Tagi
squirk77@gmail.com
RSS
środa, 31 października 2012
Na krowie kopytko!

Państwo wybaczą, czasem musi sobie człowiek zakląć. Tym bardziej, że okoliczności przyrody są sprzyjające.
Myszy tłukły się z takim zaangażowaniem, że mam serdecznie dość niepewności i wieczorem odbędzie się Wielkie Oficjalne Sprawdzanie Płci. U Większej, Mniejsza jest samiczką bez żadnych wątpliwości, ma ADHD i wąsy da sobie uciąć za to, żeby choć chwilę dłużej po mnie połazić, więc została już obejrzana. Większa nadal płochliwa i trochę sobie Nie Życzy ale będzie musiała się przełamać i pokazać, czy przypadkiem nie jest jednak Myszardem. Tak czy siak złożymy drugie Myszarium i sypialnia oficjalnie zacznie uwierać w biodrach, wszędzie będą kapsuły i tuneliki a w nich dwie przemieszczające się szybko, zaaferowane małe tuszki.

Helołin mamy, tak? Ciekawam, o której godzinie w tym roku zaczną się procesje otroczków. W zeszłym po osiedlu krążyło kilka słodyczolubnych gangów, na szczęście w większości podchodzących do problemu z powagą, tzn. były przebrane i wygłaszały stosowne kwestie. Oczywiście jak co roku trafi się grupka pociech którym będzie się chciało najwyżej wąsy sobie namalować a po otworzeniu im drzwi będą stały z minami typu "Ja tu po cukierki tylko wpadłem, nie przedłużajmy tego". Irytujące nieco, jak już dziecię musi koniecznie pozawracać mi głowę i uzyskać szansę na próchnicę to niech wygląda jakoś tak bardziej pasownie. Z drugiej strony dobrze, że to tylko dzieci i tylko cukierki, grupa dziwnie przebranych dorosłych chodzących od hacjendy do hacjendy z tekstem w rodzaju "Gimmi pół litra, wino, koniaczek albo rum inaczej poprzebijam Ci opony w samochodzie i nie zobaczysz więcej swojego Puszka" nie zostałaby najpewniej przyjęta z taką wyrozumiałością. To już niech będzie taki smętny paczacz pod tymi drzwiami, trudno. Cukierki mam przygotowane w takiej ilości, że okoliczni dentyści powinni zlożyć się na jakiś medal dla mnie.

Trener Osobisty ma urodziny wkrótce, ja natomiast nie mam pomysłu na prezent dla Niego. Rozważałam wczoraj nabycie dla Niego wielkiej latarki rowerowej w kolorze wywołującym ból zębów i koniecznie z wygrawerowaną dedykacją typu "Ukochanemu Misiaczkowi - love z całego serduszka, Twoja Myszka :*************", niestety rozważałam to głośno i musiałam obiecać, że pomysł porzucę. No i teraz nie wiem, co kupić. Myślałam o książce ale książkę już ma.*

Szukałam obrazeczków z wielkim zaangażowaniem ale puchy dziś. Niektóre nawet udane, o, jak ten puch. Ponadto znów parówki, trochę czarów oraz złośliwy pan i, sądząc po wyrazie pyska, piesek też. Miłego dnia Państwu, słoneczko wyszło, że też mu się chciało, korzystajcie. Też bym sobie wyszła, ale mam gorączkę i Myszy. Ech, yo.

PS. Postanowiłam wyjść naprzeciw potrzebom osób korzystających z tagów, pozdrawiam serdecznie, i tagować staranniej.

 

* żarcik nastąpił, rzecz tak nietypowa na tym poważnym blogasku, książki, Myszy i dynie nabywamy kompulsywnie, okresowo następuje deburdelizacja i książki wracają na półki ale bardzo szybko jakoś tak, wiecie, migrują. I są wszędzie. Pocieszcie mnie, proszę, że też tak macie i że bajzel wynika wyłącznie z tego, że jesteśmy natchnionymi intelektualistami o aspiracjach dużo wyższych niż jakieśtam jeżdżenie na szmacie.

wtorek, 30 października 2012
"Demoniszcza, piekliszcze"

Planowałam, że tak sobie żarcik rzucę na wstępie, wyspać się wreszczcie, ale tak się złożyło, że Myszy miały inne plany, co za niespodzianka. Od późnych godzin nocnych je miały. Nastąpiła Mała Potyczka o Kawałek Sera, Bitewka o Miejsce w Tunelu oraz Starcie z Powodu Uporczywego Ruszania Wąsami w Niewłaściwym Kierunku. Zaczyna Mniejsza, Większa reaguje a wtedy Mniejsza rzuca się na grzbiecik i Nie Życzy sobie na całe gardło. Bardzo zdrowe ma płucka jak na Mysz, która prawie nic nie waży - w przeciwieństwie do siostry, która osiągnęła już rozmiar małej kapibary i nie wygląda na to, żeby finiszowała.
Z tego wszystkiego trochę wczoraj posprzątałam, straszne, co brak snu i skołowanie robią z człowiekiem.
Niemniej zmęczenie zmęczeniem a o Trenera zadbać trzeba, na kolację zrobiłam pieczone fragmenty indyczych odnóży. Ponieważ apetyt mam takise i jestem na diecie niemalże bezpokarmowej nie zjadłam swojej porcji i uznałam, że niech ją Trener dostanie na obiad w pracy. Oznajmiłam to Trenerowi rzucając lekko  "...a na obiad będziesz miał moją indyczą nóżkę" i chwilę trwało zanim dotarło do mnie czemu się chłopak trochę dusi ze śmiechu. Stanowczo powinnam się wyspać.

Przeurocze programy oglądam ostatnio, np. wczoraj oglądałam o panu, który wypijał 8 litrów Coli i 20 kubków bardzo słodkiej herbaty dziennie i był ogromnie zaskoczony faktem, że jego organizm nie reaguje na to entuzjastycznie tylko zaczyna ryksztosować, kto by pomyślał. Oraz o dziewuszce ośmioletniej która nie lubiła wychodzić z domu bez makijażu bo czuła się bez niego brzydka i "za młoda" ku wielkiej radości wytapetowanej na sztywno matki bardzo dumnej z faktu, że córka jest taka "zadbana i kobieca". Czasem myślę, że powinno się niektóre kraje ogrodzić wysokim murem i nalać wody do pełna bo gorzej z mieszkańcami już być nie może.

O zwierzątkach też było, o cicikach sporych i polujących mianowicie. Jak sie okazało ciciki różnych gatunków niezazbytnio za soba przepadają i jak się spotkają to jest sporo rzucanych przez zęby odpowiedników uwag krytycznych w rodzaju "twoja matka była chomikiem" albo "takie cętki są nietrędi już od 3 sezonów" po czym zwierzątka przechodzą do rozmaitych form aktywności typu gryzienie i drapanie. Wczoraj okazało się, że lwy to psy na antylopy, jakkolwiek to brzmi. Poważnie, co chwilę jakąś inhumowały i opychały się jak sołtysi. Jeden gepardzik to widział i też chciał, ale jakoś się okoliczności nie składały i wszystko wokół żarło jak opętane, tylko on nie. Uznał w tej sytuacji że oesu, tyle tego upolowanego wokół, nikt nie zauważy, jak mu jedną antylopę inhumowaną pazurkiem zahaczy. Niestety zauważyły to lwy i nastąpiły reperkusje, czyli wtłukły mu trochę, na szczęście były świeżo opchane antylopą, więc zrobiły sobie przerwę i gepardzik też. Leżały tak sobie wygodnie, drapkały się, wygrzewały w słońcu a kiedy odpoczęły znów się tłukły. W końcu gepard uświadomił sobie najwyrażniej, że kaman, co on robi, jest przecież najszybszym ssakiem świata i bez problemu lwom zwieje, co też bezzwłocznie uczynił. Dobrze, że mu rozum wrócił, doprawdy, komu by się chciało dostawać bęcki od lwów, mnie na przykład stanowczo nie. Jak już wybierzemy się z gangiem do Afryki trzeba będzie jakieś środki ostrożności przedsięwziąć, moim zdaniem wystarczy zwinięta gazeta, jak się przyłoży lwu zwiniętą gazetą w nos powinien się od razu zmitygować.

Ależ mam urocze obrazeczki dziś, sami Państwo popaczcie - zajmujący, śniadaniowy, wywiadowczy oraz wyjaśniający. Jako bonus - cicik, co z pewnością pożałował. Miłego dnia Państwu, śniegu trochę jakby mniej więc zakupy może zróbcie zanim spadnie kolejna porcja tego paskudztwa. Wracam do przerwanych zajęć, mianowicie chyba zaczynam zapadać na Pierwszą Doroczną Grypę, kicham z ogromnym zaangażowaniem, w sumie możnaby wystawić mnie w Sevres jako wzorzec kichania. Aciu.

PS. Bardzo dobra wiadomość.

niedziela, 28 października 2012
"Każda samica hieny ma około dwoje młodych"

Wiedzieliście, że można się rozmnożyć w częściach dziesiętnych? Ja nie wiedziałam ale mi wczoraj pan lektor powiedział. Od razu mi się trochę żal hien zrobiło, te, które mają 1,8 młodego z pewnością zazdroszczą tym z 2,2 młodych. Z drugiej strony jak się pani hienowej nie podobało rozmnażanie się bez ceregieli to ma teraz. To znaczy nie ma. I zazdrości.

Trochę straszną mam niedzielę, bo Trener Osobisty ponownie wszedł w tryb ulepszania mi kuchni. Zostawiłam go tam samego na kwadrans, usłyszałam, że pogwizduje, co zawsze jest złą wróżbą, rzuciłam się ratować strukturalną integralność moich mebli ale było już za późno, zastałam go bowiem zdejmującego ze ścian jedną z szafek. Dużych, ciężkich, sam je robił zresztą bo kto by meble kupował, nieprawdaż. Wydałam z siebie stosowny odgłos na co Trener rzucił mi popaczanie będące odpowiednikiem słownego "nie turbuj się, moja duszko, krzywdy nie uczynię sobie nijakiej" po czym prawie opuścił sobie tę szafkę na stopę. O, a teraz wyrwał komin od okapu. Wszystko to po to, żebym miała pod szafkami oświetlenie ledowe. Uruchamiane ruchem dłoni, pstryczki są najwyraźniej passe. Miałam oglądać o tym, jak rekiny jedzą foki (jestem pewna, że szybko, rekiny są trochę jak Myszy, rzucają się z pyszczkiem i jedzą, zanim podpłynie inna Mysz, to znaczy rekin, i wyżre im fokę sprzed nosa) ale co chwilę dostawałam mikrozawału patrząc, jak źrenica mych ócz i światłość moich jakmutam, znaczy Trener, balansuje sobie żonglując ciężkimi przedmiotami, więc przyszłam schronić się na blogasku. Oszaleję tu niewątpliwie. Tzn. w hacjendzie, blogasek niezazbytnio mnie stresuje.

Małyszy w świetnej formie i wyjątkowo dziś, odpukać, grzeczne, nie to, co wczoraj, kiedy się Walczyki dwa pacały łapkami i piszczały unisono z powodu dokładnie żadnego, co wiem, bo sie przyglądałam. Wygląda na to, że w świecie Myszy przejście obok innej Myszy jest jakąś ciężką obrazą, a bo ja wiem, może odpowiednikiem inwektyw sugerujących fatalne prowadzenie się wszystkich samiczek w rodzie przeciwniczki na siedem pokoleń wstecz, w każdym razie jedna przechodziła, druga się darła, pierwsza się darła, druga ją pacała, ta jej oddała (i się darła), po czym następowało wspólne układanie się w Sypialni i zasypianie pyszczek w pyszczek. Nie rozumiem Myszy trochę. Większa się zdetchórzyła i z godnością oblazła Trenera. Był, oczywiście, zachwycony. Widok 2 maleńkich, mysich pyszczków paczających na człowieka ze stosu kołderek jest przeuroczy, można na chwilę zapomnieć, że Mysz to projekcja w nasz wymiar gigantycznych istot z obcej galaktyki i że mamy dużo szczęścia, że nasze kości nie bieleją pod klateczką na stosie kości wrogów.

Z cyklu Rozmowy z Trenerem:
Ja - Chcesz dać Małyszom trochę sera?
Trener - Nie jestem pewien, czy dobrze by to przyjęli, z pewnością stać ich na ser, pan Małysz był w końcu światowej klasy skoczkiem narciarskim, mogliby odebrać nasz gest jako wyraz braku wiary w ich gospodarność...

Czasem zastanawiam się, czy nie uciec z krzykiem.
Idę szukać obrazeczków, póki co internet oferuje mi same gołe panie, psy albo duszaszczypatielne zdjęcia z filmów o wąpierzach, więc przeczekam to po prostu. Btw - wiedzieliście, że panna ze stanem zapalnym trzeciego migdała została ponownie miłością życia tego tam, Tłilajta? Wiedziałam, że ich rozstanie to chwyt marketingowy, wiedziałam.

sobota, 27 października 2012
"Gnu co roku wykorzystują te same brody"

Taka jestem skołowana że kiedy mnie wczoraj o powyższym Krystyna Czubówna poinformowała to zanim dotarło do mnie, że chodzi o brody rzeczne, już miałam gotową wizję gnu, zwierzątka dość brodatego, jak po sezonie pracowicie odczepia brodę i składa ją zgrabnie w raciczkach żeby wykorzystać za rok. Stanowczo powinnam się wyspać, niestety Szatanyszy mają wobec nas inne plany.
Przy okazji, dzięki kilku obserwacjom, wyszło na jaw co naprawdę dzieje się między Myszą i Myszą i skąd te awantury ze skrzeczeniem. Otóż Mniejsza (była Większa, ale Mniejsza stała się większa i teraz to Mniejsza jest Większą) zaczepia Większą (tę, która była mniejsza, mam nadzieję, że wszystko jasne) a kiedy Większa reaguje np usiłując szturchnąć ją mitygująco nosem Mniejsza zaczyna mirmiłować. Poważnie, rzuca się na plecki i histeryzuje a konkretnie piszczy i robi "tsk tsk tsk" możliwie głośno. Upewniwszy się, że problem naszego snu został rozwiązany Dwumysz zasypia pyszczek w pyszczek a czasem jedna na drugiej. Prześliczne są i oczywiście już oswojone, w końcu to już ponad tydzień mieszkania z nami, pora zacząć rządzić twardą łapką. Trener właśnie pojechał po kostkę mineralną i kolbkę. Tak, w ten cały śnieg. A bo Myszki nie mają, a powinny.

Oglądałam, z pewnym zaskoczeniem, program o salonie z sukniami dla uczestniczek konkursów piękności. Wiedzieliście, że w USA jest tych konkursów jak psów? Od niemal pierwszych lat życia dziewczynki, ładne czy nie (albo wyglądające w przebraniu i makijażu jak po poważnych przejściach i dziwnie się zachowujące), ubierają się możliwie, jak to miało miejsce w odcinku oglądanym, niegustownie i startują. Poważnie, tam co chwilę jest jakiś konkurs piękności, a to wybory Miss Arizony, a to wybory Miss Aktualnie Pozyskiwanego Warzywa Korzeniowego, pewnie Miss Środy i Czwartku też jest, bo czemu nie, ze wszystkiego potrafią zrobić wyścig o koronę miss. Spodziewać by się można że Ameryka to kraj najpiękniejszych kobiet świata no ale niestety. Niemniej panienki do salonu przychodzą, właścicielka, zażywna jejmość pomaga im wybrać suknię - priorytetem jest, jak zauważyłam, jaskrawy kolor, dużo świecidełek i rozcięcie ukazujące nogi, czasem niestety - po czym następuje szloch dziewczęcia i wyznanie w rodzaju "Jestem tylko dziewczyną z małego miasteczka, sądziłam, że niczego w życiu nie osiągnę a teraz mam tę piękną suknię!". Paradne.

Obrazeczki będą o sztuce, pieczywie oraz odzieży. Jako bonus - cicik waleczny. Miłego dnia Państwu, nie wychodźcie, bo zimno i paskudnie. No chyba, że macie Myszy z niedoborem kostek mineralnych, to wiadomo.

czwartek, 25 października 2012
Žabka - skočte si nakoupit.

Świat był miejscem zorganizowanym mądrze i pięknie a serca nasze biły równo w pogrążonych w głębokim śnie właścicielach aż do 6.47 rano, kiedy to Demonyszy uznały, że dokonają na sobie wzajemnie pazurkoczynu z przeraźliwym darciem pyszczków cuzamen do kompletu. Zerwaliśmy się i trafiliśmy na moment, w którym Mniejsza udawała, że nie dotyczy jej nic, co dzieje się w Myszarium, ona sobie tu tylko trocinki niewinnymi ślepkami podziwia, a Większa demonstracyjnie przenosiła kłąb kołderek do kapsuły, z której się wcześniej wyprowadziły. Podział majątku robiły, myślałam, że się rozpęknę. Dorzuciliśmy kołderki, Myszy się dogadały i zasnęły nos w nos. Bo my już nie spaliśmy, więc zadanie wykonane, nieprawdaż.
Nawiasem mówiąc teraz Mniejsza jest większa bo okrada Większą, wczoraj ją przyłapałam. Dałam każdej malutką różyczkę brokuła i co ja paczę, Mniejsza wchłonęła jak odkurzacz, Większa skubie z godnością, taka lejdisz. Długo nie poskubała, Mniejsza tylko przełknęła swoje i wyrwała Większej z pyszczka jej porcję nie zważając na skrzeczenie protestacyjne po czym zwiała do Restauracji zostawiając oszołomioną Większą. Przyniosłam nową różyczkę i, jako rekompensatę za straty moralne, kawałek sera, który został skonsumowany z zadziwiającą szybkością, wyciągnęło zwierzątko wnioski. Aktualnie śpią jedna na drugiej, piękne są - o ile mogę to dobrze ocenić okiem niewyspanym. Znowu.

Trener Osobisty wrócił cały i zdrowy po czym włączył mu się tryb zachwyconego turysty i uznał, że opowie mi o wszystkim, wszyściusieńkim, co w Pradze widział. Sporo tego było, spędziliśmy romantyczny wieczór przed Google Maps gdyż Trener uznał, że moja wizja Pragi nie będzie pełna jeśli nie zostanie mi pokazana każda jedna zakichana uliczeczka, po której Trener stąpał, wliczając w to uliczeczki typu "a tu bez sensu skręciłem" oraz "a tu miałem iść ale zmieniłem plany". Plus Starówka w ujęciach z pińcen sześciu różnych miejsc. Piękna jest Praga i okazało się, że w sumie to możemy sie tam przenieść. Najpierw sobie ją obejrzę, oczywiście, na własne, zombiowate aktualnie oczy a potem i tak będę chciała mieszkać w Anglii ale co się odwlecze to wiadomo.
Tytuł notki z reklamówki, którą Trener odkrył w walizce. Zaczynam być fanką języka czeskiego, dotąd znałam tylko "My jsme Borgové. Odpor je marný, budete asimilováni" oraz byłam świadoma tego, że nie należy w Czechach informować otoczenia, że się szuka. Zwłaszcza publicznie. I poza bardzo specyficznymi lokalami usługowymi. Zaśpiewanie "szukam, szukania mi trzeba" na czeskiej ulicy niewątpliwie zrobiłoby coś w rodzaju bardzo szczególnej furory.

Ponieważ bardzo konsekwentnie zaglądacie tu Państwo szukając królika i zawarta w którejś notce informacja, że piszę o króliku żeby osoba, która go tu szuka, była świadoma, że go nie znajdzie, bo o nim nie pisałam, zdaje się być traktowana jako żarcik zamieszczę przepis na królika po moju.
Potrzebny jest królik (humanitarnie inhumowany po bardzo długim i szczęśliwym życiu), jakiś lekki bulion/rosół/wywar z warzyw, wino czerwone lub białe, wytrawne lub pół, oliwa, sól, pieprz, ze 2 listki laurowe i 3-4 kulki ziela angielskiego. Oraz niewielka furka warzyw - cebula, marchewka, cukinia, papryka, por i co komu w ręce wpadnie poza brokułem, bo się brzydko rozdyźduje w duszeniu.
Królika porcjujemy, opieprzamy (chyba, że nie mamy powodu, ale załóżmy, że coś przeskrobał i mamy), solimy, obtaczamy w mące, obsmażamy na oliwie i wrzucamy do żaroodpornego naczynia z pokrywką (albo używamy na górę alufolii). Warzywa kroimy, oprószamy mąką, wrzucamy na pokróliczą patelnię, obsmażamy i zalewamy bulionem pojęcia nie mam, w jakiej ilości, bo robię to na oko (na 2 kawałki królika wlewam ze 3 małe chochelki płynu) oraz kieliszkiem wina. Doprawiamy, gotujemy chwilę, zalewamy królika w naczyniu, przykrywamy i do piekarnika - 175 stopni, mniej więcej godzina duszenia, może z małym hakiem. Proporcji nie podaję, bo gotuję bez nich, ale jeśli komuś zależy zrobię na dniach powtórkę z królika i zapiszę, ile czego zużyłam.
Zamiast wina można użyć śmietany i też jest pięknie.

Obrazeczek mam taki, że się popłakałam wczoraj i mam nadzieję, że i Państwo nieco się poryczą, mianowicie o, proszę. Zasłużył na miejsce na Fanpejczu moim zdaniem. Oraz cicik waleczny i wyliczanka bardzo męska. Miłego dnia Państwu, roboty mam tyle, że rozważam niewielkie załamanie się, miejcie lepiej.

wtorek, 23 października 2012
Ech, yo.

A bo Trener w tych Czechach nadal. Na szczęście zadowolony, szef okazał się być przesympatycznym a reszta zespołu takoż, spotkania biurowe bardzo owocne, spotkania pozabiurowe również, słowem udany wyjazd i oby powrót był analogiczny, bo kota tu już dostaję. Wirtualnego, żywego by Myszy dopadły, a po co jakiemuś kotku robić źle.

Nanoszatan i Pikoszatan są wyjątkowo zgodne co do tego, że nadmiar mojego snu im szkodzi - zapobiegają, jak mogą, a możliwości, jak się okazało, mają pełne łapki i mordziki. Niech mi ktoś wytłumaczy, dziękuję serdecznie, jakim cudem dwa zwierzątka wielkości pudełka zapałek zdołały zmienić w pył (w pył, nie zwyczajnie pokruszyć) całą sporą kostkę mineralną. W Myszarium jest mnóstwo pyłu, od czasu do czasu któraś z Myszy przydreptuje, siada obok niego i dumnie odrzuca uszka do tyłu. Kawał dobrze zrobionego bałaganu, dzielne zwierzątka.
Mniejsza nieco podrosła, aktualnie rozpoznaję Myszy głównie za pomocą ryzykowania życia. Własnego, oczywiście. Jedna z Mysząt jest moją fanką, na widok zbliżającej się dłoni mysie uszka robią "sztrrrr!" i w sekundę mam na dłoni bardzo maleńką, towarzyską Mysz. Mniejsza to Chojrak Tchórzliwa Mysz (dość straszna bajka swoją drogą), usiłuje podskubywać mi palce i generalnie sobie Nie Życzy, wzięta na dłoń nie spazmuje wprawdzie, ale stanowczo okazuje, że lepiej jej jako Myszy przygruntowej. Oswajamysz się.

Interesujący program wczoraj widziałam o panu, co chciał być panią. Najpierw szybciutko się ożenił z uroczą panienką, która zaszła była w ciążę (z nim zresztą), odczekał tak ze 3 m-ce a jak już się żona poczuła komfortowo to łuhuu!, wyskoczył z newsem. Żona okazała się być młódką spokojną i niewyrywną, nie dostała globusa ni migreny, nie żądała soli trzeźwiących ani do mamusi nie wróciła, po prostu zaakceptowała fakt, że mąż ma więcej szminek od niej i uważa się za kobietę. Z czasem przyszły refleksje, ciąża bowiem robiła swoje, czyli rozwijała się, i żona zaczęła widzieć pewną niedogodność w tym, że jej syn będzie miał tatę, który przebiera się za mamę. Tata miotał się w rozterkach, gdyż tak bardzo, bardzo chciał być kobietą, no musiał po prostu, to silniejsze od niego i co poradzi.
A potem urodziło się dziecię i panu przeszło.
Poważnie, nagle nie chciał już być kobietą i damskie ciuszki oddał żonie, takie "ojtam ojtam, było i minęło, nie wracajmy do tego".
Pojęcia nie miałam, że to może tak działać, ktoś nie czuje się dobrze we własnej skórze, chce zmienić płeć i nagle plop!, na świecie pojawia się mały Nejdżel czy Vaneska i wuala, hormony magicznie dopasowują się do obrysu? Hm.
Przyszło mi też do głowy, że wiecie, telewizja kłamie i może zaserwowano mi dobrze odegrane scenki. Phi.

Wygooglano mnie po "zmierzchu" i "króliku"- chyba Was rozczarowuję trochę, prawda? Jeśli komuś bardzo zależy wrzucę przepis na królika i napiszę coś o wąpierzach w glitterkach, nie ma problemu.

O zwierzątkach niezmiennie oglądam, ale nuda straszna, Afryka ma jakiś zastój chyba. Krokodyle gdzieś wymiotło, sporo lwów i gepardów jest teraz i żrą wszystko, co małe i młode, kompletny brak ambicji. Faktem jest, że małe i młode bywa też durne i aż oczy bolą czasem paczać jak taka młoda antylopa zaczyna się nagle miotać jak nastolatek po amfetaminie, tak sobie hopsasa, bo och, taka jestem młoda i zwinna, życie jest piękne, podhopsasam do tego oto drzewa, bo tam jest cień i zupełnie nie martwi mnie fakt, że być może inne zwierzątko też ten cień znalazło bo och, taka jestem młoda i zwinna i co mi kto zrobi. Gepard, który w tymże cieniu leżał, był bardzo zdumiony kiedy mu obiad podszedł pod same pazurki niemalże. Grzeczny cicik, nie wypadało nie przyjąć oferty, od razu przyjął finalizując karierę antylopy na tym łez padole. Chyba słońce szkodzi niektórym zwierzątkom bardziej, niż innym.

Dzisiejsze obrazeczki będą o życzliwości, odwołanych świętach oraz o tym, jak to było naprawdę. O, i cicik pomocny. I rybka niezazbytnio. Miłego dnia Państwu, nie wychodźcie, jeśli nie musicie, zimno takie że aż się nie chce skalpować jeńców. *

 

* kto nie czyta komiksów i nie wie, skąd cytat, temu cicik nie przybije piąteczki, o.

niedziela, 21 października 2012
Jękliwe zawodzenie, Myszy i Cola light.

Otóż Trener Osobisty poleciał do tej zakichanej Pragi. Przez cały tydzień robiłam "No no no no no" jak znany nam już cicik ale niczego to nie zmieniło.

- Ooo - zawiodłam jak tylko dowiedziałam się, że musi lecieć, gdyż Jego szef (zgodnie ustaliłyśmy z Berberyskiem, że oby wdepnął w Lego na bosaka, ale niekoniecznie, bo podobno sympatyczny, więc niech tylko zahaczy, żeby mu się wiele w stopę nie stało, ale niech będzie świadom, że nie jestem zadowolona) uznał, że chce sobie wreszcie nowego pracownika popaczać. - Ooo. Nie możesz lecieć, bo ja się boję samolotów.
 - Spokojnie, to tylko godzina, nic mi się nie stanie.
 - A jeśli jednak?
 - Jak mi się zrobi niedobrze to sobie okienko otworzę...
 - A są tam jakieś spadochrony dla pasażerów? Musi coś być na wszelki wypadek.
 - Nie, kochanie, w samolotach nie ma spadochronów.
 - Jak to, jak to?! Lecisz do Pragi bez spadochronu?!
Tu Trener nieco się załamał, czego kompletnie nie rozumiem, ja tu wyrażam troskę a on się załamuje, bez sensu zupełnie. Siedzę sobie teraz w kątku i trochę histeryzuję. Niech mnie ktoś uspokoi, dziękuję uprzejmie.

Myszy w świetnej formie, całe puszyste i jedzą tyle, ile zobaczą, a oczka mają bystre. Upewniły się ostatecznie, że nasze dłonie są niejadalne, ale od czasu do czasu zapominają się i delikatnie podskubują. Mniejsza to prowokatorka, podbiega do Większej, zaczyna ją zaczepiać a kiedy ta reaguje Mniejsza pada na grzbiecik i zaczyna piszczeć, że niby taka biedna, atakowana, krzywdę chcą zwierzątku zrobić. Większa jest łagodniejsza i spokojniejsza, obie bardzo bardzo maleńkie, właśnie przeprowadziły się do Restauracji (lokalu jednogryzonkowego, ale wlazły tam obie i są zachwycone), gdzie Mniejsza usiłowała zawlec kołderki z kapsuły sypialnej. Zapobiegłam, więc żywi urazę, obie żywią, bo wszystko robią razem. Możliwe, że oszaleję tu w najbliższym czasie. Pojęcia nie mam, skąd to przeczucie, doprawdy.
Umyłam tunel, Mniejsza tylko czekała, rzuciła się w pięknym stylu i błyskawicznie namikczyła. Cholery tu dostanę i będę miała trzy, w tym dwie puszyste.

Nie lubię Coli, nie wiem, czy wspominałam. Nie wiem też, skąd w takim razie ogromne zapotrzebowanie na Colę od wczoraj. Może stres przedniemojowyjazdowy alboco. Wypiłam od wczoraj tyle Coli, co przez ostatni rok i teoretycznie mam już serdecznie dość a w praktyce zaraz pójdę sobie dolać. Nie cierpię Coli. O, bogowie, jakie to dobre. To przez całą tę jesień pewnie.

Trener Osobisty zadzwonił właśnie i zgadnijcie, z czym. Czy może zatęsknił w drodze na lotnisko? A może uznał, że furda szef i Praga, wraca do mnie bo życie beze mnie jest pasmem udręk?
Nie, piwo włożył do zamrażarki i zapomniał. I niech wyjmę, bo zamarznie, a on zadzwoni z lotniska.
Znikąd pociechy i jeszcze Myszy mam poobrażane. I spadochronów w samolocie nie ma.

Obrazeczki mam przygotowane od wczoraj - o supermocy, warzywku, kretkach oraz o ciciku, co się przeszynkał. Najwyraźniej można. Miłej reszty dnia Państwu życzę, idę sobie Coli dolać i pomirmiłować trochę.

PS. Oglądałam wczoraj niezwykły fragment programu o zwierzątkach. Pan prowadzący chyba zapalił coś nielegalnego, bo trafiłam na narrację brzmiącą mniej więcej "Ooo, hehehe, gepardzica, gepardzica, oo, guziec*...Gepardzica biegnie, biegnie, hehehe, biegnie za guźcem...ooo, hehehe, poślizgnęła się w błocie, hehehe, guziec-gepardzica 1:0, hehehe".

* "Taka świnia, z Afryki"

czwartek, 18 października 2012
Myszereeeej....

.....panceeeerniii, piosenka taka, wszyscy znają.
Tandem Małysz & Harpagonysz miał bardzo pracowitą noc. Przekopały każde chyba miejsce w Myszarium, omikczyły resztę tunelu, żebym się nie nudziła przy sprzątaniu i opanowały:
 - wiszenie na łapkach i przemieszczanie się w ten sposób pod sufitem klatki
 - nakobrywanie się - Większa nakobrała się tak, że jej łebek przeważał, dzielne zwierzątko
 - wchodzenie nam na dłonie i błyskawiczne przypominanie sobie, że o, bogowie, to dłoń, dłoń przecież, trzeba uciekać! i tak w kółko, moja lewa dłon jest aktualnie platformą bardzoszybkospacerową
 - skubanie siostry w uszko i, po naszej interwencji, robienie Wielkiego Paczacza z miną "tylko przechodziłam, pojęcia nie mam, co tu się stało i czemu ona wrzeszczy"
W ciągu kilku tygodni Myszy zaczną stawać się bardziej terytorialne i nasze zadanie to teraz także pilna obserwacja - jeśli skubanie w uszko stanie się intensywniejsze trzeba będzie Myszy rozdzielić inaczej jeden uroczy puszek zagryzie drugiego, nie żartuję. Walki o teren są bardzo agresywne, jest szansa, że u nas będzie inaczej, odpukać, bo terenu jest mnóstwo, ale i tak fakt, że mamy Myszy tej samej płci (jeśli mamy, nie udało mi się jeszcze dmuchnąć im w podwozia i popaczać, uszy dadzą sobie już obcałować ale z przewracaniem na grzbiecik jeszcze poczekam) może nie wystarczyć.
Chwilowo będzie sporo o Myszach, ale po 2 m-cach przerwy więc mam nadzieję, że nikt na mnie za to kaszką pluć nie będzie.
Zapowiedziałam im, że zrobię im kilka zdjęć, wróciłam z aparatem i oczywiście obie spały już tuszka w tuszkę zakopane w stercie kołderek, co za uprzejme stworzonka. Czyham.

Poza tym bez zmian, oglądamy seriale i pewnie się nie powstrzymam przed jakąś recenzją (zwłaszcza powiedzenie o księdzu-ofierze kanibala "he was very serving man" ujęło mnie bardzo), suszę domowe uprawy chili, nie wyrabiam się z korespondencją i komentarzami u Was, za co bardzo przepraszam, ale mam teraz niezłe zamieszanie, w dodatku Trener mi wylata. Do Pragi mianowicie, ale boję się samolotów, więc trochę sobie pokątnie histeryzuję oraz domagam się przywiezienia jako suweniru jeszcze nie wiem, czego, ale odgrażam się, że czegoś. I nie, nie lentilków. I w ogóle żadnych słodyczy, kto by chciał słodycze. O, absynt może zechcę, nigdy nie próbowałam, będzie jak znalazł na kolejną imprezę z Czipendejlsami.

W ramach wesołych obrazeczków - takie tam, o studentach, cicik stanowczy, cicik płochliwy oraz kibice szybkiego reagowania, brawo. Miłego dnia Państwu, idę badać reakcję bardzo małych Mysząt na bardzo małe różyczki kalafiora.

PS. Wyszukano mnie po "ozdoby z szyszek", ojej.
PPS. Kolega będący pilnym czytelnikiem bloga powitał dziś szefa radosnym "Co ja paczę, już po urlopie?"
No cóż.

środa, 17 października 2012
"I nastała noc a po niej poranek, dzień pierwszy"

czy jakoś tak.
Dzielne Myszęta śpią w poczuciu dobrze wypełnionego obowiązku, zgodnie miotały się i tłukły przez pół nocy, fantastycznie się wyspałam. Mysz Większa drze mordzik z byle powodu, pokiziałam ją najwyraźniej pod złym kątem alboco bo przez ponad 2 minuty squirkała jak opętana po czym poszła zjeść trochę marchewki dla ukojenia starganych nerwów. Daje się głaskać bez problemu, ma osobowość nieco histeryczną, np. kradnąc Mniejszej kawałek brokuła na wszelki wypadek dodatkowo na nią piszczy. Dość ogłuszająco, przyznam, może jest spokrewniona z pasikoniszką.
Mniejsza Mysz jest spokojna, stonowana, z lekkim weltszmercem. Raz rozważała wydarcie się na mnie, ale skończyło się na lekkim otwarciu pyszczka, uznała najwyraźniej, że wystarczy jeden wyjczyk w Myszarium i ona będzie robiła za damę. Lubi być głaskana, póki co obie są tak małe, że głaskam je jednocześnie dwoma palcami.
Bardzo liczę na to, że obie są samiczkami, trochę niepokoi mnie różnica w ich wielkości, jako siostry z jednego miotu powinny być zbliżone rozmiarem. Jeśli jedna z Myszy jest Myszem niewątpliwie dowiemy się o tym w ciągu najbliższych tygodni, Mysz będzie czynił Myszy awanse a ona będzie sobie Nie Życzyła, jest przy tym sporo skrzeczenia, nie przegapimy tego.
Właśnie śpią na łebkach.
Pamiętacie Państwo zapewne, jak narzekałam nieco na fakt, że poprzednia Księżniczkysz mikczy w tunelu?
Zgadnijcie, gdzie namikczyły nowe Myszęta.
Tak, dokładnie na środeczku żebym miała więcej zabawy z myciem.
Oszaleję tu kiedyś.

Przed momentem byłam świadkiem Mikropotyczki o Fistaszka. Każda dostaje to samo, jednocześnie i w kawałeczkach tej samej wielkości ale i tak potrafią się pokłócić. Większa stosuje broń biologiczną w postaci ogłuszającego pisku, bardzo niesportowe zagranie. Na szczęście Mniejsza nauczyła się podchodzić boczkiem, delikatnie zahacza ząbkami o pokarm Większej i usiłuje skradać się tyłem i wymknąć po angielsku, prześlicznie to wygląda i czasem się udaje. Aktualnie siostra (lub, oby nie, brat) depcze jej po głowie. I, oczywiście, popiskuje żeby podkreślić, że atak atakiem ale to ona jest tą pokrzywdzoną.
Z porannego dialogu rodzinnego:
Ja do Większej - Nie skrzecz na mnie, jesteś moją Myszą ale to ja tu rządzę.
Trener - Ahaha, nie oszukuj się.

Ponadto zaczęliśmy oglądać "Doktora Who", Szyszka poleciła a Ona i Miranda dobrze polecają.
Mam mieszane uczucia gdyż serial zaczyna się nieco dziwnie. Panienkę gonią manekiny, na szczęście pojawia się kosmit i wszystko jej wyjaśnia, więc spoko, panienka mu od razu ufa i biega za nim wymachując plastikową ręką (manekina, nie swoją), która potem próbuje udusić ją i kosmita. Okazuje się, że istota wyglądająca jak Jabba, który za długo był na słońcu i trochę się rozpuścił, wysyła manekiny na podbój ziemi. Szczęśliwie panienka okazuje się być wysportowaną i pięknym skokiem (z użyciem wiszącego łańcucha) wytrąca z rąk wroga fiolkę z substancją odjabbującą, która spada na Jabbę i go inhumuje. W tle przewija się nieco przygłupi i płochliwy jak sarenka amant panienki, której uczucia okazują się być mało płomienne bo finalnie decyduje się latać z kosmitem budką telefoniczną. To tak mniej więcej, bo wiecie, że nie jestem dobra w recenzowaniu.
Szyszka uspokaja, że w drugim odcinku będzie pyskata trampolina. Emocje, póki co, jak przy wiązaniu butów, ale ma się rozkręcić, liczę na to.

Mam przygotowane obrazeczki - dziś będzie religijny, marudny oraz o tym, że nawet studentki mogą nie umieć prawidłowo chuchać, to smutne. Na pociechę cicik. Od razu lepiej, prawda?
Miłego dnia Państwu, idę na śniadanie póki mi nic nie piszczy i nie szaleje za plecami.

wtorek, 16 października 2012
Tak mi szaro...

...czyli zgadnijcie, co.
Tak, dwie sztuki, samiczki.
Są BARDZO małe, szybkie, puchate i ciekawskie, ideał myszości po prostu.
Nie mogę w to uwierzyć jeszcze, właśnie zostałam szturchnięta bardzo małym noseczkiem oraz pozwolono mi się pogłaskać.
Mamy dwie Myszy, będzie się działo.
Napiszę więcej, jak ochłonę, na razie siedzę przed Myszarium z mało inteligentnym wyrazem twarzy i podziwiam Dwumysz. Prześliczne są.

PS. Chciałam dać im imiona Maria i Rokita (w sklepie został ich brat, Jan) ale Trener rzucił mi zdegustowane popaczanie. Chyba skończy się na Myszy i Myszy. Idę się gapić.

 
1 , 2