Tagi
squirk77@gmail.com
RSS
piątek, 19 grudnia 2014
Scenki z żyćka.

Notka zawiera strasznie brzydkie wyrazy cytowane. Dzieci, fru mi stąd.
Wrażliwi dorośli też.

Trener gra w gre (Watch dogs), bardzo go wciągnęła.
Sprawdzam pocztę i mówię "Młody napisał". W sensie że mój brat.
Trener półprzytomnie - O, czego chce?
- Żeby mu podać adres bo chce nam wysłać kartkę.
- Mamy kartkę. - powiedział Trener, nie odrywając wzroku od gry sięgnął do szuflady biurka i podał mi taką zwykłą, małą białą kartkę.
Zatkało mnie, czego nie zauważył, gra dalej po czym dodaje:
- Jeśli chcesz większą to mam blok. 

***

Myszeł nam się zestarzał, ma juz ponad 2 lata, na lewym ślepku pojawiła się plamka - czyli Mysz będzie stopniowo traciła wzrok (co zresztą absolutnie jej nie przeszkadza i najpewniej przeszkadzać nie będzie). Puszek Staruszek jest, na szczęście, niezmiennie radosna, energiczna i puszysta jak bazia a je dokładniutko tyle, ile widzi. Plus dokładkę. Plus dokładkę. Plus dokładkę...
W związku z powyższym Trener Osobisty zaczął nazywać Mysz Grubciem.
Mysz ignorowała to, bo zwykle wtedy jadła, natomiast ja sobie Nie Życzę i mówię do Trenera:
 - No weś, no. Przecież ona wszystko zrozumie, weźmie do siebie i będzie jej przykro, nie mów do niej tak.
Na co Trener:
 - A wierszyk mogę powiedzieć? Taki bez słowa "grubcio"? Bo znam taki dla dzieci, bardzo ładny, o przyrodzie...
Udzieliłam zezwolenia.
Trener podniósł uszczęśliwioną, nastroszoną Mysz, zważył ją w dłoni, westchnął i zaczął:
 - "Miał Grubelek Elemelek..."
Pfff.

***

Sytuacja z wczoraj ze sklepu. Stoję przez półką z dymką, rozważam nabycie (w końcu nabyłam, bo ładna dymka, pasuje do tych 4 pęczków dymki* które miałam już w lodówce), nagle słyszę piszczenie "Heloł" w moim kierunku.
Patrzę (dość nisko) - otroczek płci żeńskiej, lat może ze 6, kurteczka rurzowa, spodenki rurzowe, na głowie korona w kolorze, nie uwierzycie, takimż. Stoi i przygląda mi się krytycznie.
Myślę sobie - a co mi tam. Dygam z godnością i mówię "Heloł, Wasza Wysokość".
Dziewuszkę aż napuszyło z dumy, urosła nieco, skinęła mi łaskawie i mówi:
 - Dobrze wyglądasz ale jesteś za niska. Urośniesz jeszcze? Potrzebuję damy dworu ale nie możesz być taka niska, jedz szpinak, nawet jeśli nie lubisz, ok? Mam nadzieję, że nie palisz, palacze nie rosną. Tam jest moja mama, zgłoś się do niej.
Skinęła mi głową i odeszła.
Postałam sobie przez chwilę przed półką popadnięta w stupor. Kids, huh?

Z tegoż samego sklepu - będzie z przekleństwami, proszę sobie wykropkować w mózgu albo nie czytać.

Stoję już przy kasie, płacę za mleko i dymkę, nagle wchodzi dwóch emocjonujących się czymś najwyraźniej młodzianów. I słyszę:
 - Kuuuurwa, stary, pół roku do dupy chodzę, pół roku, kumasz? Pół roku! Co zeżre i wypije w lokalu to na mnie idzie bo dżem..żentelmem gest mieć musi, sie wie. No i poznałem jej starych, starej kwiatki i buch ją ryjem w łapę, no to już była kupiona, ze starym wódki wychlalim całe morze, kumasz? Na "ty" jesteśmy, i on mówi do mnie raz "Kurwa, Jacek, tylko bez pierdolenia, Kamila to dobra dupa jest, nie spierdol tego bo zajebię! Nie spierdolisz?" więc mówię mu że no kuuurwa, teściu, w życiu, będę dbał i zajebię każdego kto podejdzie, zresztą wiesz że mi wiele nie trzeba, ktoś krzywo spojrzy to wiadomo co się dzieje, z Polski jestem, wojak z dziada, jak Mieszko, jak ten tam, jakiś, chuj z nim, przodek, też się bił...A na drugi dzień ona do mnie przyjeżdża zaryczana, tusz rozmazany i mówi, że tatuś się sprzeciwia naszemu związkowi bo ja strasznie przeklinam i co to za środowisko dla dziecka..."
W samą porę się rozpadało, powiem Wam, i wybiegłam w deszczyk cała radosna.

Z Mamą nieźle, nie jest idealnie i jeszcze kilka m-cy stresu przed nami, jest bardzo dzielna.
Dziękuję za wszystkie kciuki i wyrazy rozmaitości, staram się odpisywać na bieżąco.

 

* no co, zdrowa jest

niedziela, 26 października 2014
Nieczynne z powodu, że

z solidnego przeziębienia przeszłam płynnie do zapalenia krtani, takiego z fajerwerkami.
Oraz czekam na wyniki mojej Mamy, z onkologii.
Czasem się nie składa po prostu, nie potrafię blogować teraz, zaglądam do Was niemal każdego dnia ale sama niewiele z siebie wykrzeszę. Jest mi nieco do dupy chwilowo, pardon my Klatchian.

PS. Trener zdrowy, Mysz zdrowa - staram się na nich nie oddychać i w ogóle trochę ich unikam, kto widział kichającego dramatycznie dżungarka o wadze 30 g i umierającego na wielki zaraz mężczyznę (nieco cięższego) ten zrozumie.
Mają pretensje, rozpuściłam czy co.

PPS. Jeśli ktoś ma wolne kciuki chętnie wypożyczę, oddam nienaruszone.
No, może nieco obolałe, bardzo nie chcemy kolejnego nawrotu.

PPPS. Nie sprawdzałam ostatnio/od dawna prawdę pisząc/ maila gazetowego (staram się wyjątkowo ważne kontakty gazetowe przenosić do skrzynki częściej używanej) i wiadomości na Fanpejczu więc jeśli ktoś do mnie napisał i czuje się teraz kompletnie zlekceważony niech przestanie, bardzo proszę, bo absolutnie nie lekceważę, jest mi źle i się izoluję, nadrobię.

wtorek, 30 września 2014
Będąc młodą emigrantką zostało mi ciasto na pierogi*

więc Trener Osobisty mówi że o, zostało ciasto na pierogi i co z nim.
Mówię, że nic, bo nadzienie do ruskich wyszło (do ruskich) i nie mam niczego innego co mogłabym w ciasto wrazić bez szkody dla efektu końcowego.
No bo co, kurczaka pieczonego wrażę (bo mam) czy groszek konserwowy (bo mam)? Nie wrażę bo mi nie konweniują. Ale, tknęło mnie, może Trener Osobisty ma pomysł więc pytam Trenera, który odszedł już od manufaktury pierogowej (czytaj: stołu w jadalni) i gra w gre.
 - Co chciałbyś widzieć w pierogach?
Na co Trener, machinalnie:
 - Odbicie duszy...

Zrobiłam te pierogi, odpoczywam przy rozmowie z koleżanką, Trener poszedł zadzwonić do swojej siostry a mojej szwagierki. Nagle słyszę:
 -  ...a co do ruskich - to przegrana sprawa, wszystko słabe, zepsute od wewnątrz...
Szczęśliwie, zanim wpadłam jak niewysoka furia do sypialni ze scysją - bo jak można tak mówić o moich ŚWIETNYCH ruskich - zreflektowałam się, że może nie o pierogi chodzi.

Poza tym bardzo miło było spotkać w luasie rodaczki, nie przyznałam się wprawdzie, że rozumiem, o czym mówią, gdyż nijak mi było przerywać dialog następujący...
 - I co, zaszła z nim w tą ciążę, nie? Zaszła, nie?
 - No kuuuuxxxxwa, pewnie, od razu zaszła, no to mówię jej - co teraz? a ona że go kocha, no to mówię jej to idź jego żonie powiedz, że go kochasz, ciekawe, czy jak ci jego skarpetki zostawi na progu, żebyś prała, to dalej będziesz tak kochać, no idiotka, no, ale nie przetłumaczysz idiotce że on żony nie zostawi, zakochała się, kuxxxwa, głowę to ona nie wiem gdzie ma, pod poduszką chyba, ahahaha.
 - Ahaha, a u ciebie co, mały zdrowy? Paddy się wprowadził już?
 - No jeszcze nie bo ta jego mu utrudnia, że rozwodu nie da, że dziecka mu nie pozwoli odwiedzać, ale damy sobie radę.

 ...ale się uśmiechnęłam, bo przecież rodaczki.

 

PS. Mysz zrudziała. Nie wiemy, co o tym sądzić.

 

* kto nie czytał o perypetiach młodej lekarki niech się nawet nie przyznaje, będę gonić ze ścierką. Proszę googlać "będąc młodą lekarką" albo "60 minut na godzinę", już już.

środa, 24 września 2014
"Wróbel przyznaje, że nie rozumie rozmówcy."

Nie wiem, jak pomóc, ale po przeczytaniu tytułu, jak to u mnie, szybko poszło i od razu zwizualizowałam sobie przygnębionego wróbla, piórka obwisłe, wyraz dzioba zrezygnowany, siedzącego w barze przy poidełku i mówiącego do barmana "...no i mówię do niego, i mówię, i wiesz, on nawet coś odpowiada ale kompletnie tego nie rozumiem, nadajemy na zupełnie innych falach, nie wiem, co on mówi, masz pojęcie jakie to przygnębiające..?" a barman przeciera skrzydłem wilgotną szklankę i dolewa do poidła więcej wody a życzliwym pazurkiem podsuwa talerzyk z ziarnami.

No ale co to ja miałam. A, o muchach.
Otóż żeby dostać się do sensownego sklepu a przy tym dbać o kondycję muszę te 3-4 km zrobić, żaden problem, idzie się przez nieduży park, jest dużo pieseczków bardzo miłych (coś jest nie tak z lokalnymi psami, zerkam na takiego a on mnie od razu kocha i potem wchodzę do sklepu ze śladami łapek na udach, poważnie, każdy jeden pies mnie lubi i nawet zapominam czasem, że się psów boję, choć nie tak, jak kiedyś), ludzie sobie spacerują, lokalesi siedzą na trawie i konwersując spożywają napoje wyskokowe, takie tam. Kilka dni temu było nieco inaczej.
Niby wszystko w porządku, jest słońce, są pieseczki, są ślady łapek (po czymś białym się przeszedł puszysty mały drań a ja w czarnych spodniach, no ale trudno), jest uprzejmy pan z puszką piwa, nawet kapelusza uchylił, jest też dziwny odgłos gdzieś przede mną, takie "Ihaaa!" i serdeczny, nieco ochrypły śmiech.
Podchodzę, bo nie bardzo mam wyjście, to jedyna droga, i widzę wystawkę - w drzewo wbity haczyk, na nim szlafrok, obok stary telewizor, jakaś szafka, komoda, materac, słowem wyposażenie pokoju przeniesione do parku pod drzewo. Obok stoi właściciel. W płaszczu z puchatym kołnierzem, w kapciach, spodniach od piżamy i z fryzurą bardzo nieuprzejmie potraktowaną przez wiatr. Stoi, z worka wymuje kromki chleba tostowego, kruszy je i z energicznym "Ihaaaa!" rzuca w powietrze wokół siebie generując sporą fontanne okruszków. Zastygłam, bo widok był niecodzienny, wraz ze mną zastygły inne przechodzące osoby. Doświadczenie nauczyło mnie m.in. dwóch istotnych rzeczy - "nie pytaj, bo pożałujesz, że wiesz" i "ktoś i tak nie wytrzyma". Zadziałało i stojący obok mnie pan zapytal pana Rozrzutnego co też właściwie z tym chlebem robi.
Pan rozrzucił jeszcze trochę chleba, odwrócił się i z powagą powiedział:
 - Karmię muchy. Trzeba im pomóc, zbliża się zima.

Poszłam sobie nieco się słaniając. W drodze powrotnej już pana nie zobaczyłam, może nakarmił wszystkie muchy i poszedł odpocząć.

To był jeden z Tych Dni więc w sklepie też sympatycznie. Zajrzałam do polskiego sklepu, widzę nową ekspedientkę, przed nią gimnastykuje się jakiś lokalny klient (zwykle kupują tu Polacy), dziewczę najwyraźniej bardzo słabo jeszcze zna język angielski więc podchodzi właściciel i pyta klienta, w czym pomóc.
Otóż klient chciał pochwalić kiełbasę bo mu smakowała a to od tejże panienki ją poprzednio kupił. Pyta więc właściciela, czy może przekazać ekspedientce wyrazy wdzięczności.
 - Bo wie pan, to świetna kiełbasa, i to ta miła panienka mi ją sprzedała! Czy może pan przekazać, że jestem bardzo wdzięczny? I żona także, żonie też bardzo smakowała ta kiełbasa! Wspaniała była, zapach i tekstura, uczciwy, porządny wyrób! I czy może pan przekazać, że jestem pod wrażeniem tego, jak starannie ta panienka wszystko pakuje? I jak szybko policzyła i błyskawicznie wydała resztę! I że z przyjemnością ponownie zrobimy tu zakupy bo obsługa jest na najwyższym poziomie! Czy może pan to wszystko przekazać, dokładnie to, co powiedziałem, bo chcę, żeby ta pani wiedziała, że bardzo doceniam jej profesjonalizm?
 - Oczywiście - mówi właściciel, odwraca się do dziewczęcia i pada:
 - Mówi, że kiełbasa dobra a ty umiesz liczyć.

No i tak, o.

Poza tym miałam gości, zjedli kaczki, pochwalili Mysz, że puszysta, zasypali mnie suwenirami (będą zdjęcia, Trener dostał Mysz-Stalkera!) i pojechali. Kawa z Cynamonem (w zasadzie sama Kawa, Cynamon klikał w coś i narzekał, że kaczka mała, następnym razem, moja droga, dostaniesz całą kaczkę i nie ma wstawania od stołu póki wszystko nie zostanie zjedzone, Hofk!) wykonała nawet kandyzowaną skórkę arbuza - teoretycznie do ciast itp ale nie wiem, czy skórka jakiegokolwiek pieczenia doczeka gdyż Trener uznał ją za bardzo jeszczetrochową, krąży wokół i podskubuje.
Miłego dnia Państwu, Mysz mnie wzywa, zrobiła się bardzo stanowcza i roszczeniowa ostatnio, wczoraj zasnęła mi na dłoni. Prawie pół h bez ruchu, ała, ale Myszełek wstał promienny i bardzo zadowolony. Przypuszczam, że miło jej się nami rządzi.

PS. Obejrzeliśmy pierwszy odcinek "Outlandera". Ojapierniczę, zrecenzuję chyba.

poniedziałek, 22 września 2014
Nie było mnie przez chwilę,

gdyż miałam gości, miłych, a potem kolejnych, też miłych.
Niemniej wracam, opowiem Wam o karmieniu much i problemach wróbli, człowiek siedzi w ciepłym mieszkaniu i pojęcia nie ma, jakie problemy ma przyroda. Nie wiem czy nie ruszyć w sukurs z finką w zębach.

PS. Mysz w doskonałej formie, bardzo puszysta i towarzyska, o żadnych problemach nie wspomina, odpukać.

środa, 03 września 2014
O kapibarze, mam nadzieję.

Zamówiłam wczoraj zakupy z dostawą do domu, sklepiki w okolicy mam małe i drogie a nie bardzo chciało mi się iść na spacer do sklepu sensownego aby po 4 km w deszczu uzyskać masło i inne dobra.
Pan przyjechał, wesolutki taki i bystry, pracodawca zalecił chyba żeby dostawca spróbował stworzyć z klientem więź oraz robił wrażenie sympatycznego i zaangażowanego. Pan wpadł jak nieduży, wąsaty zefir, pochwalił że hacjenda taka ładna, że pogoda też niepaskudna, wyjmuje zakupy, podaje mi pudełko z lodami i z miną "zostanę najsympatyczniejszym bystrym paczaczem w firmie albo nie nazywam się Dżon Dżonson" rzuca z takim sprytnym błyskiem w oku:
 - O, lody! Dzieciak się ucieszy jak wróci ze szkoły!
 - Jaki dzieciak? - spytałam trochę nieprzytomnie i w lekkim popłochu, bo rany, skąd u mnie dzieciak, gubię coś czasem ale otroczka tobym raczej nie przegapiła.
 - Widziałem małe butki w przedpokoju! - mówi pan, strasznie z siebie zadowolony, że wypatrzył i tworzy oto tę więź z klientem, będzie z tego premia alboco.
 - To moje. - zepsułam panu nastrój, przez resztę rozpakowywania milczał i usiłował nie patrzeć na moje stopy. Ułatwiłam mu to, bo miałam szerokie spodnie w których wyglądam, jakbym stóp nie posiadała, zakrywają je dokumentnie.
Pan rozpakował, nagle patrzy na mnie poważnie i pyta:
 - A więc nie ma pani dzieci?
 - Noo, nie mam.
I w tym momencie pan kurier poklepał mnie po dłoni ze współczuciem i powiedział:
 - Będę się modlił żeby Bóg zesłał pani pocieszenie.
Z jakiegoś powodu uznałam, że nie wypada prosić, żeby modlił się o kapibarę, bo ona na pewno bardzo by mnie pocieszyła.

To trzecia osoba w ciągu kilku tygodni która zamartwia się, że mogę zemrzeć bezpotomnie. Wcześniej były dwie panie w sklepie, opiszę od razu skoro już tu siedzę i piszę.

Chodzę sobie powoli po sklepie jednym dużym, wrzucam cosie do koszyczka, zatrzymałam się przed półką z gryzaczkami dla otroczków bardzo nieletnich i czytam opis bo może warto kupić dla małej córeczki Kiki. Nagle przechodzi obok mnie pani wykładająca towar i mijając mnie mówi przez ramię:
 - Proszę kupić, to dobry gryzaczek, przekona się pani.
Więc mówię, że nie mam dzieci ale może wezmę dla zaprzyjaźnionego.
Pani przycumowała laczki tuż obok mnie i mowę jej na chwilę odjęło.
 - Nie ma pani dzieci?
 - Nie mam - mówię nieco zaskoczona, może przegapiłam kartkę na drzwiach że to sklep tylko dla dzieciatych i następnym razem trzeba będzie jakieś młode wypożyczyć żeby z lubianego sklepu nie rezygnować.
 - Ani jednego dziecka pani nie ma? Przecież jest pani młoda!
 - Ani jednego. - kuźwa, co to ma być, jakiś wymóg społeczny czy co? No ale stoję grzecznie i czekam na rozwój sytuacji.
 - You poor thing! - pożałowała mnie pani, poklepała po ramieniu i dodaje - Wiem, co może pomóc, zaraz się pani przekona! - i woła w stronę zaplecza - TRISZA! Triiiiisz! Chodź na chwilę!
Przyszła Trisza, z pewnym trudem gdyż była dość dobrze zbudowana, ze 4 kardaszjany w obwodzie, zatrzymała się, popaczała mnie miło i pyta, w czym może pomóc.
 - Ona nie ma dzieci! - ryknęła dramatycznie Pani Pierwsza.
 - Ani jednego? - Trisza była wyraźnie wstrząśnięta.
 - Ani jednego!
Trisza poklepała mnie po ramieniu pocieszająco i mówi, że to nic nie szkodzi bo jestem młoda i że ona wie, co mi pomoże. Bo ona też kiedyś dzieci nie miała (mam poważne podejrzenie, że każdy człowiek na ziemi przez spory kawał życia dzieci nie posiada ale nie chciałam dyskutować) ale potem się modliła i Bóg zesłał jej siedmioro! A teraz - tu Trisza poklepała się dumnie po brzuchu - teraz będzie ósme!
 - Jak udaje się wam utrzymać taką dużą rodzinę, co na to mąż? - wyrwało mi się bo mężczyzna z ósemką potomstwa nie jawi mi się jako zrelaksowany i cały w uśmiechach pan czytający sobie spokojnie przy piwku w przydomowym basenie.
Trisza wzruszeniem ramion przekazała swoje podejście do tego, co może sobie sądzić mąż, i rzuciła lekko  - Jest wierzący więc nie ma wyjścia, poza tym modlił się ze mną i powinien się liczyć z konsekwencjami.
Zatkało mnie jeszcze bardziej a Trisza dodała - Pomodlimy się za Ciebie, zobaczysz, że to zadziała!
Żeby nie przedłużać - tak, stałam jak owca między regałami a obok mnie dwie pracownice sklepu modliły się półgłosem o to, żebym miała dziecko. Ludzie mijali nas bez jakiegoś specjalnego zaskoczenia, jedna pani pomachała mi i przyjaźnie skinęła głową.
Podziękowałam, wyszłam ze sklepu i dopiero w domu pozwoliłam sobie na serię drgawek, gdybym się rozpłakała ze śmiechu na ulicy prawdopodobnie ktoś podszedłby mnie pocieszać, wolałam tego uniknąć.
Podeślę chętnym namiary na sklep, w zamian proszę o kapibarowe, chcę znów mieć kapibarę. Inni mają łatwiej, to niesprawiedliwe.

Poza tym jakoś sobie żyjemy, tęsknimy za Większykiem, Mniejszyk zdrowa i puchata jak bazia, dostała Myszarium siostry, w tym kapsułę z piaskiem do kąpieli, rzuca się tam na grzbiecik i kąpie jak wróbel, spróbuję to nakręcić. Z balkonowego krzaczora pomidorów było ich ze dwa kilogramy, poważnie, warto tu pomidory hodować, większość zjadły bardzo zadowolone Myszy. Mieliśmy gości i będziemy mieć kolejnych, staram się wciąż mieć coś do roboty żeby za dużo nie myśleć. Postaram się wrócić do regularnego blogowania, dziękuję, że zaglądacie i piszecie.

niedziela, 17 sierpnia 2014
Mysz Większa

 poszła sobie od nas ostatniej nocy za Tęczowy Most.
Zasnęła spokojnie w ciepłym gniazdku z naszej kołdry, głaskana przez nas do ostatniej chwili. Nic nie bolało, nic nie przeszkadzało, uszka pozostały nastroszone, Myszełek po prostu zasnął. Spełniło się moje życzenie o jej spokojnym odejściu, bardzo się bałam że będzie jej źle.
Dziękuję za wszystkie ciepłe myśli, kciuki i całą resztę.
Mieliśmy wielkie szczęście że była z nami tak niesamowita, genialna, puchata Mysz. Mielibyśmy większe gdyby się tak nie spieszyła, kochamysz ją ogromnie.
Mam nadzieję, że jeszcze kiedyś ucałuję te małe łapeczki a jednocześnie zostanie mi polizany nos, Większyk specjalizował się w nagłym lizaniu nosów.

 

Tagi: Większyk
23:56, squirk
Link Komentarze (4) »
czwartek, 31 lipca 2014
Aktualnie

zajmuję się głównie oszukiwaniem mojej chorej chomiczki. Guz Myszka Większego jest już bardzo duży, wielkości 1/3 całego Myszka. Nie boli ale irytuje, Mysz nie może biegać tak szybko, jak lubi. I wtedy wkraczam - w kołowrotku bieży Mysz, od góry kołowrotek dyskretnie popycham ja. Chomiczek bieży i jest z siebie bardzo dumny.
Na Domek w Kształcie Sera też już samodzielnie Mysz nie wejdzie ale kiedy się delikatnie puchaty kuperek podsadzi Mysz, ogromnie zadowolona, na domek wchodzi i zaczyna domagać się świadczeń.
Nie zmieści się już do środka więc Trener Osobisty wynajdzie sposób by powiększyć główny otwór w Serze. Mysz źle znosi to, że nie może wejść do ulubionego domku i tłuc się tam jak szatan więc zrobimy, co się da, żeby jej to umożliwić. Czyli znów oszukać, oczywiście. Ale jakoś nie mam wyrzutów sumienia.
Mysz zrobiła się bardzo prodłoniowa, po wejściu na dłoń układa się wygodnie i właściciel nie ma nic do powiedzenia w kwestii terminu, w którym zadowolona Mysz dłoń opuści. Ostatnio robiłam pankejki z Myszą, oczywiście pobrała opłatę w postaci gryza. Sporego gryza. Na pewno jest jakoś spokrewniona z lwami, one biorą takie gryzy.
Dostałam aż trzy pytania o to czy Mniejszyk może odczuć stratę siostry. Tak, prawdopodobnie to odczuje i może ją to na jakiś czas przybić, mieliśmy już przypadek w którym samczyk bardzo się zmienił po odejściu sąsiadki z drugiego Myszarium. To niesamowite, mądre, wrażliwe stworzonka, czują i wiedzą, że nie są same, znają zapach sąsiada, kiedy zapach znika coś znacząco się zmienia. Mniejszyk jest pogodnym, energicznym Myszem, bardzo liczę na to, że uda nam się zrobić wszystko, co najlepsze, dla obu Siostryszy.
Mniejszyk czuje się świetnie, nawiasem mówiąc, co jest dla nas ogromną pociechą. Czasem udaje się jej udawać Poważną Dorosłą Chomiczkę nawet przez kilkanaście sekund, to jej rekord, bardzo jesteśmy dumni.

Miała tu być inna notka, o tym, jak się modlono o moją ciążę (nie regulujcie odbiorników, nie żartuję i na pewno się tym podzielę), o kolejnym spotkaniu z rodakiem i o mieszkaniu tutaj, i nawet mam ją napisaną, ale dostaję tyle pytań o Mysz że zdecydowałam się na napisanie najpierw o niej. Jest bardzo dzielna, miła i kochana a my nie pozwolimy, żeby spotkała ją jakakolwiek przykrość. Kiedy guz stanie się tak duży, że Myszek nie będzie mógł samodzielnie chodzić, zrobimy to, co powinniśmy, żeby odeszła z godnością, jest maleńka ale pełna godności i radości życia, zachowa to do końca.

Poza tym jest mi takse, wiadomo. Kiedy jest takse to się nie chce pisać śmiesznych notek, cbdo.
Kocham moje Myszy ogromnie.
Dziękuję za to, że tak nas od początku mysiego pobytu u nas wspieracie. Myszy robią do Was wielkie, drgające w emocjach Wąsy. Mniejsza robi bardziej drgające ale ona zawsze się popisuje.

Tagi: myszy
03:33, squirk
Link Komentarze (5) »
poniedziałek, 14 lipca 2014
Nie ma mnie, gdysz

choruje mi Mysz.

Większyk ma raka, nie może już być operowana, wróciliśmy od weterynarza z lekami, została opieka paliatywna.
Toteż nie ma mnie chwilowo i nie wiem, kiedy wrócę, poświęcam familii każdą chwilę, Większyk czuje się dobrze, choć przeszkadza jej powiększająca się kulka na boczku, trudniej jej biegać ale ma apetyt, wciąż włazi nam na dłonie i liże palce i nosy, zrobiła się szalenie towarzyska i tupie na mnie, kiedy gotuję ryż, nie ma mowy żeby nie dostała ryżu. Wczoraj grała z Trenerem w Farmville - dzięki szybkiemu drobieniu w miejscu udało jej się zebrać pomidory i przeprowadzić krowę, pękam z dumy.
Kochamy nasze Myszy ogromnie, staram się nie myśleć o tym, co nas czeka, bo się od razu rozklejam.
Dziękuję za wszystkie wyrazy sympatii dla mojego niesamowitego Myszka i bardzo proszę o kciuki za to, żeby zasnęła w spokoju i nie czując najmniejszego nawet bólu, czego najbardziej się boję i czego postaramy się dzięki lekom uniknąć. Nie ukrywam, że liczę na cud, uwielbiam moje Myszy.
Nie nadaję się chwilowo do blogowania, mam w zapasie sporo notek i śmiesznostek ale to nie jest dobry czas po prostu. Dziękuję za to, że zaglądacie, mailujecie, pacacie na FB, na pewno wrócę ale na razie najważniejsza jest maleńka, szara część mojej rodziny.

 

 

Tagi: myszy
03:25, squirk
Link Komentarze (5) »
środa, 25 czerwca 2014
Notka o kotku upośledzonym cebulkowo, w sumie.

Lokalny tramwaj zwany luasem, sytuacja dość świeża:

Jadą dwie panienki w wieku lat ok. 17-18 może, ubrane nieco może zbyt frywolnie ale co tam, wiek ma swoje prawa (choć prawo do panterki i cekinkowych napisów "HOT BABE" na sempiternie powinno się jednak ograniczyć nieco ale mówię tak oczywiście bo jestem już stara i zazdrosna a też bym chciała żeby mi odwłok świecił, no ale nie wypada W Tym Wieku)
Stoję obok i mimochodem słyszę, jak jedna pyta drugą czy idzie wieczorem do klubu. Na co druga odpowiada, smutna czegoś, że niestety nie może. Pierwsza, zaskoczona, pyta o powód.
I wtedy druga mówi smutno, cytuję:
 - My pussy is very sensitive...

Aż zastrzygłam uszami. Pussy = kotek, prawda? Kotek. Kocham koty miłością dziką. Rozczuliłam się od razu - dziewczę ma nowego kotka, pewnie by za nią tęsknił, gdyby wyszła, i ona dla kotka zrezygnuje z zabawy i zostanie w domu. Co za miła dziewczyna, no naprawdę. Albo zaraz, może chodzi o to, że kotek nie toleruje jakiegoś leku czy karmy, może trzeba go pilnować przy posiłkach, sprawdzać, co lubi, znalezienie właściwej karmy to nie taki pikuś znowuż. I wtedy sobie przypomniałam, że ojej, przecież mam w kieszeni plecaka wizytówkę mysich lekarzy, są świetni, pomocni, niech panna zadzwoni i na pewno jej coś doradzą.
Szczęśliwa wygrzebuję wizytówkę, już mam sunąć chyłkiem boczkiem, powiedzieć, że sorry, usłyszałam przypadkiem waszą rozmowę i może mogę pomóc, gdy druga panna, nadal smutno, kończy:
 - ..i jak ściągnęłam wosk to zobaczyłam że "pussy" jest cała podrażniona, wygląda okropnie i muszę zostać w domu, nie kupię więcej tego wosku!

KURTYNA.

W mniej więcej 5 sekund zorientowałam się, że:
 - pussy w znaczeniu pornopotocznym oznacza (nieletni proszę wyjść, nieświadomi letni proszę wyciągnąć karteczki i zapisać na przyszłość bo nigdy nie wiadomo, kiedy się przyda) damski mymłon
 - stoję w pozie pomiędzy "seter wystawia zwierzynę" a "Marceli Szpak dziwi się światu", z dyskusyjnie inteligentnym uśmiechem i wizytówką w wyciąganej dłoni tuż obok panienek rozmawiających o depilacji okolic intymnych, z zamiarem podejścia i dopomożenia (nie wiem, jak miałaby pannie pomóc wizytówka, "masz tu, dziewczę, kartonik, zasłoń co masz do zasłonięcia i idź zaszaleć, nikt nie zauważy"?)
 - panienki na luzie i bez najmniejszego poczucia obciachu konwersowały o powyższej depilacji w środku transportu publicznego (fakt, że niezbyt głośno, tłoku nie było a mnie słyszały rozmawiającą przez telefon po polsku i może założyły, że nie zrozumiem, ale jednak)
 - dziewczę nie chciało iść do klubu bo była opcja, że ktoś jej "kotka" zobaczy. Do klubu. Ja pierniczę.

Cóż się dziwić, że tylu panów zostaje waginosceptykami*. Teraz nawet kota nie można być pewnym.

PS. A poza tym wszystko ok tylko żyto pyli i Trener kicha a Mysz Większa ma uczulenie na nieuczulający szew (naprawdę) i dodatkową kulkę w boczku ale wizyta u pani doktor, tej z Wizytówki dla Łysego Kotka, upewniła nas, że to inna kulka i na razie nie ruszamy i obserwujemy.
Zawołano praktykantkę żeby zobaczyła najgrzeczniejszego chomiczka świata. Podczas zdejmowania szwów Większyk był tak wściekły że lizał mój palec z prędkością światła.
PPS. Na co dzień jest dość zwyczajnie, mnóstwo do zrobienia, dom się sam sobą nie zajmie, wiadomo, ale kiedy wyjdę trafiam czasem na takie kwiatki, że ledwo wracam. Może ograniczę wyjścia.
PPPS. Pytacie Państwo o życie codzienne w Irlandii, o ludzi, o możliwości zarobkowo-wyjazdowo-aklimatyzacyjne. Przygotuję notkę, porozmawiam z emigrantami o dłuższym stażu i napiszę, co wiem.

 

* żart, to nie jest kwestia wyboru przecież

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 53