Tagi
squirk77@gmail.com
RSS
wtorek, 17 czerwca 2014
O mój rozmarynie, kota tu dostanę wkrótce, tak jakoś przeczuwam.

Wracamy z oprowadzania nowych polskich znajomych (M&M, macham do Was) po polskich i ulubionych sklepach, wchodzimy na osiedle i co ja paczę - na chodniku leży piękna, wielka gałąź rozmarynu, najwyraźniej komuś wypadła.
Od razu mi się ciśnienie podniosło bo kocham rozmaryn miłością dziką, jak można nie zauważyć że taki skarb wypada, no jak. Rzuciłam się na gałąź jak japoński fetyszysta na automat z używanymi majtkami*.
- Ludzie to ślepe peje - mówię do Trenera Osobistego.
- Myszku... - mówi Trener
- Nie, poważnie - mówię ja - jakbym miała taką gałąź rozmarynu skądś zdobytą tobym ją niosła obułap i z oka nie spuściła, ja pierniczę, jak można nie zauważyć rozmarynu, no jak!
- Myszku... - mówi ponownie Trener
- Nie próbuj tego kogoś usprawiedliwiać nawet - kwiczę nerwowo - W głowie mi się nie mieści że można przegapić rozmaryn, w dodatku taka wielka gałązka, ludzie to ślepe peje są i już.
W tym momencie zrezygnowany Trener prowadzi mnie niecały metr dalej pod jakiś wielki krzaczor który dotąd ignorowałam bo cóż mnie przecież obchodzi co administracja osiedla posiała na klombach przed budynkami, po czym zatacza ręką krąg ukazując mi jak w pysk wyraźnie wielkie, bujne krzaczory rozmarynu pod każdym niemal kuźwa budynkiem na osiedlu.


No i tak, o.

 

PS. Ostatni odcinek sezonu Gry o Tron świetny, nie? Trochę szkoda, że nie żyje - przez jeszcze bardziej nieżywych - to pacholę o spojrzeniu tak rzewnym jakby w oczach po wiadrze wody nosiło, no ale co zrobić, nie wszyscy mogą zginąć podczas defekacji jak nie powiem kto bo może ktoś jeszcze nie oglądał. No i ustaliłyśmy dziś z koleżanką M.E., pozdrawiam, że szkoda jednej panny ale nie aż tak żeby się tym przejąć.

* od niedzieli wiem, że takie istnieją, bo mi M. powiedział podczas Wieczoru Integracji Polsko - Polskiej na Obczyźnie, dziękuję serdecznie, dobrze, że akurat odstawiłam napój, ja to jednak spokojna sierotka spod lasu jestem i niewiele wiem o wielkim świecie najwyraźniej**

** i dobrze

piątek, 13 czerwca 2014
Słoneczko dzisiaj późno wstało

a wcześniej uniknęło niechcianego seksu z zestresowanym obywatelem Pakistanu, no ale o tym potem. Wrzucę zaległą notkę gdyż społeczeństwo się domaga.
Nie było mnie z powodów okołorodzinnych i jeszcze przez chwilę mnie nie będzie ale póki jestem napiszę, co u nas. Choć trochę mi słabo chwilami, kiedy o tym myślę.

Zaczęło się od tego, że kolega powiedział, że połówka jest dobra na wszystko.
Otóż jest to nieprawda i mam na to dowody, tj., na szczęście, miałam, bo mnie Trener uratował.
Wchodzę dwa dni temu do sypialni i co ja paczę, na parapecie leży połówka martwego owada z rzędu błonkoskrzydłych. Nie wiem, czy zdajecie sobie sprawę z tego, że połówka owada to horror 2 w 1 - nie dość, że leży takie obrzydliwe, to jeszcze nie wiadomo, gdzie jest druga połówka. I co, jeśli gdzieś na poduszce.
Nie podejdę i nie poszukam, bo głyyy.
Nie wyrzucę tego z parapetu, bo j.w.
Przez pół dnia do sypialni nie weszłam a kiedy Trener Osobisty wrócił z pracy rzuciłam się na niego jak klienci Lidla na Crocsy ostatnio i mówię, że ratunku, w sypialni na parapecie leży pół błonkoskrzydłego.
Trener ma mnie od dawna, opanował chęć ucieczki i po męsku wszedł do sypialni i mówi, że owada nie ma.
Jeśli ktoś myśli, że nie zmusiłam go do przeszukania otoczenia, póki nie znalazł tej połówki (na podłodze), i starannego przejrzenia łóżka, to się w życiu tak nie pomylił.
Nie lubię owadów po prostu. Inne połówki lepiej się sprawdzają w życiu ale nie na wszystko sa dobre, to pewne.


Trener Osobisty regularnie rewanżuje mi się za moje małe, urocze szaleństwa, np. wybraliśmy się niedawno temu ze znajomymi na piwo do pubu. Kelner przynosi 4 Guinnessy.
 - Thanks. - mówię ja.
 - Thanks. - mówi koleżanka
 - Thanks. - mówi małżonek koleżanki.
 - Niech pyski twoich wielbłądów będą zawsze pełne trawy. - mówi Trener Osobisty.
Lubię ten pub, wygodne stoliki, można oprzeć głowę na dłoniach i spokojnie sobie płakać, polecam.
Gdybym nagle oszalała to wiecie, kogo winić.


Ptaszki też czynią mi despekt, no ale prznajmniej w całości, nie w charakterze zwłok na parapecie, odpukać. Ale drą się tak, że mówię kilka dni temu do znajomej, która niedawno tu z rodziną przyjechała, że o, bogowie, jak one się drą, kota można dostać. I słyszę, że no co ty, ślicznie kląskają, takie trele cudowne, takie dziobeczki małe pracowite, wspaniale jest. Pogadamy, mówię, za jakiś czas, zmienisz zdanie.
Mniej więcej dwa tygodnie później rozmawiam z małżonkiem koleżanki który to małżonek nieco się dusząc mówi, że Gosia już po kilku dniach przestała się aż tak kląskaniem zachwycać, zwłaszcza jak którejś nocy jakiś pierzasty mały drań zaczął koncert o 4.00 a pozostałe entuzjastycznie się dołączyły, a po kolejnych kilku dniach bez jakiegoś wielkiego zdziwienia ujrzał, jak Gosia wrzeszcząc i z kapciem w dłoni rzuca się przegnać jakieś ptaszę czaplopodobne tylko dlatego, że po prostu sobie stało na trawniku chyba trochę za blisko Gosi. Dobrze, że nie zakląskało cudownie takim małym dziobeczkiem, mogłoby nie przeżyć.

Przestałam oglądać "Tudorów" bo na końcu Henryk VIII umiera. Tak, wiem, że tak naprawdę to on już dawno temu umarł i wcale nie wyglądał jak Rhys-Meyers ale jakoś tak odwlekam. Może się jeszcze, ahaha, chłopina podźwignie. Za to z zadowoleniem stwierdzam, że bardzo się królowe Anglii wyrobiły, te w serialu to albo różańce na prawo i lewo, albo kochankowie. Nie wiem, co trzeba mieć we łbie, żeby myśleć, że a co mi tam, wyszłam za króla, no ojej, wielkie mi co, będę miała prywatnych loverbojów na pęczki i co mi kto zrobi. A potem szok i niedowierzanie że król wściku dostał jak się dowiedział, że mu ktoś prywatną królową teges. Głupie były królowe kiedyś, taki mam wniosek.
O, i "Grę Endera" obejrzeliśmy i nam się podobało, polecamy.

Miało być tym seksie egzotycznym co go nikt nie chciał ale zanim się człowiek zorientuje to można się zestresować, naprawdę. Młodzież niech teraz wyjdzie albo nie podgląda.

Dwa dni temu wyszła mi dymka więc wyszłam i ja, po dymkę. Niefortunnie było ok. 17.00 kiedy to sąsiedzi wracają z pracy więc winda była w ciągłym użyciu. Kiedy wracając wsiadłam do windy w towarzystwie rosłego pana z chyba Pakistanu i dwóch pań niewiadomego pochodzenia najpierw zawlokło nas na 4 piętro, potem na poziom parkingu, panie wysiadły a pan, nieco zestresowany, spojrzał na mnie i pyta z naciskiem:
- Anal?
Przyznam, że zmartwiałam. Jestem w windzie w podziemiach z chłopem jak góra który najwyraźniej czyni mi awanse takie, jakich się człowiek w windzie w podziemiach ani chyba nigdzie indziej nie spodziewa. Trzeba wybrnąć jakoś, zyskać na czasie czy coś, może ktoś wsiądzie, może sobie przypomnę z filmów jakieś chwyty karate. Więc mówię, że nie rozumiem i niech powtórzy, proszę bardzo.
Pan spojrzał zrozpaczony i powtórzył, nieco wolniej:
- Anal?
Zrobiło mi się zimno, mrówek na karczku, odsunełam się i mówię lodowato, że jestem pewna, że nie to miał na myśli.
Na co pan już zupełnie w rozsypce mówi że "sorry" i że "learning, bad english", desperacko wyciąga z kieszeni jakiś zmięty zeszycik z pismem odręcznym, szuka czegoś i w końcu triumfalnie acz powoli i wyraźnie mówi:
- AND NOW?
Kiedyś tu umrę.

No i tak to wygląda.
Zagranica, pff.
W domu też rozmaicie bo jak na przykład ostatnio chciałam być trochę elegancka przy stole, to mi nie wyszło bo Trener wszystko zepsuł.
Mianowicie podałam kolację, ą i ę, rybka, warzywa pasowne, wszystko ładnie ułożone, przyczesałam nastrosz, siadamy, kolacja świetna. I mówię do Trenera tak wiecie, jak dama:
 - Jak znajdujesz brokuła?
 I słyszę:
- Pyszczkiem.

Istoty Szare mają się świetnie, Większyk chyba odpuściła sobie hodowanie na boczku czegokolwiek, poza puchem, oby, Mniejsza pobiła rekord demolowania świeżo posprzątanego Myszarium. 37 sec, z zegarkiem w ręku, wystarczy maleńkiej Myszeczce żeby pieprznąć kostką i kolbą a na miseczce usypać górę trocin. Gdyby były zawody w demolowaniu na czas to Mysz ma wygraną w kieszeni tym takim bocznym napyszcznym pojemniku na ziarno.

W kwestii obrazeczków - jestem Państwu wdzięczna za cierpliwość więc zacznę  od całusa bo uważam, że zasługujecie. Poza tym sugestia dla babysitterów, lekko sparafrazowany mit oraz cicik. Miłego dnia, koniecznie kupcie arbuzy, zaczął się sezon na arbuzy, wreszcie.

PS. Trener Osobisty przeczytał gdzieś, że psychopaci nie ziewają jak się przy nich ziewnie. Poważnie, normalny człowiek zaraz ziewnie bo mu empatia każe a psychopata nic. W związku z tym od kilkunastu dni Trener Osobisty demonstracyjnie przy mnie ziewa i sprawdza, czy odziewuję w rewanżu. I bardzo się cieszy, że jestem normalna.

PPS. Pierwszy Kot Sąsiedzki mnie lubi. Bardzo, bardzo chciałabym mieć kota ale Trener Osobisty (alergia inkluded) był pierwszy jednak, no i jestem do niego dość przywiązana. Przynajmniej po sąsiedzku sobie pokiziam.

środa, 11 czerwca 2014
Notka zastępcza za tę notkę, która

pojawi się tu za dzień czy dwa. Wrzucę niemal gotową już, bo napisaną jakiś czas temu notkę, zrobię tylko okołomysi apdejt i poszukam w internetach stosownych obrazeczków żeby było porządnie.
Nie mam weny chwilowo, jakoś tak o, ale mówią na mieście, że ma wrócić.

PS. Spośród wielu gatunków ptasząt swawolnych, które się tu ku mojemu utrapieniu realizują wokalnie, dwa szczególnie się wyróżniają - jeden wrzeszczy jak niemowlę a drugi jak rodząca kobieta.
Młode matki i położnicy muszą tu regularnie kota dostawać.

PPS. Kłaczą mi motylki. Taka aplikacja z piżamy, w Polsce nie kłaczyły a tu jak wściekłe, wszystkie tiszerty Trenera okłaczone i jest dużo negatywnych uwag pod adresem motylków. Tarę do prania (i podręczną rzekę w okolicy) pilnie nabędę.

czwartek, 22 maja 2014
Śniło mi się, drogi Pamiętniczku,

że przez przypadek inhumowałam w jakimś ośrodku wczasowym jednego z polskich polityków, nieważne, którego. Ośrodek piękny, wszystko w drewnie, kominek, za oknem śnieżek robi to, co potrafi najlepiej, a ja tu stoję nad zwłokami i kombinuję. Zwłoki krótkie, co absolutnie nie jest wskazówką, ale i tak do lokalnego pieca chlebowego weszły tylko bez głowy. No i tak się, nomen omen, głowię, co dalej. Na szczęście miałam torbę na pieluchy (bez dziecięcia w okolicy, i prawidłowo, bo skąd u mnie dziecko) i jakoś tę głowę, elegancko zapakowaną w papier ozdobny, upchnęłam. Niestety ścigał mnie - gdyż tak sobie nonszalancko hasałam od ośrodka do ośrodka a zniknięcie polityka jednak ktoś zauważył i zaczęli go szukać, nie wiem po co - Tajny Agent z psami gończymi. Więc postanowiłam Dla Niepoznaki rozsypać na wierzchu - na tej głowie, w torbie na pieluchy, kiszoną kapustę o aromacie przenikliwym. Bo może psy nie lubią. I przez cały długi sen, uciekając, klucząc itp byłam gdzieś w środku do białości wkur*iona że oto marnuję dobrą kiszoną kapustę.
Co, naturalnie, czyni mnie smakoszką, nie wariatką, wcale.

Poza tym Trener Osobisty wciągnął mnie w Farmville 2, chodzi o prowadzenie farmy, hodowlę i takie tam. Bardzo jest teraz wesoło u nas, bardzo. Można usłyszeć na przykład:
 - Ta krowa jest wyraźnie wzdęta i macha wymionami zupełnie bezładnie, tak bez pomysłu, może jej ograniczę siano na razie.
 - Po co to małe kurczę? I czemu nie rośnie? Duże kury dają jajka a ono co? Wpada na imprezę, opcha się kukurydzą jak jakiś sołtys I NIC? Może ma progerię...Ja pierniczę, mam kurczę z progerią...
- Dziwną brejkę je ta koza...Ale wygląda na zadowoloną. Ugotujesz mi coś takiego?
- Nie wiem czy to w porządku wysyłać dzieciaki na poszukiwania dając im tylko ciastka z mleka i mąki, to żadne ciastka, chciałoby Ci się po czymś takim po lesie biegać? Powinny dostać comber z żubra i barszcz na świńskim mordziku.
 - 8 h łowienia w bajorku i tylko jedna ryba? W Polsce tę grę pisali, na pewno. Teraz powinien do rybaka podejść smutny pan z tanim zegarkiem i kilkoma usposobionymi sportowo młodzieńcami o wejrzeniu światu niechętnym, zażądać karty wędkarskiej, zabrać rybę i zapytać z troską czy rybak ma jakiś problem.
 - Nie będę tu stawiać kuchenki bo obok jest koza i się oparzy a nie widzę opcji "Weterynarz."
 - Kura po prawej brała coś nielegalnego, popatrz, siedzi w trawie i się kołysze jak hipis.
 - Dwie kostki masła na jedno ciasto? Grycanville czy co.
 - Nie dam 15 tysięcy za owcę z takim wyrazem pyska, poczekam na przyjemniejszą owcę, płacę i wymagam.
 - Dlaczego na strachu na wróble ciągle siadają wróble?
 - Chcę wymienić na lepszy model tego synka co w czasie wolnym rzuca podkowami. Bo nie trafia, po co komu na farmie taka ślepa peja. W dodatku leniwa, czas wolny jest w niedzielę, tyle do zrobienia a on się opiernicza.

No i tak to wygląda.
Przypuszczalnie wkrótce tu oszaleję.

PS. Myszy miały wieczór obłąkania towarzyskiego, Większyk usiadła na kołdrze i nie dała się zdjąć póki nie miała uszu wręcz lśniących od głaskania. Mniejszyk po prostu zjadła mi palec, znów.

PPS. Z rozmowy z bardzo religijną daleką (oczywiście) znajomą - "To dobrze dla twojego rozwoju duchowego że mieszkasz w Irlandii. Tam po prostu będziesz MUSIAŁA się modlić żeby nie mieć kłopotów, nie chcesz chyba żeby były przez Ciebie zamieszki?"
Latający Potwór Spaghetti mi świadkiem, że nie chcę.
Miłego dnia Państwu.

wtorek, 20 maja 2014
"Jak się najaram uwielbiam czytać książki w ch*j!"

Nie no, nie ja, cytuje jedną z ostatnich celebrytek, przeurocza jest, prawda? Nie wiem, skąd we mnie przeczucie, że za miesiąc nikt nie będzie jej pamiętał chyba, że w desperacji rozbierze się dla Playboya albo pobije jakąś Dodę, to powinno jej jeszcze z miesiąc dać.

Tytuł zastępczy notki powinien brzmieć "Omg omg omg" bo naprawdę, tyle się dzieje że nie ma kiedy o tym pisać. Bardzo uprzejme są okoliczności przyrody w Irlandii, dbają o to, żebym się nie nudziła nawet przez moment. Głupia wizyta w sklepie z powodu tak banalnego jak brak koperku dostarcza mnóstwa wrażeń, np. dwa dni temu byłam lekko zesztywniałym w stuporze świadkiem tego, jak pan w afekcie udawał, że poluje między regałami na wybrankę swego serca. Wybranka usiłowała np. wybrać makaron a pan nagle wyskakiwał na nią zza regału i ryczał  "Snoochie snoochie snoochie!" po czym chował się i ryczał z drugiej strony. Pani śmiała się serdecznie i perliście (może nie znała znaczenia, trochę żałuję, że jej nie uświadomiłam, byłoby widowiskowo) i prosiła "Oł, hani, stap yt, stap yt!" ale pan konsekwentnie ryczał. Przynajmniej byli świadomi łączącej ich więzi, bywa przecież różnie.

Poza tym nie jestem jednak stara i ślepa, jeszcze, a już miałam obawy, że owszem, bo nie mogłam sobie upolować muchy. Nie że w celu konsumpcyjnym, skąd, ale sami Państwo wiecie jak owadów nie lubię i taka mucha ma u mnie z miejsca przegwizdane. Otóż coś mi ostatnio brzęczało w hacjendzie. Myślę - "Mucha!", bo co innego. Od razu mi ciśnienie skoczyło, poszłam po szmatę demotywującą i zaczęłam się skradać. Następne mieszkanie będzie mniejsze bo tu się na śmierć zaskradać można, tyle hektarów, btw. No ale nic, skradam się, brzęczenie trwa. Dyskretnie sugeruję musze pod nosem że dorwę cię, k*rwisynu, i już nie pobrzęczysz, skradam się, szukam i nic. W końcu nieco załamana przysiadłam na kanapie gdyż stało się dla mnie jasne że jestem już po prostu ślepa ze starości, mech mnie niedługo porośnie, zaczną mnie wynajmować na disko w remizach żebym im świeciła gratis jako próchno a w końcu znajomy leśniczy zastrzeli mnie z litości za pół litra. Na szczęście okazało się, że brzęczy jakieś coś na pobliskiej budowie. A niewiele brakowało żebym rozpiła leśniczego jak dziedzic chłopa pańszczyźnianego, prawdaż.

Nastrój dodatkowo poprawił mi pan Terlikowski - nawiasem mówiąc zawsze, kiedy go widzę, mam ochotę zrobić mu (wirtualnie) "A ti ti ti, kto ma taki pyszczuń pyzaty?" i zasponsorować dobry szampon - gdyż uważa, że powinnam, jako bezdzietna, płacić np. na te swawolne mamusie, co sobie machnęły ósemeczkę, niekoniecznie z jednym tatusiem całą, i teraz one mają dzieci i im się należy. Bo jeśli nie to JA jestem pasożytem, ahaha. Serdecznie ubolewam nad tym, że nie ma emotki oddającej moje uczucia do pomysłodawcy i rodzin mnóstwodzietnych które oczekują, że im teraz inni będą na te dzieci pieniądze dawać. Chce się mieć tłum otroczków w izbie - proszę bardzo, wystarczy siąść nad rachunkami i policzyć, na ile dzieciaczków familię stać bez wyciągania ręki po cudze. Jak nie stać - trudno, może trzeba pracę zmienić albo zredukować liczbę potencjalnych donoszących szklankę wody na starość.
Btw - pan Kaczyński i pani Pawłowicz nie będę już chyba pana Terlikowskiego lubić, brzydko ich nazwał w końcu.

O, pochwalę się, że koczowników/travellersów wreszcie widziałam w postaci stadka młódek (gdyż ichnie dziewczę nie ma prawa wyjść z domu samo, ma być asysta - wolno kląć, bić się, wrzeszczeć ale o opinię trzeba dbać). To, co zaprezentowano nam w serii programów o barwnym cygańskim stylu to jakby nie do końca prawda - panienki nie były bynajmniej "zawsze odstawione", eleganckie, umalowane i błyszczące jak Tłajlajt, przeciwnie, wyglądały jakby spontanicznie wybiegły gromadką poćwiczyć na siłowni w niezbyt czystych dresach i bardzo się tam zmęczyły. Zgadzało się za to zachowanie, 5 dziewuszek bez problemu zagłuszało ruchliwą ulicę i otoczenie. Telewizja chyba, o kurczę, kłamie czasem.

Myszy w pełni sił, Większa była na kontroli gdzie cierpliwie dała się wymiętosić, wygłaskać i nazwać najpiękniejszym chomiczkiem świata, Mniejsza nadal zaaferowana, szybka i puszysta jak bazia. Wstała dziś z pomiętymi wąsami, od rana je prostuje.

Kończę oglądać Tudorów i wniosek mam taki, że stroje mieli wtedy świetne ale niedajciebogowie być ładną i w otoczeniu króla. Bo jeszcze zauważy a taki Henryk VIII to ładną pannę od razu zauważał. A potem dworzanin do niej dyskretnie podchodził i mruczał że tego, ekhem, król czeka w swojej komnacie, wink wink - i weź nie idź, trzeba było iść bo król miał prerogatywy i one wymagały nieustannego dbania, mnóstwo panienek dbało o Henryka, biedactwa (gdyż nie wyglądał jednak jak Rhys-Meyers). A jak się z tego związku urodziło dziecię to dostawało tytuł, pałac i inne takie. Reasumując - można było sobie być ładną (i ubraną świetnie, nawet koszule nocne mieli ładne, takie zsuwające się z ramion na podłogę, bardzo oggiczne) ale daleko od króla, chyba, że któraś chciała mieć socjal i zasiłki, to szybciutko księcia półkrwi rodziła i była miła jak koteczek i udawała, że wcale nie widzi, że o prerogatywy dba już kto inny.
Z "Fringe" dałam sobie chwilowo spokój po odcinku w którym namierzano człowieka za pomocą gołębi, główna agentka niezmiennie mdła, widuje zmarłego byłego i on jej pomaga w śledztwie. Krowa nadal w laboratorium oraz w formie, daje mleko i ma spokój. Serial zasadniczo jest o udawaniu że się nie cierpi swojego ojca ale będzie się pomagało bo Tak Trzeba oraz o tym, że jak ktoś nie żyje to nic nie szkodzi bo i tak można z nim porozmawiać.
Nowy odcinek "Gry o Tron" przede mną, nie ukrywam obaw.

Kocham Irlandię, w 2 sekundy rozpadało się do oberwania chmury włącznie, za oknem ściana wody. Jak wczoraj kiedy to w słoneczku i lekkich okryciach wierzchnich poszliśmy do sklepu, ze 3 km w sumie, i dopadł nas taki deszcz że mokre miałam nawet skarpetki. Uroczyście przyrzekam sobie kupić pierwszą w życiu parasolkę, dotąd miałam tylko jako dziecię taką chińską, papierową. Potem Mama pożyczyła mi swoją, którą zgubiłam, i drugą, którą zgubiłam - potem pilnowała żebym wychodząc nie zabierała parasolki i kupiła mi kurtkę z kapturem. Kurtkę też zgubiłam ale nie tak od razu. Nastolatki mają wiele spraw na głowie, trudno wymagać żeby tak wszystkiego pilnowały.

Miłego wieczoru Państwu, nafaszerujcie sobie coś, ciągle ostatnio faszeruję, papryki i bakłażan - bdb, okrągłe małe cukinie - niezazbytnio. Poszukam, może mam w lodówce coś, czego jeszcze nie faszerowałam. Tymczasem wrzucę Państwu terapeutę, podsumowanie oraz trochę kultury, a co. O, i takie coś własnie znalazłam. Może to znak od losu żebym posprzątała...Żartuję, oczywiście, los dobrze mnie zna i wie, że na takie sugestie jestem odporna.

PS. Ja pierniczę jaką mam wielką muchę w mieszkaniu, idę po szmatę ukilającą. Jeśli nie wrócę usypcie mi kurhanik.

piątek, 09 maja 2014
"Powinniśmy byli skręcić w lewo w Albuquerque."

Śniło mi się, drogi Pamiętniczku, że karmiłam Toma Hiddlestona świeżym chlebem, sama upiekłam. Nie bardzo byłam z niego zadowolona (z chleba, oczywiście) ale Tom powiedział, żebym nie przesadzała, świetny chleb i on chce jeszcze jedną kromkę tylko tym razem dżemu więcej. A potem zaprosił mnie na romantyczny wypad PKSem do Gdyni, wprawdzie musieliśmy stać bo wszystko pozajmowane ale co tam, warto było. Takie mam sny, pewnie przez tę pogodę, niby to słoneczko, cisza i spokój, człowiek daje się nabrać, robi sobie burzę loków a`la Merida* a za progiem dostaje od sztormowej wichury przekaz "Not today."

Dziękuję za trzymanie kciuków za Mysz Większą, pisałam na Fanpejczu o kolejnej operacji. Mysz już w domu (ku radości Siostry która w emocjach bieżyła przez 2 h) a ja od wczoraj w lekkim stuporze bo musiałam jechać po nią do Bray sama i oczywiście nie było szans na to, żeby podróż była nudna i zwyczajna.
Zaczęło się od tego, że pan kierowca na pierwszym przystanku włączył głośniczek i powiedział, że wiecie co, to moja pierwsza trasa do Bray, któż to wie, gdzie was zawiozę. Wszyscy serdecznie się roześmiali bo naprawdę, ahaha, co za uroczy człowiek, jak to miło jechać z kimś, kto i zażartuje i bezpiecznie dowiezie. Jechaliśmy spokojnie, przy panu kierowcy tkwił inny pan w kamizelce z napisem "Dublin Bus" ale jakoś nikt nie wyciągnął z tego wniosków.
Kilkanaście przystanków przed Bray w autobusie zostałam tylko ja i grupa młodzieży pochodzenia chyba malezyjskiego, pan w kamizelce wysiadł a wtedy nieco blady pan kierowca zatrzymał się na przystanku, spojrzał na pasażerów i stało się jasne, że nie żartował i faktycznie jedzie tą trasą po raz pierwszy, a ten w kamizelce go prowadził ale musiał wysiąść.
Chwilę później stało się jasne także to, że nie tylko on jechał pierwszy raz - grupka młodzieży też, zresztą angielski znali tak, jak ja eskimoski (niezazbytnio).
Czyli, drogi Pamiętniczku, byłam w autobusie jedyną osobą znającą trasę do Bray. I wszyscy rzucali mi przerażone spojrzenia toteż wstałam, upozowałam się przy kierowcy i natychmiast z tego stresu pomieszał mi się angielski z rosyjskim, natychmiast. Niemniej jakoś zdołałam pokierować pana kierowcę (który strzelał oczami na boki, bardzo zdenerwowany, i co chwilę chciał skręcać, nie wiem, skąd mu się to wzięło, co przystanek pytał, czy ma teraz skręcić) i wpadłam po Mysz prawie bez opóźnienia.
Mysz zrobiła szczurkowy pyszczek, strasznie się ucieszyła, że mnie widzi, i polizała mnie w palec, dzielny Myszek. I bardzo nam drogi w obu znaczeniach więc chyba wrócimy do pomysłu elektrowni chomiczej żeby się pacjentka dorzuciła do rachunku.
Na pożegnanie pani w recepcji rzuciła życzliwie "Nie idź na ten przystanek w górze, idź na ten wcześniejszy, tam są milsi ludzie" - kora mózgowa mi się wygładza kiedy nad tym myślę.
Powrotna droga normalna, tylko siedzący w rzędzie obok Chińczyk ukłonił mi się z siedem razy ale może to jakiś narodowy zwyczaj. Widzisz kobietę zaglądającą i mówiącą coś do wielkiej czarnej torby - dygnij z uśmiechem a wielki smok szczęśliwości dostarczy ci złoto i dziewicę czy inne coś. Nie wiem co gość zrobi z siedmioma dziewicami, pewnie już żałuje tych ukłonów, no ale sam chciał, ja tylko pośredniczę.

Poza tym wymyśliłam Wróżkę Sępuszkę. Przychodzi w nocy, jak Zębuszka, ale nie zabiera zębów tylko staje przy łóżku i zaczyna mękolić - "Tyy, daj parę groszy...I fajkę...Palysz? O, nie palysz, no szkoda...To daj parę groszy...". Za inspirację dziękuję spotkanemu wczoraj na przystanku panu który z zaangażowaniem sępił niby to na bilet a jak już nazbierał to poszedł kupić piwo i konsumował je z zadowoleniem na oczach psykających z oburzeniem sponsorów.

Odnośnie przystanków i podobnych okoliczności przyrody - mieliśmy kolejny mimowolny i nie wprost kontakt z roadakami, w luasie. Wsiedliśmy, na następnym przystanku wsiadło dwóch panów w strojach roboczych i wtedy na cały autobus rozległo się:
 - Maciek!
 - No kuuuuu*wa maaaać, Paweł!
Spotkali bowiem kolegę i serdecznie się ucieszyli. Po czym nastąpił wesoły koleżeński dialog, cytuję:
 - Grześka pamiętasz?
 - No kuuuu*wa, pewnie!
 - I jak ci tu w robocie, bardzo do d*py jest?
 - Stary, no kuuuu*wa, wogóle nie jest do d*py! W Niemczech było do d*py, pamiętasz, jak miałem jechać i mówiłem że o, tam to chyba do d*py będzie - i było!
 - Nie pier*ol...
 - No mówię ci! A tu wcale nie jest do d*py, wcale! I tam się człowiek nazapier*alał przy szparagach, ciągle robota...Szparagi, szparagi, no kuuuuu*wa, kto by to w ogóle żarł jak to smaku nie ma...
I w tym tonie konwersowali koleżeńscy panowie przez kilka przystanków. Głośno bo są przecież w obcym kraju, nikt nie zrozumie.
Dla równowagi w niedzielę gościmy przesympatyczną parę rodaków, przyjechali kilka dni temu i się aklimatyzują.
Aż nie wiem, czy kaczki nie upiec, kaczka jest dobra na wszystko.

Koledze M. dziękuję za przypomnienie - przy okazji wpisu o kaczych łapkach - naszej wspólnej wyprawy do zaprzyjaźnionego sklepu mięsnego jeszcze w Warszawie. Tego, w którym zostałam zapamiętana jako ta, która na rzucone z dumą przez rzeźnika "Mam kurzą wątrobę" rzuciła odruchowo "No to dużo pan nie wypije." przez co rzeźnik długo nie mógł się uspokoić a ja zorientowałam się, co powiedziałam, kiedy było już Za Późno. Zaznaczam, że w obecnej lokalizacji jestem klientką poważną i niewyrywną. Za co dostaję czasem kacze łapki więc nie wiem, doprawdy, czy nie wprowadzić pewnych zmian.

Miłego dnia Państwu, idę sobie jakiegoś szparaga zeżreć bo to sezon już. I pomidory malinowe się podobno zaczynają, aż mnie skręca z zazdrości bo tu ich nie widziałam.

 

PS. Jeśli któryś z zaprzyjaźnionych czytelników płci obojętnej, umiejący pisać, znający język i chcący wszystkim pieprznąć i wyjechać w Bieszczady do Londynu do pracy w redakcji (dwujęzycznej) oferującej przyzwoite warunki i małe mieszkanie to proszę o wiadomość, przekażę dalej.

 

* fryzura ta zwana jest przez Trenera Osobistego "ależ Cię ponastraszało!", ew. "gdzieś niedaleko było poważne wyładowanie". Niektórzy po prostu chcą mieć kłopoty.

poniedziałek, 28 kwietnia 2014
"Jak zapłodnić kobietę po kryjomu?"

Od razu mówię, że pojęcia nie mam, czytelniczka, kłaniam się w pas, wyszukała tytuł na którymś forum i wrzucam, bo jest uroczy.
Osobiście kombinowałabym coś pod nieobecność kobiety, miałaby niespodziankę potem, wraca a tu kaboom! - ciąża. W UK tak robią, oglądałam programy, co rusz jest któraś zaskoczona ciążą.

Piszę rzadko gdyż zwykle zajęta jestem, na przykład wczoraj byłam na Dublin Bay Prawn Festival. Było fantastycznie już podczas podróży do Howth gdyż jechaliśmy pociągiem i miałam, jak to ja, szczęście do współpasażerów. Wsiadła mianowicie postawna panna o urodzie tak zwanej naturalnej w towarzystwie męskim szt.1, usiadła na wprost mnie i zaczęła się malować. Poważnie, myślałam, że sobie nosek przypudruje, ale nie. Omiotła sobie twarz wielkim pędzlem, wyjęła drugi pędzel, nałożyła nim podkład (tak, na puder, mało mi oczko nie wypadło ze zdumienia), na to więcej pudru, i jeszcze gąbeczką po czym wyjęła po zbóju wielką paletę cieni i zaczęła ją kontemplować. Zdecydowała się na brązy i beże, wyjęła asortyment pędzelków i zaczęła te cienie nakładać. Potem było malowanie rzęs - dwoma tuszami dla pewności. Jedną tubkę trzymał skrępowany nieco swoim udziałem w przedsięwzięciu przyboczny. W kwadrans panna była gotowa, sprawdziła efekt w lusterku, dla pewności wyjęła drugie, większe, a i chłopczyna musiał się wypowiedzieć, tzn. zachwycić. Wysiadła bardzo zadowolona. My też bo pogoda piękna, półwysep też oka nie męczył, wokół dużo morza, akurat odpływ był, w porcie pluskały się niezłe foczki, aj min foki, gatunkowo. Dużo ludzi i hałasu i jeszcze więcej owoców morza, w duchu aż kwiczałam, kocham owoce morza miłością dziką.
Dokwiczawszy mnie do stolika zasiedlonego przez dwóch panów oraz młodych rodziców z trójeczką potomstwa Trener Osobisty poszedł na polowanie a ja nieco się załamałam bowiem familia z potomstwem okazała się być w całości towarzyską.
Poinformowano mnie, że parka młodszych to bliźnięta, ale w ogóle do siebie nie są podobne, że synek je wszystko a córeczka wszystkim pluje (tu dumna mama z wprawą zaprezentowała, jak córeczka pluje) a najstarsze to synek tatusia. Najstarszy rzeczywiście mocno był z tatusiem związany, jeśli wyjadał komuś z talerza, przewracał kubek z resztą piwa i kopał w łydkę to faktycznie tylko tatusiowi te uprzejmości świadczył, nie kłamali.
Trener Osobisty dostarczył dwa talerzyki z langustynkami - najstarszy zastygł po czym pół zatoki usłyszało ryk że tataaaaa, te małe homary mają oczy, czy ona będzie jadła oczy?
Ona, w sensie ja, oczu jeść nie miała zamiaru i obawiała się, że w ogóle niczego nie zje gdyż bliźnię żeńskie wlazło akurat pod stół i pacało w kolana mnie i siedzącego obok pana. Pan zauważył, że och, jaka ta dziewczynka jest zabawna i urocza. Bardzo uprzejmy człowiek.
W międzyczasie bliźnię męskie zaczęło koncert - nie chciało wody tylko soczek. Albo jednak wodę. I będzie pić samo. Buuuu, oblało się, nie będzie pić samo. I chce to, co na talerzu mam ja, nie tata. Tata zrezygnowany poszedł po porcję langustyn. Niestety starszy braciszek zdążył pokazać młodszemu,że te małe homary mają oczy, i młodszy darł się konsekwentnie ale tym razem chciał, żeby langustynki zabrać. Siostrzyczka usiłowała wyciągnąć telefon z kieszeni jednego z siedzących z nami panów.
Tatuś uznał, że źle się stanie jeśli jego pierworodny będzie miał takie nastawienie do nowych potraw i postanowił nauczyć syna jeść langustynki. Ja pierniczę, ależ to było widowiskowe. Rozmowy wokół cichły przy każdym kolejnym przeraźliwym "Ooooo, yummie!!!", w końcu częściowo ogłuszony młody spróbował, orzekł, że tata ma rację i postanowił sam langustynę rozbroić. Po zmasakrowaniu jednego egzemplarza zadowolił się konsekwentnym i zawziętym usuwaniem oczu wszystkim pozostałym - minę miał przy tym taką, że obawiam się, że jeszcze będzie o tym dziecięciu głośno, BARDZO mu się podobało, bardzo.
W końcu sobie poszli.
Dokonaliśmy dzieła zniszczenia na przemysłowej ilości różnych stworzeń i poszliśmy na pociąg.
I wpadliśmy na powyższą familię, siedzenie w siedzenie.
Dzieci puszczono w zasadzie wolno bo cóż komu szkodzi jak się po nim dwulatek przebiegnie, nikty jeszcze od odrobiny brudu nie umarł a wszelkie zadrapania ojtam ojtam do wesela się zagoją. Niemniej w końcu mama zainterweniowała i synka przejął tata a ona wzięła córeczkę, najstarszy kopał akurat czyjś plecak i śpiewał więc był zajęty. Mama zaczęła córeczkę łaskotać, tatuś zaczął łaskotać synka i zaczęło się takie stereo że ludziom szczęki opadły gdyż córeczce się podobało a synkowi nie, darli się równo i zgodnie.
Mamusia popatrzyła na mnie z dumą i stwierdziła - "Są takie radosne!".
Po 40 min akustycznej radosności wysiedliśmy w Dublinie, miejski hałas był w porównaniu z rykiem dzieci jak szemrzący strumyk.
Zapytałam Trenera czy przypadkiem nie zmienił zdania i nie chciałby mieć w domu takiego dziecięcia albo trójeczki od razu.
Trener rzucił mi Popaczanie.
W domu Trener Osobisty wziął na dłoń Mysz Większą, uroczyście ucałował jej uszy i powiedział "Jesteś taka miła i cicha!".

Poza tym rzeźnik mnie lubi, pochwalę się bo jest czym.
Najwyraźniej jest tu zwyczaj, że jak się kogoś lubi to się mu to okazuje materialnie np. dodając gratis do zamówionego towaru.
Dostałam ze 3 kg kaczych łapek, nie żartuję. Patrzę w domu do torby z zamówieniem a tam kacze łapki, smętne takie i blade. Obwisłam nieco.
Idę do Trenera Osobistego, który akurat grał w salonie w Wąsy, staję obok i mówię ponuro:
 - Mam kacze łapki.
Na co Trener Osobisty spojrzał W DÓŁ i powiedział tonem pocieszającym:
 - Nie turbuj się, moja duszko, skarpetki świetnie je maskują.
No takie mam życie i nic nie poradzę.
Łapki zamroziłam, bo jedzenia nie wyrzucam z zasady, i liczę na to, że może jakoś znikną czy co albo zakocham się w jakimś nowym przepisie. Albo któryś sąsiad ujawni, że ma pieseczka co bez kaczych łapek żyć nie może. Oby.

Z nowości to Trener Osobisty kupił Myszom inną, niż zwykle, karmę. Specjalną dla dżungarków, wybraną wspólnie z Panem z Zoologicznego.
Wzięłam opakowanie do ręki i co ja paczę - w składzie są larwy jakiegoś chrząszcza. Od razu się nieco oburzyłam i pytam Trenera, retorycznie, czy może oszalał bo jak to, moje maleńkie, delikatne, wrażliwe Myszeczki miałyby jeść coś takiego? Głyyy.
Trener bez słowa wyjął takiego jednego kolesia z opakowania i podsunął pod nos Myszy Mniejszej.
Szybkość, z jaką moja subtelna, rozpieszczona Lejdysz wrąbała larwę była godna podziwu.
Następnie obie Myszy zainstalowały się w miseczkach i w pierwszej kolejności, z zawziętym wyrazem pyszczków, skonsumowały wszystkie larwy. Bardzo były zadowolone i było dużo omiatania Trenera wąsami.
Oszaleję tu może po prostu, i tak mi się zbiera od jakiegoś czasu.

O, i jeden serial zaczęliśmy oglądać, "Fringe", to takie "Archiwum X" ale z przesłaniem "jesteś, widzu, debilem, i tak będziemy cię traktować". Zaczyna się od tego, że jednemu panu odpada szczęka w warunkach niesprzyjających oraz ginie mnóstwo ludzi a potem się okazuje, że to wirus i trzeba z nim coś zrobić i do tego potrzebny jest jeden starszy pan, jego syn oraz krowa. Jest agentka FBI i romans z partnerem którego trzeba ratować a potem się okazuje, że phi, nie było warto, drań jeden, i jest jeden pan ciemnoskóry który knuje, no ale może zginie, czarni zawsze giną pierwsi.
Przez takie seriale zapewne śniło mi się wczoraj że przeprowadzałam tracheotomię na dziecięciu płci męskiej, kilkulatku, w autobusie. Za pomocą szwajcarskiego scyzoryka, długopisu i butelki po mineralnej. Dziecię połknęło bowiem piłeczkę pingpongową. Com się namęczyła to moje, no ale udało się, pasażerowie klaszczą (tak jak w tych duszaszczypatielnych opowiastkach o autobusowych bohaterach) a ja postanowiłam jeszcze świeżo odratowane młode poinfirmować wychowawczo że zrobiło głupio i niech nie powtarza. I mowię, że jak będzie połykało piłeczkę to się udusi i umrze i więcej swojej mamusi nie zobaczy. Na co pacholę rzuca lekko "nie lubię mamusi" i połyka piłeczkę ponownie.
Dobrze że budzik zadzwonił bo nie wiem, czy bym dała rady smarkacza drugi raz uratować, obudziłam się zmęczona.

Obrazeczki niezmiennie wrzucam do Miejsca na Obrazeczki, ten też wrzuciłam, i ten i mnóstwo innych.
Gratulacje dla MBF-a i Joanny, wygrali konkurs z poprzedniej notki i zamierzam ich utuczyć, taka będę.
Miłego dnia Państwu, idę wrzucać na Fanpejcz zdjęcia małych homarów z oczami.

wtorek, 15 kwietnia 2014
"Chyba go zaraz rozszarpię. Przerwał mi posiłek."

Konia-zrzędę temu, kto wie, skąd cytat. Albo słodkie coś bo konia to w sumie na zbyciu nie mam. Poważnie, kto wie, skąd  cytat, i mi powie (z krótkim opisem scenki, bo urocza jest), dostanie kaloryczne cosie różne, tylko niech mi mailem adres wyśle, będzie mógł pomarudzić że chce czekoladki czy żelki czy inne coś, nawet mu Myszy narysuję, bo umiem.
(Jest już jedna zgadywaczka i z dumą zapewnię jej próchnicę, konkurs trwa do jutra do północy powiedzmy, jeśli jeszcze ktoś zgadnie to jego też zasłodzę.)

A tytuł stąd, że oglądałam pierwszy odcinek nowego sezonu Gry o Tron i jeden smok nieco pyskował Danaerys i ją wystraszył nad martwą owcą czy o co tam się ze współsmokami pożarł. Ale poza tym dość uroczo - ten taki nowy, co dla Danaerys zabił kumpli i wyglądał uroczo jako zbój a teraz wygląda jak zawiedziony w ambicjach akwizytor, czyni jej awanse a ona udaje, że nim pomiata, co, jak wiemy, może skończyć się pożyciem. Siostrofil wrócił i nie chciał rządzić tylko tego, no, ale siostra powiedziała, że phi, trzeba było się tak z powrotem nie wlec, jeden pan straszy Sansę ale potem daje jej koraliki i dziewczynie przechodzi, Joffrey nadal niestety żyje ale ptaszki (Karolina Ty spojlaczu) ćwierkają, że niedługo jego ślub z tą krzywopyszczką panną, co rewelacyjnie zagrała w "Tudorach" a wiadomo, że w GoT ciężko czasem własny ślub przeżyć, więc może ktoś chłopaka ukili wreszcie i obniży tym samym ciśnienie rzeszy fanów. O, i Arya się bardzo rozwija i dostaje własnego kucyka i kurczaka chyba też ale tego nie jestem pewna, w każdym razie lepiej jej dać kurczaka jak zamówi, serio.

Poza tym oglądaliśmy nowego "Supermena" i wraz z Trenerem Osobistym mamy mieszane uczucia, mianowicie nie jesteśmy pewni, czy film zasługuje na więcej zduszonych "okuwa!" czy pokwikiwań wśród łez śmiechu. Pan Supermen jest męski bardzo, śliczny jak ptyś i ma spojrzenie młodej jałówki, rzewne takie, niestety pelerynka przydługawa psuje mu kilka scen walki no ale wygląd trzeba mieć. Jest mnóstwo scen tak patetycznych i bez sensu że ojapierniczę ale zasadniczo wszystko kończy się dobrze a mianowicie dewastacją kilku miast oraz własności rządowej, no ale nic to, jest panna, jest dobrze. Serdecznie rekomenduję Państwu obejrzenie ale cudów się nie spodziewajcie. Tajemnicą pozostaje to, dlaczego lecący Supermen wygląda jakby w dzieciństwie kradł mnóstwo ciastek z bardzo wysokiej półki i tak mu się utrwaliło.

Mniej mnie ostatnio bo się włóczę. Poważnie, Trener Osobisty postanowił pokazać mi okolicę i wywleka nieszczęsną mnie na eskapady w rodzaju "a teraz przejdziemy skromne kilka km bo chcę Ci pokazać, źrenico mych ócz, kanał, dwie barki i domeczek jeden śmieszny taki" i potem idę i idę a jak wrócę to nie mam siły nawet kaczki piec a wiecie Państwo, że niepieczenie kaczek rzadko mi się zdarza. Wczoraj byłam tak zmęczona że żadnej nie upiekłam.
Nawiasem mówiąc tłumaczyłam ostatnio koleżance na supertajnej grupie na FB jak piec kaczkę. Było sporo pisania i Trener Osobisty zapytał co tak piszę i piszę. Więc mówię, że piszę koleżance jak zrobić kaczkę.
- To proste. - powiedział Trener Osobisty. - Wystarczy lekko ugiąć nogi w kolanach, zgiąć ręce w łokciach, machać nimi i wydawać odgłosy.
Po czym nastąpiła demonstracja po której po prostu poszłam się tarzać.
Czyli, jak widać, u nas bez zmian i przypuszczalnie oszaleję tu wkrótce.

Możliwe zresztą, że już jest ze mną niedobrze bo śniło mi się, że hoduję strusie. Tak na dużą skalę, pełny profesjonalizm, ja zadowolona, strusiom też nieprzykro. I nagle przychodzi wiadomość, że Unia nakazuje aby od dziś strusie niosły jajka od razu opakowane w takie tekturowe otoczki żeby wygodniej było je pakować do transportu. No i się zaczęło. Przyszła do mnie delegacja strusi i mówią, że nie ma mowy żeby one takie jajka niosły bo to niewygodne jest i nadweręży im odwłoki. Więc tłumaczę, że nic nie poradzę, Unia i takie tam, i poszły z takim nieprzyjemnym wyrazem dziobów a jeden wychodząc powiedział "Taki ładny gabinet, byłoby szkoda, gdyby coś mu się stało". Po czym założyły związki zawodowe, zaczęły pisać odwołania, po zniesieniu jajka chodzić na obdukcję, potem był strajk włoski, znosiły jaja tak długo że szły potem ze zmęczenia na zwolnienia i urlopy. Ostatnie, co pamiętam, to struś przyłapany za jednym budynkiem uczący młode jak symulować, że jaja nie da się znieść.

O, i miałam Spotkanie z Rodaczką. Tzn najpierw nie wiedziałam, że to rodaczka, ale się domyśliłam. Otóż idę sobie do Sklepu za Rogiem po dymkę, bo mi wyszła, i cóż ja paczę - idzie panna bardzo ładna, ubrana w nieco może zbyt przesadna ilość cętek, panterek i złotych łańcuszków, ale wygląda na zadowoloną z siebie, włosy ma śliczne, i myślę sobie że o, nie wiedziałam, że taka ilość cętek i panterek jest modna także wśród Irlandek. Panna się zbliża, dzwoni jej telefon, wyjmuje go z torebki, otwiera ust korale i mówi:
 - Nie dzwoń, k*wa, więcej, bo po tym co odpier*oliłeś na ostatniej imprezie to cię, k*wa, zaj*bię jak psa!
Mniej więcej w tym momencie domyśliłam się, że to rodaczka.

U Myszy świetnie, Największy Mniejszyk Świata ma nową zabawę wieczorną. Mianowicie rzuca się jak oszalała do kołowrotka, robi kilka kółek po czym błyskawicznie bieży do Głównego Myszarium i ja Mam Tam Być. I kiziać, i podsunąć palec do liźnięcia. Myszka sobie liźnie i wraca do kołowrotka, i tak w kółko. Większyk już zupełnie w formie, futerko po operacji odrosło więc Mysz paczana z góry nie wygląda już jak nadgryziona ósemka. Bardzo dużo bieży i opycha się tak, że wygląda jak malutki, okrągły odkurzaczyk z futra. Śliczne są obie i bardzo grzeczne.

Obrazeczkownię uzupełniam regularnie więc nie wahajcie się paczać. Jest sporo kotów bo zbieram lolcaty dla Trenera Osobistego który lolcaty bardzo lubi. Jeśli ktoś ma jakiegoś zabawnego (kota, nie Trenera) i zechce podesłać będę szalenie zobowiązana.
Miłego dnia Państwu, postaram się pisać częściej.

PS. Pomidorki sobie kupiłam. Pięć krzaczorów z kuźwaliardem kwiateczków w sporej donicy. To nie moja wina, na stronie Lidla wyglądały skromnie i niewinnie a kto by sprawdzał rozmiar przecież. Były na liście zakupowej więc musiałam wziąć, nie można tak sobie skreślać rzeczy z listy. Chciałam jeszcze donicę z truskawkami ale Trener rzucił mi Popaczanie.

PPS. Wypadek był, pacholę spiło się, wsiadło za kierownicę i zabiło siedmioro dzieciaków. Nie spotka go żadna kara, niestety, rodziców tej porażki wychowawczej też nie, i też niestety. Bo to, ahaha, nie wina dziecka przecież. To mściwe, zabójcze drzewo rzuciło się na niewinnych użytkowników dróg.
Niektórym w wypowiedziach publicznych lepiej czasem wychodzą teksty w rodzaju "Za. Dwieście. Metrów. Skręć. W lewo".

wtorek, 25 marca 2014
Zielono mi

było w zeszłym tygodniu, kto z Państwa paczał Fanpejcz ten wie.
Ja pierniczę, ale się działo.
Jak widać na zdjęciu zielono było wszystkim a kto sądził, że nie włożę rogatej czapki i nie pomaluję sobie twarzy stosownymi kolorkami ten się mylił a na ulicy by mnie nie rozpoznał. Nawet dzwoneczki miałam na rożkach czapki a Trener Osobisty kupił sobie rękawki tatuażowe. Postanowiliśmy przejść Temple Bar od początku do końca i szybko okazało się, że na ten pomysł wpadli wszyscy obecni, czyli jakiś kuźwaliard osób, więc po prostu zaniesiono nas wraz z tłumem do jednego baru, potem do drugiego. W pierwszym ktoś złapał mnie za rożki i potrząsnął dzwoneczkami, obstawiam pana w koszulce z napisem "Może nie jestem Irlandczykiem ale potrafię pić jak oni".
Piwo zamawiało się miotając się szaleńczo żeby zwrócić na siebie uwagę barmana i pokazując ilość sztuk - barman i tak niczego nie słyszał więc nalewał to, co chciał, w ten sposób wszyscy w pierwszym pubie pili Guinessa, nikt nie narzekał. Albo nie było słychać, jak narzeka, więc pf.

W pubie drugim zyskałam nieoczekiwanie koleżankę, mianowicie, jak się okazało, small talk jest wymagany nawet, jeśli stoi się w kolejce do łazienki. Wpadło dziewczę, ucieszyło się, że mnie widzi, po czym przez dobrych kilka minut opowiadała coś przezabawnego, niestety po irlandzku, więc aby nie zawieść oczekiwań śmiałam się serdecznie w tych samych momentach, co ona, walcząc jednocześnie z chęcią odkrztuszenia jej w celu uratowania życia. Bardzo ją nasze porozumienie cieszyło i wyszłam czując się jak Najlepszy Słuchacz Świata.

W powrotnej drodze w autobusie jechała z nami pani, która stanowczo przekroczyła normy spożycia alkoholu. Jest takie określenie "pijany w trzy dupy" - ona oscylowała już wokół czwartej i nie wyglądała, jakby planowała na tym poprzestać. Pokłóciła się z kierowcą o koszt biletu po czym przysunęła się boczkiem do nieszczęsnej mnie i zaczęła coś opowiadać. Mieszanka jej wersji angielskiego i spożytego przez nią alkoholu dały w efekcie interesujący, nieco piskliwy szum, ograniczyłam się znów do potakiwania z uśmiechem. Wyzwierzana solidnie pani uznała, że będzie robiła za komitet pożegnalny przy drzwiach - poważnie, stała tam, nieco chwiejnie, i głośno życzyła wysiadającym spokojnej nocy i żeby na siebie uważali i dobrze spali. Pan kierowca wyglądał na zrezygnowanego.

Poza tym szlifujemy umiejętność porozumiewania się z miejscowymi. Lata nauki angielskiego można sobie w kieszeń wsadzić jak się człowiek zetknie z taką nawałnicą dialektów, akcentów i idiomów. Trener Osobisty przeżył niedawno interesujące spotkanie z Lokalnym Sprzedawcą. Wybrał się mianowicie po piłkę włosową i nie uzyskawszy powyższej zapragnął dowiedzieć się gdzie w naszej okolicy da się takie coś kupić. Lokalny Sprzedawca podał Trenerowi adres.
Trener nie zrozumiał Lokalnego Sprzedawcy.
Po kilku próbach dojścia do porozumienia panowie ustalili, że Trener po prostu sobie adres dla pewności zapisze.
Trener zapisał i pokazał Lokalnemu, co zapisał. Lokalny starannie się zmarszczył, pokazuje jedną z zapisanych Trenerem liter i mówi, że to nie ta, ma być inna.
Mianowicie "łoj".
Poważnie, "łoj".
Trener przywiądł bo takiej literki nie znał. Po kilku próbach Zmarszczony Lokalny wyjął z ręki Trenera notatnik i sam męskim ruchem literkę łoj zapisał.
Było to A.
Dziwię się, że Trener Osobisty po prostu w tym sklepie nie oszalał, ja bym oszalała raczej.

W zasadzie niewiele mi brakuje.
Doznałam czegośtam stopy prawej więc jak chodziłam to bolało. Po przeanalizowaniu swojej diety uznałam, że produktów zawierających wapń spożywam niezwykle mało więc może przez to mi stopa ryksztosuje. Pytam więc Trenera Osobistego który akurat grał w Wąsy*:
 - Jak myślisz, czy mogę mieć niedobór wapnia?
I słyszę odruchowe:
- Oczywiście, kochanie, że możesz mieć jeśli naprawdę chcesz!
No i tak to u nas wygląda.

O tym, że przyłapałam Trenera (baryton) na śpiewaniu Myszy Większej "Ten Myyyyszek staaary niiiiby świaaat..."** nie wspomnę nawet bo nie chcę mieć stóp odkizianych. Mysz zignorowała przytyk bo akurat jadła szóstą Kolację. Jest już znowu tak puszysta, jak była, uszka ma bardziej nastroszone i zrobiła się szalenie towarzyska. Jest dużo bieżenia i omiatania nas wąsami.
Mysz Mniejsza po zyskaniu rozmiarów Większej zrobiła się nagle bardzo zajęta i poważna oraz rzuca spojrzenia sugerujące otoczeniu, że wbrew faktom to nie ona jest tu śmiesznym puszeczkiem i że jeśli ktoś myśli, że ona, Mysz, nie zdemoluje Myszarium w minutę to proszę bardzo, ona właśnie pokazuje, jak bardzo się mylił. Otoczenie musi potem sprzątać, oczywiście. W rewanżu Mysz odlizuje mu palce i nos.

Pytacie Państwo w mailach (odpisuję z opóźnieniem ale odpisuję) o pogodę, czy faktycznie na wyspach ciągle pada i pada. Na sąsiedniej nie wiem, jak jest aktualnie, ale tutaj pada rzadko, przeważnie jest słonecznie. Ze dwa dni były takie że napierniczało mewami po kątach (nie wiem, po co one w taką pogode wylatują, może tu są jakieś limity i mewa musi swoje wylatać, deszcz nie deszcz) ale zasadniczo nie ma się czego uczepić. Bywają zaskakujące zwroty akcji, np. w pełnym słońcu wchodzisz do piekarni po babeczkę a wychodzisz w niewielkie, lokalne gradobicie, ale to rzadkość.
(Co do ptaków - pamiętacie Państwo może sroki-psychofanki które się na mnie w Polsce darły na moim własnym balkonie? Przyleciały tu za mną i nie żartuję, przyłapałam je na trawniczku. Tym samym wracam do idei wykwiczenia dwururki na jakąś okazję, imieniny mam niedługo, dwururka będzie bardzo na miejscu.)
Lokalnej kuchni nadal nie poznałam - jeśli nie liczyć Guinnessa którego jestem już świadoma. Kupiliśmy też Pringlesy z octem - nie rozumiem ich fenomenu, czyps jak czyps. Jeśli macie sugestie czego powinniśmy spróbować to proszę się nie wahać i pisać.

Mam dla Państwa, jakkolwiek nietypowo to brzmi, słoninę, patriotyzm oraz cicika filutka. I takie coś do poczytania.

 

*gra Wąsy naprawdę nazywa się Jewel Legends i polega na eliminowaniu rzędów kryształków. Niektóre mają na sobie wskazówki zegara wyglądające jak latające wąsy więc nazwa gry jakoś się sama zmieniła. Teksty w rodzaju "chciałabym dostać wreszcie jakieś wąsy" czy "straciłem dwie pary wąsów!" są na porządku dziennym.

** - melodia, wiadomo, stąd

poniedziałek, 10 marca 2014
"W Koloseum, jak wiadomo, walczyli gladiatorzy a potem wychodziły lwy i ich zjadały"

Brakuje mi "Dziewczyn Playboya", tylu mądrych rzeczy się mógł człowiek dowiedzieć a tu puchy.
To dlatego że nie wiem jeszcze jak się nowy telewizor włącza a jak się staram pamiętać, żeby przypomnieć Trenerowi, że mi to ma pokazać tak, żebym zapamiętała, to zapominam. Ale jak już włączę to może sobie znajdę coś rozwijającego.
Na szczęście mam XBMC, książki i Myszy z czego te ostatnie tłuką się jak oszalałe.
Mniejsza jest tak puszysta że zrobiła się większa niż Większa, dzięki temu mamy teraz mniejszą od Mniejszej Większą oraz większą od niej Mniejszą. Śliczne obie i bardzo wesołe. Mniejsza nauczyła się zagłuszać nam wieczorne oglądanie filmów - poważnie, jeśli nie przyjdziemy i nie spełnimy życzeń (brokuł, kizianie) tłucze się tak, że np. we wczoraj oglądanym drugim "Thorze" (stabilny emocjonalnie blondyn niedoposażony w kwestii oczu nadal w formie, przypakował chyba ale i tak wszyscy kwiczą za Lokim który jest śliczny i nerwowy) Frigga powiedziała do tej tam, niuni bladej wybrance boga "Chodź ze mną turrr turr turr turr turturtur piiiisk!". Mój rozwój kulturalny cierpi.
Zaczęliśmy oglądać jakiś serial o detektywach, jeden dużo przeklina, drugi jest smętny a wokół interesująco umierają dziwki, oraz "Bates Motel", reżyser od razu pokazał, o co w tym wszystkim chodzi, inni pierwszego trupa wywlekają nieśmiało dopiero po kilku odcinkach a tu proszę, pan był niemiły więc się go imhumowało i tyle. Jeszcze "Vikingów" zaczęliśmy ale ponieważ polubiłam głównego bohatera więcej na razie nie obejrzę bo jak mu się coś stanie to się wścieknę chyba, już mu zaczął nibytonajlepszy kumpel koło pióra robić, źle się to zapowiada a kumpel wygląda na cieszącego się dobrym zdrowiem, niestety. Wolę oglądać tych, co ich za bardzo nie lubię.

Ponieważ jesteśmy na wyspie w pobliżu występuje morze i jest go sporo. Pojechaliśmy wczoraj sprawdzić, jak dużo, oraz wykonać zadeklarowane przeze mnie grzebanie stópką w piaseczku.
Sprawa się rypła trochę gdyż trafiliśmy akurat na plażę kamienistą, no ale jakoś ten dołek butem zrobiłam a Trener wykonał mi słitfocię. Zademonstruję potem jeśli minie mi poczucie obciachu.
Nad morzem jest promenada, niezbyt długa ale i tak dostarczyła nam wrażeń, mianowicie spotkaliśmy Polaków. I nie powiedzieliśmy im o tym, że też jesteśmy Polakami, bo przeszkodzilibyśmy im w wygłaszaniu bardzo głośno tego, co akurat mieli do wygłoszenia.
W jednym przypadku pani usiłowała zagłuszyć wiatr rycząc do przybocznego pana "Palysz?! Jak to nie palysz, widziałam, jak palysz! Od kiedy nie palysz?!" ale drugi przypadek był bardziej rozrywkowy. Szły mianowicie panie, ze cztery, i pan. I jedna z pań, szczupła, usiłowała zaimponować otoczeniu mówiąc, że była na rowerze, jeździła dzielnie i rzetelnie się zmęczyła. Nie zachwyciło to koleżanki (o rozmiarach, na oko, ze czterech kardaszjanów) gdyż postanowiła poinformować pół promenady o tym, że jej stosunek do jazdy na rowerze jest negatywny w wyniku odniesionego urazu i nabytej w efekcie poważnej traumy. Mianowicie pani przystanęła, sapnęła i bardzo głośno oznajmiła:
"Ja tam na rowera więcej nie wsiądę, ni ch*ja! Jak ostatnio wsiadłam to masakra jak j*błam!"
Po tym, ile osób się odwróciło i wywróciło oczami oceniliśmy, że rodaków na promenadzie było sporo, pozdrawiam Państwa serdecznie, ładną pogodę mieliśmy tylko wietrznie nieco chwilami.
Byliśmy także w morskim akwarium, reklamującym się jako największe w Irlandii. Rozmiar powyższego pozwolił nam wysnuć wniosek, że pozostałe krajowe akwaria to raczej nieduże baniaczki albo po prostu spore słoje.
Atrakcją miało być karmienie dużej ośmiornicy ale urocze maleństwo akurat spało w swoim malutkim pomieszczeniu. Podobno ośmiornica ta ma nawet imię. Ciekawe, gdzie je trzyma. Za dodatkową opłatą pani przewodnik pokazała grupie zainteresowanych pomieszczenia gospodarcze, rybi gabinet lekarski (dla ryb a nie że jest tam jakiś doktor ryba, no skąd) i trochę rekinów. Uspokoiła jedną strwożoną młódkę że rekiny nie jedzą ludzi tylko makrele* a ludzi to w sumie nawet za bardzo nie lubią. Rozumiem rekiny, nie da się przecież lubić wszystkich ludzi, sama lubię tylko niektórych.

Wcześniej byliśmy obserwować się z jeleniami, być może widzieli Państwo na Fanpejczu. Jak się okazało jest w lokalnym megaparku także spore Zoo a w nim np. surykatki. Bez obaw, nie zamierzamy mieć dzieci jak Beyonce, pójdziemy po prostu pozwiedzać.

Cykorię wreszcie udało mi się kupić, Myszy zachwycone.

O, o reklamach miałam napisać.
Na autobusie reklamowała się jakaś stacja radiowa. Sloganem "Lepiej posłuchać nas niż partnera...". Z jakiegoś powodu bardzo spodobało się to Trenerowi ale potem uznał chyba, że jednak chce jeść do końca życia domowe obiady i się uspokoił. Mnie za to ujęło za serce przypadkowe umieszczenie dwóch reklam na murze w jakiejś dzielnicy nieopodal, jeśli zdążę wrócę zrobić zdjęcie.
Mianowicie na górze reklamowała się agencja towarzyska, że panie ładne, że spełniają życzenia, full serwice, ceny okazyjne i promocja w dodatku. A zaraz obok plakat informował, że "Dostaniesz pieniądze nawet, jeśli twój koń dojdzie jako drugi!" - trochę niefortunnie się punkt obstawiania wyścigów konnych dokleił.

Obrazeczki niezmiennie dorzucam do obrazeczkowni więc kto zagląda powinien być zaspokojony w kwestii śmiesznostek i kotów. Idę skończyć tego "Thora", brzydki pan właśnie zaatakował i trup ściele się gęsto, miłego wieczoru Państwu.

PS. Żeberka tu w jednym pubie robią takie że spróbowawszy nieco (bo sobie wzięłam rybkę i zielone, jak dama, następnym razem koniec z damością, chcę żeberka) wydałam entuzjastyczne "Mhrrrmmmmpf!"- co Trener Osobisty skomentował "Brawo, umiesz już mówić po irlandzku!". Pf.

 

* w sensie nie że makrele jedzą ludzi, chyba że coś źle zrozumiałam, tylko że rekiny ich nie jedzą. Ludzi nie jedzą. Makrele jedzą. Ludzie nie, makrele tak. Chyba, że makrela jest bardzo duża i zdesperowana a człowiek wyjątkowo anemiczny i mięciutki, tak myślę.

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 53