Tagi
squirk77@gmail.com
RSS
piątek, 07 października 2011
"Żona ukradła kota kochance męża"
Tytuł z niezawodnej gazety.pl, oczywiście.
"Mogli się zabić, a tylko się poobijali" też. Taka szansa, grzech nie skorzystać, a oni się tylko obijają - redakcja naprawdę potrafi przekazać emocje, nie wiem, jak Wami, ale mną targnęły.

Mamy złotą, polską jesień, w związku z powyższym deszcz napiernicza zdrowo od wczoraj, jutrzejsza garage sale zapowiada się bajecznie.
W dodatku ani kropli rosołu w domu nie mam, a to naprawdę może dobić. Nie no, pójdę i zrobię, wiadomo, ale to potrwa, tak? Więc sobie będę póki co siedziała taka trochę dobita.
Może kolczyki jakieś zrobię - proszę trzymać kciuki za bigle, żeby dziś dotarły, inaczej będę mogła te kolczyki najwyżej do uszu przyklejać.

Dynia leży i czeka, pająki gdzieś polazły, winter is coming.
A kolejne części "Pieśni Lodu i Ognia" dopiero za jakiś rok, tak? Kto też się kocha w Jasonie Momoa? Czekam na "Conana", scenariusz średnio do mnie przemawia, ale Jason bardzo. Tak bardzo, jak nie przemawia postać księcia Joffrey`a, choć jestem pod wrażeniem tego, że reżyserowi udało się wyszukać aktora tak pod każdym względem paskudnego.

Na wypadek, gdyby mąż tu zajrzał oświadczam, że wręczenie mi wszystkich tomów "Pieśni" zostałoby przyjęte z entuzjazmem. Zimę spędzę bowiem na szezlongu, szydełkując, rozwijając się czytelniczo i ogrzewając sobie dłonie ciepłą Myszą.

Z ostatniej chwili - trochę mi się humor poprawił, uwielbiam takie wątki, ja pierniczę, prze-cud-ne.

czwartek, 06 października 2011
A kisz, a kisz.
Zapasteryzowałam te kiszone na wszelki wypadek, ale jeden słoik zostawiłam i obserwuję nieufnie, Matka Staruszka kazała pianę zebrać i nie mirmiłować, bo nic im nie będzie - ale ona nie ma mojego pecha, tak? Idę, sól wyrzucę, może mi się jakość życia poprawi jak, mam nadzieję, panu z poprzedniej notki.

Upiekłam dynię i wyszła mocno takase, dla równowagi marynowana cukinia wyszła rewelacyjna, gdyby komuś przypadkiem leżała odłogiem duża cukinia (bo to takie nagminne, nieprawdaż, cukinia w każdym domu) to chętnie przygarnę i przetworzę.

Zgodnie z zasadą "kurz nie rzuca się bardzo w oczy, jeśli jest wszędzie" skupiam się na wszelkiej działalności dalekiej od sprzątania. Na przykład na rozważaniach filozoficznych odnośnie ścierki. Małżonek drogą wymiany towarowo-pieniężnej nabył bowiem "ścierkę popularną" - czy to znaczy, że są też ścierki niepopularne, odrzucone, wyalienowane przez okrutną populację  ścierek? Czy leżą teraz w ciemnym magazynie i nikt ich nie kupuje? Precz z dyskryminacją ścierek!
Oraz, nadal, z muchami - jak się okazuje nie tylko ja miewam kłopoty, Salon Slytherin też bywa zmuszony. Gdzie jest Hardodziobek, kiedy go potrzebujemy?

Chleb upiekę, z przyjemnością, bo dla bardzo lubianej sąsiadki.

środa, 05 października 2011
Mąż, kiszone i sposób na uniknięcie pecha.
Zacznę od tego sposobu, bo  Mąż też oka nie męczy, a i kiszone niebrzydkie, ale tylko sposobem na niemanie pecha mogę się podzielić, chyba, że się ktoś na kiszone wybierze, ale komu by się chciało w taką pogodę.
Otóż na polecanym już blogu jest pan, który odrzucił sól, bo sie boi, że ją rozsypie i zapeszy.

O mężu natomiast miałam, bo mnie osłabił trochę dwa dni temu i mi się przypomniało. Mianowicie wybieraliśmy się na kolejne z serii "ostatnich pożegnań lata", a zmywarkę mamy programowalną. Więc mówię "Mężu, przygotuj zmywarkę".
Mąż przygotował.
Mianowicie podszedł do zmywarki, poklepał ją po froncie i powiedział czule "Wiesz, wychodzimy, ale nie martw się, bo wrócimy, a przez cały czas będziemy o Tobie myśleć".

Na kiszonych zrobił się puszek, pianka taka, pachną zdrowo i świeżo, ale martwi mnie ta pianka. Jakieś sugestie? Póki co zebrałam i łypię nieufnie. Może zapasteryzuję alboco, sa już przyzwoicie ukiszone, a szkoda byłoby je zmarnować.

Ktoś reflektuje na krokodyla i kisząkę?

Brahdelt - bardzo dziękuję za przekazane pyszności, zacznę od tych okrągłych i czekośliwki :-))

"Spasiony szatan szalał pod ministerstwem"
Tytuł z głównej strony gazety.pl, oczywiście. Na deser lekutko otłuszczona Britnej w kabaretkach.

Mysz wzięła udział w akcji "Napusz się, nastrosz i obraź", po czym zjadła tonę pestek i wypadła z miseczki na grzbiecik, zrobiłam fotkę na dowód, jak mi kiedyś podpadnie to ją publicznie ośmieszę. Mysz, nie fotkę, oczywiście.

Niżej podpisana wzięła udział w akcjach "Rozdaj sąsiadom fasolkę po bretońsku" oraz "Oparz się wrzątkiem, bo rozproszyła cię drąca dziób sroka", przy czym udział w akcji nr 2 był zdecydowanie nieplanowany.

Pytanie do pań - czy Wasi mężowie sikają w domu na stojąco? Zdaje się, że może to być zupełnie poważną kwestią. Wspominałam, że kocham fora? Pewnie wspominałam.

"Lucek, ja tu jeszcze wrócę", idę bigle dokupić, kolczyki same się nie zrobią, a szkoda.

wtorek, 04 października 2011
Każdy dobry uczynek zostanie przykładnie ukarany.
Była tu ponura, marudna notka, ale z Wami się tak nie da, co? Ale żeby dzwonić w sprawie notki na blogasku, no co Wy, nie umieram, bywają w życiu górki i dołki, ja miałam dołka ;), bywa. Niemniej dziękuję za troskę i tak, tak, obiecuję, że zjem kolację, mogę przy świadkach albo mąż zaświadczy, żeby nie była moja krzywda. Zjem i może nawet przytyję. Mąż musiałby mnie wtedy, gdybyśmy mieszkali w Danii (i w społeczności kanibali), opodatkować jako produkt o wysokiej zawartości tłuszczów nasyconych.

Co do męża - dostałam salami. Ma fantazję chłopak, sami przyznajcie.
Tusz do rzęs mi się kończy, podsunę mu (mężowi, nie tuszowi) pomysł, zanim wyda wszystko na kiełbasy, spirytus i części do blendera.
Pogruszki.
Powyższe nie moje, mam szczęście do wpadania na perełki na forach itp.

Mysz zaprezentowała mi się dziś w opcji Myszka-Towarzyszka. Wbiegła mi na dłoń, rozpłaszczyła się i czekała na głaskanie - nie od razu zorientowałam się, o co chodzi, więc zostałam pacnięta łapką. Mysz jest, przypominam, wielkości zapalniczki, więc suponuj sobie, Pamiętniczku, jak wielka łapka mnie pacnęła. Mysz należycie wygłaskana, zjadła tonę pestek i śpi na głowie, tak ma, co poradzę.

Z nowości to nadal nie ruszyłam dyni, oczywiście (Brahdelt swoje przerabia, trochę mnie to motywuje - trochę, zaznaczam, nic przesadnego). Oraz przestałam jeść, stres robi swoje, ale nadal gotuję, żeby nie było, że mąż głodny chodzi.

Nic pewnego, ale ostrożnie rozważam przeprowadzkę, temat pojawił się kilka razy, ale teraz chyba mam coś w rodzaju planu - a na razie przede mną tylko wyjazd na kilka dni, muszę zatrudnić myszsitterkę.

Idę, odkrywam uroki wire-wrappingu, muszę ćwiczyć.

poniedziałek, 03 października 2011
"Sąsiad - owszem, wypić można. Lecz to sąsiad - brat to brat"
Dementuję pogłoski, jakobym wróciła na swoją planetę czy rezygnowała z blogaska, dziękuję za troskę, niemal nic mi nie jest - był imprezowy piątek, spokojna sobota i towarzyska niedziela, poza tym bez zmian. Noo, z jedną zmianą, ale nic to, grunt to nie powtarzać błędów.

Mysz w formie, pająki zdrowe (mieliśmy wczoraj sąsiedzką debatę na temat zrobienia im domków na zimę), mąż opuszcza mnie tym razem i w weekend, i we środę, ale dostałam w prezencie kolejną część do blendera, więc bardzo nie marudzę.

Nie tylko ja kupiłam (tak, znowu) dynie (tak, więcej, niż jedną) - Brahdelt też szaleje, miło o tym czytać, dynie są wspaniałe (jeśli się o nich przypadkiem nie zapomni, bo robią się mniej wspaniałe). Brahdelt, dziękuję za miso, spodobała się.

Tytuł notki wyłącznie z powodu szczerej miłości do Kaczmarskiego, oczywiście.

piątek, 30 września 2011
Flustracja.
Zgadnij, drogi pamiętniczku, jaki widok powitał mnie o poranku w salonie.
Tak, wielka, błyszcząca mucha przechadzała się z godnością po parkiecie. Może w ciąży była. Była, zaznaczam, bo dyżurne szmaty mam już profilaktycznie porozkładane wszędzie i jedna się jak raz przydała.

W związku z powyższym (oraz brakiem stosownej ilości węglowodanów pod ręką) sugeruję unikanie mnie dziś dla własnego dobra.

PS. Tytułowa "flustracja" to jedno z moich ulubionych słów wypatrzonych na forach dyskusyjnych. Pierwsze miejsce niezmiennie zajmuje "niezazbytnio", ale "natentychmiast" i "spółczuję twoim dziecią" trzymają się mocno na pozycjach.

PS2. Zgodnie z obietnicą złożoną tutaj kupiłam kalendarz z Kotem Simona na 2012 - głównie przez ten obrazek z wkurzoną myszą na patyku, będę go oglądać codziennie (z małymi przerwami na łypanie w poszukiwaniu much).


czwartek, 29 września 2011
"Uwaga na zdradziecki poczęstunek"
czyli wyjątkowo chory pomysł. Po namyśle - nie tak znów wyjątkowo, niektórzy tak mają i nic nie zapowiada zmian, w każdym razie nie na lepsze.
Nie wiem, czy się śmiać, czy płakać, więc pozostanę w stuporze oraz leciutkim wkurwie z okazji inwazji much. Było ich łącznie kilkanaście, wentylacja nie wykazuje oznak zepsucia, więc źródło much nie zostało wykryte, żadnej żywności nie trzymam poza lodówką, wszystko świeże, nic nie miało szansy się zepsuć i zwabić. Jeśli sytuacja powtórzy się jutro od razu zastrzegam, żeby mnie unikać, już dziś warczę i łypię.

Bigos testowany na mężu i Zaspanej, zgodnie kwiczą, więc humor mam nie do końca fatalny.

Idę, pracowity wieczór przede mną.
"Co większe muchy"
Źli ludzie wpuścili mi do mieszkania muchy, sztuk dwie. Nie cierpię much i generalnie do owadów mam stosunek mocno nieobojętny, a motyli i ciem się boję - wystarczy obejrzeć je pod mikroskopem, żeby też się bać.
W związku z powyższym spędziłam upojny kwadrans uganiając się za muchami na pełnym wkurwie i ze szmatą, która, że tak to oględnie ujmę, finalnie zniechęciła muchy do przebywania w moim mieszkaniu (i każdym innym miejscu na świecie).

Poza tym nuda, robię bigos na 30 osób, Zaspana miała taką fantazję, to jej zrealizuję, cóż mi szkodzi. W planach na dziś mam także posprzątanie mieszkania (odmuszonego), ale nie będę się przy tym jakoś bardzo upierała, zmęczona jestem.

Tytuł notki proszę sobie wygooglać i przeczytać, opowiadanie rzadkiej urody.

PS. Szlag by to, trzecia mucha, idę w bój.

PS2. 3 min później, od niechcenia - Tadaaaa..!

PS4. Są jeszcze dwie. Niech mi ktoś powie jakim cudem, skoro w każdym oknie mam moskitierę.


Tagi: bigos Muchy
15:27, squirk
Link Komentarze (5) »