrabia się jeszcze z seksem dzięki czemu była dziewczyna Bonda w jednej z ostatnich scen ma nie tylko pomidory, dużo (zazdroszczę) ale i dziecię (nieszczęsna) i wszystko kończy się dobrze.
Tom zagrał bardzo dobrze ale i tak go nie lubię. Lubię za to Cumberbatcha więc byłam trochę nerwowa wczoraj kiedy oglądaliśmy nowego Startreka. Zagrał rewelacyjnie, w sumie wszyscy zagrali tylko ta blond niunia tam nie wiem po co wlazła a Uhurę zrobili tak słodką że mdli od samego popaczania na te rzęsy jak u młodej jałówki. Kapitana zrobili młodego i też ma coś z tymi rzęsami, może to jakiś nowy trend, Spock bardzo udany (i żadnych przesadnych rzęs), całość bardzo ok i polecam, można obejrzeć bez przykrości.

Poza tym bajecznie jest, mili ludzie (Gosiu, pozdrawiam ciepło) wysyłają mi pocieszające maile dzięki czemu pozwalam sobie na pierwsze, nieśmiałe podejrzenia że jednak uda się przeprowadzić bezboleśnie, nie trafimy na terrorystów, oszołomów ni czyhające na ofiarę agresywne dorsze i wprawdzie podróż zajmie chyba z dobę w sumie ale w końcu wylądujemy w miłym, spokojnym miejscu gdzie ludzie nas lubią (bo Polacy mają tam opinię pracowitych - to dlatego, że lokalesi jeszcze nie poznali mnie, nauczę ich jak omiatać mieszkanie wyłącznie wzrokiem), nie ma skrajnych temperatur i jada się dużo ryb (w tym, mam nadzieję, agresywne dorsze, bo jestem nieco mściwa, nie będzie dorsz czyhał nam w twarz).

Podzielę się z Państwem praktyczną poradą, wymyślona i przetestowana wczoraj.
Otóż jeśli ktoś bierze leki wziewne powinien wziać je maksymalnie, wzianie anemiczne nic nie da.
Trener Osobisty bierze lek wziewny a ja postanowiłam nieść pomoc.
To bardzo proste, trzeba być czujnym, w którymś momencie ofiara osobnik bierze pojemniczek z lekiem, taki psykacz, przykłada do ust korali...
...i w tym właśnie momencie trzeba powiedzieć głośno "Przytyłeś."
Działa natychmiast, odruch zrobienia oburzonego "Hyyyyyp!" jest nie do powstrzymania.
Nie ma za co.

Obrazeczków mam mało bo jak szukałam to były głównie zdjęcia gołych panów, poważnie, ktoś sobie kolekcjonował focie z rąsi leżących w trawie panów z wyeksponowanymi frankfurterkami, no takie ma ktoś hobby i co poradzę, musiałam się przedzierać żeby kilka obrazeczków wyszukać. W każdym razie mam - proszę bardzo, dziś o muzyce, dobrym pomyśle spóźnionym oraz aluzjach (jeden z najukochańszych ever).

PS. Cichy wieczór na Litwie w hacjendzie, siedzę na Sufce oglądając nowy świetny program (o nastolatkach które w wieku 18 lat podejmują dojrzała, przemyślaną decyzję żeby wziąć ślub natentychmiast bo to miłość na całe życie i zawsze będą jak dwa gołąbeczki z dziobków sobie wyjadać i nie ma szans, żeby porozumiewali się kiedykolwiek syczeniem i pluciem, no skąd) i nagle pojawia się Trener Osobisty. Dopada moich stópek (łatwo nie jest, moje stopy mają rozmiar 35) i zaczyna je miziać. Po bohaterskim wyrwaniu stópek pytam z oburzeniem, czemu jestem nagle miziana.
 - Bo jestem miziantropem.
I poszedł.
Kiedyś tu oszaleję.

PPS. Dodam, gdyż życie mi miłe i chcę nadal mieć stopy i uszy, że Trener, który blogaska czyta, wcale nie przytył, przeciwnie, wygląda świetnie i bardzo męsko.

PPPS. Jeśli nie wrócę to znaczy że powyższe nie zadziałało i mam odmiziane stopy więc nie mam jak wrócić.

wtorek, 03 września 2013
Oł krab.

Ja na moment gdyż jestem rozdarta między "o,bogowie,co my robimy" a "będzie fajnie, założę blogaska zamiejscowego i będę miziała stópką piaseczek na plaży". W tej chwili dominuje panika i desperackie przeszukiwanie netu w poszukiwaniu informacji najbardziej podstawowych czyli:
 - czy są tam promysi weterynarze
 - czy są tam wielkie włochate ćmy
 - czy będziemy musieli jeść tylko owce
 - czy będę musiała mówić w języku który brzmi jakby się ktoś krztusił, krztusił a potem tak trochę jakby dławił
No ale to wszystko za jakiś czas, na razie tak sobie na luzie i lokalnie pohisteryzuję gdzieś w tle.
Do tego do Mamy Trenera Osobistego mam jechać, na pewno będzie świetnie, znowu. Zabawnie bywa z tymi mamami, btw.

U Myszy wiosna, w sensie nastroju, Większyk coraz bardziej mnie zadziwia, zaczęła bardzo często wyłazić mi na dłoń i niezmiennie ślicznie pacza, Mniejszyk bieży, nakobrywuje się, rozładowuje w supertajnej spiżarni (phi, pod kołowrotkiem, myśli, że nie wiem). Odkryliśmy ostatnio z Trenerem jak się wywabia taką Mysz Większą na przycinanie pazurków. Normalnie nie trzeba bo zwierzątko sobie ściera samo ale czasem się zagapi.
Otóż przy wywabianiu bazujemy na tym, że małe gryzonie futerkowe są słabe z matmy. Odkryliśmy to przypadkiem, mianowcie wzięłam 3 ziarna słonecznika i idziemy z Trenerem obcinać. Po drodze Trener pyta:
 - Ile pazurków jest do obcięcia?
 - Nie wiem, chyba wszystkie podetnę.
Podchodzimy do klatki, otwieram Kostkę Sypialną i mówię do Myszy:
 - Myszo, chcę Ci przyciąć ze dwa pazurki, dostaniesz za to dziesięć ziarenek.
Trener oburzył się szeptem:
 - Mówiłaś że wszystkie a ziaren masz 3 sztuki, zorientuje się!
 - Myszy chyba nie umieją liczyć...
 - No nie wiem, a jak umieją?
 - Nie umieją.
 - Sprawdzę. - mówi Trener po czym pochyla się nad Myszą i rzuca zachęcająco:
 - Tak, 10 ziarenek za 2 pazurki, wychodzi po 7 za 1 pazurek!
Mysz wyszła.
To, jak wygląda przycinanie pazurków bardzo puchatemu zwierzęciu które chowa łapki w podwoziu i można sobie najwyżej w bierki pograć, to inna historia. Zdołałam przyciąć 4 pazurki, Trener musiał iść po dodatkowe ziarno, tyle powiem.
Ponadto Mysz Mniejsza znów układała z Trenerem sudoku. Weszłam do sypialni akurat, kiedy Mysz sobie Nie Życzyła na poduszce a Trener usiłował ją uspokoić trochę się dusząc. Pytam o co chodzi.
 - Znów przegrała. Ale sama jest sobie winna, kiedy drobiła po ekranie przypadkiem ustawiła sobie poziom Medium.
A do Myszy:
 - Robisz się zgryźliwa na starość.
Mysz natychmiast się obraziła.
Normalny, spokojny dom, mówiłam.

Zrobiło się zimno więc okoliczne otroczki pochowały się w swych bezdennych otchłaniach pokoikach z zabawkami ale zdążyły wykonać ostatni zryw, mianowicie stoję wczoraj w oknie z kubeczkiem (w owce, btw) herbaty i cóż ja paczę, otroczki igrają wesolutko na trawniku sąsiedniego budynku. Zabawa była przednia, polegała na odkręcaniu naściennego kranu z wodą i patrzeniu jak się woda fajnie leje i leje i leje. Stoją tak sobie młodzi przyszli fizycy/żeglarze/tonący, stoją i nagle jeden, szczególnie frywolny, kopnął strumień wody tak, że niefortunnie zrosił spodenki towarzysza zabaw.
Towarzysz zareagował podniesieniem głosu i zadaniem bezsensownego w tych okolicznościach pytania, a mianowicie:
 - Co ty robisz?!
I tu, jak żywy wzór dziecięcej przyjaźni i bezinteresownej chęci niesienia pomocy i poszerzenia wiedzy kolegi, w sukurs przyszedł inny otroczek Mianowicie zamyślił się na chwilę po czym rzucił tonem bardzo dobitnym:
 - Może on och*jał...
No może.
Niestety dorośli zepsuli całą zabawę wzywając otroczki do bezdennych otchłani rodzinnych domów na posiłek więc nie wiem, co faktycznie stało się otroczkowi frywolnemu że tak koledze spodenki pochlapał. A to ci filutek.


Wracam histeryzować oraz jadę do lekarza (proszę o kciuki) i Kiki (tu za kciuki dziękuję bo zamierzamy zamówić pizzę i tylko by przeszkadzały, poza tym co to za zwyczaj, z łapami do cudzych posiłków, zachowujcie się), w ostatniej chwili podzielę się jeszcze z Państwem wymyślonym przeze mnie sposobem na to, jak dzięki kilku niedużym pingwinom w plecaku stać się rozrywanym mistrzem konwersacji i lwem salonowym (albo chociaż na chodniku pod Rossmannem czy gdzie tam się dialog odbędzie)
Sprawa jest prosta - jak jest zimno to są pingwiny, tak?
No to nosi się ze soba kilka sztuk w plecaku i usiłuje doprowadzić do przecięcia dróg z innymi potencjalnymi rozmówcami.
Jest więcej niż pewne że w związku z tym, że zrobiło się zimno, ktoś w końcu to zauważy i rzuci uwagę w rodzaju "Ojeju, jak zimno!"
I wtedy osoba z plecaczkiem rzuca nonszalancko "Rzeczywiście, zrobiło się zimno a zimno to pora pingwinów, sam zobacz!" - i wyciaga z plecaka dowód rzeczowy.
Jako będąca na czasie i przygotowana do konwersacji z pewnością stanie się pożadanym rozmówcą. Nie ma za co.
Obrazeczków jest mało i takiese ale pozwalają poszerzyć wiedzę o obcych kulturach czy przyrodzie, dobre i to. Jest i praktyczna porada, może ktoś skorzysta. Miłego dnia Państwu, wracam do przeżywania, panikowania i planowania, krab krab, co my robimy, krab.