Tagi
squirk77@gmail.com
RSS
wtorek, 12 listopada 2013
"Macierewicz to dla mnie polityk niedościgniony. Czerpię z niego przykład."

Żartowałam tylko a raczej ten pan zaczął i uznałam, że ja też zażartuję.

Żeby nie przedłużać i wejść w tryb dojrzałej powagi - w kinie byłam. Com się wcześniej nakwiczała nerwowo to moje bo bardzo nie lubię do kina chodzić. Poważnie, filmy tak, kino nie ale ponieważ Trener Osobisty tak się jakoś sprytnie zakręcił, że jutro ma urodziny, poszłam z nim do tego kina bo On lubi je bardzo więc niech Mu będzie w ramach prezentu.
Film przyzwoity ale w sumie nie o tym miałam pisać, są rzeczy dużo poważniejsze.
Mianowicie kilka dni temu zadzwonił do mnie - niewyspanej, kumatej w stopniu podstawowym tzn. wiedziałam, gdzie jest łóżko, i chciałam tam wrócić ale nie mogłam - Trener Osobisty. Zdarza się, ludzie do siebie dzwonią, na...po co drążyć temat. Jednak ta rozmowa potoczyła się nietypowo. Otóż Trener zadzwonił i mówi:
 - Królik poleca grawitację.
Byłam niewyspana, przypominam.
Pierwsza myśl - "O, to ja powiem może że żyrafy wchodzą na szafy czy coś bo Trener się chyba znów w rzucanie jakichś haseł chce bawić".
Druga myśl - "Zamknij się gupia ty, facet ci mówi że rozmawiał ze zwierzęciem futerkowym, może się coś stało, uderzył się czy coś, i jego umysł jest teraz Splątany, trzeba ratować, powiedz spokojnie coś rozsądnego, on musi wrócić na Właściwe Tory"
I mówię:
 - "O, rozmawiałeś z królikiem, jak miło. Jeśli jeszcze kiedyś go spotkasz powiedz, że dziękujemy, ale nie trzeba nam grawitacji polecać, korzystamy z niej regularnie, wiemy przecież, że jest nam bardzo potrzebna, w zasadzie trzyma nas przy życiu..."
Na co Trener trochę się udusił i stwierdził, że od razu pójdzie i to królikowi powie.
Czyli te kilka minut później, kiedy do mnie, strasznie dumnej z siebie, dotarło, że chodzi o kolegę z pracy, ksywka Królik, który polecał nam film "Grawitacja", na który się wybieraliśmy, to było już właściwie Za Późno Na Reakcję.
Kolegę Królika nieśmiało pozdrawiam, tak naprawdę jestem normalna tylko się czasem nie wysypiam.

Ponadto mam teorię że niektórzy to sami nie wiedza, czego chcą, i pytań nie umieją zadać, i potem jak dostają odpowiedź to jest szok i niedowierzanie że jest inna, niż oczekiwali.
Mianowicie przybywa do mnie Trener Osobisty i mówi, że jedzie do sklepu.
I pyta, co mi kupić.
Bardzo się ucieszyłam bo na tak zadane pytanie milej się odpowiada niż na jakieś banalne "Będę w Oszą, chcesz czypsy?" i miałam od dawna gotową odpowiedź. Więc od razu mówię, normalnie, że chcę dronę, taką milutką, okrągłą, zabójczą, jak te co je Tom Kruz w "Oblivionie" naprawiał.
Trener rzucił mi Popaczanie.
Okazało się, że mu o jakieś zwykłe zakupy chodziło.
Pf. Mógł od razu powiedzieć a nie nadzieję dziewczynie robić. Zamiast drony dostałam kaczkę.
Tej dwururki, co się o nią od 2 lat upominam, też nadal nie mam. Nie mówię, że blender, który dostałam niejako w zastępstwie, to zły prezent - skąd, bardzo go lubię, ale w sytuacji, kiedy chcę spać a za oknem drze dziób jakiś pierzasty mały drań, raczej sie nie przyda. Tzn. oczywiście mogę napierniczać w sroki hakiem do mieszania ciasta ale to jakby nieekonomiczne, szybko by mi się te haki skończyły bo mam jeden.

Poza tym nadal oglądam różne programy żebyście Wy nie musieli. I wczoraj doszłam do wniosku że producenci coraz mniej dbają o to, żeby podstawiony aktor wyglądał wiarygodnie w roli, którą mu narzucono.
Wczoraj był program o seksie nastolatków. Przebrnęłam dzielnie przez pana, który z trudem tłumiąc chęć ucieczki odegrał przed kamerami rolę Biednego Żuczka który przespał się nie wie gdzie i z kim bo był pijany ale za to ma niezbitą pewność że te wykwity i rumieńczyk na partiach niesfornych to właśnie przez to. Chyba zapomnieli mu przed nagraniem powiedzieć, że sory, djud, ale będziesz musiał zaprezentować frankfurterka szerokiej publiczności, poza tym i tak musi go (tegoż frankfurterka) wizażystka pomalować. Dzielny młody człowiek nie zwiał ale mam nadzieję, że sporo mu za ten występ zapłacili - jakoś powinni mu zrekompensować fakt że teraz pół świata sądzi że jest bardzo spontanicznym ryćkersem, w dodatku chorym.
W dodatku brzydko.
To jednakowoż jeszcze było w miarę znośne, parę innych scen też, ale potem było o pożyciu, a konkretnie o tym, że niektórzy pożywają tak szaleńczo i z rozmachem że wprost tego nie ogarniają.
I tu nastąpił zonk gdyż przed kamerę wychynął nerwowy chudy chłopczyna w obwisłych portalach wyglądający bardzo nieszczęśliwie i mizernie i oświadczył, że ma 19 lat i w ciągu 3 lat współżył z 47 osobami. I co dalej, ma nadal współżyć czy to może jednak za dużo jak na tak młody wiek.
Dobrze, że mam na sofie poduszki, jest w co się krztusić. Mam inną wizję maczo po prostu.

Z nowości to na poczcie byłam i było jak zwykle. Prawdę mówiąc jeśli kiedyś dotrę na pocztę i nie wydarzy się nic niestandardowego będę bardzo zaskoczona. 
Tym razem na poczcie wydarzył się otroczek. Płeć żeńska, latek z 5 może, ot, takie dziecię.
Bardzo niespokojne.
Dla równowagi mamusia rzeczonej była bardzo spokojna i uprzejma bo ani trochę nie przeszkadzała dziecięciu w bieganiu po urzędzie, kopaniu stojaka z opakowaniami itp. Niemniej, kiedy dziecię uznało, że pora na piosenkę, i smętnie takąż zawiodło, mamusia uznała, że nie, to jednak za dużo. Potrącanie ludzi - ok, niszczenie mienia - jak najbardziej ale jak się córeczka zacznie na poczcie drzeć to będzie przecież niegrzeczna.
W związku z tym upozowała dziecię przy sobie i zapytała tzw. teatralnym szeptem czy chce, żeby ona, mamusia, się wkurwiła.
Dziecię chyba nie chciało i od razu mu się emocje skropliły bo zaczął się ryk na pół województwa, zdrowe płuca ma nasza młodzież.
Mamusia zreflektowała się - cóż ona robi własnemu dziecięciu, jeśli nie krzywdę, hamując jego spontaniczną aktywność, jeszcze sie młode zamknie w sobie a wiadomo, skąd się biorą osobowości psychopatyczne i ludzie skupujący na aukcjach używane rajstopy. To lepiej nie ryzykować, niech córcia troszkę sobie pomruczy.
Dziecię otarło łzy, spojrzało buntowniczo na mamusię i otoczenie (ca 16 sztuk w lekkim stuporze) po czym ryknęło przejmująco:
 - CHODZĘĘĘĘ (sniff) DO PSECKOLA BO MI TAM (chlip) WESOOOŁOO....
po czym uznało jednak, że nie, źle się stało i artysta nie może pozwalać tak się traktować, toteż odwróciła się w stronę mamusi i równie teatralnym szeptem (po genach poszło) stwierdziła:
 - Telaz to juz nie chce, pieldole to.
I wyobraźcie sobie Państwo jaką mamy konsekwentną młodzież wczesną, dziewuszka jak powiedziała tak zrobiła i do końca wizyty w urzędzie nie zaśpiewała.
Inna rzecz że jakoś szybko wyszły przy czym policzki mamusi miały barwę (pozdrowienia dla grupy SGŁ) o długości fali lambda 0,7 mikrona.

Zdjęcia tego, co mi zrobiły Karolina z Dodgers (straszna krzywda, bardzo się darłam i do dziś trochę popiskuję) mam gotowe ale dwie rzeczy mi się sfotografowały tak, że dziękuję, postoję, wstyd jak beret, nie pokażę tego światu. Więc je dorzucę jutro a na dziś mam obrazeczki oraz zdjęcie motywacyjne. Zdjęcia śliczności otrzymanych przeze mnie są u obu Młodych ale chcę zrobić własne, takie z fajerwerkami i wogle.
Obrazeczki nudne slesz poważne bo o sporcie, pomaganiu zwierzątkom i o tym, że jak ktoś nie chce, żeby go inni rozbierali, to powinien kupić cicika. A króliki to takie bardziej sprytne są, wiedzieliście Państwo? Ja nie wiedziałam. A kocięta zwinne bardzo acz nerwowe, mnie by się nie chciało tak skakać a tu proszę, temu kotku się chce, szacuneczek.

Jak się komuś strasznie nudzi i chciałby być przez połowę czasu wyczerpany a przez druga połowę zestresowany to serdecznie rekomenduję przeprowadzkę za granicę, przede mną 7 tygodni takiego zapieprzu że jak się ktoś dziwi, czemu mnie nie ma i tak rzadko piszę, to może przestać. Waham się między "ojeja, ojacie, jak fajnie będzie mieć plażę i móc znów spróbować ukraść bardzo małą owcę" a "potrzebne mi to wszystko jak kurwie bliźnięta". czyli taka niestabilna trochę jestem chwilowo, może to i lepiej, że nie piszę, jeszcze bym źle wypadła. Miłego wieczoru Państwu, też spróbuję.

PS. Weszłam przed chwilą do sypialni i zastałam Trenera Osobistego robiącego Myszy (26 gramów) masaż pleców. Mysz aż dygotała z emocji, bardzo jest zachwycona.
Przypuszczalnie oszaleję tu szybciej, niż sądziłam.

PPS. Panu, który pod koniec seansu "Grawitacji" w IMAXie postanowił, że odkąd na ekranie zobaczył żabkę będzie ją udawał podszczypując jednocześnie swoją partnerkę, i tejże pani, która przyjęła to entuzjastycznie - zamiast dać melepecie przez łeb i więcej go nie zobaczyć - dzięki czemu część sali miała dodatkowe wrażenia akustyczne w rodzaju "Kum! Hihihi! Kuuuum! Hihihi, no co ty, hihi! Kuuuuuum!" życzę, żebyście jak najszybciej spędzili wspólnie noc.
I żeby wysiadło światło a księżyc był akurat zajęty.
I żebyście wzięli się za rączki i poszli na rozkoszne karesy do sypialni.
I żebyście wdepnęli w Lego na bosaka, cioły wy na wiosze zapadłej bez szkół hodowane.
Pf.

poniedziałek, 28 października 2013
"Zazwyczaj tańczę przy rurce, bo jak się upiję i jestem w szpilkach, to muszę się czegoś trzymać."

No nie, nie ja, nową celebrytkę będziemy mieć, trzeba być na bieżąco. Ja pozostaję spokojna, nudna i w chaosie gdyż mieszkanie, nie uwierzycie Państwo, nie pakuje się samo.
Trener Osobisty zaczął pakowanie dwa dni temu - taką wersję tego, co planuje zrobić, otrzymałam.
Ponieważ nie ruszył się przez cały wieczór od komputera zadałam po jakimś czasie uprzejme pytanie o to, kiedy planuje zacząć i czy może jakoś mu pomóc czy coś.
Ahahaha.
On miał na myśli pakowanie plików bo się na inny serwer przenosi.
Że też z książkami i odzieżą tak się nie da.
W dodatku Okrutny Świat zaprezentował mi ostatnio oryginalną hiszpańską ceramikę użytkową. Ponieważ wyjeżdżamy kupienie jej nie miałoby absolutnie najmniejszego sensu, absolutnie.
Pf.
Pod koniec tygodnia ją przyślą.

Ponadto Mysz Większa przypuszczalnie oszalała mianowicie zakochał mi się szczureczek i na mój widok kota dostaje (nie doslownie, Trener nadal ma alergię na kociepuszki), wbiega na mnie i się rozpłaszcza a ja mam kiziać uszy (jej uszy, przecież nie będę swoich kiziać, jeszcze nie oszalałam) i podać ziarno. Poza tym jest stabilna i niezmiennie szybko obraża się na Trenera Osobistego, a ma powody.
Przedwczoraj siedzimy z Trenerem i paczamy z podziwem kłusującego po kołdrze Rączego Pączka. Pączek bieży, Trener rozważa:
 - ...za transport zwierząt się nie płaci...(tu spojrzenie na Mysz)...choć w przypadku Większej pewnie każą nam dopłacić za gabaryty.
Ledwo zdążyłam ją złapać, tak szurnęła.
Mniejszyk niezmiennie demoluje Myszarium i jest z siebie dumny, wrzucę potem zdjęcia na Fanpejcz, nawet filmiki mam ale jeszcze nie wiem jak je przerzucić z telefonu więc sobie poczytam i będę mądra.

Ponadto trochę kicham i wszyscy wiemy, że jak człowiek kicha, to nie słyszy. W związku z tym kiedy Trener Osobisty opisywał mi ostatnio nową trasę rowerową usłyszałam coś w rodzaju "...no i tam się zatrzymałem i napiłem się wody...brzozowej" - w środku było "przy takiej polanie" ale akurat kichałam. Nie ma co mówić do ludzi którzy kichają bo się na menela wychodzi czasem, tak to widzę.
W temacie - odbyłam ostatnio krótką wyprawę do lokalnego sklepu gdyż wyszły mi ogórki. Sklepik ma obok takie ławeczki i zadaszenie nawet i jak się ktoś zmęczy to może sobie tam usiąść i odzyskać moce. Trafiłam akurat przechodząc na dwóch panów, z wyglądu mocno zmęczonych.
Panowie okazali się być entuzjastami sportu i, patrząc na jakiś mały ekran czegośtam, dzielili się wrażeniami z meczu też czegostam. Wydawano entuzjastyczne okrzyki i był jakiś karny.
Kluczowym momentem było, zdaje się, kiedy zawodnik Przech*j wykonał manewr z którym zawodnik Je*aniutki niemal cudem poradził sobie, co zyskało ogromną aprobatę obu obserwujących zmagania panów.
Taki Lewandowski to ma nudne nazwisko w porównaniu.

Pytacie Państwo o:
 - bento - tak, nadal robię tylko nie zawsze fotografuję, jeśli mam to proszę mnie pacnąć i znów będę co ciekawsze wrzucać
 - tegoroczne uprawy - atam, szkoda słów, takie szarobrązowe sie pojawiło i mi wyżarło połowę roślin a bakłażany nie zdążyły zaowocować (choć spokojnie da się je hodować w dużych donicach). Radziły i nadal radzą sobie zioła i chili choć odmiana Basket of Fire to raczej Bardzo Mały Basket of Bardzo Anemiczny Fire, no ale jest. Rozmaryn utworzył chaszcz i oficjalną wymówkę do tego, abym nie jeździła na rowerze ostatnio - skrzynia z rozmarynem stoi przed rowerem a ja mam małe stopy i utkwiwam.
 - jak się przeprowadza z Myszami - lądem i promem oraz w stresie, trzeba wcześniej dopilnować papierologii, Myszy i inny drobiazg zostały uznane za gatunki, które nie przenoszą chorób (i słusznie bo co też mogłaby taka Mysz w tych maleńkich łapkach przenieść), ale trzeba o zamiarze przejazdu przez kilka krajów uprzedzić, z różnym wyprzedzeniem, a Myszy mają być świeżo po wizycie u mysiego doktora i z zaświadczeniem, że są zdrowe (a Większa na pewno jest Myszą a nie, jak sugerowałby wygląd, młodą, bardzo puszystą kapibarą).

Poza tym zabiegana jestem i instant i dlatego mnie mało ale na maile i wiadomości na FB odpisuję w zasadzie na bieżąco i można mnie tam łapkami pacać, może bardzo się w kwestii ilości słów pisanych nie rozszaleję ale odpiszę na pewno, są świadkowie.
Za chwilę wrzucę obrazeczki a potem Myszy i sesję zdjęciową tego, co mi zrobiła Karolina, trochę się darłam. Pogłowie Myszy w hacjendzie oficjalnie wzrosło do 5 sztuk.

Z obrazeczków będzie prosty sposób na zyskanie szacunu, powód do niepokoju oraz paczcie jakie cicik miał szczęście, nie zeżarło go to małe szare. Może było zaspane. O, i zaczynają się interesujące promocje, nie przeoczcie Państwo takich okazji. Miłego dnia, wracam do zajęć fizycznych, pół hacjendy idzie w dobre ręce, drugie pół trzeba spakować a mnie najlepiej wychodzi siedzenie jak wypłosz na sofie i zastanawianie się w co się, nomen omen, pakujemy. Oł, krab.

PS. Z ostatnio zasłyszanych:
 - ..."no i proponują mi to konto w nowym banku, żebym się przeniosła, ale nie wiem czy się zdecyduję, sąsiadka ma tam konto i mówi, że musi się logować za pomocą tolkiena..."

poniedziałek, 14 października 2013
"Dożywotni zakaz mówienia o szczelinowaniu dla dwójki dzieci"

Myślałam, że się zmikczę. Że współczucia, oczywiście. Biedne otroczki, chciałyby ot tak, w gronie innych dziatek poruszyć temat nurtujący ich młode umysły, wszak któż z nas nie czuje czasem nieprzepartej chęci aby w gronie innych entuzjastów konwersować o szczelinowaniu gazu łupkowego? A one nie mogą. Serce się kraje.
Rozważam założenie na FB stosownej grupy - dla tych, którzy jeszcze mogą ten temat poruszać bo sami widzicie, różnie bywa. Rozmawiajmy o szczelinowaniu póki nam wolno.

Na wstępie wrzucę Państwu szynszyla aby wprawić Was w dobry nastrój bo będę się teraz trochę tłumaczyła i liczę na wyrozumiałość.
Otóż nie było mnie gdyż:
a - powoli się przeprowadzam i rozdaję/pakuję/wyrzucam rozmaite dobra, pierdolnik jak w MadMaksie, pardon my Klatchian, dwa razy szłam pisać notkę ale drogę zagrodził mi krzak bakłażana, adapter i willa dla chomików (do oddania, anybody?) oraz dynie o których nie będziemy więcej wspominać.
b - dali mi walkmana
c - odebrali mi walkmana, najwyraźniej nie wiedząc tego, co ja wiedziałam już jako młoda koza, czyli że kto daje i odbiera ten się w piekle niepowiera (nie umiałam wymawiać jak trzeba i nie mówcie, że Wy wiedzieliście, u mnie się całe podwórko niepowierało i nikt nas nie poprawiał tylko się nabijali po kątach)
ale za to przypomniało mi się jak mi jakiś czas temu robiono EKG i opowiem Wam, żebyście Państwo wiedzieli ile zależy od Waszych nóg.
Jak Państwo wiecie niemal każde moje spotkanie ze służbą zdrowia jest nietypowe i obfituje w niespodzianki i krotochwile, nie inaczej było i wtedy. Wchodzę, zaprezentowano mi leżankę z którą miałam wejść w kontakt personalny, miła pani kazała mi "tu nóżki tu rączki nie ruszamy się", zwykłe EKG. Wyżej wymienione się wykonuje i nagle cóż ja słyszę - do gabinetu wpada jakiś ktoś. Sapie przez chwilę i pyta tzw. teatralnym szeptem "I co?" na co drugi głos odpowiada "Sama zobacz".
W tym momencie zasłonkę, za którą grzecznie oddycham i nie oddycham uchyla dyskretnie dorodna pani pielęgniarka, rzuca spojrzenie na moje kończyny dolne i wydaje niechętne "No szkoda..." po czym wychodzi.
Przyznaję, że nieco zamarłam. Szkoda, że co? Że oddycham? Że to ja a nie Żorż Klunej? Prawie dałam sobie spokój z oddychaniem, tak mnie przytkało.
W tym momencie pochyla się nade mna pani od EKG i wyjaśnia spokojnie:
 - "A bo one się tak trochę zakładają jak się zimno zrobi i jak pacjentka ma nogi wydepilowane to ta gruba przegrywa kawę."
Kurtyna.

Miało być o balonach. Większość z nas ma do nich stosunek przerywany to znaczy widzi je na jakiejś imprezie a potem długo nie widzi i nic nam się w związku z tym w uczucia nie dzieje.
Niektórzy mają inaczej a dowiedziałam sie o tym z programu oglądanego nieuważnie gdyż akurat czyściłam grzyby. Niemniej zerkałam i byłam dzielna bardzo, nie ruszył mnie widok chłopczyny o wadze średniego Bataliego gibiącego się na wielkim podłużym balonie z silikonu, dzielnie zniosłam widok jego partnerki bardzo starającej się udawać przed kamerami, że tak, ją też strasznie cieszą te wszystkie balony wokół a dmuchanie ich to świetna gra wstępna. Ale kiedy pani lektorka rzuciła zbolałym tonem "Gdy nie jest z Laylą Denis sam bawi się swoimi balonami" dziabnełam się przez podgrzybka w kciuk. No nie brzmiało to dobrze i co poradzę.
Potem był pan współżyjący z rozmachem. Oj no co, miał siedmioro dzieci i każde z inną kobieta ale to nie jego wina tylko przez dietę. Mianowicie jadł afrodyzjak a jak już jadł to co zrobić, musiał te dzieci produkować, przecież nie będzie tak siedział żeby się zmarnowało. A jak już się naprodukował poznał Kobietę Swojego Życia.
I okazało się, że ona także ten afrodyzjak je. I że pan musi teraz jeść go więcej bo jak sobie nie poradzi to pani znajdzie sobie takiego, co sobie poradzi, a tego by nie chciał. Mieli już wspólne dziecię ale trochę ginęło w tłumie bo pani miała już czwórkę własnych. Pan postanowił podejść do problemu dzieci swej partnerki rozważnie i romantycznie zarazem, stwierdził mianowicie :
- "Nie jest łatwo ale kto ma psa ten ma pchły"
Odrobineczkę skojarzyło mi się z tym skeczem Monty Pythona w którym bohater opisuje małżonkę słowami "Trochę cuchnie ale ma złote serce".
Ale najfajniejszy był pan ktory postanowił, że dość tego siedzenia z piwem przed TV i pomagania żonie w zakupach, nie będzie żona prosiłaopomoc mu w twarz, mężczyzna to twardy wiking. Każdy jeden. I jak któryś nie jest pewien to on mu pokaże (a tamten szybko zobaczy) - i zorganizował kursy wikingowania dla każdego zainteresowanego pana. Każdziutenieczkiego, także anemicznych urzędników którzy większość kursu spędzili na narzekaniu że im zimno, nie podoba im się ani trochę i generalnie sobie Nie Życzą. Z przyczyny, której nikt mi nie wyjaśnił, w kursie chodziło w głównej mierze o to żeby rozebrać się do naga i wyjść na mróz. Panowie (no, z wyglądu chwilowo panie, to był duży mróz) mieli jeździć nago na skuterach, piec mięso przy ognisku, od czasu do czasu jednego przywiązywano i robiono mu test wytrzymałości na kulki paintballowe ale potem pan prowadzący uznał, że nie zna życia wikinga i w ogole śmieszny z niego puszeczek kto nie przejedzie się po wertepach leżąc na dachu terenówki. Nago. I z kumplami od wikingowania. Widok był wart obejrzenia choć mam przeczucie, że nie do końca na tym polegały prawdziwe wikingowe próby męstwa. Oni raczej grabili nadmorskie osady.

W międzyczasie - co ja paczę, kilka kliknięć i można odetchnąć z ulgą.

U Myszy wprost fantastycznie, Większyk zdetchórkała się tak, że aktualnie uznajemy ją już za Mysz Nieco Bezczelną. Mniejsza ma kolejną nową zabawę. Zabawa polega na tym, aby na miseczce z ziarnem usypać jak najwiekszą stertę trocin przekopując je tylnymi łapkami. Następnie bardzo z siebie dumna Mysz, z dygoczącymi z emocji uszkami, siada na stercie jak smok na złocie i czeka aż przyjdę, zdejmę ją ze sterty i poprzesypuję trocinki z powrotem żeby zwierzątko miało dostęp do ziarna. Po czym wychodzę a Mysz powtarza czynności wyżej opisane. W którymś momencie, kilka dni temu, kiedy obie Myszy zakopały ziarno pod trocinami i siedziały z minami Taka Jestem Niedożywiona Pacz Moje Słabe Łapki załamałam się nieco i mówię:
 - Kota przez Was dostanę!
Na co słyszę spokojny głos Trenera Osobistego:
 - Nie możesz, mam alergię na sierść.
Taki dom, nawet kota nie można dostać.
Sesję zdjęciową wrzucę na Fanpejcz jak obgimpię.

Mam filmiki z puszystymi, poprawiają nastrój nawet w poniedziałek. Proszę, oto puszyste, puszyste i puszyste.
Oraz poważna prawda o życiu. I jeszcze jedna. Miłego dnia Państwu, następna notka będzie niewiemkiedy gdyż przeprowadzka coraz bliżej a ja instant i zabiegana i zmęczona po prostu, niemniej dołożę wszelkich starań, oczywiście.

PS. Z cyklu Dialogi Małżeńskie:
Kilka dni temu Trener układa sie do snu, poduszeczka, kołdra, maskotka*, nagle zaczyna nieco pokwikiwać i nawet trochę się dusić.
Mam Trenera już od jakiegoś czasu więc odsunęłam się nieco na wszelki wypadek i pytam, o co chodzi.
I słyszę:
 - Pomyślałem o tym, żeby wejść do gabinetu i powiedzieć lekarzowi "Mam sklerozę odkąd pamiętam."
Mam przeczucie, że to zrobi.
(Jeśli nie to ja zrobię, też mi coś.)

PPS. Kiedy oddaje się holter wejście do gabinetu zabiegowego z hasłem "Dzień dobry, proszę o odklejenie mi tego walkmana" powoduje, że obecni robią się Niepoważni, nie pytajcie, skąd wiem. Na pocieszenie mam świadomość że będą się w piekle niepowierać.

 

* moja maskotka a poza tym wcale jej tam nie było - dodaję to szybko żeby nie mieć odłaskotanych stóp.

środa, 02 października 2013
"Rebecaaa, łożysko się rozmroziło!"

Taki program oglądałam że podczas oglądania musiałam dwa razy przerwę zrobić i pohiperwentylować sobie a raz mi Trener Osobisty musiał podać trochę wody i poklepać po pleckach bo się zakałapućkałam ze śmiechu.
Otóż było o niestandardowych metodach wychowawczych. Chodziło o USA (W Anglii niestandardowe byłoby dopilnowanie żeby 13-letnia córka nie sypiała po pijaku z kim popadnie, nuuuda) i zaprezentowano zdumionym ócz mych źrenicom np. rodzinę, w której dzieci robią, co chcą a czego nie chcą, nie robią - w tym przypadku nie chodziły do szkoły i uczyły się życia z życia. Chciał otroczek pączka na śniadanie - dostał. Chciał jechać gdzieśtam - pojechali. Chciał oglądać TV do upadłego - proszę bardzo. Żadnych zasad, przymusów itp.
Bardzo, bardzobardzo liczę na to, że nakręcą życie powyższej familii kiedy dzieciaczki wejdą w okres nastoletniego buntu.
Druga familia nie stosowała pieluszek oraz, sądząc po ilości potomstwa, antykoncepcji innej niż trzymanie kciuków. Oraz mroziła łożyska. Nie, nie po to, żeby skonsumować, no co Wy (chociaż przy tej ilości potomków  zdążyłam sobie, niestety, wyobrazić to marudzenie przy śniadaniu "mamooo, ja nie chcę, znów łożysko? wczoraj jedliśmy to po Nejdżelu i było lepsze, to po Kejt jest niedobre..", straszny mam umysł), konsumowanie jest już chyba passe, wszyscy się chyba opchali łożyskami jak jacyś sołtysi i przyszła pora na nowy trend.
Otóż łożysko trzeba zasadzić.
Razem z drzewkiem, żeby na nim rosło, dziecię urosło więc i drzewko niech ma coś od życia.
W związku z tym pan domu najpierw zaprezentował zdegustowanemu potomstwu rzeczony obiekt po czym poszli gromadnie uszczęśliwić nim drzewko.
Oczy miałam na pół twarzy.
Wesoło mają w tych Stanach, nie ma co.

Przejdźmy do Trenera Osobistego....a, nie, nie możemy bo wyjechał na Mazury o 2 w nocy. Z kolegą Sz. (pozdrawiam). Wcześniej z poświęceniem piekłam chleby i bułeczki i przetapiałam na smalczyk pół dorodnego knura bo przecież im tam bez warstwy tłuszczu poodmarzają sempiterny.
Panowie zadbali o warstwę alkoholu, bardzo są dzielni.
Wyjazdy Bardzo Męskie, przypominam, polegają na tym, że jedzie się w kilku dojrzałych, poważnych panów na stanowiskach w najmniej sprzyjającym pogodowo okresie roku (maj albo październik) w kompletnie zdziczałą dzicz w celu przygotowania jachtów do sezonu albo zdjęcia ich z wody.
Tak naprawdę chodzi o spożywanie napojów wyskokowych, mówienie do siebie barytonem "Misiaczku...", sugerowanie sobie wzajemnie pożycia ze wszystkimi obecnymi w różnych konfiguracjach oraz z okoliczną przyrodą ze szczególnym uwzględnieniem bobrów. Gdzieś w międzyczasie zajmują się jachtami. Punktem obowiązkowym jest wskoczenie przez jednego z obecnych do wody i wynurzenie się z wrzaskiem "Mój Boże, jestem kobietą!". Partnerki otrzymują raporty w rodzaju "nakarmili mnie a potem był lodzik" ale wiemy już, że chodzi o odgrzanie bigosu i pójście do sklepu po migdałowego Magnum, więc się nie przejmujemy.

Z innej beczki - jak Państwo wiecie mam szczęście do spotykania na swej drodze jednostek sporo w moje życie wnoszących, dowiaduję się na przykład o zapisach na kapibarę czy jak wygląda biedronka pstra, szczęściara ze mnie i tyle.
Wczoraj w azjatyckim barku dowiedziałam się mimowolnie co powinna zrobić kobieta która zorientuje się po wyjściu z domu że zapomniała włożyć majtki.
Sytuacja, zdaje się, beznadziejna, oj no zapomniało się o majtkach, każdemu się zdarza - ale nie wg pani która dzieliła się mądrością z koleżanką.
Otóż jest sposób na poradzenie sobie z tą sytuacją. Kobieta, która obawia się, że znowuż zorientuje się gdzieś na mieście że borzesztymuj, majtek nie włożyłam, powinna być do takiej sytuacji Przygotowana.
Poważnie, kobieta powinna mieć w torebce parę majtek, na wszelki wypadek. Już sobie zwizualizowałam sytuację w ktorej w zatłoczonej alejce sklepowej jedna z pań przystaje, kraśnieje uroczym rumieńczykiem, rzuca do kogoś "och, taka ze mnie gapa, znów o majtkach zapomniałam, przypilnuje mi pani wózka?" i uskakuje za najbliższy regał aby swoje niedopatrzenie naprawić.
Trochę sobie napłakałam w zupę z wontonami.
Wraz z Brahdelt rozwinęłyśmy teorię - panie towarzyskie i o dobrych sercach powinny mieć w torebkach także bieliznę w rozmiarze koleżanek, z którymi się umawiają. Troche przegwizdane jeśli robi się jakiś większy spęd ale można teraz kupić naprawdę duże torebki więc jakoś się to zorganizuje.

O Myszach miało być. Otóż Większyk mi się zdetchórkał - wczoraj, po raz pierwszy w swej małej, szarej karierze Większa (zwana, zgadnijcie czemu, Paczu Mikczu) stanęła na tylnych łapkach, ujęła w przednie mój nos i starannie go polizała, omiotła pękami wąsów i polizała jeszcze raz po czym wylazła mi na dłoń i nie dostała na niej ataku paniki. Posiedziała sobie, popaczała wielkimi ślepkami okolicę i wróciła spać.
U Mniejszej bez zmian, dopada człowieka i nie puszcza, jest zakochana po czubki uszek.

Na obrazeczki nie mam siły, zamiast tego wykwiczę się Państwu romantycznie.
Otóż kilka dni temu siedzimy sobie z Trenerem Osobistym, spokojny, leniwy dzień, na obiad była zupa grzybowa, Myszy spały. Nagle Trener Osobisty zastygł, spojrzał na mnie wielkimi oczami i tak sobie trwał.
Uznałam, że nastąpi komplement bo co znowuż wkącu, Aspazja z Miletu mogłaby mi trampki wiązać, jestem milutka jak koteczek i wogle.
Liczyłam na coś w rodzaju "Miłości Ty moja jedyna, masz oczy jak gwiazdy, pachniesz kapryfolium a grzybowa była pyszka".
W tym momencie Trener osobisty ocknął się z letargu i zapytał:
 - Wiedziałaś, że Chuck Norris rozróżnia smaki prawego i lewego Twixa?

Przypuszczam, że wkrótce tu oszaleję.

środa, 18 września 2013
"Zazwyczaj odmawiam gdy harleyowiec w skórze zaprasza mnie do lasu".

To Paul Merton, bardzo rozsądny pan, polecam program o jego przygodach, przezabawny jest.

Poza tym u Rodziny byłam i, gdyby ktoś chciał mi miniony weekend przedłużyć, mógłby wybrać sobie stosowną rolę i zaserwować mi co następuje:
 - Na moją skierowaną do Trenera (i usłyszaną przypadkiem) prośbę żeby wrócił z herbatą za pół h bo chcę jeszcze pospać należy Trenera wyręczyć i natychmiast zrobić mi herbatę, przynieść do sypialni (nieważne, że zamkniętej), postawić obok łóżka, dopytywać z troską przez dłuższy czas co mi jest skoro nie wstaję po czym stać nade mną póki nie wstanę.
 - Na informację, że zapomniałam ręczniczka, powinno się bezzwłocznie zaproponować mi ręczniczek rurzowy. Kiedy okazuje się za mały proponuje się kolejny, rurzowy. Czynność należy powtarzać dopóki zrezygnowana nie przyjmę ręczniczka i nie powiem, że ładny.
 - Widząc, że nie jem śniadania, należy proponować kolejno całą zawartość lodówki póki nie zjem kanapeczki.
 - Na obiad należy nałożyć na mój talerz porcję wielkości 3 obiadów. Na mój słaby protest trzeba odpowiedzieć, że to najmniejsza porcja a zjeść muszę, bo jestem blada, i czy chcę do tego piwo.
 - Kiedy już zmęczę 1/3 porcji i zakomunikuję słabym głosem, że następny posiłek zjem za 2 tygodnie właściwym jest rzucenie mi zatroskanego spojrzenia i zapytanie czy chcę jeszcze jabłuszko, już umyte.
 - Powinno się zaoferować mi kolejno pół kilo muszelek (wyczyszczonych do białości), srebrną portmonetkę, worek dzianin, zapalniczek, czekoladek, cukierków, jabłek i ogórków malosolnych. Na moje obiekcje reagować należy bardzo smutną miną póki wszystkiego nie przyjmę i nie przysięgnę, że postaram się wszystko wykorzystać a portmonetkę zabiorę na raut w ambasadzie (bo przecież będziemy w tej zagranicy elegancko bywać, bale itp).
 - Nie należy przerywać mówienia poza godzinami 24.00-6.00, wtedy można odpocząć.
 - Dobrze jest od czasu do czasu zauważyć że wprawdzie jestem najmłodsza w rodzinie ale niepokojąco blada a problemy ze stawami i menopauza czyhają tuż za rogiem i są niefajne.

Było uroczo ale zostałam zagłaskana prawie na śmierć więc, kiedy w drodze dziękibogupowrotnej zatrzymaliśmy się przy Zoo w Człuchowie w ktorym ararauny darły się bez przerwy i bardzo głośno a Trener zapytał "Strasznie głośno skrzeczą, prawda?" odpowiedziałam z promiennym uśmiechem że po tym weekendzie prawie ich nie słyszę.
Trener rzucił mi Popaczanie.
Kochana jest moja rodzina ale bardzo, BARDZO troskliwa. Bardzobardzo.

Poza tym nie wiem, czy Państwo wiecie, ale pod i nad autostradami są Przejścia dla Zwierząt. Osobne dla małych, dużych i średnich.
Dało mi to miłą okazję do bawienia Trenera Osobistego pytaniemi w rodzaju:
 - Czy jeśli łoś bardzo się zgarbi będzie mógł przemknąć się przejściem dla Zwierząt Średnich? (podobno nie)
 - Czy jeśli dzik bardzo przytyje i tak trochę się nadmucha dumnie będzie mógł z godnością skorzystać z przejścia dla Zwierząt Dużych? (nie)
 - Co z kijanką która chce skorzystać z przejścia dla Zwierząt Dużych? (podchwytliwe było, zorientował się)
 - Czy Mysz Większa powinna przechodzić Przejściem dla Zwierząt Dużych? (niestety tak)
(Myszy, nawiasem mówiąc, oszalały ze szczęścia na nasz widok, Większa wdrapkała się na mnie cała w uśmiechach, Mniejszyk mało łapek nie pogubiła, tak bieżyła, bardzo były zadowolone, że wróciliśmy, i okazywały to z całych sił, dumnam jak nie wiem co.)

Ponadto zapragnęłam grzybów. Kurek nie, kurki mam na straganie blisko domu więc sobie kupię na miejscu - miały być od grzybiarzy przy szosie. Dopadłam podgrzybków (i, z rozpędu, worka kurek, co mi szkodzi), ale chciałam jeszcze borowiczki i kozaczki. Trener uporczywie odmawiał zatrzymania się po kolejne złoża grzybów więc kwestię "borowiczków i kozaczków daj mi luby" powtarzałam bardzo konsekwentnie.
W którymś momencie Trener Osobisty zaczął się krztusić i mówi z niejakim trudem:
 - Pacz, ta pani ma kozaczki, zapytaj, może Ci sprzeda.
Popaczałam i cóż ja widzę, przy drodze stoi Dama Negocjowalnego Afektu.
Faktycznie, miała kozaczki.
Tak wyglądają podróże z Trenerem Osobistym, nie polecam osobom o słabych nerwach, można oszaleć.

Poza tym w Makdonaldzie w Strykowie nastąpiła inwazja przedstawicieli ruchu Bezradne Męskie Nóżki. Poważnie. Trzech młodych panów miało rurki a jeden dodatkowo żółtą bluzę z paskiem w talii dzięki czemu wyglądał jakby się ponapuszał bardzo na biodrach. Zaprezentowano stosowne pozy ("nie zdążyłem do toalety ale wyczymam w tej kolejce") i machano grzyweczkami. Małom sobie w kafelate nie nakichała.
(Tu serdeczne pozdowienia dla pani z McCafe w Koszalinie która widząc zmizerowane pomięte stworzenie piszczące "Ratunku, spędziłam weekend u teściowej i spałam 3 h, proszę mi coś zaproponować" dzielnie powstrzymała łzy i zaoferowała mi dużo mocnej kawy. Wprawdzie podejrzanie się śmiała przez kolejne pół h ale pewnie takie ma usposobienie radosne po prostu.)

Miały być obrazeczki ale nie mam siły, może później dorzucę, póki co idę skończyć z tymi podgrzybkami.
Miłego dnia Państwu, padam na nos, nie wiem, kiedy te wojaże odeśpię.

PS. Z serii Dialogi Małżeńskie:

 - No już już, późno jest, fruwaj do łóżka.
 - A bajka na dobranoc?
 - Opowiem Ci bajkę jak fruwaj do łóżka.

PPS. Kolejna firma (o Kłaszkłaju już pisałam kiedyś) trochę nie pomyślała o tym, jak będzie brzmiała nazwa ich wozu. TATA Indica. No ja pierniczę. "O, to Twój samochód, co to?" - "Tata indyka". No trochę to nie brzmi jak dla mnie.

czwartek, 12 września 2013
"Gdyby coś się stało mojemu dziecku natychmiast bym je sklonowała"

powiedziała jedna pani (o wyglądzie zszokowanego karpia, jak to ofiara silikonu) w programie o klonowaniu pieseczków, część druga. Tym razem pieseczka sklonował sobie chirurg plastyczny i teraz ma trzy.

Miała być poważna notka ale nie da się, oglądaliśmy "Oblivion" i będą spojlery, jak ktoś nie oglądał to niech sobie idzie teraz kanapkę zrobić alboco.
Zaczyna się od tego, że Holyłód postanowiło do głównej roli męskiej zatrudnić wyjątkowego aktora. Przystojny, wysportowany, uwielbiany przez fanów na całym świecie, do tego skromny i zabawny, inteligentny, rozsądny, prorodzinny i oczywiście mistrz w swoim fachu.
Niestety był zajęty i rolę dali Tomowi Kruz.
W skrócie - chodzi o to, że jakiś lokalny pan Henio od śrubek się po całości pieprznął bo jak kasowali temu Tomu pamięć to im średnio wyszło, Tom sypia z jedną panią ale pamięta inną i jest to była dziewczyna Bonda więc nie wiadomo, czy się chłopaki nie zaczną o nią w kiślu tłuc. No i tak sobie pamięta, pamięta w międzyczasie naprawiając drony które wyglądają jak takie milusie piłki z reflektorkami i, naturalnie, masą śmiercionośnej broni, bardzo sympatyczne drony im wyszły i od razu jedną chcę. Są i wrogowie, wyglądają agresywnie i nieestetycznie ale potem się okazuje, że to wszystko zupełnie nie tak. W międzyczasie pani od sypiania wyrzuca roślinki i robi mase innych głupot a pani zapamiętana się pojawia i nigdzie nie ma Bonda, kamień z serca. Pojawia się też Lannister, bardzo pomocny (i ręka mu odrosła, magia Holyłódu) a Tom jest skonfudowany gdyż musi zatłuc samego siebie, na szczęście wyrabia się jeszcze z seksem dzięki czemu była dziewczyna Bonda w jednej z ostatnich scen ma nie tylko pomidory, dużo (zazdroszczę) ale i dziecię (nieszczęsna) i wszystko kończy się dobrze.
Tom zagrał bardzo dobrze ale i tak go nie lubię. Lubię za to Cumberbatcha więc byłam trochę nerwowa wczoraj kiedy oglądaliśmy nowego Startreka. Zagrał rewelacyjnie, w sumie wszyscy zagrali tylko ta blond niunia tam nie wiem po co wlazła a Uhurę zrobili tak słodką że mdli od samego popaczania na te rzęsy jak u młodej jałówki. Kapitana zrobili młodego i też ma coś z tymi rzęsami, może to jakiś nowy trend, Spock bardzo udany (i żadnych przesadnych rzęs), całość bardzo ok i polecam, można obejrzeć bez przykrości.

Poza tym bajecznie jest, mili ludzie (Gosiu, pozdrawiam ciepło) wysyłają mi pocieszające maile dzięki czemu pozwalam sobie na pierwsze, nieśmiałe podejrzenia że jednak uda się przeprowadzić bezboleśnie, nie trafimy na terrorystów, oszołomów ni czyhające na ofiarę agresywne dorsze i wprawdzie podróż zajmie chyba z dobę w sumie ale w końcu wylądujemy w miłym, spokojnym miejscu gdzie ludzie nas lubią (bo Polacy mają tam opinię pracowitych - to dlatego, że lokalesi jeszcze nie poznali mnie, nauczę ich jak omiatać mieszkanie wyłącznie wzrokiem), nie ma skrajnych temperatur i jada się dużo ryb (w tym, mam nadzieję, agresywne dorsze, bo jestem nieco mściwa, nie będzie dorsz czyhał nam w twarz).

Podzielę się z Państwem praktyczną poradą, wymyślona i przetestowana wczoraj.
Otóż jeśli ktoś bierze leki wziewne powinien wziać je maksymalnie, wzianie anemiczne nic nie da.
Trener Osobisty bierze lek wziewny a ja postanowiłam nieść pomoc.
To bardzo proste, trzeba być czujnym, w którymś momencie ofiara osobnik bierze pojemniczek z lekiem, taki psykacz, przykłada do ust korali...
...i w tym właśnie momencie trzeba powiedzieć głośno "Przytyłeś."
Działa natychmiast, odruch zrobienia oburzonego "Hyyyyyp!" jest nie do powstrzymania.
Nie ma za co.

Obrazeczków mam mało bo jak szukałam to były głównie zdjęcia gołych panów, poważnie, ktoś sobie kolekcjonował focie z rąsi leżących w trawie panów z wyeksponowanymi frankfurterkami, no takie ma ktoś hobby i co poradzę, musiałam się przedzierać żeby kilka obrazeczków wyszukać. W każdym razie mam - proszę bardzo, dziś o muzyce, dobrym pomyśle spóźnionym oraz aluzjach (jeden z najukochańszych ever).

PS. Cichy wieczór na Litwie w hacjendzie, siedzę na Sufce oglądając nowy świetny program (o nastolatkach które w wieku 18 lat podejmują dojrzała, przemyślaną decyzję żeby wziąć ślub natentychmiast bo to miłość na całe życie i zawsze będą jak dwa gołąbeczki z dziobków sobie wyjadać i nie ma szans, żeby porozumiewali się kiedykolwiek syczeniem i pluciem, no skąd) i nagle pojawia się Trener Osobisty. Dopada moich stópek (łatwo nie jest, moje stopy mają rozmiar 35) i zaczyna je miziać. Po bohaterskim wyrwaniu stópek pytam z oburzeniem, czemu jestem nagle miziana.
 - Bo jestem miziantropem.
I poszedł.
Kiedyś tu oszaleję.

PPS. Dodam, gdyż życie mi miłe i chcę nadal mieć stopy i uszy, że Trener, który blogaska czyta, wcale nie przytył, przeciwnie, wygląda świetnie i bardzo męsko.

PPPS. Jeśli nie wrócę to znaczy że powyższe nie zadziałało i mam odmiziane stopy więc nie mam jak wrócić.

wtorek, 03 września 2013
Oł krab.

Ja na moment gdyż jestem rozdarta między "o,bogowie,co my robimy" a "będzie fajnie, założę blogaska zamiejscowego i będę miziała stópką piaseczek na plaży". W tej chwili dominuje panika i desperackie przeszukiwanie netu w poszukiwaniu informacji najbardziej podstawowych czyli:
 - czy są tam promysi weterynarze
 - czy są tam wielkie włochate ćmy
 - czy będziemy musieli jeść tylko owce
 - czy będę musiała mówić w języku który brzmi jakby się ktoś krztusił, krztusił a potem tak trochę jakby dławił
No ale to wszystko za jakiś czas, na razie tak sobie na luzie i lokalnie pohisteryzuję gdzieś w tle.
Do tego do Mamy Trenera Osobistego mam jechać, na pewno będzie świetnie, znowu. Zabawnie bywa z tymi mamami, btw.

U Myszy wiosna, w sensie nastroju, Większyk coraz bardziej mnie zadziwia, zaczęła bardzo często wyłazić mi na dłoń i niezmiennie ślicznie pacza, Mniejszyk bieży, nakobrywuje się, rozładowuje w supertajnej spiżarni (phi, pod kołowrotkiem, myśli, że nie wiem). Odkryliśmy ostatnio z Trenerem jak się wywabia taką Mysz Większą na przycinanie pazurków. Normalnie nie trzeba bo zwierzątko sobie ściera samo ale czasem się zagapi.
Otóż przy wywabianiu bazujemy na tym, że małe gryzonie futerkowe są słabe z matmy. Odkryliśmy to przypadkiem, mianowcie wzięłam 3 ziarna słonecznika i idziemy z Trenerem obcinać. Po drodze Trener pyta:
 - Ile pazurków jest do obcięcia?
 - Nie wiem, chyba wszystkie podetnę.
Podchodzimy do klatki, otwieram Kostkę Sypialną i mówię do Myszy:
 - Myszo, chcę Ci przyciąć ze dwa pazurki, dostaniesz za to dziesięć ziarenek.
Trener oburzył się szeptem:
 - Mówiłaś że wszystkie a ziaren masz 3 sztuki, zorientuje się!
 - Myszy chyba nie umieją liczyć...
 - No nie wiem, a jak umieją?
 - Nie umieją.
 - Sprawdzę. - mówi Trener po czym pochyla się nad Myszą i rzuca zachęcająco:
 - Tak, 10 ziarenek za 2 pazurki, wychodzi po 7 za 1 pazurek!
Mysz wyszła.
To, jak wygląda przycinanie pazurków bardzo puchatemu zwierzęciu które chowa łapki w podwoziu i można sobie najwyżej w bierki pograć, to inna historia. Zdołałam przyciąć 4 pazurki, Trener musiał iść po dodatkowe ziarno, tyle powiem.
Ponadto Mysz Mniejsza znów układała z Trenerem sudoku. Weszłam do sypialni akurat, kiedy Mysz sobie Nie Życzyła na poduszce a Trener usiłował ją uspokoić trochę się dusząc. Pytam o co chodzi.
 - Znów przegrała. Ale sama jest sobie winna, kiedy drobiła po ekranie przypadkiem ustawiła sobie poziom Medium.
A do Myszy:
 - Robisz się zgryźliwa na starość.
Mysz natychmiast się obraziła.
Normalny, spokojny dom, mówiłam.

Zrobiło się zimno więc okoliczne otroczki pochowały się w swych bezdennych otchłaniach pokoikach z zabawkami ale zdążyły wykonać ostatni zryw, mianowicie stoję wczoraj w oknie z kubeczkiem (w owce, btw) herbaty i cóż ja paczę, otroczki igrają wesolutko na trawniku sąsiedniego budynku. Zabawa była przednia, polegała na odkręcaniu naściennego kranu z wodą i patrzeniu jak się woda fajnie leje i leje i leje. Stoją tak sobie młodzi przyszli fizycy/żeglarze/tonący, stoją i nagle jeden, szczególnie frywolny, kopnął strumień wody tak, że niefortunnie zrosił spodenki towarzysza zabaw.
Towarzysz zareagował podniesieniem głosu i zadaniem bezsensownego w tych okolicznościach pytania, a mianowicie:
 - Co ty robisz?!
I tu, jak żywy wzór dziecięcej przyjaźni i bezinteresownej chęci niesienia pomocy i poszerzenia wiedzy kolegi, w sukurs przyszedł inny otroczek Mianowicie zamyślił się na chwilę po czym rzucił tonem bardzo dobitnym:
 - Może on och*jał...
No może.
Niestety dorośli zepsuli całą zabawę wzywając otroczki do bezdennych otchłani rodzinnych domów na posiłek więc nie wiem, co faktycznie stało się otroczkowi frywolnemu że tak koledze spodenki pochlapał. A to ci filutek.


Wracam histeryzować oraz jadę do lekarza (proszę o kciuki) i Kiki (tu za kciuki dziękuję bo zamierzamy zamówić pizzę i tylko by przeszkadzały, poza tym co to za zwyczaj, z łapami do cudzych posiłków, zachowujcie się), w ostatniej chwili podzielę się jeszcze z Państwem wymyślonym przeze mnie sposobem na to, jak dzięki kilku niedużym pingwinom w plecaku stać się rozrywanym mistrzem konwersacji i lwem salonowym (albo chociaż na chodniku pod Rossmannem czy gdzie tam się dialog odbędzie)
Sprawa jest prosta - jak jest zimno to są pingwiny, tak?
No to nosi się ze soba kilka sztuk w plecaku i usiłuje doprowadzić do przecięcia dróg z innymi potencjalnymi rozmówcami.
Jest więcej niż pewne że w związku z tym, że zrobiło się zimno, ktoś w końcu to zauważy i rzuci uwagę w rodzaju "Ojeju, jak zimno!"
I wtedy osoba z plecaczkiem rzuca nonszalancko "Rzeczywiście, zrobiło się zimno a zimno to pora pingwinów, sam zobacz!" - i wyciaga z plecaka dowód rzeczowy.
Jako będąca na czasie i przygotowana do konwersacji z pewnością stanie się pożadanym rozmówcą. Nie ma za co.
Obrazeczków jest mało i takiese ale pozwalają poszerzyć wiedzę o obcych kulturach czy przyrodzie, dobre i to. Jest i praktyczna porada, może ktoś skorzysta. Miłego dnia Państwu, wracam do przeżywania, panikowania i planowania, krab krab, co my robimy, krab.

wtorek, 27 sierpnia 2013
"Za wcześnie na dziecko. Głupio mieć brzuch zamiast flaszki i papierosa."

To nie ja, to 16-letnia Amber na wieść o tym, że jej 15-letnia przyjaciółka nie najlepiej znosi opiekę nad swoim kilkutygodniowym dziecięciem. Ukłony dla angielskiej telewizji, trzymacie poziom, w zeszłym tygodniu przebił Was tylko program o klonowaniu ukochanych zwierzątek. Myślałam, że się na śmierć zakwiczę, kiedy kilkutygodniowy szczeniak zamówiony w miejsce ukochanego pieseczka pani machnął łapą a zachwycony magik od zwierząt (taki ktoś kto wmawia ludziom za pieniądze że np. ich kotek jest na nich zły o krzywe spojrzenie sąsiadki i albo sąsiadka kotka przeprosi albo mikczenie do butów nadal będzie uskuteczniane) stwierdził, że "pies dysponuje wspomnieniami z poprzedniego życia". Paradne.

Poza tym trochę mnie nie ma bo ustalane są szczegóły odnośnie przeprowadzki a ja mam w środku, w squirku, tak, że lubię wiedzieć na czym stoję i jak nie wiem to się przemieszczam w trybie slow motion oraz piżamie (w motylki, piżama w miśki jest zimowa a tę w sówki zgubiłam i nie ma o czym mówić, ojtam ojtam, raz na jakiś czas każdy coś zgubi) i nie mogę sobie miejsca ni zajęcia znaleźć. Jakoś na dniach będzie wiadomo a wtedy wrócę do normy, tj. szaleńczej pracowitości, ahaha.

Orientujecie się Państwo może co oznacza pióro wrzucone osobnikowi na balkon? Pytam bo jestem taką osobnikiem, zerknełam wczoraj na balkon i co ja paczę, pióro. Takie średniodobrowieszcze, czarne. Trener mówi że wiatr przyniósł ale to byłoby zbyt proste, moim zdaniem to znak od mafii srok-psychofanek. Nie reagowałam na ich ostatnie wrzaski i teraz pewnie dostaję ostrzeżenie czy coś. Z mafią nie ma żartów - wiem, bo mam własną. Na wszelki wypadek dyskretnie wykopsałam pióro z balkonu, nie będzie srocza mafia pierzyła mi się w twarz.

Obiecałam napisać o Trenerze Osobistym który dysponuje słuchem wybiórczym zaznaczającym swą obecność w uszach Trenera akurat kiedy oglądam jakiś program przyrodniczy czy inny które to programy Trenera nie interesują bo nie maja nic wspólnego z rowerami, unixami, stalkerem ani nowym Iron Manem (zerkałam Trenerowi przez ramię, dzielna panna, inna by się zabiła po upadku z 70-piętra a ta nic, fiu fiu - niech tego nie czytają osoby które jeszcze filmu nie oglądały, zapomniałam uprzedzić). Otóż czas jakiś temu oglądam przyrodę mobilną regularnie mokrą, na brzeg wychodzi stworzenie żółwiopodobne o zafrasowanym wyrazie pyszczka a pani lektorka aż pisnęła radośnie - "To wielki żółwiak!". Trener akurat przechodził słowa nie pisnąwszy.
Dopiero po kwadransie, kiedy przestałam już zawracać sobie śliczną główkę perypetiami żółwiaka, Trener w ręczniku udrapowanym na ramionach na wzór peleryny wskoczył do salonu, przyjął pozę bohaterską (o, taką mniej więcej) i gromko rzucił "To Wielkiiiiiii Żółwiak!".
Przypuszczalnie oszaleję tu wkrótce.

U Myszy bez zmian, zdrowe, puszyściutkie i wesołe, Większa się osłoninkowuje na zimę i odważnie trąca mnie noskiem w nos, dzielne stworzonko, Mniejszyk załatwia Mysie Sprawy i odlizuje ludziom palce oraz nabyła nową umiejętność.
Otóż dwa dni temu wchodzę do sypialni i cóż widzę - Trener Osobisty (zachwycony) tańczy z Myszą Mniejszą (zachwyconą). Mysz stoi na tylnych łapeczkach, przednie leżą na palcu Trenera, Trener lekko poruszając palcem powoduje, że mysia mikrotuszka (zachwycona) gibie się lekko jak bardzo mały rezus. Ponadto sporadycznie Trener robi Myszy bardzo delikatne "Poom!" w uszko, Mysz wręcz spazmuje z zachwytu.
No tak sobie tańczyli zwyczajnie, no. Normalny, spokojny dom.*

Mam obrazeczki a nawet filmik, trochę płaczę za każdym razem kiedy widze tego cicika a i ten mnie bynajmniej nie martwi. Poza tym nastąpi porada praktyczna, w końcu to poważny blog. O, jest i artykuł szkolny. Miłego popołudnia Państwu życzę, bób sobie kupcie bo zaraz koniec sezonu a ja wracam do zastanawiania się jak ludzie, prawdopodobnie szaleni, przenoszą cały dobytek plus 2 Myszy w miejsce odległe o ileśtam tys kilometrów. Trochę mi słabo.

PS. Wysoko cenię marki które ułatwiają mi robienie zakupów, załączam wyrazy.

 

 

* Aaaaaaaaaaaa, ratunku.



 

sobota, 17 sierpnia 2013
"To jagodowa maseczka na pysk, wyjątkowo odprężająca".

Chwilowo jestem tu obecna wyłącznie duchem (milutkim jak koteczek, żadnych zmian) gdyż kwestie związane z przeprowadzką za granicę nie zajmują - szok i niedowierzanie - 5 minut więc kwiczę smętnie przytłoczona ogromno-zniechęcającą ilością spraw do ogarnięcia i miewam chwile w rodzaju "chrzanić to wszystko, nigdzie nie jadę a i Myszom nie pozwolę i proszę do mnie nie mówić, nic nie słyszę, la lala lalalalaaa".

W kwestii tytułu - taki program widziałam, że ja pierniczę, trochę nie wiem jeszcze jak to zrelacjonować i na wszelki wypadek podczas oglądania podszczypywałam się sporadycznie k`upewnieniu się, że naprawdę coś takiego oglądam. Otóż jest na świecie śliczna ślicznością wręcz nienaturalną panienka z domu nie do opisania zamożnego, mianowicie ta oto. Panienka prowadzi życie uciążliwe i niełatwe - nie myślcie sobie, że to takie hop-siup organizować wielkie imprezy, celebrycić "na ściance" i miewać chwile załamania nerwowego po tym, jak w wielkim klubie na imprezie zobaczy się gdzieś w oddali dziewczynę byłego, każdy by się załamał. Na szczęście są i chwile radosne - można zwolnić osoby odpowiedzialne za opakowania nowego sygnowanego nazwiskiem panienki szamponu gdyż "pojemnik nie oddaje jej osobowości" oraz, i tu przechodzimy do klu, można mieć zwierzątka i okazywać im miłość i czułość poprzez dbanie tak, jak dba każdy kochający właściciel czworonoga.
Choć - pozwolę sobie zatusić - tuszę, iż my raczej nie zabralibyśmy zwierzątka do psiego spa w budynku Harrodsa. Ona zabrała.
Ja pierniczę (już drugi raz, wiem), jakiż to był cyrk. Piesków było sztuk 4, każda swawolna i energiczna. Tego, że jeden z nich załatwił intymna psią sprawę na środku pomieszczenia można było się spodziewać, pomieszczenie z czystą podłogą wręcz generuje defekującego pieska tak, jak pusty karton generuje kotka. Tego, że pieskom maluje się pazurki nie spodziewałam się ale dzielnie opanowałam wstrząs. Ale kiedy psu, miłemu i spokojnemu, jakaś niunia zaczęła maziać pysk fioletową galaretką wychwalając jej właściwości myślałam, że się nie pozbieram. To samo wrażenie miało kilkanaście osób robiących panience fotki i nabijających się z sytuacji za szklaną ścianą spa. Oto co znaczy wielki świat - a moje plebejskie Myszy dostały tylko słonecznika. Na szczęście są zachwycone - pewnie dlatego, że nie wiedzą o maseczkach na puchate mordziki, inaczej miałbym tu przefoszone.

Poza tym chwilę temu kupowałam dzieciom Kiki zabawki. Upatrzyłam sobie takie obręcze z otworami do baniek mydlanych, syrenkę zmieniącą w wodzie kolor i resoraczki. Upatrzone, skonsultowane z Trenerem, piszę do kontrahenta że chcę te oto obręczę, resoraczki i syrenkę nierurzową.
Dostaję odpowiedź - syrenka będzie żółta, a resoraczków takich, jak na zdjęciu, już nie ma ale są inne, zamiast jednego będzie inny, tu oto zdjęcie, i co ja na to. Wybrany któryś był wprawdzie Deloreanem więc mi zależało ale nic to, kiedy indziej się Deloreana dokupi. Wszystko ustalone, klikam, kupuję, robię przelew.
Dzień później dzwoni Trener Osobisty, lekko się krztusząc i słyszę:
 - Dzwonił pan od zabawek i mówi, że tych resoraczków, co je wybrałaś, już nie ma.
 - Wiem, pani od zabawek mi napisała, że już nie ma, i dostałam zdjęcie innych i wybrałam.
 - Tych też już nie ma, może być taki zestaw jak na zdjęciu nr 1 ale zamiast pierwszego autka będzie takie i takie z zestawu drugiego.
 - Ok, to autka wybrane.
 - Jest jeszcze kwestia syrenki. Otóż pan mówi że nie wie, czy ona na pewno jest żółta. Bo one są w zamkniętych opakowaniach i nie ma jak sprawdzić.
 - Trudno, może się uda żeby rurzowa nie była bo to dla dziecka Kiki i rurz zakazany, jak nie to będziemy reklamować.
 - Pan, prawdę mówiąc, nie jest pewien, czy to na pewno jest syrenka, bo na opakowaniu jest muszelka i może to muszelka zmienia kolor.
 - Grunt że jest tam coś do zabawy w wodzie i że zmienia kolor, będzie dobrze.
 - Jest jeszcze kwestia pianki z tej syrenki...Bo ona taką piankę w wodzie robi, prawda?
 - Noo, robi piankę, co z pianką?
 - Może wywołać silną reakcję alergiczną i wtedy trzeba wszystko wyrzucić.
Kika mówi, że to najzupełniej normalne i że jest bardzo zdumiona kiedy kupi online zabawkę i ta zabawka jest taka, jak deklaruje producent i zdjęcie. Bo to nie jest norma podobnież.
Zabawki przyszły hurtem i żadne dziecię się nie uczuliło, resoraczki przyszły zupełnie inne, niż wybrane, ale nikogo to nie zmartwiło.
Fajne są obręcze do baniek, btw, wróciłam cała mokra.

Miało być jeszcze o agresywnych dorszach ale może następnym razem, i tak mi się długa notka zrobiła a jeszcze zostały obrazeczki przecież - dziś będzie o niewiemjaktoująć, wszystko mi opadło, ciciku bez forsy, dorszu nieagresywnym oraz ptaszęciu w emocjach. Miłego wieczoru Państwu, idę się irytować, planować, rozważać i oglądać zdjęcia Stamtąd. Gdyby mnie ktoś planował pacnąć łapką w jakiejś sprawie to jestem a) na FB, b) marudna. Gupie są przeprowadzki.

środa, 07 sierpnia 2013
"Suknia miała duże rozcięcie i widać było minogi"

Poważnie, w jednym programie pani tak powiedziała. W dodatku dość szybko więc zanim do mnie dotarło że chodzi o "mi nogi" zdążyłam sobie wyobrazić panią piastującą na swych odnóżach sporą kolonię zwierzątek. Na szczęście upały się kończą i wkrótce znów będę jak wszyscy, tj. normalna.

Ponieważ dwie osoby pacnęły mnie łapkami pytając o to, co to są wkłady chłodzące Myszy oraz jak sobie radzimysz z upałami napiszę trochę o tym bo może się komuś przyda.
Myszaria mają na dachach ułożone zamarznięte wkłady do lodówki turystycznej, litrowe. Zimne powietrze spływa w dół i rozwiewa mysie wąsy oraz chłodzi mysie uszki. Mniejsze wkłady (400 ml) ustawione są obok kostek w których Myszy najczęściej śpią. Wkład oparty o kostkę powoduje, że jej ściana robi się dużo chłodniejsza. Poza tym kilka razy dziennie podaję Myszom kawałeczki chłodnych owoców i warzyw, wymieniam wodę, zabieram jedną czy druga delikwentkysz na spacer po kołdrze. Okno w sypialni odsłaniam i otwieram dopiero, kiedy słońce przeniesie się na drugą stronę budynku i nie świeci już w okno sypialni. Zamiast wkładów można zamrozić butelki z wodą (Królik Doroty taką ma i bardzo sobie chwali), stanowczo polecam umieszczenie niedaleko futrzaka takiej butelki czy czegokolwiek zimnego, to bardzo pomocne w czasie upałów.

Miało być o kapibarze. Razu pewnego czekałam w ośrodku zdrowia na jakieś wyniki badań czy inne takie. Jedynymi osobami poza mną był zestaw Gwiazda z Fochem i jej Wierna Przyboczna. Dziewczę nr 1, bardziej wypacykowane niż ładne, nie ustawało w wysiłkach aby podkreślić że to ona jest tu samicą alfa a mniej efektowna koleżanka służy tylko do zaakcentowania kontrastu między nimi, udawało jej się takse ale bardzo się starała. Szeroki świat (w osobie mojej i Przybocznej) dowiedział się ile dziewczę wydało ostatnio na buty (dużo) i kosmetyki (bardzo duzo, w dodatku chyba wszystkie miała akurat na sobie) oraz jakie ma ambitne plany na sobote, wakacje i resztę życia (zestaw "wódka, dziwki, lasery" w wersji damskiej czyli kosmetyczka+fryzjer a potem drinki na imprezie i rwanie pasownych bojków, w skrócie). Przyboczna uprzejmie słuchała zadając pytania pomocnicze i robiła wrażenie osoby lubiącej koleżankę ale świadomej jej ograniczeń i rozsądnie o tym nie wspominającej.
W krótymś momencie Szajning Lajk e Star wypaliła:
 - ...no i postanowiłam ostatecznie zapisać się na kapibarę!
Przyznam, że zastrzygłam uszami i nieco się nawet zdenerwowałam. Jak to, jak to, można się zapisać na kapibarę i ja o tym nie wiem? Przeciez wiadomo powszechnie że znów chcę mieć kapibarę*!
 - Jak to na kapibarę? - zdziwiła się Przyboczna
 - No na kapibarę, na naszym osiedlu są zapisy, plakaty są wszędzie i można się zapisać, no i się zapiszę też.
Plakaty z kapibarami - aż kwiczałam w duchu - co za wspaniałe osiedle pełne szczęśliwych ludzi, mają plakaty i jeszcze możliwość zapisania się na kapibarę, natychmiast chciałam tam zamieszkać.
 - Ale na kapibarę, na pewno? - Przyboczna zmarszczyła interfejs, najwyraźniej coś jej nie grało
 - No na pewno, widziałam w telewizji, strasznie mi się spodobały te wszystkie podskoki i obroty!
Zastygłam nieco gdyż, będąc kapibar świadomą, wiedziałam że z podskoków raczej nie słyną. Przeciwnie, kapibara to zwierzątko spokojne, pełne godności i wyglądające zawsze jakby właśnie siadało. Żadnych obrotów, byłam pewna.
W tym momencie Przyboczna rozwiała moje złudzenia co do osiedla pełnego kapibar, zapytała mianowicie:
 - A, chodzi Ci o capoeirę?
 - A co za różnica....
Nofsumie.

Poza tym możliwe jest, że stracę zdrowie psychiczne w tempie przyspieszonym. Trener Osobisty, jak wiadomo, sporadycznie sobie wylata, ostatnio głównie z kolegami gdyż mają Firmowe Cośtam. I, jak się okazało, koledzy Trenera Osobistego są do Niego nieco podobni jeśli chodzi o poczucie humoru.
Trener Osobisty po ostatniej wyprawie zrelacjonował mi pomysł (dzieki bogom nie wykorzystany) kolegi M. na to, jak nie nudzić się przy odprawie.
To bardzo proste i trochę osłabłam więc się podzielę, co będę tak sama słabła.
Mianowicie zapytany przez Panią z Lotniska o to, czy ma coś do oclenia osobnik mógłby spojrzeć Pani prosto w ócz źrenice i poważnym głosem odpowiedzieć "Nie, nie mam niczego. I niczego już w życiu nie potrzebuję, islam dał mi wszystko".
O ile, oczywiście, nigdzie się nie wybiera.

W temacie religii znowuż - dwa dni temu pozorowałam robienie porządków na balkonie. Krótko bo po chwili musiałam iść się wykwiczeć na sofie. Pod balkonem igrało wesołe stadko otroczków. W pewnym momencie jeden z nich schował się za rosnącym na trawniku chybaświerkiem po czym nagle wyskoczył w gromadę pozostałych dzieci i wrzasnął:
 - Szczęść boże, dawać kasę!
Myślałam, że się uduszę. Przezabawne są dzieciaczki, doprawdy.

Nawrzucam Państwu rzeczy interesujących a konkretnie o tym, co kotek myśli o zdrowej diecie, dokąd naprawdę prowadzą wszystkie drogi (Rzym niech się schowa) oraz praktyczną poradę. Zamierzam zaraz opchać sie arbuzem jak jakiś sołtys czego i Państwu życzę. Oraz miłego dnia, naturalnie.

PS. Chrzan nadal nieobecny.

 

* a bo już dwa razy chciałam ją mieć i znów chcę