Tagi
squirk77@gmail.com
RSS
poniedziałek, 31 października 2011
"Samuel L. Jackson pobił najgrubsze ryby"
Tytul z głównej strony ulubionego portalu, a ja nieśmiało wyrażam nadzieję, że pobite ryby doszły już do siebie, a sprawca dostanie dożywotni zakaz zbliżania się do zbiorników wodnych.

Trochę się nie wyspałam, spędziłam wczesny poranek na półtoragodzinnej rozmowie z sąsiadką, ale warto było. Małżonek zrobił zakupy, ja zrobiłam małżonkowi śniadanie, po czym wróciłam do swojej niszy ekologicznej. tj. do łóżka. Nobla temu, kto wymyślił spanie.

Poza tym dość nudna niedziela*, był już pierwszy mroczny dzieciak halloweenowy (dzięki stosownym bogom, że pamiętałam o nabyciu cukierków), dostałam w prezencie od męża kilo gruszek i miśki Haribo oraz rozmrażam kaczkę, na którą nie mam jeszcze pomysłu. Znalazłam przepis na rosół "z kaczki barbie", trochę mnie zatkało i mam interesujące wizje wystającej z garnka lalki z dziobem.


Słówko dnia - "bezpoctawne", odkryłam nowe forum i rozkoszuję się.


Apdejt - Halloween bardzo przyzwoity, zapewniłam próchnicę i rozstrój żołądka młodocianej połowie osiedla. Jeden dzieciaczek był dwa razy, myślał, że mąż się nie zorientuje - dostał garść kilokalorii za spryt, niech ma.

* Mąż mnie dziś (teoretycznie jest już wtorek) łagodnie opierniczył, że wczoraj był poniedziałek. Otóż informuję, że dla mnie dzień długi i nudny=niedziela, a nudny nie oznacza nieciekawego, tylko to, że nie jestem jakoś bardzo aktywna, czyli dla mnie bomba. Dziś też będzie niedziela, jeśli mi nie odbije i nie zacznę np. sprzątać.

niedziela, 30 października 2011
"Własna matka biła go trąbą"
Tytuł stąd. Znamienne, że ostatnie, przysięgam, ostatnie, co mi przyszło do głowy, to słonie. Nie jest dobrze, wiem.

Nie dane mi było wyspać się, gdyż a)małżonek przykręcał sobie (w sensie do framugi drzwi, żeby nie było, że to masochista jakiś) drążek do zwieszania się, b)Mysz postanowiła skonsumować hałaśliwie wszystko jadalne, co miała w zasięgu wzroku, a trochę tego było. Było, podkreślam, bo bardzo się do przedsięwzięcia przyłożyła. A wszystko to o 10.00 rano w Polsce. Moje życie to bajka po prostu.

Znalazłam obrazeczek dowodzący, że spoko, trochę tłuszczu i alkoholu kobiecie (że niby mnie) nie zaszkodzi. W związku z tym kobieta (że niby ja) może bez obaw iść i przygotować sobie odrobinę tłuszczu na śniadanie. Do zobaczenia później, wrócę piękna i dorodna jak Nigella.


sobota, 29 października 2011
"Rostowski tak krzyczał, że wypadła mu koronka"
Tytuł wzięty stąd, co zwykle. Absolutnie nie ujrzałam oczyma wyobraźni nadętego, miotającego się dziko pana, któremu się ozdobne, koronkowe gatki trochę wysunęły ze spodni, to chyba oczywiste.

Byliśmy na kontroli u weterynarza, pięknie mi się Mysz goi. Wprawdzie dostała ataku minifurii i opluła panią doktor pestkami, po czym nadęła się i udawała, że jej to wszystko Nie Dotyczy, niemniej jednak jest bardzo dzielna i jesteśmy dumni. 35 g czystego, leciutko wkurwionego szczęścia. Na szczęście pestki słonecznika skutecznie koją stargane mysie nerwy, inaczej mielibyśmy przechlapane.

Z nowości to przypadkiem (ahaha) kupiłam dwie dynie, ale jedną dla sąsiadki, więc prawie się taki zakup nie liczy. Liczba posiadanych dyń doszła do pięciu sztuk i na tym poprzestanę. Przynajmniej do wtorku, bo akurat we wtorek będę w dyniowej okolicy, a silną wolę mam dość słabą jednak.

W kwestii bieliźnianej jeszcze - do rozpoznawanych przeze mnie wymienionych w tej notce marek samochodów doszły dziś Stringi, stanowczo się rozwijam.

Idę marynować rzodkiewki i być może podjąć jakąś decyzję w kwestii dyni. Być może, więc proszę nie uznawać deklaracji za wiążącą, bo jest jednak pewne prawdopodobieństwo, że nie będzie mi się chciało ruszyć dyni nawet najmniejszym palcem.

piątek, 28 października 2011
"Dostawczy samochut do przerobienia jaki najleprzy do 3,5 t"
Tytuł stąd, trwam w zachwycie.

Mama w formie, Mysz w formie, ja natomiast, jeśli się wkrótce nie wyśpię, zacznę biegać z nożem i wrzeszczeć na niewinnych przechodniów. Żartuję z tymi niewinnymi, wiadomo, że każdy ma coś na sumieniu, więc jak kogoś trochę uszkodzę będzie jasne, że sobie zasłużył, a ja działałam w afekcie, bo martwię się o Mysz i nie mogę spać. Każdy sąd to łyknie, spoko.

Btw - zrobiłam wczoraj dla Myszy sikątek, tak? W osobnej kostce, z kawałkami ligniny itp. No to wystaw sobie, Pamiętniczku, moje zaskoczenie, kiedy zobaczyłam, że Mysz się tam przeprowadziła.

Mam niż intelektualny, w związku z czym pisana od godziny lista zakupów wygląda tak:
 - oliwa
 - kuskus
 - cytrynki 3
Teraz kombinuję o jakie cytrynki mogło mi chodzić, bo mam w domu kilo cytryn.

Kupię sobie może jakąś dynię na uspokojenie.

czwartek, 27 października 2011
"Wieszają największą szmatę w stolicy"
Tytuł wiadomo, skąd. Też macie wizję gustownej szubieniczki i niegustownie odzianej pani zagrożonej bliskim kontaktem z powyższą?

Mysz (wielkości zapalniczki, przypominam, i po operacji pod narkozą) tłukła się, czesała i jadła do późnych godzin nocnych. Wiem, bo nie spałam martwiąc się na wszelki wypadek o jakieś opóźnione reakcje alergiczne na narkozę, leki itp. Nic nowego się nie zdarzyło poza tym, że Mysz nie jest zachwycona zniknięciem trocin - zastąpiła je lignina i gryzoniowe kołderki, odcięliśmy dostęp do pozostałych części Myszarium, więc miejsca jest teraz niewiele. Dziś rano uznałam, że sikątek jednak powinien być - w chwili, kiedy skończyłam myć jeden z tuneli i kostkę, susząc suszarką i spiesząc się, żeby zdążyć, zanim trzeba będzie wymieniać całe podłoże, Mysz wychynęła z domku i z godnością załatwiła się na środku klatki, przed kołowrotkiem. Trochę się załamałam.

Wrócę, jak oprzytomnieję, stanowczo brakuje mi snu ostatnio.

Słówko dnia - "wspomódz", jestem zachwycona.

środa, 26 października 2011
Wielkie uff.
Mama i Mysz zoperowane, przytomne, Mysz nawet biega już (po Mamie się tego nie spodziewam, ale też może, jeśli zechce) - dziękuję za wszystkie kciuki. Nie wiem, jakim cudem nie dostałam z nerwów kota, ale może to i lepiej, Mysz raczej by kota nie zaakceptowała. Mama odpoczywa, a ja liczę na to, że to była jej ostatnia operacja i że wyzdrowieje w końcu.

Wielka ulga, mogę znów zacząć oddychać i przyjmować płyny, dłuższe siedzenie w oknie na bezdechu w połączeniu z dietą bezpokarmową mogłoby mi nyeco zaszkodzić.

Jadę odebrać Mysz Chrobrą i zapłacić - mam powody podejrzewać, że powiedzenie "płacić jak za woły" w naszym indywidualnym przypadku przekształci się w "płacić jak za myszy" - Mysz wybrała sobie możliwie najbardziej ekskluzywną klinikę, ale niczego innego się po niej nie spodziewaliśmy.

wtorek, 25 października 2011
Gdy pedałuję na ciężkiej przeżutce to mi objeżdża.
Tytuł stąd, troszeczkę się zakochałam. Platonicznie, bo przytulanko jest groźne dla zdrowia (na różne sposoby). Wątki podesłane przez życzliwą duszę, która postanowiła zadbać o to, żebym nie była w stanie przestać płakać ze śmiechu przed południem, dopiero com się opanowała.

Mysz w świetnej formie, odkryła sposób na bardzo głośne bieganie w kołowrotku i dzielnie trenowała do 4 rano. Mam nadzieję, że znalazła czas na wyleczenie sobie ucha, bo trochę mnie stresuje wizja operacji na gryzonku wielkości próbki perfum (ofutrzonej). Wprawdzie pani doktor zapewnia, że zabieg prosty i nie będzie nawet szwów, o kołnierzu nie wspominając, ale i tak. O Mamę martwię się bardziej, wiadomo.

Pani Sprzątająca własnie zdrowo pieprznęła swoim Nimbusem 2000 w moje drzwi, dojrzewam do napisania do administracji maila z prośbą o zafundowanie naszej kadrze sprzątającej kursu latania na miotłach, inaczej zażądam renowacji drzwi (sądząc po odgłosach nie tylko ja mam ten problem, może to jakieś wyzwanie w rodzaju "kto ominie któreś drzwi ten trąba" alboco).

Wróciły bardzo dziwne sny, mianowicie prezydent wraz z premierem jednej z partii (tym wiecznie obrażonym) wymienili "pinky swear" przysięgając sobie, że zabiorą do siebie obydwa kotki sąsiadów, o których to kotkach pisałam wczoraj. Pinky swear została uwieczniona przez fotoreporterów, wymieniono promienne uśmiechy i zareklamowano firmę produkującą kuwetki. Idę sprawdzić w senniku, co się dzieje, bo co jak co, ale sen o politykach nie może być zdrowy. Z drugiej strony zupełnie normalna koleżanka miała kiedyś sen, w ktorym jakiś minister zwołał konferencję prasową, żeby oznajmić, że widział smoki. Wielka mi rzecz, ja ciągle widuję smoki, a głosy w mojej głowie zapewniają mnie, że nie ma czym się przejmować.

Idę oglądać Mysz, właśnie przerzuca hałdy ziarna pod schodkami.

poniedziałek, 24 października 2011
Bich bich bich, kopytka tragen mich
czyli trochę się do weterynarza najeździmy, Mysz ma we środę minioperację, zamawiam trzymanie kciuków. Żeby urozmaicić nam nudną egzystencję lekarze Mamy także zaplanowali jej operację na środę. Czyli niezła, relaksująca środa przede mną. Już trochę chodzę po ścianach i w ramach podtrzymywania rodzinnej tradycji okazuję zmartwienie przez stały, lekki wkurw. Jakoś tak mamy, że jak się martwimy, to lepiej nie podchodzić.

Wierzycie w cioty? Bo może polizanie Myszy załatwiłoby sprawę. I, naturalnie, czerwona kokardka zawieszona na myszarium.

Chyba widziałam kotecka
a nawet na pewno, i to dwie sztuki. Koteczki zostały uratowane przez sąsiadów, dwa znalazły już dom, kolejne dwa czekają na adopcję, wczoraj byłam uroczyście podziwiać i głaskać. Spore są już, a pamiętam jakie były ze 2 m-ce temu - strasznie małe, jeden  się na mój widok nadmuchał i zrobił sobie z ogonka szczotkę do butelek, teraz to już poważne kociaki.

Dochodzę do siebie po sobocie (czyli nic wczoraj nie zrobiłam, a i dziś nie wygląda na to, żebym się miała rozszaleć) oraz ścielę się do nóżek nowym czytającym.

Mysz wraca dzis do weta i będzie ustalane, czy kulka na pyszczku zniknie sama, czy trzeba wyciąć - bardzo liczę na to pierwsze, bo Mysz waży 35 gramów, to raz, a dwa - nie wiem, czy przeżyję widok kolejnego gryzonka w kołnierzu, już jeden tak miał i oboje źle to znosiliśmy, odbrażanie go potem zajęło całe wieki. Aktualna Mysz i tak notorycznie się obraża, mogłaby zastąpić na stanowisku prezesa pewnej partii, zdążyła już zresztą wstępnie się pre-obrazić.

Odnośnie kotków jeszcze - jak wiele kobiet jestem zasadniczo słaba w rozpoznawaniu marek samochodów, pomagają mi znaczki z logo, ale kojarzę je po swojemu, dlatego w moim świecie po drogach poruszają się m.in. Antylopka, Pierun i Cicik.

niedziela, 23 października 2011
Prestraszenie.
Zgodnie z obietnicą przetrwałam, choć łatwo nie było, sąsiedzi takie drinki robią, że dziękuję, postoję, acz niezbyt długo z uwagi na moc tychże drinków. Serdeczne pozdrowienia dla fana, który uznał, że nie ma problemu, żadna ilość miodówki mnie nie pokona, ale warto się upewnić. Fakt, nie pokonała, gdyż nie pozwoliłam większej ilości na wzięcie udziału w składzie mojej krwi.

Było jak zwykle, tzn. rewelacyjnie, miałam migające rożki i zgodnie z deklaracją hasałam. Mam nadzieję, że żadne niewinne dziecię nie zabłąkało się w okolice naszego spokojnego sabatu - sąsiadka niemalże przyprawiła osobę postronną o zawał zakładając maskę bladego trupa z siwymi włosami, śliczne to było. Moim zdaniem ubranie się w czerń, założenie maski nieświeżego trupa i nagłe wychynięcie z ciemności z pytaniem o godzinę zawsze zda egzamin.

Mamy 3.25 rano w Polsce, więc udam się na spoczynek, czego i Państwu życzę. W planach na dziś mam bycie porzuconą mężem (nowość, nieprawdaż) oraz pieczenie kolejnej bezy, trochę mniej mrocznej.

 
1 , 2 , 3 , 4