Tagi
squirk77@gmail.com
RSS
czwartek, 27 lutego 2014
Twarde są Myszy chociaż bardzo mięciutkie.

czyli dziękuję Państwu za zaglądanie na Fanpejcz, miłe słowa i kciuki. Magiczni jesteście alboco bo Mysz wybudziła się z narkozy i od razu chwiejnym nieco kroczkiem udała się wrąbać rzetelnie zawartość miseczki i kontynuuje to do dziś tylko kroczek wrócił do normy, jest sporo bieżenia i demolowania. W sobotę kontrola i mam nadzieję, że to koniec mysich przygód ze służbą zdrowia, przemiła jest nasza pani doktor i fachowa ale kaman.
(U Pratchetta jest 71-godzinny Ahmed, dobrze pamiętam? Jak zrobię zdjęcia zaprezentuję Państwu 199-eurową Mysz. Powrócił plan założenia elektrowni chomiczej, mogłyby bieżeniem przynajmniej sypialnię oświetlić. Trener nazywa Większyka "swoją najdroższą Myszeczką". Większyk nieco sobie Nie Życzy w przerwach między Kolacją, Kolacją i Kolacją.)

Ponieważ pytacie Państwo jak mi się tu żyje od razu mogę napisać, że bardzo mało ostatnio śpię ale zdaję sobie sprawę, że nie tego pytania dotyczą, więc napiszę, co już wiem.

Zaczęło się od tego że miałam przejść przez ulicę i doznałam niewielkiego szoku. Nie żeby tu nie było sygnalizacji świetlnej bo jest jak najbardziej, sprawna i wogle. Tyle, że jest raczej dla kierowców - piesi uważają ją jedynie za delikatną sugestię do ewentualnego uprzejmego rozważenia.
Nie muszę chyba dodawać że nikt nie rozważa i cokolwiek się wyświetla nie ma znaczenia jeśli akurat nic nie jedzie. A jak akurat jedzie to co tam, najwyżej zwolni albo się zatrzyma. No i z prawej nadjeżdża, potrzebowałam kilku dni żeby przestać jak jakiś łoś wypatrywać autobusu z kierunku, z którego nie miał zamiaru nadjeżdżać. Czułam się na przystankach jak upośledzony słonecznik, wszyscy w prawo tylko nie ja.

Po prawie m-cu przestałam słyszeć irlandzki jako usiłowanie wykrztuszenia dużej pyzy przez gruźlika i potrafię już powiedzieć "następny przystanek" i "Dublin" i parę innych ale pojęcia nie mam, jak ludzie rozumieją całą resztę. Dla kogoś, kto nie zna irlandzkiego, absolutnie nie jest jasne co usiłuje mu przekazać np. pan z transparentem stojący pod jakimś budynkiem. Może być to wezwanie do dotacji na kulturalne cośtam, do skorzystania z promocji na owcę w cenie połowy owcy albo do oddania panu pieseczka który gdzieś tu biegał a teraz wsiąkł, przewidywana nagroda.
Reasumując - kota dostanę zanim się irlandzkiego nauczę a Trener niezmiennie się na kota nie zgadza.
Ale spróbuję.

Tak, w przeliczeniu na złotówki jest dość drogo. Żeby uniknąć szoku lepiej tu przyjechać i już zostać.

Nie, Irlandczycy nie chodzą wciąż narąbani jak stróż w Boże Ciało i nie śpiewają na ulicach przebrani za zielone skrzaty - chyba, że to Dzień Świętego Patryka, wtedy trochę tak i sama też chcę czapeczkę, aktów jakiegoś szaleńczego upojenia nie zaobserwowałam dotąd. Chcę też taki hełm z rogami jak widzieliśmy kilka dni temu, jechała cała wycieczka ludzi w hełmach w piętrowym odkrytym busie. Postanowiłam sobie go wyszukać, polecam wrzucenie w Google Grafika "horny viking helmet" (jeśli u Was pierwszym wynikiem nie jest maleńka myszka w hełmie to coś zepsuliście bo powinna być. Proszę naprawić i zobaczyć maleńką myszkę).

Wszyscy są bardzo mili. Bardzo. Bardzo bardzo. Cieszą się, kiedy coś się człowiekowi uda i pomogą albo przynajmniej pocieszą, jeśli nie. Jest jakoś tak spokojnie ogólnie, odpukać, oby tak dalej.

Nie, Trener Osobisty nie przyjechał pracować na jakiejś wielkiej budowie, dwie osoby o to pytały i nie jestem pewna, o co chodzi. W każdym razie nie. Więc nie pomoże także w zalezieniu pracy. Zwłaszcza na budowie, na której nie pracuje. Żeby nie było, że się opiernicza i rączek nie używa - regał mi zmontował, śliczny jest.
Regał też niepaskudny.

Mieszka mi się dobrze, dziękuję, choć kuchnia jest mała a pod oknem ktoś posadził kwiaty o lekkim aromacie jaśminu z lawendą i moczem.
Po mniej więcej tygodniu odkryłam,że niewinne kwiateczki wzięły na siebie wyłącznie tę lawendę i jaśmin a subtelny dodatek uprzejmie zapewnił Pierwszy Kot Sąsiedzki. Na szczęście, jak zaobserwowałam, wygodniej mu się mikczy pod oknem Sąsiada Co Pali. Palenie robi człowiekowi źle bardziej wszechstronnie, niż sądziłam.

O lokalnej kuchni niczego nie powiem bo jej nie próbowałam, z konieczności i w biegu pierwszym daniem na nowej ziemi była jajecznica zrobiona moimi białymi rączkami a na mieście jakieś chińskie coś z krewetkami. Jestem świadoma istnienia potraw takich jak "irish stew" czy rozmaite "pies" ale nie miałam okazji spróbować, mieszkam tu dopiero czwarty tydzień.
Za to wszędzie jest cydr, mnóstwo, i chipsy z octem. I steki, i owce.
Kaczki też mają, kamień z serca. Miałabym kłopot ze sprowadzaniem.
(Trener Osobisty z niewyjaśnionej przyczyny zakrztusił się a potem odmówił kiedy zażądałam przeprowadzki do większej kuchni bo "w tej mieści mi się tylko jedna kaczka". Ma inne priorytety chyba. Pf.)

Dobra, teraz będzie poważnie bo chodzi o ból, cierpienie i obrażenia duże i małe.
Czy u Was w domach, jak dziecko się czymś dziabło albo oparzyło to mama biegła na pomoc i pocieszała, że to tylko małe ziazi?
Ziazi, podkreślam. ZIAZI.
Bo u Trenera Osobistego, nad morzem, nazywało się to ałka.
Ałka, ja pierniczę. Jak można nazywać ziazi ałką.
Potrzebuję głosów poparcia bo mieliśmy dyskusję nr 8767546 na ten temat. Trener się czymś dziabnął w kolano i bezczelnie twierdzi, że to ałka. Tłumaczę, że to ziazi, ale nie dociera, on ma ałkę i tyle.
Rozważam, czy by tu może nie oszaleć jakoś na dniach. Na razie muszę zostać stabilna bo Mysz ma ziazi, ale potem hoho, może być różnie.

Idę sobie zrobić smoki bo wychodzę niedługo a Państwa zostawiam z obrazeczkownią założoną jako mój wyraz wdzięczności dla Was za trzymanie tak skutecznych kciuków za Większyka. Który ma, rzucam to nonszalancko i od niechcenia, ziazi na boczku. Ale czuje się coraz lepiej.
Miłego dnia Państwu, idę polować na zwykłą, najzwyklejszą mąkę. Bo tu wszędzie jest taka samonapuszywająca się. Mam już źródło buraków, teraz szukamy cykorii.

PS. Mam bardzo dużo buraków, jakoś. Oczekuję propozycji.

PPS. Znów znaleziono blog po "przepis + tiramisu", znalazcę przepraszam. Rób to, co ja, efekt gwarantowany.
Przypuszczam, że osoba która wpadła tu szukając zestawienia "kot + BDSM" oraz "pettingu" (jak ci nie wstyd, pozdrawiam) też doznała zawodu. Skasowałabym tagi ale jest ich strasznie dużo a ja leniwa więc zostają.

PPPS. Mysz Większa właśnie wstała i poszła do głównej klatki z miną "kostka mineralna sama sobą nie pieprznie." Mniejszyk śpi na uszach i drga jej jedna łapka.
Mam najwspanialsze Myszy świata.
Kto twierdzi inaczej będzie miał ziazi.
Albo ałkę jeśli to Trener dorwie go pierwszy.


wtorek, 18 lutego 2014
New Mice on the Block.

Mija drugi tydzień, czasu nie mam bo wciąż wizyty w domach zamożnych mieszczan, rauty w ambasadach, Państwo rozumieją...Żartuję, ozapierniczałam się jak bury Reks przy rozpakowywaniu kartonów i wstępnym ustalaniu gdzie co chcę mieć. Póki co nadal po ryż i sos sojowy spaceruję do wielkiej komody podmysznej (bo na niej stoją Myszaria) i jeszcze nie mam dodatkowej szafki w kuchni bez której to szafki jest kiepskawo bo kuchnia jest naprawdę nieduża. Mieszkanie walnęli na pół piętra ale kuchnia jak dla dwuleworęcznego singla, pf.
Za to projektant bez problemu zmieścił na najwyższej półce 3 kolorowe, drewniane koty o pyszczkach wyrażających emocje charakterystyczne dla istot po spożyciu czegoś nielegalnego a samą półkę uczynił nieosiągalną dla osób o normalnym wzroście. Tym samym powstała Kocia Półka bez Sensu.
Natomiast mam pierwszą w życiu mikrofalówkę i takąż paczkę popcornu mikrofalówkowego, zamierzam doprowadzić do zetknięcia tych obiektów przed wieczornym oglądaniem kolejnego Szerloka.

Miało być o Myszach.
Otóż Myszy, drogi Pamiętniczku, po prostu tu oszalały.
Zachowują się, jakby wreszcie dotarły tam, gdzie przez całe małe, szare życie dotrzeć chciały więc teraz mogą spokojnie biegać z łopotem uszek i demolować Myszaria na skalę dotąd niespotykaną.
Zwłaszcza Mniejsza dostała kota. Odkrył mianowicie ambitny puszek że jeśli bieżąc w kołowrotku pod koniec zwolni i mocno zatupka to kołowrotek wyda dźwięki głośne i niepokojące. Więc zwalnia.
Z jakiegoś powodu najbardziej bawi to Mysz między 5.30 a 6.00 rano - wtedy, podpowiem, śpi się miło i głęboko. Chyba, że mieszka się z nami, to wtedy nie.
Mysie łomoty stały się przyczyną tych zabawnych, małżeńskich dialogów o świcie, takich jak:
 - Idź z nią porozmawiać, ja już byłam!
 - Ale mnie ona aż tak nie przeszkadza...Popatrz, jeśli położysz na głowie największą poduszkę i bardzo się skupisz to da się zasnąć, pacz...
- To wspólna Mysza! Ja już byłam negocjować, kiziałam, dałam ziarno i nic, może Ciebie posłucha.
- Moja połowa Myszy może sobie biegać...
W końcu oczywiście oboje wstajemy, prosimy, kiziamy, Mysz jest śliczna i bardzo miło nas pacza i liże nam nosy. Jako przykład wskazujemy Mniejszej równie śliczną Większą, która siedzi grzecznie na Domku-Serze i czesze sobie uszka, bezszmerowo.
Zmitygowana Mniejsza udaje się spać, więc my, pełni nadziei, też.
I wtedy zaczyna bieżyć Większa. Jej kołowrotek, dla odmiany, jękliwie popiskuje.

Mam poważne obawy, że sąsiedzi słyszą ten łomot o świcie bo Myszy naprawdę się angażują. Postanowiłam w sytuacji, kiedy już ktoś wściekły zadzwoni do drzwi z uprzejmym łodyfak na ust koralach, zagrać słodką, nieco szurniętą Japonkę. Mianowicie roześmieję się perliście, zacznę machać łapkami i dźwięcznym głosikiem wołać "SORRY, NO ENGLISH, NO SPEAKING, NO NO! SORYYY!"
No co, w Ikei zadziałało.

Poza tym, w kwestii Myszy jeszcze, zadawanie Myszy Mniejszej, konsekwentnie mikczącej w Domku-Restauracji surowym tonem poważnych pytań w rodzaju "Kto to widział żeby mikczyć w restauracji! Widziałaś, żeby ktokolwiek tak sobie wbiegał i z marszu mikczył w restauracji? Widziałaś, żeby ukochany pan tak mikczył w restauracji?" w obecności tegoż ukochanego pana akurat konsumującego coś powinno się jednak przemyśleć, odkrztuszanie mężczyzny o wzroście prawie 190 to nie jest takie znowuż hop-siup. Za to Mysz, mam nadzieję, zapamięta że skoro ukochany pan nie wbiega i nie mikczy z marszu w restauracjach to może faktycznie nie wypada tak robić.
Chyba napiszę odpowiednik serii "Kot, który...", będzie miała tytuł "Czy widziałaś, żeby ukochany pan...".

O czym to ja jeszcze miałam. Buraków surowych tu nie ma, to znaczy są organiczne w cenie ca 2 euro za pół kg co przy ilości, którą zwykle zużywam na sok i potrawy, dość szybko by mnie zrujnowało. Buraki są tu w formie wygodnej, obrane i ugotowane, żeby sobie nikt nie musiał ufaflunić białych rączek po paszki. Kolega z pracy Trenera Osobistego zaprezentuje nam na dniach lokalny targ, jeśli tam nie będzie buraków to zacznę je chyba sprowadzać.
Za to wszędzie są skórzane sofy, z tych takich co się siada po jednej stronie i po chwili czuje, jak sempiterna nieuchronnie zjeżdża na środeczek na szew a w lecie się siada i słychać pssss! bo skóra przywiera. Dwa dni temu widzieliśmy z Trenerem jak do mieszkania po sąsiedzku ktoś wnosi identyczny zestaw.
Z kwadrans musiał mnie uspokajać (Trener, nie zestaw) że nie bierzemy udziału w jakiejś psychodramie i nie, na pewno nie jest tak że wszystkie mieszkania są wyposażone identycznie i potem każą nam się przemieszczać jak w jakimś odpowiedniku "Cube" i wszędzie będą Myszy i nie rozpoznamy które to nasze. Oczywiście rozpoznamy, nasze to te, które się najgłośniej tłuką a potem udają, że to wcale nie one a w klatce na pewno jest poltermysz.

O, jeszcze w parku byliśmy i ogólnie okolicę pozwiedzać. Ostatecznie utwierdziłam się w przekonaniu że jestem prostakiem bez gustu a z kulturą to się tylko w jogurcie stykam bo na widok zestawu "kamień leżący, kamień leżący, kamień jakoś postawiony ale tak, że przysięgam, to zaraz walnie i będą ofiary" nie mam myśli "Borze, jakie to głębokie, poświęcę najbliższy kuźwaliard minut na odkrywanie co artysta miał na myśli" tylko raczej "Jaki bajzel, materiałów na budowę nie dowieźli czy co?" Może się jeszcze rozwinę, dostałam na Walentynki całą dyskografię Pratchetta i robię sobie powtórkę.
Pogoda jest przezabawna, wyszliśmy z hacjendy w lekki zefir, po 5 minutach weszliśmy do drogerii po jedną jedyną rzecz (pumeks w kształcie myszy, nie żartuję), wyszliśmy już w ulewę. Ulewa trwała aż do za rogiem bo tam już było słońce na tak zwanej pełnej kurwie. A my w szalikach i czapkach. Jeśli ktoś widział przy St. James parę dorosłych ludzi śmiejących się tak, że nie mogli złapać oddechu, i wyglądali tym samym jak upośledzone, zapowietrzone foki to kłaniam się, w dobrym towarzystwie to i skompromitować się miło.

Obrazeczki mam, filmik z Myszą nadal w telefonie Trenera, przycisnę Go wieczorem. Póki co proszę - obrazeczek o zgodzie, instrukcja jak być może lepiej nie przechowywać zapasów, jak złożyć kotka oraz nie wiem, jak to opisać, ale bardzo kwiczałam.

PS. Poszliśmy do kultowego już Patriotts Inn. Wnętrze klimatyczne, obsługa przemiła, spróbowałam Guinessa i był świetny. Przy stoliku obok siedziały dwie deliberujące głośno panienki wyposażone w dwa komplety sztucznych rzęs i makijażu takiego, że gdyby się bardzo szybko odwróciły toby został w powietrzu. Współpubowicze mieli okazję dowiedzieć się, że jakaś koleżanka to szmata bo co chwilę z kim innym się umawia i nie, nie sypia z nimi, no bez przesady, ale tak się ciągle umawiać? Szmata i tyle. Ale biust ma zrobiony i wyszedł tak, że warto to rozważyć, zaprosi się ją kiedyś do pubu i wypyta, jest miła więc na pewno podpowie i doradzi, w sumie to naprawdę świetna kumpela, tylko szmata. Następnie zadzwonił telefon jednej z panienek. Był rurzowy, bardzo. Panienka poinformowała rozmówcę że jest w pubie z Jess i czy chce zdjęcie. I przysięgam, że wystawiła tego ajfona, wraz z Jess zrobiły rasowe kacze ryjki i machnęła im focię z rąsi i ją wysłała.
Cała byłam zachwycona.

PPS. Mówiłam, że tu wszędzie są dynie? Oczywiście teraz, skoro są, to pf, kto by to kupował. Teraz chcę buraki bo ich nie ma.

poniedziałek, 10 lutego 2014
"Pocztówka od wuja Mata z podróży"

Jeśli ktoś nie wie skąd powyższe to niech się nawet nie przyznaje bo trzepnę wirtualną szmatą.

Działo się tyle, że ja pierniczę, a potem kaboom! i jestem emigrantem a Myszy też.
W ratach będę to pisać, inaczej mi się bardzo długa notka zrobi i komu by się chciało to czytać.

Już w poprzedniej hacjendzie w fazie pakowawczej, kiedy spokojnie dostawałam sobie kota i co jakiś czas szukałam dogodnego kątka żeby oszaleć a Trener Osobisty miotał się w powodzi rowerów, stacji dysków i taśmy klejącej, było zabawnie gdyż Trener uznał, że przygotujemy się do tej podróży perfekcyjnie. Po czym stworzył z dumą Karton Podręczny.
W Kartonie Podręcznym, oznaczonym na klapeczkach dużymi "P", starannie i z rozmysłem umieściliśmy wszystko, co miało nam i Myszom uprzyjemnić podróż i uczynić ją niemalże swawolnym zjazdem po tęczy wprost na zieloną wyspę pełną uroku i garnczków ze złotem (i krewetkami ale to już moja osobista preferencja), mianowicie zastępcze transporterki dla Myszy, wygodne poduszki pod karczki, puchate skarpetki, wodę, brokuła, jabłko, kocyk i jakiś skromny kuźwaliard innych niezbędnych drobiazgów. Karton Podręczny miał być do samochodu zniesiony jako ostatni i Trener Osobisty osobiście tego pilnował.
A potem na chwilę przestał i karton zniknął.
Aj min zniknął, naprawdę. Pozostałe kartony, niemal wszystkie, wykopsano z samochodu i obejrzano, dużych "P" nie było nigdzie.
W 32 h pokonaliśmy, w tym także cudem, 7 krajów. Karton Podręczny znalazł się w nowym mieszkaniu. Wszystko było z nim w porządku, duże "P" na klapeczkach cieszyło oczy.
Tyle, że było na niewłaściwych klapeczkach, tych takich co się je zakłada do środka jako pierwsze.
Mało tu nie oszalałam już pierwszego dnia, krótko mówiąc.

Jesteśmy już na miejscu i jest przeuroczo, mewy są bezczelne oraz wszędzie, Myszy dotarły całe i zdrowe, dojazd do eurotunelu w Calais robił chyba jakiś wróg ludzkości bo mało nas tam zbiorowy szlag nie trafił a mówione przez uprzejmą Francuzkę z akcentem niemieckim angielskie "Aj kol maj kolig hi łil kam hir end print ju tikety!" na długo się do nas przyczepiło.

Będzie cziłała i inne takie ale najczęściej pytaliście mnie Państwo co z zapowiedzianymi na Fanpejczu krokodylami. Gdyż, jak słusznie zauważyliście, mnóstwo krokodyli jednak w morzu nie występuje, nie lubią czy co. My nie spotkaliśmy żadnego ale napotkane na promie dziecię uświadomiło nam że co my tam wiemy.
Otóż promem kołysało dość znacząco, byliśmy akurat między sztormami i morze nie doszło jeszcze do siebie po ostatnim. Kołysanie robiło wrażenie na wszystkich (serdecznie pozdrowienia dla młodziana pochodzenia polskiego który zająwszy dogodną pozycję informował współtowarzyszy kto właśnie nie zniósł kołysania i pobiegł, rech rech rech, do łazienki i cud że zdążył - byłeś przezabawny, zią, a najbardziej kiedy sam ledwo zdążyłeś, piękny hals między stolikami, szacuneczek) ale szczególny wpływ wywarło, jak się zdaje, na dziecię płci żeńskiej pochodzenia afroamerykańskiego. Miałam to szczęście że siedzieliśmy niedaleko, dzięki czemu słyszałam jak ponure dziecię informuje stropioną matkę że:
 - wszyscy zginiemy
 - ooo, jaka wysoka fala, teraz to już na pewno zginiemy
 - w jednym programie wpadniętych do wody ludzi zjadły krokodyle
 - i ciekawe, czy to boli, tak być jedzonym
 - Barry (chyba brat) już dwa razy się pochorował i czy to możliwe, żeby wypluł własne płuca tym bardziej, że jest mały i ma małe płuca a małe rzeczy łatwiej wypluć
Zrezygnowana matka z ulgą przyjęła widok nadchodzącego swego małżonka i ojca małej katastrofistki w jednej osobie. Wysłała dziecię aby pobiegło tacie na spotkanie, poszło z nim do bufetu i wybrało czym chce wymiotować jak Barry napełnić brzuszek.
Dziewuszka powlokła się noga za nogą (z pewnym trudem bo prom konsekwentnie podskakiwał) po czym jakieś dwa metry od ojca zatrzymała się, łypnęła na niego ponuro i zapytała głośno co chce zjeść na swój ostatni posiłek.
Po czym zwróciła się do siedzących przy stoliku obok kilku par Niemców i poinformowała ich z naciskiem:
- Wy też umrzecie.
I sobie poszła, nieco wleczona przez skonfudowanego ojca.
Małom się nie zmikczyła.Także wtedy, kiedy jedna z męskich części par wspomnianych Niemców orzekła głośno, że w jego ojczyźnie takie kołysanie nie byłoby tolerowane i ktoś natychmiast zrobiłby z promem porządek żeby praworządny obywatel mógł spokojnie skompromitować swoje klopsiki.
Przez cały powyższy czas obie Myszy pracowicie biegały w kołowrotkach w torbach pod stolikiem. Mam teorię, że one każdy hałas i zamieszanie uznają za próbę zwrócenia ich uwagi więc z uprzejmości się rewanżują. Przez całą drogę się tak rewanżowały, bardzom dumna.

Co poza tym. A, lokalnego języka postanowiłam się nauczyć ale mam mieszane uczucia odkąd usłyszałam go na żywo. Mianowicie, z całym szacunkiem, to brzmi jakby gruźlik w stanie terminalnym usiłował wykrztusić bardzo dużą pyzę. Nie jestem przekonana po prostu.
Poza tym wszyscy są strasznie mili i mówią do mnie że heloł i wszędzie są mewy, połamane parasole i zabytki. Nie ma za to kefiru, Toroj kazała mi ayranu szukać bo jest trochę podobny i tak zrobię bo bez kefiru to jak bez...no, kefiru. Lubię kefir i już mi go brakuje. Mają tu za to bardzo dużo cydru ale nie jestem pewna, czy się przestawię.

Stopniowo będę pisała o tym, jak było, na razie usiłuję ogarnąć mieszkanie. Początki były przezabawne bo weszłam, zobaczyłam korytarz i 5 par drzwi i zanim zdążyłam zapytać które to nasze okazało się, że wszystkie. Tutaj jakoś inaczej budują, mamy cały długi korytarz, dwie sypialnie, dwie łazienki, wielki salon i nikczemnie małą kuchnię którą sobie trochę przerobimy. Całość wygląda jak bardzo dużo sprzątania i kilometry trasy między pomieszczeniami. Co się człowiek nabiega żeby poprzenosić rzeczy ze schowka do łazienek to jego. Myszy rozpakowane i zadomowione, mam dowody i wrzucę później. Obrazeczki też później, nie miałam jeszcze czasu na szukanie świeżych.
Miłego dnia Państwu, uważajcie na siebie, krokodyle mogą być wszędzie.

PS. Spakowałam wszelkie skośności w średni karton. Chyba na nim ktoś później usiadł bo otworzyła się torba strunowa ze skrobią kukurydzianą. Pół kuchni wygląda jak po wybuchu w jakiejś szczególnego rodzaju nielegalnej fabryczce.

PPS. Zrobiłam zamówienie w Tesco. Oni mają tak że jeśli jakiegoś produktu nie ma to wyszukują  najbardziej zbliżony odpowiednik.
Od wczoraj usiłuję zrozumieć jakimi ścieżkami podążął umysł osoby która w zastępstwie za farbę i rozmaryn spakowała mi czereśnie kandyzowane oraz świeże i pojemnik zapasowych ostrzy do maszynki do golenia.

PPPS. W sąsiedztwie jest Kot. Jeszcze nie wiem, jak się po lokalnemu woła do kota a nie chciałam zaczynać znajomości od potencjalnie irytującego nieporozumienia więc tylko mu pomachałam. W odpowiedzi usiadł i polizał się po....no polizał się, tak ogólnie, i zupełnie po polsku. Mam nadzieję, że to dobra zapowiedź.

poniedziałek, 03 lutego 2014
"Co podać do stołu, gdy przyjdą goście, a w domu nic nie ma"

Rzecz jest banalna i odsyłam Państwa tutaj (i dziękuję kolegom z grupy za podesłanie) a sama wpadam tylko na chwilę gdyż pakuję mieszkanie w kilka kartonów nie wiedząc jeszcze, ile mogę ich zabrać i czy wszystkie się zmieszczą.
Ponieważ, jak się okazało, pan Przeprowacław przeprowadzać będzie nie tylko nas ale jeszcze jednego kogoś. I ten ktoś ma dwa pieseczki, podobno małe.
Nie tak miało być i mam sporo pomysłów na to, co może stać się pieseczkowi który podejdzie za blisko klatek z Myszami.
Dla wygody i aby uświadomić otoczenie, że sprawa jest poważna, robię dwie listy, nazywają się Konsekwencje na Lądzie i Konsekwencje na Morzu.
Jestem bardzo z siebie dumna bo odkrywam w sobie talent do dyplomatycznego przekazywania rzeczy nieprzyjemnych. Nawet Trener Osobisty zgodził się że "Nagłe, wymuszone przez czynnik ludzki i zgodne z prawami fizyki zetknięcie pieseczka z dużą ilością chlorku sodu po uprzednim przebyciu po łuku drogi w powietrzu" brzmi lepiej niż "Won z tym kundlem albo go wykopię za burtę".
(Bardzo lubię pieseczki ale daleko od Myszy.)

Przezabawnie jest bo Trener Osobisty usiłuje ukoić moje stargane nerwy przekazując mi wiadomości nt planowanej podróży stopniowo i możliwie łagodnie.
Mają miejsce dialogi, np.:

Ja - Możesz mi powiedzieć jak dokładnie ma wyglądac trasa?
TO - Na Puławskiej skręcamy na S2 i prosto - Niemcy, Holandia, Belgia, Francja, na prom a potem już prosto.

***

Ja - Jak to spędzimy 16 h na promie? Miało być kilka godzin najwyżej? Dlaczego dopiero teraz dowiaduję się że to ma być 16 h?
TO - Wcale nie 16, nie wiem, skąd wzięłaś tę liczbę, w życiu bym Cię nie naraził na spędzenie tylu h na promie skoro nie lubisz, zwłaszcza że to nie będzie spokojny Bałtyk...
Ja - To ile tych h?
TO (sprawdzając) - Noo....18.

***

Ja (w trybie Jękliwe Zawodzenie) - Promy toną, wiesz? Widziałam ten nasz na zdjęciu, jest ogromny i ciężki, takie to nawet toną szybciej, gdyby to był lekki prom, jak puszeczek taki, toby nie utonął a tak ...
TO (roztargniony, zajęty) - Skąd, nic się nie stanie, promy nie toną.
Ja - Jak to nie toną, sprawdziłeś statystyki? Ile promów utonęło w ostatnich latach? Pewnie nawet nie sprawdziłeś...
TO - Oczywiście że sprawdziłem.
Ja - To ile ich utonęło?
TO - (roztargniony) Pół.

No i tak to teraz u nas wygląda.

Poza tym Myszy mnie skompromitowały.
Pojechaliśmy na Mysi Przegląd Techniczny bo muszą mieć aktualne badania, zaświadczenia i inne takie.
Zapakowałam panienki do transporterów, transportery do torby, dojechaliśmy i przyszła pora na badanie pierwszej Myszy.
Wkładam dłoń do transporterka, na dłoń wbiega wesolutka, puszyściutka Mysz. Więc świadoma, którą mam bardziej oswojoną, nie przyglądam się jej tylko mówię od razu "O, to Mysz Mniejsza, jest bardziej oswojona i spokojniejsza".
Pani doktór wzięła Mysz na kolana, zagląda w pyszczek, bada, miętosi cierpliwą Mysz, w końcu daje mi do przytrzymania bo trzeba sprawdzić mysie uszki. Mysz lekko się zirytowała i udawała, że mnie gryzie, no ale Mniejszyk tak ma, badanie skończone, odkładam Mysz żeby się uczesała, sięgam do drugiego transportera...
....a na dłoń wbiega mi wesolutka, puszyściutka Mysz Mniejsza. Większa się tak oswoiła że kompletnie nic jej nie ruszy, wbiega na dłoń i jest chrobra. Przeswoiłam drugą Mysz a Mniejsza przytyła tak, że jest prawie tak duża jak siostra.
Jestem skompromitowana ale bardzo dumna, takiego tchórka jak Większa oswoić to nie jest byle co.

Poza tym zyskałam pewność, że obcięcie włosów damskich długich o ca 10 cm zabiera mniej więcej 7 sekund jeśli zbierze się je w kitkę i ma ostre nożyczki. Czynnikiem niezbędnym jest brak w okolicy Trenera Osobistego który mi stopy odkizia jak się zorientuje.

Za kilka h kończy mi się dostęp do komputerów ale postaram się kwiczeć przez komórkę na Fanpejczu o ile będę miała jakieś wajfaje w okolicy, bo pewności nie mam. Będę wdzięczna za kciuki, przed nami 2,5 dnia podróży. Stresuję się bardzo konsekwentnie.
Zamiast obrazeczków mam filmik ale wrzucę potem jak mi go Trener Osobisty prześle bo to on filmował.
Fajny jest.
Filmik też.

PS. Widziane dziś na wystawie sklepowej "Kupując u nas udzielamy rabatu!". Szacuneczek.

PPS. Podesłane przez czytelniczkę - tak wyglądają głebokie myślicielki i koneserki brwi, trwam w zachwycie.

poniedziałek, 27 stycznia 2014
"Byłam bardzo podekscytowana polowaniem bo uwielbiam dzieci"

Mrówek przelatuje człowiekowi po karczku jak coś takiego słyszy (no i jak można uwielbiać dzieci, ja pierniczę) ale na szczęście chodziło o dzieckowe polowanie na pisanki w rezydencji Playboya, dla odreagowania znów oglądałam bowiem program o mieszkających tam trzech ambitnych intelektualistkach. Gdyż bowiem został mniej więcej tydzień do wyjazdu.
Czyli powinnam aktualnie być w fazie ostrego zapieprzu, pakowania itp.
Ze stresu oczywiście większość czasu spędzam w charakterze zmiętego wypłosza na sofie oraz w stuporze.
Jakby ktoś zamierzał pytać co zamierzam spakować/zabrać to niech sobie da spokój bo nie wiem.
Niemniej poczyniłam ważny krok na swej drodze na nowe gdyż zajrzałam do jednego wielkiego, pustego kartonu, otrzepało mnie zez zgrozy i poszłam otworzyć wino, no ale jakiś kontakt już nawiązaliśmy i dojrzewam do nawrzucania powyższemu.

Gupik Pierwszy Trener Osobisty urządza nowe mieszkanie. Aby zredukować mój poziom stresu i oswajać mnie powoli z otoczeniem fotografuje wszystko, co widzi, włącznie ze swoimi posiłkami, praniem na suszarce, kolegami z pracy (poważnie, mam zdjęcia 18-tu technicznych cierpliwie patrzących w obiektyw) itp. Dziś dostałam zdjęcie Miejsca na Telewizor ze stópkami Trenera na pierwszym planie.
Kwestię zabrania naszego posiadanego telewizora mieliśmy omówić bo jest ogromny i nie wiedzieliśmy jeszcze jak go spakować ale gdzieś po drodze nam walła komunikacja chyba gdyż Trener sam powyższy problem rozwiązał.
Czy zamówił duży płaski karton?
Czy też może zamówił kogoś, kto spakuje, bo się zna i umie?
Czy też może rzucił pocieszające "Nie martw się, źrenico mych ócz, spakujemy go z panem Przeprowacławem bez problemu!"?
Nie no, skąd.
Zadzwonił i rzucił od niechcenia "...no i kupiłem nam telewizor i wzmacniacz."
Czyli obecnych jakby nie zabieramy.
Jak tak dalej pójdzie pojadę ze szczoteczką do zębów jak jakiś wysiedlony jeż.

A poza tym wesoło trochę, choć nie wszystkim, było parę dni temu, kto by się spodziewał że proste zejście do skrzynki snailmailowej tak człowieka ubawi. No ale ubawiło i podzielę się.
Jak Państwo może pamiętacie nasz domowy wajfaj nazywa się "ABW_wóz_podsłuchowy_47" i proszę tak na mnie nie paczać bo nie ja nazywałam. Niemniej jest jak jest i okazało się, że robi wrażenie. Schodzę mianowicie do skrzynki bo się zreflektowałam po 2 tygodniach, że możnaby, wyjęłam świstki, wracam, jużprawieotwieram drzwi i słyszę, że ktoś wchodzi do budynku, szura, coś pika i nagle rozbrzmiewa soczysta "okuwa!". I jeden pan mówi do kogoś że pacz jaka mi się nazwa wyświetliła, ABW tu wóz ma!, jesteśmy na podsłuchu. Na co drugi też pan mówi, żeby ten pierwszy nie klął bo jeszcze się ktoś przyczepi. I że ciekawe kto tu mieszka, pewnie jakiś agent a oni tacy bardziej wyrywni są więc lepiej już iść.
I wtedy moja wewnętrzna świnia nakazała mi odtworzyć w komórce kilka pipnięć i powiedzieć możliwie lodowatym niskim głosem "Dzień dobry."
Nawet nie wiem kto tam był, tak szybko wyszli.
Co za brak kultury.

Przeprowadzka świetnie robi na dietę, z tego stresu od 3 dni robię placki ziemniaczane. Nie żebym je faktycznie tak długo robiła ani mi rączek przy samej sempiternie nie urwało tylko jakoś się nie moge zmobilizować i jak już idę do kuchni z postanowieniem, że dość tego, placki będą i finito to jakoś tak wychodzi że gotuję jajko no a jajko, wiadomo, to nie placek.
Poza tym jajkiem muszę się dzielić z Myszami, są w tej kwestii bardzo stanowcze.

Jakoś niedługo ma lecieć kolejny sezon "Gry o tron", tak? To tam ktoś został jeszcze czy będzie po prostu najazd kamery na liczne groby?

Obrazeczki mam akurat pod ręką, proszę - jest praktyczny poradnik (po birmańsku już umiem), jest zagadka na długi, zimowy wieczór oraz kotek co tupka, bardzo puszysty choć nie tak, jak to tam, za oknem. Czy u Państwa też natura postanowiła upiększyć świat i przystroić go w najpiękniejsze kolory ale gdzieś po drodze sprawa się rypła i został tylko nieakceptowalnykuźwabiały? Bo u mnie tak.
Miłego wieczoru Państwu, idę robić placki, uważajcie na siebie.

PS. Uściski dla Dominiki za poniższe, skwiczałam się:
   "Rozmowa miedzy dwoma muzykami:
   -Słyszałeś? Ten znany kompozytor skoczył z dachu.
   -Żartujesz? A miał jakiś motyw?
   -Nie, tak w ciszy walnął..."

PPS. Skoro nie zabieramy telewizora to mogę chyba spakować dodatkowy karton książek? Trenerzy Osoby które są jeszcze młode i nie chcą kłopotów na pewno nie będą miały obiekcji.

niedziela, 19 stycznia 2014
"Czekolada jest jak seks tylko nie trzeba do niej golić nóg"

Jedna pani w telewizorze tak powiedziała i prawie się zgadzam tylko zamiast czekolady wolałabym kaczkę.
Wyszedł mi btw pyszka barszcz na domowym zakwasie i opchałam się jak jakiś sołtys, no ale nie o tym miałam pisać.

Mab katab oraz dość tego, za chwilę mi nos odpadnie, Trener Osobisty nadal w zagranicy, jest kijowo i trochę kwiczę, pakowanie straciło rozpęd bo sobie w porę przypomniałam że jestem leniwa i moim naturalnym habitatem jest sofa z podręcznym kieliszkiem wina przy. Przede mną 3 dni kłusowania rączo po stolicy i załatwiania kuźwaliarda spraw więc można uznać, że zbieram siły.
Z tego wszystkiego taka trochę nieobecna i rozkojarzona jestem ale że przy okazji staram się udawać, że wcale nie, i pozostać uprzejmą lejdi, bywa zabawnie. Przykład z wczoraj, telefon mi piszczy, odbieram i słyszę że "Dzień dobry, jestem kurierem z Frisco..." i zanim zdążyłam uruchomić mózg z ust korali wyrwało mi się machinalne "No to świetnie, gratuluję, dobra praca.". Jak przyjechał to jeszcze się trząsł i bądź tu człowieku uprzejmy. Przynajmniej nie zachował sie poprzedni, powiedziałam o wyprowadzce i kurier, nastroszony na wąsach niewysoki pan, huknął na mnie "Dzie się wyprowadza? Polska jej się nie podoba?!" i wyszedł pozostawiając mię w stuporze i z kalmarem w objęciach.

Coś mi chyba na rozum padło bo obiecałam na grupie napisać o tym, co zgubiłam. Tak, przyznaję, nawet ja coś czasem gubię, bardzo rzadko i ojtam ojtam, każdemu się zdarza, niemniej mnie zdarza się dość dziwnie na ogół.
Otóż jestem dość zadowoloną posiadaczką sporego stada puszystych skarpetek z tymi takimi antypoślizgowymi na spodach i w nich się po hacjendzie przemieszczam bo komu by się chciało kapci szukać (nie żebym zgubiła, po prostu nie mamy w tej chwili kontaktu). Od kilku dni irytowało mnie, że takie to niby antypoślizgowe a jakoś się ciągle ślizgam, bubel, dziadostwo i woda na młyn wywrotowców. Dziś dowiedziałam się, co mi zdeantypoślizgowało skarpetki.
Otóż ja te takie ABS-y pogubiłam. Były na spodach i większości nie ma. Nigdzie. Celowo zeszłam do poziomu lamperii i dokonałam obserwacji, tj. nie dokonałam bo nie było na co patrzeć. Nawet przemieściłam niechętnie jednego wyjątkowo puszystego kota kurzu (nie sprzątam go bo jest ze mną od tak dawna że pewnie jest tam jakaś mała cywilizacja już i nie chcę żeby mi potem piszczyło jak w "Horton słyszy Ktosia" i żeby jakieś małe kotokurzowe stworki straciły dom, świetna wymówka swoją drogą, muszę zapamiętać) myśląc, że może pod nim, no ale nie. Pogubiłam ABS-y ze skarpetek, gorzej już chyba ze mną nie będzie.
To może być efekt braku kaczki w organizmie, mam poważny niedobór kaczki a nie będę jej przecież tylko dla siebie piekła bo nie dam rady spożyć. Sprawdziłam, w Nowym Miejscu są kaczki, kamień z serca.

Kupiłam Myszom torby podróżne i transportery, mają teraz wybrać która chce jechać w niebieskim a która w szarym. Pomysł żeby przenosić je w Myszariach okazał się być technicznym nołfakinłejem ale transporterki są spore, wygodne i zadbamy o to, żeby Emigrantkyszy były zadowolone. Na razie się otłuszczają, Mniejsza waży już 3 dkg i bardzo sobie Nie Życzy kiedy nazywam ją Słonińcią Tłuścikiewicz.

Niezmiennie dziękuję za wszystkie pacania mnie łapkami, uprzyjemniacie mi pakowanie itp, dostaję nawet Piosenki na Poprawę Nastroju i one działają. Staram się odpisywać na bieżąco i jak tylko jestem przy komputerze to repacam.
Pytacie Państwo o różności więc odpiszę ogólnie. Tak, mamy już mieszkanie, jutro Trener Osobisty, odpukać, podpisuje umowę. W pracy ma dużo pracy ale jest zadowolony, pracuje w świetnym międzynarodowym zespole i od razu się chłopaki zgrali. Nie wiem, na jak długo wyjeżdżamy, okaże się, liczymy na odwiedziny. Bento na razie nie robię bo nie mam dla kogo, dla siebie to takase atrakcja. Oczywiście że planuję nadal blogować. Nie, nie skasuję bloga nawet, gdyby mi przeszły ciepłe uczucia pod jego adresem, skasowanie to brak szacunku dla czytelników, blog to także komentarze, Wasze dzieło.

Na programy nadal rzucam okiem choć słaniam się nieco kiedy np. Pan z Okienka zapowiada, że jakaśtam stacja zaprezentuje nam serial "Rodzina Bjorków" a wg Jamiego Olivera cukier muscovado "to taki cukier który pochodzi z Muscovado" ale i tak śmieszniej jest na forach internetowych, jeszcze nie zadecydowałam czy wolę posty w rodzaju "Schyliłam się po długopis będąc w ciąży, czy nie zaszkodze swojej fasolce?" (strączkowe są silne, jak się pogniecie nawet to powinna się podźwignąć/nie ryzykuj, weź ołówek) czy "Przyszła teściowa mnie nie lubi ale ma duży dom na wsi, czy powinniśmy z nią zamieszkać po ślubie?" (jak najbardziej, po ślubie się wszystko zmieni na lepsze, bedziesz miała drugą kochającą mamę a do pracy na gospodarce łatwo przywyknąć). Jeszcze było o życzeniach świątecznych dla ateisty, że jak ludzie śmiom, on nie wierzy z całego serca a tu mu jakiś cham życzy wszystkiego najlepszego, normalnie drobne się człowiekowi w kieszeni nie zgadzają jak czyta o takich oburzających wyskokach.

Idę poćwiczyć bo mi węgiel wyszedł a Was zostawiam z obrazeczkami - dziś o sporej rodzinie, potędze alkomatów oraz prosta instrukcja. Och, jest i kociątko, jak miło. Nigdzie nie wychodźcie jeśli nie musicie, za oknem pizga złem, okropność.

środa, 15 stycznia 2014
Omg omg omg aciu! omg

czyli jestem zajęta i mab katab.

Dziękuję za pacanie mnie łapkami, na razie będę głównie na Fanpejcz coś wrzucać bo na nic więcej nie mam czasu a do tego kicham i nie zachwyca mnie to, mało mi dziś nosa nie upierniczyło, tak kicham. Taki Valdemort to musiał się kiedyś nieźle przeziębić, biedak.

Myszy wesołe jak szczygiełki i jedzą ile widzą a oczki mają zdrowiusieńkie i widzą sporo, ja natomiast nie mam w domu ani pół pieroga więc nastrój jest mniej więcej pół na pół.
Trener Osobisty zapracowany bardzo ale chyba mamy mieszkanie, odpukać.
Wracam do zajęć w podgrupach, jeśli przemknę się powiesić pranie póki Myszy śpią to nie zostanę zalizana na śmierć.

Miłego wieczoru Państwu, notka nastąpi jak się zdekicham i usiądę na dłużej, nie chorujcie przypadkiem, niczego w tym fajnego nie ma jeśli nie ma do kogo wygłaszać smętnych pokwikiwań w rodzaju "Ta chusteczka jest za szorstka...herbata za gorąca...i stopa mi się odkryła...".
Wziuuuuu. Westch.



środa, 01 stycznia 2014
"Chciałbym być jak rzymski konsul Tytus Petroniusz - całymi dniami pić wino i szpachlować gąski."

To nie o mnie, ja to bym w życiu do gęsi ze szpachlą nie podeszła gdyż raz że nie widzę sensu ni zastosowania dla duetu gęś+szpachla a dwa - to spory ptak jest i mógłby sobie Nie Życzyć a raz mnie już kogut sąsiadki udziabał i nie było to coś, co polecałabym jako warte przeżycia. Stąd wzięłam tytuł, proszę. Za to nad tym winem się zastanowię gdyż dzieje się, proszę Państwa, wiele a ja mam w tym nieco zszokowany udział.

Mianowicie Trener mi wyleciał.
No normalnie wziął, pojechał na lotnisko, wsiadł i poleciał i teraz śpi w hotelu.
Wcześniej zdążył stworzyć teorię i przestać być Wielkim Żółwiakiem.
Uznał mianowicie, że jego wyjazd to trochę tak jakby wpuszczenie do nowego akwarium pierwszego gupika. Żeby sobie rybek popływał, posprawdzał, czy będzie gdzie gąski szpachlować czynić damom awanse i chować narybek (a potem go odnajdywać) i inne takie. I jak się pierwszemu gupikowi spodoba to się wpuszcza inne.
Tym samym Trener Osobisty został Pierwszym Gupikiem.
Oraz wysłał mi zdjęcia w albumie zatytułowanym, jakże pasownie, "Pierwszy Gupik".
Szaro i zielono tam jest, na Obcej Ziemi, i napisy w językach angielskim i śmiesznym.

Co poza tym...A, w kinie byłam, na Hobbajcie.
Pięknego smoka tam mają, naprawdę, duży taki, tylko nieco wyrywny. Mówi po angielsku co dowodzi, że to naprawdę bardzo uniwersalny język jest.
Poza tym jest wątek romantyczny, potrzebny Hobbajtowi jak kurwie bliżnięta, no ale zrobili, wiecie jak to jest, jest pan i pani, ich wzrok spotyka się nad świeżo zabitym orkiem i robi się romantycznie, aż sie nie chce skalpować jeńców. Bez potrzeby trochę to dorzucili ale może miało dodać filmowi pewnego żenesekła. Nie zauważyłam, żeby dodało. W każdym razie polecam, film zawiera myszy i jest pouczający, mianowicie zdumiony widz dowiaduje się że orki są mięciutkie jak kaczuszki, ale nie wszystkie, a złoto topi się bardzo szybko ale nic z tego nie wynika.
Jak ktoś nie chce wiedzieć przed obejrzeniem to niech tego wyżej nie czyta.
Trener Osobisty uznał film za świetną okazję by urazić Mysz Większą. Mianowicie popacza ją z dumą i powiedział:
 - Wiesz, w filmie były myszy. Ale nie tak ładne, jak nasze. I nie tak duże, jak ty, Większyku, bo na pewno żadna nie ważyła kilo siedemdziesiąt.
Większyk poszła ukoić stargane nerwy cykorią. Nie mają tu łatwo te moje Myszy.

Dziś rano Trener Osobisty czule żegnał Myszy przed odlotem. Stałam obok, rzetelnie wzruszona.
Trener Osobisty pokiział zestaw Myszy i powiedział:
 - Nie martwcie się, Myszęta, wrócę do was za 3 dni!
A do mnie, szeptem :
 - Pamiętasz? Myszy nie umieją liczyć.
Faktycznie.


Mam nadzieję, że spędziliście Państwo urocze, rodzinne święta i opchaliście się jak sołtys w dożynki. U nas było neutralnie aczkolwiek z małymi atrakcjami. Mianowicie otworzywszy okno usłyszałam jak jakaś dalsza sąsiadka ryknęła "Lulajże, Jezuniu!" takim głosem, że na miejscu Jezunia tobym szybciutko lulała i nie ośmieliła się nawet brewki unieść.
Miejcie udany nowy rok, sukcesów tyle, że ojacie, mnóstwo zdrowia najwyższej klasy i miłych ktosiów obok a chwilowo miejcie miły wieczór z atrakcjami, tylko gęsi nie szpachlujcie bo naprawdę, nie wiem, skąd taki pomysł, czytałam o Rzymie ale tam nic nie było o tym, że jak człowiek zostaje konsulem to musi dziwne rzeczy z gęsią robić. No ale może musieli. I w takiej sytuacji ja nie chcę być konsulem, przemyślałam i jednak nie, tylko to wino wezmę i Wam też polecam.

PS. Programy rozmaite nadal oglądam ale nie mam czasu na recenzje a czasem mi wszystko opada i nie wiem, co napisać. Jak w przypadku programu w którym o tym, żeby rozdzielić zrośnięte głowami bliźnięta syjamskie nie decydowały takie pomijalne śmiesznostki jak komfort i zdrowie chłopców, skądże znowu. Rozdzielono ich bo "nie mogli się modlić". Ajm not ogarning.

PPS. W ramach obrazeczków poradnik, wyzwanie oraz cicik filuterny. O, i mały salon piękności.

PPPS. Myślicie, że dałoby się pieska o imieniu Gender wyszkolić tak, żeby szczekał tylko na księży?

czwartek, 12 grudnia 2013
"Jak sie nie ma miedzi to się na d*pie siedzi a nie po k*rwach się dzwoni"

Tytuł (z gwiazdeczkami bo to spokojny, porządny blogasek) z programu "Oblicza prostytucji", program produkcji polskiej, prostytucja takoż. Powyższe zostało rzucone do kamery przez słusznie zdenerwowaną właścicielkę agencji z damami negocjowalnego afektu. Klient - nowy! obcy! - chciał zniżkę, wyobraźcie sobie. Jak tak można. No i się wymskło niewieście w emocjach. Poza tym kamera pokazała że w burdelach jest bardzo spokojnie, ciepło i miło, panie są dla siebie jak siostry a właścicielka parzy im kawkę i pilnuje, żeby sie nie przemęczały. Wierzę w to oczywiście.

Miała być notka poważna i to dawno temu, o tym (mam nadzieję, że rodzice chorych dzieci tak tego nie zostawią, polecam także tę stronę), ale nie mam sił ani głowy w tej chwili, temat za poważny żeby pisać w biegu a na nic innego nie mam teraz czasu, zostały niecałe 3 tygodnie do wyjazdu Trenera, mamy początki garage sale, transporterki dla Myszy jeszcze nie kupione, papierów do załatwienia są całe stosy. Nie ogarniam i przykro mi, jeśli ktoś z Państwa nie ogarnia, że nie ogarniam, ale nic na to w tej chwili nie poradzę, acz chciałabym.

Nastąpią krótkie scenki z życia które usiłuje toczyć się w miarę normalnym torem.

Dość wczesny poranek kilka dni temu, dzwoni telefon osobisty Trenera Osobistego, usiluję schować się w poduszki i udawać że rzeczywistość mnie Nie Dotyczy.
Trener Osobisty odbiera a w słuchawce miły damski głos mówi:
 - Dzień dobry, czy dodzwoniłam się do pani X.? (że niby do mnie)
W tym momencie zaspany Trener rzuca mi dumne acz nieco nieprzytomne spojrzenie właściciela i odpowiada z powagą:
 - Niemalże.

(Nie muszę chyba mówić, że wypowiadane barytonem "Niemalże." jest teraz na porządku dziennym. Więc nie powiem bo po co.)

Sytuacja nr 2 - Trener niedawno temu kupił sobie nowy telefon, ostatnio znów to zrobił więc teraz on ma nowy nowy a je jego poprzedni nowy, nadal nowy. I przenosimy dane między telefonami, ja niezmiennie usiłuję schować się w pracowni i udawać, że rzeczywistość mnie Nie Dotyczy bo nudne jest takie przenoszenie danych i nie bawi mnie zupełnie. Niemniej czasem muszę się na któryś z telefonów zalogować i cośtam zrobić, Trener znajduje mnie wtedy za stosem kartonów i podaje stosowny telefon, i ja robię co trzeba.
W tle są, jak Państwo może kojarzycie, dwie Myszy, najważniejsze na świecie i świadome tego.
Czasem, dość często, trzeba zgłaszającą zapotrzebowanie Mysz wziąć na dłoń, pokiziać, podać ziarenko, norma. Wokół bajzel nie do ogarnięcia i jeszcze te telefony no ale robimy co możemy.
W którymś momencie Trener Osobisty wpada do pracowni z rękami, dosłownie, pełnymi roboty, na chwilę zastyga, po czym podaje mi uszczęśliwioną Mysz Mniejszą i z roztargnieniem rzuca:
 - Zaloguj się.

Nastąpi kló, także dlatego, że to taki śmieszny wyraz.
Było to czas temu jakiś ale mi się przypomniało i opowiem. Otóż dzwoni do mnie zaprzyjaźniony z dawnych czasów pan ze służb mundurowych, jednostka wybitna, mądry i spokojny człowiek. I słyszę w słuchawce odgłos jaki Pratchett określiłby jako "skomplikowany zator w browarze". Pytam, nieco niespokojna, o co chodzi bo może mu co zaszkodziło a ja nie mam jak pomurz.
I słyszę, że była interwencja, jeden młody pan spożył i pobił innego spożytego, niespożyci przytomni lokalesi uznali, że co tam, fszczną alarm, jak nie fszczną to będzie na nich jeszcze, lepiej zareagować. Na skutek reakcji przyjechali panowie ze służb mundurowych i cóż oni paczą, w pomieszczeniu mieszkalnym przebywają dwaj wściekli spożyci, znani im osobiście od dawna ze skłonności do okazywania obywatelom troski przez częste pytanie czy mają jakiś problem, wokół zdenerwowana rodzina, w tym otroczek płci męskiej w wieku wczesnomłodokozim, tak z 5 lat miał. Młodzi panowie zostali pouczeni, uspokoili się nieco, zadeklarowali, że w sumie to oni się lubią ale tak się czasem biją, no tak jakoś, jak każdy, kuwa, nie? i jeden z panów mundurowych postanowił porozmawiać z panią domu, żeby ją uspokoić, a znajomy usiadł obok tego młodego młodego żeby go trochę ośmielić żeby dziecko nie miało wyłącznie złych skojarzeń.
Okazało się, że dziecię bystre, grzeczne i żądne wiedzy w dodatku. Mianowicie przez chwilę sobie gawędzą i zamyślony nieco otroczek pyta nagle:
 - Jesteście policjantami prawda?
 - Tak, i jak będziesz duży to też możesz zostać policjantem - odparł ze słuszną dumą znajomy.
I w tym momencie okazało się, że młodociany raczej wybierze inną ścieżkę kariery bo nagle, tonem osoby, która wreszcie sobie coś ważnego przypomniała, powiedział:
 - A mój brat powiedział że policję trzeba j*bać - po czym dodał z żalem - ale ja jestem jeszcze mały i nie wiem jak...
Znajomy zachował stosowną powagę, ja nie byłam w stanie. Mam nadzieję, że młody jednak zmieni zdanie i rozważy służbę, ale to pewnie dlatego że miałam dotąd szczęście trafiać na mundurowych naprawdę wyjątkowych i mam dobre skojarzenia.

Na zakończenie dowody na to, że jak jest zimno to zwierzęta futerkowe odpinają uszy i trzymają je w torbach na płatki owsiane - proszę i proszę, toreb na zdjęciu nie widać ale uszu w sumie też nie więc, Na Logikę, są w torbach. Poza tym jeszcze jedno zwierzątko i jeszcze takie coś, o. A hacjenda wygląda teraz mniej więcej tak a w środku jestem ja, bardzo nieszczęśliwa, bo mogę zabrać tylko kilka książek a resztę sobie zabiorą mili ludzie jak się zgłoszą. Miłej reszty dnia Państwu, idę skomentować Wasze ostatnie skomentowania i robić zdjęcia tego, co niech sobie inni zabiorą, bo ja nie będę mogła. O, może sobie upieczcie drób, wczoraj piekłam wg tych wskazówek, drób rządzi. Nie w sensie dosłownym, oczywiście. Choć takie mam czasem wrażenie.

PS. Niezmiennie staram się odpisywać ale zasadniczo należy przyjąć że jestem Chaotyczna Nieobecna przynajmniej do końca roku, będę robić co się da ale spóźniać się, zawalać i coś przegapiać też, selawi.

PPS. Trener Osobisty, jak wiemy trenuje. Któregoś wieczoru Mysz Większa zażądała, żeby ją zabrać na łóżko gdzie będzie mogła wygodnie się rozpłaszczyć i być głaskana. Mysz płaska i głaskana, Trener Osobisty rzetelnie kizia jej grzbiecik i nagle mówi:
 - Z uwagi na treningi powinienem unikać tłuszczów....ale jesteś taka miła w dotyku!
Mysz obraziła się bezzwłocznie.

No i tak to u nas wygląda, biegnę dalej.

czwartek, 28 listopada 2013
Pst, pst (słabe).

Jestem BARDZO zajęta, do przeprowadzki kilka tygodni.
Ale jestem też wdzięczna za wszystkie pacania mnie łapkami, wiadomości na FB, maile i wszelkie oznaki wsparcia od Was, jesteście jak Myszy, tj. najfajniejsi na świecie. Tylko macie mniej wąsów, niektórzy. Ale inni pewnie więcej, więc się wyrównuje.
W najbliższym czasie zostanę:
 - podróżnikiem
 - panikarzem (już zaczęłam żeby nie tracić czasu)
 - emigrantem
 - oraz pójdę na kawę, mam nadzieję, z Gosią i Agnieszką, które pozdrawiam ciepło jako Dobre Dusze Tam na Miejscu, bez wiadomości od Was byłoby mi ciężko, jestem wdzięczna i jakby nieco mniej histeryzuję.

Następna notka, jutrzejsza najpewniej, będzie poważna, uprzedzam, bo jeśli ktoś szuka u mnie jedynie czczej krotochwili, to dobrze robi ale jutro się zawiedzie, muszę tylko znaleźć czas.
Ilość rzeczy do załatwienia przy przeprowadzce za granicę mieści się gdzieś między Nie do Ogarnięcia a Ojapierniczę, Jestem w Lesie, Nie Zdążę.
Jeszcze nie wiem, czy polecam.

Idę liczyć baterie, akumulatory, lampeczki i inne takie, miłego wieczoru wszystkim, postaram się jutro nie zawieść. Mam uczucie, że wciąż Was ostatnio zawodzę ale może to odrobię jakoś, póki co mogłabym udzielać mrówkom korepetycji z zapierniczania.

PS. Trener Osobisty uczył Mysz Mniejszą czytać na e-booku "Fundacji" którejś.
W samą porę ta przeprowadzka, po prostu spokojnie sobie oszaleję gdzieś między Belgią a agresywnymi dorszami.

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 53