Tagi
squirk77@gmail.com
RSS
poniedziałek, 13 maja 2013
"Kret straci prawa rodzicielskie?!"

Muszę chyba nad sobą popracować bo nie jest najlepiej, po przeczytaniu powyższego, zanim zobaczyłam zdjęcie prezentujące p. Kreta, tzw. "pogodynka", zdążyłam wyobrazić sobie stojącego przy norze starszawego kreta z zafrasowanym pyszczkiem i kreciego urzędnika czytającego ponurym tonem coś w rodzaju "...nie zapewniał małoletnim odpowiedniej ilości tłustych pędraków i nakazywał kopanie nor i tuneli w wyjątkowo twardym gruncie, w związku z powyższym krecięta zostają tymczasowo oddane rodzinie zastępczej a sprawa przekazana do prokuratury...". To pewnie przez tę pogodę.
Albo się przeszparagałam, Trener kupił mi kolejne pęczki.

Obiecałam pochwalić się swoją tegoroczną przyrodą niemobilną. Otóż wysiałam bób (miał być niski i się nie płożyć, najwyraźniej nikt go o tym nie poinformował bo płoży się wściekle i jest coraz wyższy, dostał drabinkę), 3 pomidory miniaturowe z czego jeden się słania (u Brahdelt ten gatunek też się słania więc może tak po prostu ma i jest słabego zdrowia czy co), 2 gatunki chili, 2 gatunki dymki (trochę mi padła więc dosiałam i na razie, odpukać, jest w formie), 2 gatunki bakłażana, miniaturową cukinię, kilka odmian bazylii, śmiesznego ogórka, szczypiorek, koper i rukiew wodną. Mam też miętę, rozmaryn, zwykłą paprykę i dwa ogóreczniki od Brahdelt, jednemu upierniczyłam listek w celu konsumpcyjnym, pyszka jest ogórecznik i chcę mieć go milijony. Groch na pędy jest wysiewany i kompromitowany na bieżąco. Mam jeszcze wolne doniczki i furę nasion więc nie powiedziałam w kwestii upraw ostatniego słowa. Zielenina stoi na razie w salonie, ciekawam, jak się to wszystko na balkonie pomieści ale skoro w zeszłym roku dałam radę z dyniami i krzaczorami pomidorów malinowych w tym też jakoś to będzie.
Do bazylii robię ostatnie podejście, rośnie mi bardzo takse i widzę w tym palec boży. Taki wielki palec konkretnie który szturcha człowieka w boczek, tak "pok, pok!" a z góry odzywa się głos mówiący "Nie masz ręki do bazylii, dziewczyno, więc daj sobie spokój z sianiem bo i tak wielka dupa z tego wyjdzie a na co ci druga". Toteż jak tym razem nie wzejdzie entuzjastyczna i ożwawiona zostanę regularną nabywaczką krzaczków.

Ścielę się do nóżek telewizji angielskiej za zaprezentowany mi ostatnio program, leżałam w kątku z łapkami do góry i robiłam "bli bli bli" gdyż było o nastoletnich matkach. Zdarza się bowiem niekiedy (w Anglii, jak oceniam po ilości odcinków i ciąż, w co drugim mieszkaniu mniej więcej) że dziewczynka w poważnym wieku lat 13-14 podejmuje dojrzałą decyzję, że pora do papierosów i chlania co weekend dołączyć seks bo koleżanki już dawno uprawiają a ona nic, więc cóż jej szkodzi, żeby też. Mniej więcej po kilku m-cach następuje szok i niedowierzanie - wprawdzie owszem, nie zabezpieczali się, bo to drogie albo niewygodne ale skąd nagle ciąża skoro chłopak obiecywał, że "będzie uważał". Bardzo nieuważni są młodzi Anglicy i wuala, kolejna panna w ciąży. Tym razem lat 15 (opóźniona jakaś może), chłopak o parę lat starszy, postanowili być dojrzali, dorośli i wogle przy czym pewną trudnością było to, że nie zarabiali ale jest socjal więc jakoś to będzie. Urodziło się dziecię, zdrowe i dorodne, wszystko fajnie. Minęły 3 m-ce i zgadnijcie, co. Tak, szok i niedowierzanie, znaczy kolejna ciąża. Potwierdza się moja teoria o tym, że one zachodzą kiedy ich w domu nie ma, stąd całe to zaskoczenie potem. Może jakby częściej w domu siedziały toby tak nie zachodziły, włóczy się taka, potem wraca, siada na kanapie i jest w szoku i smutna czegoś, bo ciąża. Nie wiedzieć skąd. Śliczny program w każdym razie i serdecznie polecam, zwłaszcza momenty, kiedy mamusia młodej mamusi pieni sie przed kamerami że wprawdzie ona urodziła córkę mając lat 15 i nie wie, z kim zaszła, bo pijana była, ale to nie znaczy, że córka też tak może.

Myszęta mają się świetnie, Mniejsza puchata i radosna jak mikroszczeniaczek a Większa ma nową zabawę. Prześmieszna ta zabawa, boki zrywać. Polega na tym żeby wleżć pod kołowrotek, odwrócić się na grzbiecik i napierniczać w kołowrotek wszystkimi czterema tłuściutkimi łapeczkami jednocześnie. I o 5-6 rano, inaczej nie ma efektu czyli zaspanej, potarganej mnie stojącej z ponurą miną i proszącej Mysz, żeby się opamiętała. Mysz nie opamiętuje się i jest przeszczęśliwa, cała ponastraszana i wesolutka. Ja trochę mniej. Także dlatego, że mamy nowych sąsiadów i jeszcze nie zdecydowałam czy ich lubię czy niezazbytnio. Sąsiedzi mają zwyczaj pojawiać się na basenie ok. 5-6 rano (może mają jakąś zmowę z Myszą) i bardzo głośno konwersować, mam dowody. Waham się między przyglądaniem się z zachwytem a wrzeszczeniem z okna "Won stąd albo pozamykać dzioby, chcę spać!", jak dotąd z połączenia powyższych wychodzi mi przyglądanie się z zachwytem i przeklinanie pod nosem oraz domaganie się dwururki albo chociaż kuszy, ponownie. Ostatecznie po prostu tu kiedyś oszaleję.

Nawrzucam Państwu gdyż mam bardzo pouczające i wiele wnoszące do pojmowania rozmaitych zjawisk obrazeczki, mianowicie wyjaśnienie, czemu się rano wygląda tak, jak się wygląda, dlaczego ludzie przy konsolach bywają zirytowani i jak temu zapobiec, coś o interpretacji wierszy oraz popaczcie sobie stopy. Miał być cicik ale nie znalazłam.
A, nie, jest jeden, cóż za złośliwy cicik, no naprawdę.
Miłego dnia Państwu, nie wychodźcie z domu jeśli naprawdę nie musicie żeby potem nie było szoku i niedowierzania że skąd ciąża, Anglia nie jest znowuż tak daleko wcale i może się ta epidemia rozprzestrzenić.

poniedziałek, 06 maja 2013
"W zeszłym tygodniu nie mówiłem bo byłem chory, mam zwolnienie." vol.2

A bo nie miałam weny oraz głównie spałam a to nie macie pojęcia jak bardzo utrudnia pisanie, poważnie, niczego sensownego jeszcze przez sen nie napisałam.

Lubicie Państwo szparagi? Ja tak toteż Trener Osobisty kupił mi tydzień temu dwa pęczki, bardzo się ucieszyłam. Widząc moje cieszenie się Trener ucieszył się do towarzystwa i kupił mi dwa dni później jeszcze 4 pęczki, ot tak, żebym miała na zapas. Ucieszyłam się, znając Trenera Osobistego, nieco ostrożniej, ale jednak.
Dwa dni później dostałam kolejne 4 pęczki szparagów.
Zgadnijcie, co będzie na obiad.
Poza tym nuda straszna, Mysz Większa znów żywi Urazę. Poważnie, obraziła mi się Mysz gdyż Trener Osobisty zachował się w stosunku do niej Nieodpowiednio.
Mysz Większa (do obejrzenia niezmiennie tutaj) bieżyła sobie wczoraj po kołdrze w towarzystwie (zachwyconym, nieruchomym) moim i Trenera. Jak na Mysz o wadze średniej kapibary Mysz bieży bardzo szybko i zwinnie wyglądając przy tym jak puchata świneczka na niemal niewidocznych łapkach. Trener popatrzył i mówi:
 - Cóż za rączy pączek.
I Mysz się obraziła.
Niestety nie pomogło to w żadnym stopniu, została Rączym Pączkiem forever na zawsze. Aktualnie ignoruje pestki wręczane przez Trenera i generalnie sobie Nie Życzy. Pączek nam się obraził, ahaha.

Ponadto w Afryce kończą się guźce. Wniosek mam stąd, że włączyłam wczoraj program o przyrodzie mobilnej afrykańskiej i co ja paczę, gepard poluje na guźca. Nie byłam zainteresowana finałem więc włączyłam inny a tam o, proszę, guziec ucieka, tym razem dla odmiany przed lwem. Przełączyłam bo i tu finał był raczej oczywisty, jeszcze żaden guziec nie obronił się przed lwem bo jakże mógłby, napierniczanie lwa niedużą raciczką mogłoby zostać przez niego po prostu zignorowane. Trzeci program - guziec ucieka przed hieną. Wszystko jasne - ktoś puścił plotkę że się guźce kończą i wszystko, co guźce regularnie żre, rzuciło się żreć bardziej żeby nie stracić okazji. Myszy już tak wyżerali, teraz guźce, ciekawam, co będzie następne.
Lubię guźce (inaczej, niż szparagi, zaznaczam) więc przełączyłam na jeden z nagrywanych regularnie programów o Zjawiskach Znikąd. Tym razem było o nadwadze znikąd. Pani o rozmiarach, na oko, że czterech kardaszjanów, spoczęła z godnością na krześle cud, że jednym, wrąbała pełne angielskie śniadanie, poprawiła dwoma kubkami słodkiej herbatki, westchnęła i przeniosła się na kanapę przed TV z wielką miską chipsów i kilkoma batonikami. Następnie udała się do lekarza gdyż tknęło ją, że jest jakby nieco zaokrąglona i pojęcia nie ma, czemu. Nie widziała bowiem związku nadwagi z jedzeniem i, jak wyznała panu doktoru, uważała, że to wszystko kwestia genów. Kamera udała się więc do rodziny rzeczonej pani trafiając akurat na porę posiłku. Bardzo otyła mama pani nakładała właśnie na talerze sobie i bardzo otyłemu tacie pani porcję obiadowe z rodzaju tych, które zwykłej rodzinie wystarczyłyby na 3 dni dla czterech osób i psa o zdrowym apetycie. Straszna jest cała ta genetyka. Wiem wiem, był już obrazeczek o tym, ależ się wpasował.

Daily obrazeczki zawierają superbohatera, prostą rozrywkę, udane polowanie oraz kotka jak Mysz, tj. Nie Życzącego sobie. Miłego dnia Państwu życzę i idę robić zdjęcia bobu, listki wyglądają jak zielone motylki i ja Wam jeszcze pokażę. Te listki. Pewnie jutro, dziś mam trochę szparagów do zagospodarowania.

PS. Pączek Mysz nadal obrażona.

poniedziałek, 29 kwietnia 2013
"Chcesz uszczęśliwić swojego mężczyznę?"

Na pocztę gazetową przyszło powyższe. Kocham takie analnopochodne pytania miłością dziką, to urocze, że ktoś się upewnia, czy wśród całych tłumów kobiet chcących dla swojego mężczyzny wszelkiego dobra nie pojawi się taka, która powie, że nieee, wcale nie chce dla niego szczęścia i palcem w tym kierunku nie kiwnie, niech jest mu źle, niech kwiczy, złorzeczy i kwili. W deszczu.

Trener Osobisty ma urlop. Wygląda to tak, że wpada na posiłki których na ogół nie kończy gdyż umawia się z rozmaitymi osobami i załatwia hurtem wszystko, co normalnie załatwiłby w 2 tygodnie więc jest w biegu i emocjach. Ja trochę też gdyż nie mam pojęcia kiedy będę miała szansę podać Trenerowi jakiś obiad więc staram się być w pełnej gotowości. Z tego stresu kupiłam wczoraj 50 litrów ziemi, siedem doniczek, kilka opakowań nasion i dwie sadzonki rozmarynu bardzo ładne. Straszne, co stres robi z człowiekiem. Salon mi się kończy a Trener zaczyna nieco narzekać na brak wolnego miejsca. Worki ziemi w salonie mu przeszkadzają, też mi coś, są tylko dwa. I trochę donic wielkich, ale bez przesady, uważna osoba o niedużych stopach spokojnie może, balansując ciałem i ostrożnie sunąc, bez problemu dostać się na sofę z której wprawdzie trzeba zdjąć reklamówkę nasion i małe grabki ale poza tym jest masa miejsca. Niemniej Trener ma skłonność do przesady chyba gdyż zaczął wygłaszać twierdzenia w rodzaju "Oszaleję tu kiedyś".
Moja kondycja psychiczna także jest nieco zachwiana jako że w dniu wczorajszym na brzegu basenu leżała na brzuszku nieduża dzika kaczka i melancholijnie wpatrywała się w wodę. Bite dwie godziny. Dziwnie tu bywa, serio.

Mysz Mniejsza wymyśliła nową rozrywkę mianowicie rozpędza się, wpada przez tunel do klatki głównej, rzuca się na grzbiecik w kącie za kolbkami, przez chwilę tarza po czym przebiega tak, aby dotknąć mojej dłoni (współudział jest konieczny) po czym zwiać tunelem do kapsuły, rzucić się pod schodki, wybiec drugą stroną i powtórzyć zabawę od nowa. Kiedy udaję, że chcę ją złapać, przyspiesza, przez pół h mnie tak wczoraj angażowała. Większa nadal jest spokojną, poważną Myszą pomijając momenty, kiedy przypomina sobie o tchórzeniu i błyskawicznie gdzieś przepada wyglądając jak nastroszony pulpecik. Trener Osobisty uraża jej małą szarą godność wygłaszając pytania w rodzaju "A ktłuszcz to się obudził?". Większa stanowczo sobie Nie Życzy.

Źle jest mieć katar bo rzuca się na uszy czasem. Oglądałam wczoraj fragment programu o kucharzu młodym i ambitnym który miał zrobić costam w ostatniej chwili. Pan zapytany nerwowo przez szefa czy na pewno zdąży jako że aktualnie ma pozór robiącego nic zupełnie, nastroszył się dumnie i rzekł "Mój umysł pracuje z rybami". Poważnie, z rybami. W pierwszej chwili pomyślałam, że może ma dodatkowe zajęcie po prostu ale coś mnie tknęło żeby przewinąć i podgłośnić. "Zrywami" powiedział. Ahahaha, a ja tu o rybach, zabawny ten katar.

Obrazeczki mam więc włala - dziś będzie kulturalnie, genetycznie, takie tam z ajfonem oraz cicik. Miłej reszty dnia Państwu życzę i idę robić obiad, podam go pewnie ok. 22, taki los.

PS. Widzieliście Państwo może jak wygląda w naszym kraju wydarzenie kulturalne? I`m not ogarning. Cóż za ambitne dziewczęta.
PS2. Padła mi dymka Shimonita i zrobiło mi się trochę emo ale na szczęście wzeszły małe bazyle tajskie i jest mi nyeco lepiej. Dosieję coś.

czwartek, 25 kwietnia 2013
Bób mi kiełkuje.

A bo nie miałam pomysłu na tytuł notki. Zresztą naprawdę kiełkuje i on, i miniaturowa cukinia i kilku innych przedstawicieli przyrody niemobilnej, tylko dymka się w tym roku opiernicza, to jej ostatnia szansa.
Dyni w tym roku nie sieję.
No, może jedną, malutką jak koteczek.

Jest jakaś epidemia przeziębień podobnież, jestem skłonna w to uwierzyć, gdyż i mię dopadło. Zaraźliwe draństwo - zaraziłam Trenera, poczułam się lepiej a wtedy on zaraził mnie (i poczuł się lepiej) więc proszę mnie chwilowo nie wizytować dla własnego dobra, są rzeczy dużo zabawniejsze od kataru i migdałków wielkości średnich Myszy.
Nawiasem mówiąc Trener Osobisty kupił mi worek ziemi.
Dopiero teraz dociera do mnie, że może w tym być jakiś podtekst.

Ukłony pod adresem telewizji angielskiej, taki program mi zaprezentowała że uwierzyć nie mogłam. Mianowicie była sobie pani z nadwagą, dość dużą. Pani lubiła bowiem czekoladę i była z siebie generalnie dość zadowolona, twierdziła, że wyniki badań ma świetne a swoje ciało lubi więc czym tu się przejmować. Żyła sobie pani spokojnie z przyszłym małżonkiem i pasierbicą, też nie wygłodzoną bynajmniej, i w którymś momencie powiedziała "Nie ma nic złego w krągłościach. Marylin Monroe też była gruba". O ile z pierwszym zdaniem się zgadzam o tyle drugie wypowiedziane przez panią na temat tej pani nieco mną wstrząsnęło. Spasiona ta Monroe strasznie, faktycznie. Taka PO ZBÓJU gruba jest. Ja pierniczę. To tak jakby powiedzieć, że nie ma niczego złego w drobnych złośliwostkach, Elżbieta Batory też bywała nieco przykra.

Z ciekawostek przyrodniczych zaprezentowano mi ostatnio rzecz szalenie praktyczną mianowicie pouczono co powinnam zrobić kiedy zaatakuje mnie tygrys. Podzielę się, może i Wam się przyda, kto wie, co na człowieka czyha za progiem, może tygrysy latoś obrodziły. Otóż nie wolno uciekać gdyż budzi to w tygrysie chęć dogonienia a jak dogoni to przecież nie zostawi skoro już upolował, bardzo praktyczne są tygrysy. Należy stanąć, wrzeszczeć i starać się wydawać jak najpotężniejszym (taka M. Monroe, ta gruba, spokojnie odstraszyłaby tygrysa) bo wtedy kotek może się zmityguje i zniechęci. Ale raczej nie, jak już poluje to skutecznie. Na wszelki wypadek zostanę dziś w domu, poćwiczyłabym wrzeszczenie ale mnie gardło boli, spróbuję z jękliwym narzekaniem, dobre i choć co. Nie sądzę, żeby "Nos mnie boli...i chusteczki mi się skończyły,...ję.." zniechęciło nawet bardzo anemicznego tygrysa ale co poradzę, będę walczyć tym, co mam.

Obrazeczki wrzucę, bo mam - dziś będzie puszyściutko, kosmicko, celebrycko oraz cicik.

Trafiono na mój blogasek szukając antylop gnu - mam nadzieję, że notka się przydała, na wszelki wypadek podpowiem, że tutaj też jest o gnu, to poważny blog o przyrodzie, staram się zamieścić jak najwięcej praktycznych informacji. Jeśli ktoś szuka danych na temat konkretnego zwierzątka proszę korzystać z tagów albo pytać, dysponuję sporą wiedzą i jestem milusia, chętnie powiem, co wiem. Tymczasem życzę Państwu miłej reszty dnia bez kataru, będę Wam zazdrościła.

PS. Sieci Wi-fi czy inne takie mają swoje nazwy, prawda? Na wszelki wypadek powiem, że jeśli ktoś trafi na sieć o nazwie "ABW_wóz_podsłuchowy_47" to Trener Osobisty tylko tak sobie zażartował.

PS. "Ję" - na wypadek tygrysa.

czwartek, 18 kwietnia 2013
Tak mi szaro...

...więc się podzielę, niech Wam też będzie szaro, to miłe szare jest.

Daję znak życia bo jeszcze ktoś pomyśli, że mi przeszło płomienne uczucie do blogaska, a wcale nie. Nie mam weny a czasem, dla odmiany, siły też nie, więc mam urlop i tylko zaglądam. Niezmiennie oglądam fascynujące programy, ostatnio o obsesjach. Wiedzieliście, że są ludzie którzy np. tak bardzo kochają kolor różowy że wyglądają tak albo naprawdę przepadają za marchewką? Mnie nieco to oszołomiło, przyznam. Lubię marchewkę ale nie aż tak jednak. Kaczek nawet aż tak nie lubię a generalnie, jak może Państwo zauważyliście, nie są mi wstrętne. Nie widzę siebie w pasku z przytroczonymi tuszkami kaczek, jakoś nie, może to kwestia braku wyobraźni.

Ponadto mam nową miłość, mianowicie odkryłam fora ślubno-weselne i są mi bardzo pomocne w akcji straszalnej gdyż nadal od czasu do czasu straszę Trenera WŚKiWWn300O*. Odkrywa się przede mną nowy, fascynujący świat bycia jednodniową księżniczką, wymuszania na druhnach płacenia za druhnowe sukienki a na świadkowej załatwiania tipsów i zdobienia sali na ostatnią chwilę, konieczności wzięcia udziału w kursie tańca bo co z tego, że Pan Młody tańczyć nie lubi i nie chce, pierwszy taniec musi być, i innych cudeniek. Pojęcia nie miałam, że są osoby, dla których wierszyki propieniężne na zaproszeniach nie są obciachowe i które uważają, że małe dzieci na ślubie i weselu to zawsze świetny pomysł a za całą imprezę powinni zapłacić rodzice PM czy tego chcą czy nie, trwam w oszołomieniu. Dorzucę to do listy straszalnej tuż obok organizowania wesela w jakimś dworku typu złocony szalecik i powierzenia konferansjerki komuś, kto jest znany z tego że się na imprezach natychmiast upija i staje się natarczywy w stosunku do młodych panienek. O, i gołębie, moglibyśmy wypuścić gołębie. Dużo. I nad gości, zwłaszcza nad panie w pastelowych sukniach. Ale nie w kremowych i ecru bo wtedy musiałabym wpaść w histerię że ktoś mi kradnie Najważniejszy Dzień Mojego Życia. Nad opcją pokłócenia się ze świeżutkim mężem i teściową zaraz po dotarciu na wesele jeszcze się zastanawiam, znajoma z niej skorzystała, nie chciałabym zostać uznana za odmałpowującą.

Z wczorajszej rozmowy z MBF:
Ja - Lubimy kaczki i namawiam innych żeby spróbowali, w sumie całkiem sporo osób do pieczenia kaczek już przekonałam...
MBF - Moglibyście zrobić flashmob, wyobraź sobie - spotykacie się nagle w jakimś umówionym miejscu, każdy z kaczką, i nagle zaczynacie je piec!
Świetny pomysł moim zdaniem, są chętni?

W kwestii obrazków i innych takich - dziś o szkodliwości tostów, trenerze osobistym oraz paczcie tego kota. I zawartość tego kota. Cóż za koci dzień. Miłego dnia Państwu.

 

*Wspaniały Ślub Kościelny i Wielkie Wesele na 300 osób.

środa, 10 kwietnia 2013
Paltrow: "Mam tyłek 22-letniej striptizerki"

Haloo? To można tak spokojnie o czymś takim mediom powiedzieć? Czy nikogo nie interesuje po co komu czyjś tyłek? I, przede wszystkim, co zrobiono z resztą ciała?

Ponieważ pacacie mnie Państwo łapkami pytając czemu jestem jak ta żaba, bo notek nie ma, wyjaśniam, że to z powodu niemania weny oraz wiosny wokół. Ponadto różne rzeczy można powiedzieć o moim zdrowiu ale nie to, że je mam - nie mam, choć się o nie staram, i biorę, choć niechętnie, tonę chemii oraz pod uwagę, że wrócę na jakiś czas do szpitala. Nie wahajcie się wtedy stanąć w progu sali ze stosownym wyrazem twarzy oraz koszem delikatesowym przy czym przypominam, że z Delicji trzeba mi odgryźć czekoladę, inaczej nie tknę.

Oglądałam wczoraj taki program, że nie skończyłam, a wiele trzeba, żebym nie dała rady się uprzeć i obejrzeć czegoś do końca z uwagi na fakt, iż jestę recęzętę i oglądam różności po to, żebyście Wy nie musieli. Otóż miało być o ludziach którzy czują, że gdzieś w środku, w ludziu, są trochę zwierzętami. Oho - pomyślałam - pewnie przedstawią jakiegoś świetnie zbudowanego pana o indiańskich rysach który opowie, że jego totemem jest bizon albo coś w tym rodzaju.
I wtedy kamera pokazała chudziutkiego chłopczynę w typie imoł, z loczkami a`la świńskie ogonki, który wyznał nerwowo, że jest wilkiem i że nosi doczepiane ogonki a ten tutaj, o, to ulubiony, bo jest wygodny.
Przeżyłam jakoś widok grupy ludzi w różnym wieku - tak tak, w Stanach mają już całe stowarzyszenie - z przypiętymi ogonami i hasających wesolutko ale chyba się starzeję i cierpliwość mi się kończy bo kiedy mamusia Nerwowego wyznała mu przed kamerą, że kiedy jej powiedział, że jest wilkiem, to myślała, że coś z nim nie tak, ale teraz widzi, że faktycznie jest wilkiem, nie zdzierzyłam i zrobiłam sobie przerwę. Nie mam serca i wyobraźni chyba bo zamiast młodego człowieka identyfikującego się z dumnym, silnym zwierzęciem widzę anemicznego pryszczersa któremu się nudzi i wymyślił sobie przebieranki żeby zaistnieć w mediach zamiast się wziąć do nauki. Ameryka to niezwykły kraj, obym nigdy tam nie trafiła.

O przyrodzie oglądam niezmiennie ale chyba zacznę wyłączać dźwięk, wczorajszy zestaw specjalny zafundowany mi przez panią lektorkę wespół z NGW to zdanie "krokodyle nie mogą ugryzać kęsów" oraz panienka szarpiąca swojego Misia za ramię i błagająca, żeby coś zrobił, bo krokoldyl przecież je te małą gazelę i trzeba jej pomóc. Spoko, dopiero pół gazeli 4-metrowy gad skonsumował ale jak mu się Miś postawi to może da się jeszcze coś w tej kwesti zrobić a gazela jakoś się ogarnie.

Nastąpi sesja zdjęciowa z udziałem przyrody mobilnej i niemobilnej oraz tego, co Mouse za moim pośrednictwem zrobiła mojemu listonoszowi, chwilami zupełnie poważnie podejrzewam, że więcej go nie zobaczę, a przecież tylko trochę się darłam na widok tego, co rozpakowałam, mięczak. W weekend sesja nastąpi gdyż wcześniej spróbuję skupić się na sobie, np. wyspać. Łatwo nie jest gdyż mam Myszy, Myszy mają nowe kolbki, starcie kolbki ze ścianą Myszarium daje efekty dźwiękowe, efekty zachwycają Myszy i zgadnijcie, kto się budzi i uspokaja dwie uszczęśliwione, pełne energii o 4 rano Myszy.

Mam dla Państwa wzbogacający dzień zestaw filmików i obrazeczków - dziś o pełnej poświęcenia pracy aktora, ciciku niemal bez uszek, nietypowym umiejscowieniu wakacji oraz problemach z komunikacją. Miłego dnia Państwu, ja sobie choruję i wprawdzie bywam, ale proszę wybaczyć, że nie bywam często, nigdzie sie nie wybieram, z blogowania nie rezygnuję ale trochę mi trudniej znaleźć teraz czas i siły, oczywiście wyzdrowieję i wszystko wróci do normy, wiadomo, phi.

 

PS. Wygooglano mnie po "oral sex" - dzięki bogom nie napisałam niczego niesfornego tylko o przyrodzie trochę, to przyzwoity blog.
PPS. Chyba przestanę tagować, strasznie dużo tagów mam.
PPPS. A na Fanpejczu - KEJK.

wtorek, 02 kwietnia 2013
Żaby nadal hibernują.

I jak ja mam być aktywna w takiej sytuacji? Nawet żaby się opierniczają. Czyli ja też mogę, to chyba jasne, i Wy też, nie będzie żaba hibernowała nam w twarz.
W dodatku do mojego ąturażu powróciła, ożwawiona czegoś, przyroda mobilna więc przypominam się ze swoją sugestią odnośnie wręczenia mi na okazję typu rocznica czy inne takie dwururki albo podobnego, uroczego, kobiecego gadżetu, w bardzo wczesnych godzinach porannych znów mi się darł pod oknem jakiś roztrzepiokuźwatany trznadelek albo inny pierzasty mały drań. Tuż pod oknem. Jakby nie mógł lecieć do Lasu Kabackiego, blisko ma, ale nieee, pod oknem musiał. Są jakieś zniechęcacze do ptaków działające co najmniej do 8.00? Taki odpowiednik smutnych panów z tanimi zegarkami którzy podchodzą i rzucają cicho "Szef nie jest zadowolony"? Ptaszek sobie przemyśli, ja się wyśpię, wszyscy będą szczęśliwi.

Rozważam nową ścieżkę kariery, mianowicie spokojnie mogłabym zostać doradcą sportowym i mam już na tym polu pewne osiągnięcia. Ostatnio na przykład doradziłam Trenerowi Osobistemu i mam nadzieję, że skorzystał. Otóż Trener wraca z pracy i idzie bieżyć co generalnie mnie cieszy ale teraz jakoś mniej bo zimno, dość wcześnie się ciemno robi, takie tam. Mówię więc do Trenera:
 - Weź telefon żebyś w razie czego mógł zadzwonić po pomoc.
Trener zrobił ten taki numer z oczami co się go robi kiedy rozmówca przesadza i cuduje (albo miał jakiś krótki atak ale stawiam na bramkę nr 1 jednak).
 - Telefon jest niewygodny, nic mi się nie stanie, zresztą wokół jest mnóstwo ludzi.
 - Ale jakoś tak blisko są czy nie bardzo?
 - No mieszkają w domach w okolicy, spacerują, biegają, zawsze w pobliżu jacyś są.
 - I patrzą co się dzieje wokół, tak obserwują, tak?
 - No nie, nie obserwują ale jakby się coś stało to zauważą chyba...
I w tym momencie znów ujawnił się mój geniusz (nie miałam z nim kontaktu od takiego jednego incydentu z kaczką* kilka dni temu i już tęskniłam) i wpadłam na fantastyczny pomysł:
 - Wiem! Musisz po prostu w trakcie biegu co kilka chwil wydawać przeraźliwy, mrożący krew w żyłach okrzyk, wtedy wszyscy wokół będą wiedzieć że wszystko z Tobą w porządku!
Polecam wszystkim sportowcom, nie ma za co.

W Myszarium bez zmian w zasadzie choć Mniejsza ma nową, świetną zabawę - kiedy usiłuję rano spać choćby kilka minut dłużej dzielne Myszątko wydobywa się ze stosu kołderek, zaciera spracowane łapki, wspina się pod sufit klateczki i zaczyna gryźć szczebelki. Zgrzyt jest przeraźliwy więc Mysz szybko osiąga efekt, mianowicie mnie, zaspaną i z fryzurą typu "szczypiorek gromem rażony", podającą ziarno, kiziaiącą uszka itp. Na szczęście znalazłam rozwiązanie, mianowicie po raz kolejny okazało się, jak pożyteczne są książki, w tym wypadku "Goya" Feuchtwangera, którą można położyć na daszku Myszarium co skutecznie zniechęca Mysz do wspinania się, zniechęcona Mysz idzie biegać ale bieganie nie jest aż tak głośne. "Goyę" polecam także do czytania, bardzo dobra książka. I obrazki są.

 W kwestii obrazków - filmik może czasem być też, tak? Akurat znalazłam, z dialogiem na który, mam nadzieję, zwróci uwagę tandem Margi.  Jest też o cudach oraz jeden wesoły osobnik.
Nawiasem mówiąc zaczął się nowy sezon Gry o Tron i jeśli jeszcze nie oglądaliście to polecam, reżyser w świetnej formie, pojawił się standardowy biust nieosłoniony (czyli statystyki trzymają się mocno) a smoki urosły i dzieją się rzeczy dziwne, mianowicie jeden sobie rybę przed jedzeniem upiekł, francuski piesek, inne smoki jedzą surowe a ten zrobił hyyyy! mordką i wuala, ryba upieczona. Przeczuwam, że mogą być z nim kłopoty - a to nogi komuś nie odgryzie, bo musztardy z Diżą nie dostał, a to nie będzie ział ogniem bo go gardło boli, takie tam. Mam nadzieję, że się ogarnie.
Miłego dnia Państwu, mam nadzieję, że mieliście udane święta, było Wam ciepło, wygodnie i skompromitowaliście dobre rzeczy. Proszę kontynuować, już już, nie mitrężyć.

 

* oj, no kupiłam, noo... Ale malutką. Malutkiej w domu nie miałam więc wszystko ok.

środa, 27 marca 2013
Rzecz o wiośnie, w zasadzie nieobecnej, i minionej wołowinie jak wyżej.

Coś tu sporo o wołowinie ostatnio ale co mi kto zrobi.
Kwestię wiosny omówię od razu - nie ma jej i podobno ma nie być z czego Trener nie jest zadowolony gdyż przesadziłam. Rośliny przesadziłam mianowicie i znów mamy w salonie kilka doniczek i skrzynek co i tak jest niczem w porównaniu z tym, co zamierzam jeszcze wysiać. Zgubiłam gdzieś zeszłoroczną notkę ogrodniczą ale na szczęście pamiętałam w sporym stopniu czego mam nie robić więc rośliny mam oznakowane choć w jednym przypadku niemal na pewno pomyliłam minitabliczki a co do tego zielonego w skrzynce to będziemy mieć niespodziankę bo tabliczka gdzieś wsiąkła. Ale to chyba ogórek będzie. Albo cukinia.
Raczej ogórek, cukinia poszła w ręce miłej sąsiadki.
Chyba, że poszedł ogórek ale co tam, w końcu się zorientujemy przecież.

Jak wiadomo zdarza się czasem tak, że czynnik ludzki stwierdza, że chromoli chwilowo całe to gotowanie i zmywanie i idzie gdzieś, gdzie w drodze wymiany towarowo-pieniężnej otrzymuje pod nos świeżo (oby) przygotowany posiłek i jest (oby) zadowolony, choć uboższy, na szczęście nie w doświadczenia. W sobotę nowe doświadczenia zapewniła nam pizzeria Antica. Od razu powiem, że zdecydowanie warto było tam pojechać choć nie jedzenie jest tym, co zachwyciło nas najbardziej.
Wchodzimy i od razu zostaliśmy ominięci wzrokiem przez czworo bardzo najwyraźniej zajętych kelnerów, wprawdzie tylko jeden faktycznie coś robił ale reszta musiała być wręcz zawalona robotą na poziomie komórkowym. W końcu jedna nieco rozkojarzona pani przyjaźnie na nas popatrzyła a już 3 min później zaprowadziła nas do stolika stojącego obok stolika zajmowanego przez parę z dziecięciem bardzo nieletnim.
Usiadłam otrzymaliśmy menu i w asyście dobiegającego zza pleców gromkiego "A gu gu gu moja ty lybko śliczniunia!" zaczęliśmy się zastanawiać co wybrać i dlaczego nie coś innego.
Zamówiłam carpaccio z buraka ale pani powiedziała, że będzie za godzinę, więc wzięłam całkiem zwyczajne, z wołowiny. Bardzo przyzwoite carpaccio, zwlaszcza na temat rzeczonej wolowiny niczego złego nie powiem gdyż była, jak w tytule, w zasadzie nieobecna, występowała w ilości bardzo skromnej za to przykryła ją góra rukoli i dodatków, ucieszyłam się, bo lubię rukolę, choć nie w tak hurtowych ilościach, ale nic to, lubię zielone. Zamówioną herbatę dostałam w asyście cukierniczki z zawartością dwukolorową, ktoś najwyraźniej podzielił się z naczynkiem własną herbatą, stąd te beżowe bryłki przy brzegu. Na szczęście zdążyłam posłodzić gdyż pojawiła się przede mną dłoń naszej pani kelnerki i rozległo się wesołe:
 - Pożyczam na chwilę!
Małom się nie zmikczyła ze śmiechu, Trener popadł w lekki stupor. Nie muszę chyba dodawać, że po raz ostatni widziałam wtedy przydzieloną nam cukierniczkę, nowym właścicielem został ponury pan ze stolika pod oknem.
Pani przyniosła steki z dodatkami, wyszła (z pewnymi trudnościami gdyż tatuś niemowlęcia postanowił je troszkę ponosić i pohusiać bawiąc je radosnym "Bu bu bu, opaaa!", środek sali zdał mu się do tego celu miejscem optymalnym) a do sali wszedł nonszalanckim krokiem pan o wyglądzie zawiedzionego w ambicjach nożownika. Rozejrzał się ponuro i postanowił najwyraźniej zniwelować różnice w ilości koronkowych poduszeczek na ławach do siedzenia gdyż wziął jedną poduszeczkę i - pardon my Klatchian ale nie da się tego inaczej wyrazić - zdrowo pieprznął nią w ławę naprzeciwko.
Moja wewnętrzna świnia kwiczała wpiekłogłosy.
Steki fantastyczne, naprawdę, świetne były, warto tam na stek jechać.
W karcie wymienione są oryginalne czeskie i bawarskie piwa z możliwością wzięcia na wynos. Uznaliśmy, że weźmiemy kilka dla siebie i zaprzyjaźnionej pary.
I wtedy nasza pani kelnerka zniknęła.
Do sali wchodziła inna, zajrzał nawet pan nożownik od wystroju ław, minuty mijały i nic. Jakaś inna pani kelnerka wzięła jeden z naszych talerzy, mianowicie pusty talerz Trenera, na moim zostały jakieś drobiazgi. Po kwadransie mówię do Trenera:
 - A co jeśli tu trzeba wszystko zjeść i nie dostaniemy rachunku, jeśli nie zjem tego oto rozdyźdanego brokuła?
I wtedy Trener nieopatrznie zażartował:
 - Powiedz jej jak przyjdzie że mamy w domu pytona którego musimy karmić raz na 3 tygodnie i nie chcemy się spóźnić...
Ha.
Minęły 22 minuty (tak, zerkałam na zegarek, jestę uczciwym recęzętę) gdy wpadła nasza pani kelnerka i rzuciła się ku nam z radosnym:
 - Ojej, państwo czekają!
 - To żaden problem - odpowiedziałam uprzejmie - ale mamy w domu pytona ktorego musimy karmić raz na 3 tygodnie i nie chcielibyśmy się spóźnić.
Trener zastygł, pfff, myślał, że nie powiem czy co.
Oznajmiliśmy pani kelnerce że pragniemy nabyć na wynos piwo, pokazałam w karcie, które. Wystarczyło je przynieść, wręczyć nam rachunek i wszyscy byliby zadowoleni.
 - Nie znam się na piwach więc zawołam kolegę, który się zna.
Co za profesjonalna obsługa, nawet konkretnie wymienione piwo przynoszą osoby, które się na tym znają, nie byle ignorant który potrafi przeczytać nazwę i unieść butelkę!
W teorii gdyż pani kelnerka wróciła i oznajmiła gromko:
 - Nie sprzedam państwu piwa!
Pozostali goście popatrzyli na nas jak na parę alkoholików która wyrwała się z przymusowego odwyku i usiłowała wrócić do nałogu ale udaremniono ich zamiary. Na szczęście pani kelnerka, równie dyskretnie jak chwilę wcześniej, wyjaśniła:
 - A bo nie mamy koncesji!
Aaaha.
Dostaliśmy za to gumę Orbit, po 2 sztuki na głowę.
DOBRE I CHOĆ CO.
Generalnie polecamy, jest przeuroczo, steki świetne, poduszeczki na ławach ułożone precyzyjnie, z pewnością wrócimy a dowód, że byliśmy, wrzucę później na Fanpejcz (i pisnę tu, że wrzuciłam).

Tadaaaaam! - PISK.

Obrazeczki mam, więc się podzielę - cicik, wiosna i sama prawda a nawet, niestety, dwie. Choć dziś była to pokrywka od sloiczka, niemniej efekt identyczny. Miłego dnia Państwu a osobom nagminnie wpadającym tu po przepis na tiramisu przypominam, że nie warto, żeberka mi lepiej wyszły a cydr to już w ogóle, cydr sobie zróbcie.

wtorek, 26 marca 2013
Notka zastępcza za tę notkę, co miała być dziś a będzie jutro.

A bo nie mam nastroju. Poszłam do pani doktór a ona mówi, że chyba sobie żartowałam sądząc, że 40 dni brania tony chemii wystarczy i że będę zdrowa, ahaha, żarty się pacjentki trzymają, tu oto recepty na nową, świeżą tonę chemii, proszę brać, nie rezonować i nie myśleć, że mi pacjenci tak łatwo zdrowieją, ja tu leczę na poważnie i to trwa. (Ciśnienie ma? Bo poprzednio miała. A jak się czuje? Bo bledziutka jakaś taka jest.)
W związku z powyższym jestem ponura i zła a takim osobom lepiej notek do napisania nie dawać bo wyjdą mało fajne. Nie oddam Wam jeszcze kciuków bo potrzebuję, jakby ktoś chciał na chwilę to wypożyczę ale poza tym zabieram jeszcze na jakiś czas. Przytrzymam dzięki czemu Wy już trzymać nie musicie, nie ma za co.

Poza tym najprawdopodobniej oszaleję tu w najbliższym czasie.
Mówię wczoraj wieczorem do Trenera Osobistego:
 - Przygotuj stół do kolacji.
Trener podszedł do stołu i słyszę:
 - Uprzedzam, że wkrótce zjemy tu kolację, położymy na tobie talerze, sztućce i może nawet kubeczki...

Btw - wiedzieliście, jak bardzo, bardzo źle jest czasem coś upuścić? Przekonałam się dziś gdyż coś mnie  ukłuło w stopę, wykonałam rącze cośtam, brakuje mi wyrazu (ale nie sus, hyc też nie, może piruet? niech będzie piruet) i upuściłam puderniczkę z brązerem a ona zareagowała adekwatnie czyli rozpirzyła się malowniczo na mniej więcej połowie łazienki. Udaję się w żałobie do Trenera i mówię:
 - Stopa mnie boli więc spadła mi puderniczka.
Trener rzucił mi standardowe popaczanie typu "o, bogowie, co ona znów wymyśliła?" i mówi:
 - I co teraz?
 - Będę musiała kupić nową...I tusz...I podkład...I peeling...
Uważajcie z puderniczkami bo naprawdę, masa wydatków potem jest a Trener jakiś taki blady.

Słówko dnia - "wydobąć", dziś mi wpadło w oczy, śliczności.
Oto różności do rzucenia okiem na - puszysty wachlarzyk w wydaniu mini, takie tam, z naturą, oraz później jeszcze coś wrzucę, jak znajdę, miłego wieczoru Państwu życzę, nie upuśćcie niczego bo potem budżet kwiczy a Trener też.

PS. Myszy bez zmian, dzieki bogom.

wtorek, 19 marca 2013
Takie tam, trochę w biegu i jeszcze bez woła. Krowy takiej męskiej bez.

Czuję się lepiej natomiast Trener wprost przeciwnie toteż mam w domu Kącik Pomocy Ofiarom, Ahaha, Wiosny z dodatkową sugestią, że jakby niektórzy nie jedli tyle czekolady toby ich teraz brzuszki nie bolały i nie pokażę palcem, o kogo chodzi, bo jeszcze bym Trenera niechcący źdurła w oko a nie robi wrażenia zainteresowanego taką niespodzianką. W każdym razie Trenera wraz z okolicznościami towarzyszącymi typu ból głowy i mizimno spoziomowałam pod kołderką marki Ikea i proszę o kciuczki za Jego szybki powrot do zdrowia, dzięki bogom jest pacjentem idealnym i tylko od czasu do czasu łypie okiem i wygłasza jękliwe zawodzenie w rodzaju "uratować mnie może tylko bawienie mnie anegdotą i lekkim żartem a jak nie obejrzymy dziś filmu to nie wiem, czy z tego wyjdę..". Oszaleję tu niewątpliwie zwłaszcza, że Myszy dostały kota z radości, że oba ludzkie czynniki przebywają w okolicy Myszariów w ciągu dnia więc zamiast spać Myszy robią wszystko, co taka Mysz zrobić jest w stanie a trochę możliwości mają, bardzo ambitne są moje Myszy, aktualnie Paczaturian tłucze się kolbką o kołowrotek a Napuchodonozor wiszka z gryzieniem szczebelków. Nowa sesja zdjęciowa nastąpi jak ogarnę otoczenie, pokażę także kwiateczki od Autorki i Narzeczonego, mieszkają wprawdzie na Florydzie ale co za problem żebym ja tu na mojej wewsi pod Warszawą dostała kosz kwiatów, no przecież. Cudne są i będę się chwalić.

W każdym razie żyję, wiosna dała czadu więc znów mam sporą ilość doniczek w salonie (wiedzieliście, że cukinia odmiany Early Gem nie jest miniaturką której dwie sztuki da się wesolutko upchnąć w jednej malusiej skrzyneczce? Ja nie wiedziałam, będzie się działo.), zgubiłam wędzonego łososia (nie całego, tak? plasterki w opakowaniu więc nie ma o czym mówić) i kolejną kopalnię w Settlersach, nuda straszna.

Awokado dostałam. Ucieszyłam się bardzo, bo lubimy awokado, jest smaczne, zdrowe i zielone, lubimy zielone. Problem w tym, że mam w lodówce i szafkach 7 innych sztuk awokado. Jakoś tak wyszło że z tydzień temu kupiłam dwie awokadowe sztuki, bo były ładne, niepomna, że w lodówce i szafce są dwie inne, też niepaskudne. Tego samego dnia Trener wrócił z pracy piastując w silnych, męskich ramionach niewielkie zakupy w tym...tak, tak, awokado. Lubimy je przecież no to co miał nie kupić, kupił i jest. Dzień później podczas błyskawicznych zakupów doznałam najwyraźniej jakiejś mątwy gdyż lekką rączką wrzuciłam do koszyka awokado - ładne było, grzech nie wziąć. Przed chwilą odkryłam jeszcze połówkę awokado starannie owiniętą w folijkę. Nadal bardzo lubię awokado ale trochę mi słabo na myśl o opychaniu się jak jakiś sołtys ogromną ilością tegoż, jeśli macie sugestie jak to zużyć poza guacamole i innymi takimi to będę zobowiązana.
Z drugiej strony dobrze że nabywamy kompulsywnie coś, co jest małe i łatwozużywalne a nie np. kosiarki, sofy czy woły rasy Aberdeen angus, trochę mi się miejsce kończy, skrzynia z wysianymi dymkami zajmuje sporo miejsca.

Nawrzucam Państwu i idę sprawdzić, czy wypito herbatę, zostawiono w spokoju kostkę mineralną i wytarzano się na grzbieciku w kącie za domkiem w kształcie sera - i oby dwie ostatnie czynności Trener sobie darował, tu i tak jest nieco dziwnie. Dziś refleksja o życiu, cicik, cicik, szczere pole i obrazeczek, z którym chyba każdy się zgodzi, prawda? Oby Joffrey wdepnął w Lego na bosaka, czego Państwu nie życzę natomiast miłego dnia a i owszem, niech Wam będzie miło. Awokado sobie kupcie, bo zdrowe, ale zapamiętajcie, że kupiliście bo potem jest zamieszanie.
Ha! Popatrzę na ceny tych wołów, jednego się kupi i spokój, raczej nie zapomnę o tym, że mam wielkiego woła w salonie więc następnego nie kupię. Jestem genialna.