Tagi
squirk77@gmail.com
RSS
wtorek, 30 września 2014
Będąc młodą emigrantką zostało mi ciasto na pierogi*

więc Trener Osobisty mówi że o, zostało ciasto na pierogi i co z nim.
Mówię, że nic, bo nadzienie do ruskich wyszło (do ruskich) i nie mam niczego innego co mogłabym w ciasto wrazić bez szkody dla efektu końcowego.
No bo co, kurczaka pieczonego wrażę (bo mam) czy groszek konserwowy (bo mam)? Nie wrażę bo mi nie konweniują. Ale, tknęło mnie, może Trener Osobisty ma pomysł więc pytam Trenera, który odszedł już od manufaktury pierogowej (czytaj: stołu w jadalni) i gra w gre.
 - Co chciałbyś widzieć w pierogach?
Na co Trener, machinalnie:
 - Odbicie duszy...

Zrobiłam te pierogi, odpoczywam przy rozmowie z koleżanką, Trener poszedł zadzwonić do swojej siostry a mojej szwagierki. Nagle słyszę:
 -  ...a co do ruskich - to przegrana sprawa, wszystko słabe, zepsute od wewnątrz...
Szczęśliwie, zanim wpadłam jak niewysoka furia do sypialni ze scysją - bo jak można tak mówić o moich ŚWIETNYCH ruskich - zreflektowałam się, że może nie o pierogi chodzi.

Poza tym bardzo miło było spotkać w luasie rodaczki, nie przyznałam się wprawdzie, że rozumiem, o czym mówią, gdyż nijak mi było przerywać dialog następujący...
 - I co, zaszła z nim w tą ciążę, nie? Zaszła, nie?
 - No kuuuuxxxxwa, pewnie, od razu zaszła, no to mówię jej - co teraz? a ona że go kocha, no to mówię jej to idź jego żonie powiedz, że go kochasz, ciekawe, czy jak ci jego skarpetki zostawi na progu, żebyś prała, to dalej będziesz tak kochać, no idiotka, no, ale nie przetłumaczysz idiotce że on żony nie zostawi, zakochała się, kuxxxwa, głowę to ona nie wiem gdzie ma, pod poduszką chyba, ahahaha.
 - Ahaha, a u ciebie co, mały zdrowy? Paddy się wprowadził już?
 - No jeszcze nie bo ta jego mu utrudnia, że rozwodu nie da, że dziecka mu nie pozwoli odwiedzać, ale damy sobie radę.

 ...ale się uśmiechnęłam, bo przecież rodaczki.

 

PS. Mysz zrudziała. Nie wiemy, co o tym sądzić.

 

* kto nie czytał o perypetiach młodej lekarki niech się nawet nie przyznaje, będę gonić ze ścierką. Proszę googlać "będąc młodą lekarką" albo "60 minut na godzinę", już już.

środa, 24 września 2014
"Wróbel przyznaje, że nie rozumie rozmówcy."

Nie wiem, jak pomóc, ale po przeczytaniu tytułu, jak to u mnie, szybko poszło i od razu zwizualizowałam sobie przygnębionego wróbla, piórka obwisłe, wyraz dzioba zrezygnowany, siedzącego w barze przy poidełku i mówiącego do barmana "...no i mówię do niego, i mówię, i wiesz, on nawet coś odpowiada ale kompletnie tego nie rozumiem, nadajemy na zupełnie innych falach, nie wiem, co on mówi, masz pojęcie jakie to przygnębiające..?" a barman przeciera skrzydłem wilgotną szklankę i dolewa do poidła więcej wody a życzliwym pazurkiem podsuwa talerzyk z ziarnami.

No ale co to ja miałam. A, o muchach.
Otóż żeby dostać się do sensownego sklepu a przy tym dbać o kondycję muszę te 3-4 km zrobić, żaden problem, idzie się przez nieduży park, jest dużo pieseczków bardzo miłych (coś jest nie tak z lokalnymi psami, zerkam na takiego a on mnie od razu kocha i potem wchodzę do sklepu ze śladami łapek na udach, poważnie, każdy jeden pies mnie lubi i nawet zapominam czasem, że się psów boję, choć nie tak, jak kiedyś), ludzie sobie spacerują, lokalesi siedzą na trawie i konwersując spożywają napoje wyskokowe, takie tam. Kilka dni temu było nieco inaczej.
Niby wszystko w porządku, jest słońce, są pieseczki, są ślady łapek (po czymś białym się przeszedł puszysty mały drań a ja w czarnych spodniach, no ale trudno), jest uprzejmy pan z puszką piwa, nawet kapelusza uchylił, jest też dziwny odgłos gdzieś przede mną, takie "Ihaaa!" i serdeczny, nieco ochrypły śmiech.
Podchodzę, bo nie bardzo mam wyjście, to jedyna droga, i widzę wystawkę - w drzewo wbity haczyk, na nim szlafrok, obok stary telewizor, jakaś szafka, komoda, materac, słowem wyposażenie pokoju przeniesione do parku pod drzewo. Obok stoi właściciel. W płaszczu z puchatym kołnierzem, w kapciach, spodniach od piżamy i z fryzurą bardzo nieuprzejmie potraktowaną przez wiatr. Stoi, z worka wymuje kromki chleba tostowego, kruszy je i z energicznym "Ihaaaa!" rzuca w powietrze wokół siebie generując sporą fontanne okruszków. Zastygłam, bo widok był niecodzienny, wraz ze mną zastygły inne przechodzące osoby. Doświadczenie nauczyło mnie m.in. dwóch istotnych rzeczy - "nie pytaj, bo pożałujesz, że wiesz" i "ktoś i tak nie wytrzyma". Zadziałało i stojący obok mnie pan zapytal pana Rozrzutnego co też właściwie z tym chlebem robi.
Pan rozrzucił jeszcze trochę chleba, odwrócił się i z powagą powiedział:
 - Karmię muchy. Trzeba im pomóc, zbliża się zima.

Poszłam sobie nieco się słaniając. W drodze powrotnej już pana nie zobaczyłam, może nakarmił wszystkie muchy i poszedł odpocząć.

To był jeden z Tych Dni więc w sklepie też sympatycznie. Zajrzałam do polskiego sklepu, widzę nową ekspedientkę, przed nią gimnastykuje się jakiś lokalny klient (zwykle kupują tu Polacy), dziewczę najwyraźniej bardzo słabo jeszcze zna język angielski więc podchodzi właściciel i pyta klienta, w czym pomóc.
Otóż klient chciał pochwalić kiełbasę bo mu smakowała a to od tejże panienki ją poprzednio kupił. Pyta więc właściciela, czy może przekazać ekspedientce wyrazy wdzięczności.
 - Bo wie pan, to świetna kiełbasa, i to ta miła panienka mi ją sprzedała! Czy może pan przekazać, że jestem bardzo wdzięczny? I żona także, żonie też bardzo smakowała ta kiełbasa! Wspaniała była, zapach i tekstura, uczciwy, porządny wyrób! I czy może pan przekazać, że jestem pod wrażeniem tego, jak starannie ta panienka wszystko pakuje? I jak szybko policzyła i błyskawicznie wydała resztę! I że z przyjemnością ponownie zrobimy tu zakupy bo obsługa jest na najwyższym poziomie! Czy może pan to wszystko przekazać, dokładnie to, co powiedziałem, bo chcę, żeby ta pani wiedziała, że bardzo doceniam jej profesjonalizm?
 - Oczywiście - mówi właściciel, odwraca się do dziewczęcia i pada:
 - Mówi, że kiełbasa dobra a ty umiesz liczyć.

No i tak, o.

Poza tym miałam gości, zjedli kaczki, pochwalili Mysz, że puszysta, zasypali mnie suwenirami (będą zdjęcia, Trener dostał Mysz-Stalkera!) i pojechali. Kawa z Cynamonem (w zasadzie sama Kawa, Cynamon klikał w coś i narzekał, że kaczka mała, następnym razem, moja droga, dostaniesz całą kaczkę i nie ma wstawania od stołu póki wszystko nie zostanie zjedzone, Hofk!) wykonała nawet kandyzowaną skórkę arbuza - teoretycznie do ciast itp ale nie wiem, czy skórka jakiegokolwiek pieczenia doczeka gdyż Trener uznał ją za bardzo jeszczetrochową, krąży wokół i podskubuje.
Miłego dnia Państwu, Mysz mnie wzywa, zrobiła się bardzo stanowcza i roszczeniowa ostatnio, wczoraj zasnęła mi na dłoni. Prawie pół h bez ruchu, ała, ale Myszełek wstał promienny i bardzo zadowolony. Przypuszczam, że miło jej się nami rządzi.

PS. Obejrzeliśmy pierwszy odcinek "Outlandera". Ojapierniczę, zrecenzuję chyba.

poniedziałek, 22 września 2014
Nie było mnie przez chwilę,

gdyż miałam gości, miłych, a potem kolejnych, też miłych.
Niemniej wracam, opowiem Wam o karmieniu much i problemach wróbli, człowiek siedzi w ciepłym mieszkaniu i pojęcia nie ma, jakie problemy ma przyroda. Nie wiem czy nie ruszyć w sukurs z finką w zębach.

PS. Mysz w doskonałej formie, bardzo puszysta i towarzyska, o żadnych problemach nie wspomina, odpukać.

środa, 03 września 2014
O kapibarze, mam nadzieję.

Zamówiłam wczoraj zakupy z dostawą do domu, sklepiki w okolicy mam małe i drogie a nie bardzo chciało mi się iść na spacer do sklepu sensownego aby po 4 km w deszczu uzyskać masło i inne dobra.
Pan przyjechał, wesolutki taki i bystry, pracodawca zalecił chyba żeby dostawca spróbował stworzyć z klientem więź oraz robił wrażenie sympatycznego i zaangażowanego. Pan wpadł jak nieduży, wąsaty zefir, pochwalił że hacjenda taka ładna, że pogoda też niepaskudna, wyjmuje zakupy, podaje mi pudełko z lodami i z miną "zostanę najsympatyczniejszym bystrym paczaczem w firmie albo nie nazywam się Dżon Dżonson" rzuca z takim sprytnym błyskiem w oku:
 - O, lody! Dzieciak się ucieszy jak wróci ze szkoły!
 - Jaki dzieciak? - spytałam trochę nieprzytomnie i w lekkim popłochu, bo rany, skąd u mnie dzieciak, gubię coś czasem ale otroczka tobym raczej nie przegapiła.
 - Widziałem małe butki w przedpokoju! - mówi pan, strasznie z siebie zadowolony, że wypatrzył i tworzy oto tę więź z klientem, będzie z tego premia alboco.
 - To moje. - zepsułam panu nastrój, przez resztę rozpakowywania milczał i usiłował nie patrzeć na moje stopy. Ułatwiłam mu to, bo miałam szerokie spodnie w których wyglądam, jakbym stóp nie posiadała, zakrywają je dokumentnie.
Pan rozpakował, nagle patrzy na mnie poważnie i pyta:
 - A więc nie ma pani dzieci?
 - Noo, nie mam.
I w tym momencie pan kurier poklepał mnie po dłoni ze współczuciem i powiedział:
 - Będę się modlił żeby Bóg zesłał pani pocieszenie.
Z jakiegoś powodu uznałam, że nie wypada prosić, żeby modlił się o kapibarę, bo ona na pewno bardzo by mnie pocieszyła.

To trzecia osoba w ciągu kilku tygodni która zamartwia się, że mogę zemrzeć bezpotomnie. Wcześniej były dwie panie w sklepie, opiszę od razu skoro już tu siedzę i piszę.

Chodzę sobie powoli po sklepie jednym dużym, wrzucam cosie do koszyczka, zatrzymałam się przed półką z gryzaczkami dla otroczków bardzo nieletnich i czytam opis bo może warto kupić dla małej córeczki Kiki. Nagle przechodzi obok mnie pani wykładająca towar i mijając mnie mówi przez ramię:
 - Proszę kupić, to dobry gryzaczek, przekona się pani.
Więc mówię, że nie mam dzieci ale może wezmę dla zaprzyjaźnionego.
Pani przycumowała laczki tuż obok mnie i mowę jej na chwilę odjęło.
 - Nie ma pani dzieci?
 - Nie mam - mówię nieco zaskoczona, może przegapiłam kartkę na drzwiach że to sklep tylko dla dzieciatych i następnym razem trzeba będzie jakieś młode wypożyczyć żeby z lubianego sklepu nie rezygnować.
 - Ani jednego dziecka pani nie ma? Przecież jest pani młoda!
 - Ani jednego. - kuźwa, co to ma być, jakiś wymóg społeczny czy co? No ale stoję grzecznie i czekam na rozwój sytuacji.
 - You poor thing! - pożałowała mnie pani, poklepała po ramieniu i dodaje - Wiem, co może pomóc, zaraz się pani przekona! - i woła w stronę zaplecza - TRISZA! Triiiiisz! Chodź na chwilę!
Przyszła Trisza, z pewnym trudem gdyż była dość dobrze zbudowana, ze 4 kardaszjany w obwodzie, zatrzymała się, popaczała mnie miło i pyta, w czym może pomóc.
 - Ona nie ma dzieci! - ryknęła dramatycznie Pani Pierwsza.
 - Ani jednego? - Trisza była wyraźnie wstrząśnięta.
 - Ani jednego!
Trisza poklepała mnie po ramieniu pocieszająco i mówi, że to nic nie szkodzi bo jestem młoda i że ona wie, co mi pomoże. Bo ona też kiedyś dzieci nie miała (mam poważne podejrzenie, że każdy człowiek na ziemi przez spory kawał życia dzieci nie posiada ale nie chciałam dyskutować) ale potem się modliła i Bóg zesłał jej siedmioro! A teraz - tu Trisza poklepała się dumnie po brzuchu - teraz będzie ósme!
 - Jak udaje się wam utrzymać taką dużą rodzinę, co na to mąż? - wyrwało mi się bo mężczyzna z ósemką potomstwa nie jawi mi się jako zrelaksowany i cały w uśmiechach pan czytający sobie spokojnie przy piwku w przydomowym basenie.
Trisza wzruszeniem ramion przekazała swoje podejście do tego, co może sobie sądzić mąż, i rzuciła lekko  - Jest wierzący więc nie ma wyjścia, poza tym modlił się ze mną i powinien się liczyć z konsekwencjami.
Zatkało mnie jeszcze bardziej a Trisza dodała - Pomodlimy się za Ciebie, zobaczysz, że to zadziała!
Żeby nie przedłużać - tak, stałam jak owca między regałami a obok mnie dwie pracownice sklepu modliły się półgłosem o to, żebym miała dziecko. Ludzie mijali nas bez jakiegoś specjalnego zaskoczenia, jedna pani pomachała mi i przyjaźnie skinęła głową.
Podziękowałam, wyszłam ze sklepu i dopiero w domu pozwoliłam sobie na serię drgawek, gdybym się rozpłakała ze śmiechu na ulicy prawdopodobnie ktoś podszedłby mnie pocieszać, wolałam tego uniknąć.
Podeślę chętnym namiary na sklep, w zamian proszę o kapibarowe, chcę znów mieć kapibarę. Inni mają łatwiej, to niesprawiedliwe.

Poza tym jakoś sobie żyjemy, tęsknimy za Większykiem, Mniejszyk zdrowa i puchata jak bazia, dostała Myszarium siostry, w tym kapsułę z piaskiem do kąpieli, rzuca się tam na grzbiecik i kąpie jak wróbel, spróbuję to nakręcić. Z balkonowego krzaczora pomidorów było ich ze dwa kilogramy, poważnie, warto tu pomidory hodować, większość zjadły bardzo zadowolone Myszy. Mieliśmy gości i będziemy mieć kolejnych, staram się wciąż mieć coś do roboty żeby za dużo nie myśleć. Postaram się wrócić do regularnego blogowania, dziękuję, że zaglądacie i piszecie.