squirk@gazeta.pl
RSS
sobota, 19 maja 2012
"Kobieta potrafi wszystko to samo, co mężczyzna, poza obsikaniem muru na stojąco"

Nie moje, niestety, Colette to napisała. Na pewno nie znała mojej koleżanki Marty W. która kiedyś udowodniła, że odrobina akrobacji i wuala, mamy pełniusieńki zakres męskich umiejętności opanowany.

Moje życie jest pasmem udręk i niedogodności. Poszłam spać późno, bo Berberysa poszczykło i musiałam ją ratować, więc planowałam spać długo i na poważnie. Niestety Trener Osobisty już o 12.44 wpadł na pomysł, że może bym wstała na wspólne śniadanie. Niezawodnym patentem Trenera na wywleczenie mnie z łóżka jest ugniatanie mnie tak, jak kot Simona ugniata kołdrę o, tutaj, a gdyby ktoś się zastanawiał, czy Trener wykonuje także tę część z pokazywaniem na pyszczek, że jest głodny, to od razu mówię, że tak.

W wyniku przeprowadzki roślin na balkon (tak, zdecydowałam się wreszcie i wyniosłam plantację Trenerem Osobistym) ułamana została jedna dynia. Ułamała się nie do końca i żal mi było tak ją zostawiać, więc doszłam do wniosku, ze może jak ją skleję to się jakoś ogarnie. Niestety dysponowałam tylko taśmą we wzór pirackich czaszek i okrętów, więc efekt jest dość niezwykły i uprasza się niniejszym o trzymanie kciuków za dalsze losy Pirackiej Dyni. Zdjęcia nastąpią w terminie późniejszym, muszę jakoś tę zieleninę z sensem poustawiać.
Poza tym mam, jak się okazało, mnóstwo wolnego miejsca na balkonie, więc niech nikt nie waży się stawać między mną a wielkimi doniczkami, które planuję nabyć. Wprawdzie na moje "O, spokojnie tu ziemniaki upchniemy" Trener bez słowa opuścił pomieszczenie, sugerując mi tym samym subtelnie, że nie dostał dotąd cholery tylko dlatego, że jedną, że niby mnie, już w domu ma, ale dość mnie lubi, a na kolację będzie jego ulubione suszi wykonane moimi białymi rączkami, więc jakoś go przekonam.

Będzie o zwierzątkach bo znów oglądałam różności przyrodnicze, świat fauny i flory jest fascynujący i będę Was z nim zapoznawała. Wczoraj obejrzałam perypetie okołociążowe lisa rudego. Bardzo to było zabawne, bo samica była w ciąży i nie odnosiła się do swojego stanu z entuzjazmem, czemu dawała wyraz okazując aktywną niechęć do sprawcy całego zamieszania, czyli samca, który co jakiś czas wtykał do nory mordkę zaopatrzoną w nieme "Jak sie czujesz, moja duszko?". Duszka darła na niego ryj tak, że aż podskoczyłam, nie żartuję, na cały rozstaw szczęki i takiż regulator. Krystyna Czubówna poinformowała mnie, że to kwestia hormonów. W następnej kolejności był najazd kamery na stojącego wśród zieleni oszołomionego samca - łapy lekko rozjechane, wzrok szklisty, na pyszczku wyraz grozy i szoku, normalnie strzęp lisa. Myślałam, że się rozpęknę, ale jakoś dałam radę, dzięki czemu obejrzałam sobie także fragment o przyrodzie lotnej, mianowicie nurach rdzawoszyich. Zaintrygował mnie wstęp o treści "Kwilenie samców pomaga zdobyć partnerki" a za chwile stało się jasne, o co chodzi. Samiec nura strasznie jęczy i zawodzi, żeby pannę nurównę sobą zainteresować, poważnie, to taki odpowiednik stosowanego przez wyjątkowo żałosnych przedstawicieli naszego gatunku "Taki ze mnie biedny miś, rodzice woleli moją siostrę, nawet stroju na WF nie miałem swojego, tylko po bracie, pierwszego lizaka zjadłem dopiero, kiedy skończyłem 15 lat, i nikt mnie nigdy nie kochał, bo jestem mhroczny i skomplikowany, w Tobie cała moja nadzieja, lubię kotki i pieski, kocham swoja matkę staruszkę, pół wypłaty oddaję ubogiej kuzynce i bardzo kocham dzieci". Nury robią na oko dokładnie to samo, tylko dziobem i przez takie śmieszne podrygiwanie na wodzie. Zadziwiające, że u obu gatunków - naszego i nurzego - występują zdesperowane samiczki, które się na taki pokaz nabierają zamiast zrobić wywiad środowiskowy i przekonać się, że żadne okoliczności przyrody bynajmniej temu misiu despektu nie czynią.

Idę przekonać Osobistego, że chce kawę. Mnie kawy pić nie wolno, bo mi nieco szkodzi, ale kiedy bardzo padam na nos wmawiam Trenerowi, że bardzo chce i potrzebuje kawy, wykonuję wyżej wymienioną, po czym wypijam trochę, żeby sprawdzić, czy aby nie zatruta. Moja genialna Kika natychmiast mnie przejrzała, więc kiedy ją wizytujemy pytanie o to, czy Trener Osobisty chce kawę, kierowane jest do mnie. Bez obaw, nie jestem egoistką i przynoszę mu resztę, tzn. jego kawę, bo mnie przecież pić kawy nie wolno.
Nie mam siły na obrazeczki, może później.

PS. Moim zdaniem w poważnych, dobrze rokujących związkach nie powinno być tak, że jedno, nieco zombiowate, mówi do drugiego "Chcesz kawę, natychmiast." a drugie wybucha śmiechem, ale to tylko moje zdanie.

PPS. Podjęłam decyzję co do ścieżki, jaką podążać będzie moja kariera. Postanowiłam mianowicie zostać punktem obserwacyjnym dla surykatek. Sami popaczcie, też będziecie chcieli. O miejscówkę możemy się tłuc w kiślu jak trochę odpocznę.

piątek, 18 maja 2012
Blob-Zabójca z Kredensu, grochówka i kiełek nieduży.

Z tym Blobem z Kredensu to nie do końca jest tak, bo kredensu nie posiadam, ale gdybym miała być bardzo precyzyjna to tytuł musiałby brzmieć Blob-Zabójca z Blatu w Kuchni za Pojemnikiem z Solą, Jak Mogłam o Nim Zapomnieć na Tyle Dni, Niech to Szlag, więc niech już lepiej zostanie ten kredens.
Otóż chodzi o to, że dobrych parę dni temu zadeklarowałam w jednym sympatycznym miejscu, że upiję miśki.
Nie że te wielkie ryczące stworzenia, bo bez przesady jednak, aż takich zapasów alkoholu nie mam, poza tym taki pijany niedźwiedź mógłby zrobić się nieco niesforny i jeszcze byłoby na mnie.
Miśki Haribo postanowiłam upić, bo znalazłam przepis, miałam składniki, więc cóż mi szkodzi spróbować.
Wybrałam dorodnych przedstawicieli miśkiego rodu, kryształowy kieliszeczek, wraziłam miśki w wyżej wymieniony i zalałam. I jakoś tak mi umknał ten fragment przepisu, który mówi, żeby całość umieścić w lodówce. Nie dość, że nie umieściłam, to jeszcze kompletnie o staczających się miśkach zapomniałam.
Przypomniałam sobie wczoraj, a właściwie to zupełnie przypadkiem odkryłam sięgając po sól - sięgam i co ja paczę, w kieliszeczku jest Blob Zabójca. Miśki zmieniły się w gęstą, ciągnącą się z trudem masę, która nie tylko nie chciała odlepić się od naczynka, ale także jakos przywarła do mnie - wykonałam bowiem pracę fizyczną i za pomocą łyżeczki, z towarzyszeniem głośnego "czlocht!", oderwałam Bloba od kieliszka, a on natychmiast zareagował.
O, bogowie, jak to się lepi, nie róbcie tego w domu, ja zrobiłam i Wy już nie musicie. Blob przykleił mi się do palców, nosa i odzieży, trochę się rozpełzł po blacie, łyżeczce i dokumentnie oblepił kieliszek, jakimś cudem także z zewnątrz. Usiłowałam go skonsumować, bo po to powstał, ale to też była niezła zabawa, bo Blob nie chciał dać się zjeść. On, jak to ująć...nie trzyma się pyszczka, o. To było jak jedzenie owocowego linoleum, które rozpada się natychmiast po zetknęciu z ustami. Niemniej został skonsumowany i smakował zupełnie jak miśki Haribo wymieszane z wódką. Dziś zrobię drugie podejście, tym razem schowam swoje wyczyny w lodówce, żeby uniknąć inwazji kolejnego kosmity. Lepiłam się trochę przez pół wieczoru, ciężko się domyć po Blobie.

Obiecałam przyjacielowi, że go publicznie skompromituję - na jego prośbę, żeby przestrzec innych przed podobnymi działaniami - więc nie ma co czekać, zacznę, i tak mnie już dwie osoby opierniczyły, że co ja sobie wyobrażam, już po południu, a nowej notki nie ma i co one mają w pracy w piątek robić, przecież nie zaczną pracować.
Przyjaciel mój Artur, zwany przeze mnie Artuditu, zaraził się ode mnie pasją robienia różności na bazie alkoholu. U mnie są to niewinne nalewki i domowy Bailey`s, ale Artur poszedł o wiele dalej, mianowicie zalewa alkoholem wszystko, co mu w ręce wpadnie, jak dotąd z niezłymi efektami. Ostatnio zainspirowany przeze mnie opowieścią o jednym znanym x lat temu panu, który potrafił zrobić alkohol niemal ze wszystkiego, w tym z grochu (nie żartuję, "grochówką" zostałam poczęstowana i była świetna) Artuditu uznał, że phi, on też umie, co za problem wkącu.
Dwa dni temu przyszedł do hacjendy Artuditu, smutny czegoś. Zapytałam uprzejmie skąd taka żółwia twarz i otrzymałam wyjaśnienie.
Artuditu postanowił zrobić wódkę grochową przez zalanie suszonego grochu wódką.
Przez dłuższą chwilę leżałam w kąciku z łapkami w górę i robiąc "bli bli bli" ze śmiechu.
Żadne tam destylacje czy inne nudy, groch, wódka i ma się udać. Szkoda, że nie wiedziało, bo nie udało się jednak.

Obiecałam też czytelniczkom wyznanie, ale zrobiłam rzecz na tyle nierozsądną, że spróbuję jakoś to obejść, owinąć w bawełnę czy co tam. Mianowicie wiedzieliście, że mango nie jest, niestety, niewielkim krzaczkiem tylko drzewem mającym do 30 m wysokości? Bo ja nie wiedziałam - gdybym wiedziała tobym go nie wykiełkowywała przecież, to jasne.
Oj, no tak, tak, trochę mi mango wykiełkowało, tak tyciusieńko, i nie wyrzucę przecież.
Może jakoś je upchnę na balkonie między dyniami a fasolą szparagową.

Nowy czytelnik, witam serdecznie, poinformował mnie własnie, że na dworcu Śródmieście jest zakaz karmienia wołów piżmowych - wiedzieliście o tym? Ja nie wiedziałam.
Miało być o przyrodzie jeszcze, ale będzie jutro, bo notka i tak ma już kilometr długości i komu by się chciało tyle czytać, poza tym muszę jeszcze jedną rzecz skończyć, aby osiągnąć weekend. Obrazeczków nawrzucam później.

PS. Trener Osobisty kończył wczoraj książkę. Podeszłam i mówię:
 - O, widzę, że kończysz czytać książkę, trzeba będzie kupić Ci nową. Chcesz taką samą czy jakąś inną?
 - Podobają mi się książki, które już kiedyś czytałem.
No i tak to wygląda, idę kupić drugi egzemplarz tego, bo pierwszy już przeczytany, książka podobnież wybitna.

PPS. Wyszukano blogaska przez wrzucenie w wyszukiwarkę słowa "gwałcić" - na szczęście u mnie jest tylko notka z wesołą piosneczką.

czwartek, 17 maja 2012
"Mogę powiedzieć, jako znawca kobiet, lubię żyrafy!"

Tak, to pan "Licencja? Jaka licencja? Zostawiłem w innych spodniach i zaraz zwołam konferencję w tej sprawie" Rutkowski - z jakichś przyczyn władze Łodzi nie chcą być reprezentowane przez osobę z parciem na szkło, niebywałe.
Na Fanpejczu jest apel do osób, które mogły wandali, którzy zabili żyrafy, widzieć - jeśli zechcecie udostępnić go u siebie będę wdzięczna, może nagroda pieniężna przywróci komuś pamięć.

Wyspałam się, drogi Pamiętniczku - przeczytam sobie to oświadczenie kilka razy i będę się nim rozkoszowała, bo nieprędko pojawi się ponownie. Tym razem rozsądnie wyniosłam się z sypialni już o 2.05 w nocy, a rano wstałam tylko po to, żeby wysłać stanowcze "dont tacz mi póki nie powiem, że można" wszystkim potencjalnie zainteresowanym, po czym spałam do oporu. Mysz biła w tym czasie dwa rekordy - w biegu na długie dystanse i w opychaniu się ziarnem. Aktualnie śpi snem futrzaczka spełnionego.
AnnaMaria zapytała w komentarzu czy nie jest możliwe przeniesienie Myszarium do innego pomieszczenia. Oczywiście jest możliwe, ale na Fanpejczu widzicie Państwo dość ciężkie i skomplikowane powody, dla których tego nie robimy. Tak, wiem, mogłabym przenieść tylko część, ale nie zasnęłabym na pewno targana wyrzutami sumienia, bo co, jeśli Mysz akurat chciałaby pobiegać w drugim kołowrotku, tym odłączonym? Dla świętego spokoju wszystkich obecnych lepiej przenieść tego, który ma dziwaczne fanaberie, np. chciałby się wyspać. Czyli mnie, bo Trener Osobisty zaśnie w sekundę nawet pod czynną armatą.
Ponadto udało mi się uzyskać zdjęcie Myszy nakobranej i osoby, które zamówiły mysie zdjęcia, znajdą je za kilka minut w swoich skrzynkach pocztowych. Uprzedzam, bardzo jest nakobrana, aż oczy bolą patrzeć.

Poza tym bez zmian, oglądałam wczoraj, jak co dzień, program o zwierzątkach, tym razem o wołach piżmowych mianowicie i ich, za przeproszeniem, stosunkach interpersonalnych w okresie godowym (bez sensu nazwa, nikt tam się godzić nie chciał, ale o tym za chwilę). Chodziło, oczywiście, o samice czyli wolice piżmowe, które wraz z przychówkiem, czyli wolętami niewątpliwie również piżmowymi - żadne nie wyglądało na niepiżmowe, stąd mój wniosek - stały na poboczu i przyglądały się poczynaniom samców z minami w rodzaju "Znów to samo, pobiją się a potem będzie dwa dni narzekania na ból głowy i nawet po trawę sam się nie schyli bez jęczenia, gdzie ja miałam oczy, jak go brałam". Samce mianowicie z rozpędu uderzały się głowami zaopatrzonymi w proszę sobie wygooglać jakie wielkie poroże, łomot był ogromny, ale nie to zachwyciło mnie najbardziej. Mianowicie biegnący z rozwianym włosem wół piżmowy wygląda zupełnie jak świnka morska tylko, oczywiście, nieco większa. I z porożem. Musiałam sobie kilka razy te walki świnek przewinąć, takie to było śliczne. Skończyło się na zwycięstwie samca bardziej odpornego na bóle głowy, ktory dla pewności pogonił jeszcze trochę drugiego świnka, tj. woła z całą pewnością piżmowego (czytała Krystyna Czubówna, a ona by mi przecież kitu nie wciskała) po czym wrócił poczynać piżmowe potomstwo z udziałem zrezygnowanych nieco samic niezmiennie piżmowych.
Zupełnie inaczej wygląda to u głuszców, które też wczoraj oglądałam. Tokowały wściekle prezentując upierzenie, a jeśli jeden drugiemu za bardzo podskoczył zaczynała się walka i, wyobraźcie sobie, one się zupełnie na poważnie atakują, podobnież zabijają się czasem nawet, kto by pomyślał, takie urocze ptaszyny. W każdym razie jest dużo darcia dziobów i ran kłutych tymi dziobami wykonanych, po czym głuszec silniejszy przegania antagonistę i udaje się do samic które, uwaga, natychmiast uprzejmie się wypinają. Natychmiast. Mam teorię, że to dla świętego spokoju, bo jak ktoraś będzie niechętna to on znów zacznie drzeć dziób, a to jest całkiem sporo hałasu i panie głuszcowe po prostu chcą uniknąć bólów głowy.
Co prowadzi nas do oczywistego wniosku, że samica głuszca jest inteligentniejsza od samca woła piżmowego, dziękuję za uwagę.

W uprawach prawie bez zmian, wszystko rośnie, tylko jedna cukinia wprost przeciwnie, więc zostanie za chwilę wyautowana, oraz jedna maleńka sadzonka papryki chyba też postanowiła pozostać maleńka, co się jej w moim ogródeczku z pewnościa nie uda w myśl zasady "Albo rośniesz albo pożegnajmy się cieplutko, bo się więcej nie zobaczymy". Sadzonki chili od Brahdelt urosły trochę od wczoraj i wyglądają prześlicznie i rześko, co jest oczywistym dowodem na to, że zostały mi wręczone ze szczerego serca i przez osobę, która ma do chilisów rękę, ogromnie się z nich cieszę.

Obrazeczki mam przygotowane, więc będzie dziś o problemach z miejscówką dla jednego znanego wokalisty oraz o tym, że warsztaty Rzymian były ubogo wyposażone.
Jako bonus - rozentuzjazmowane woły piżmowe karłowate z serdecznymi pozdrowieniami dla Zulki, która jednego takiego ma.

PS. Zrobiłam Bloba Zabójcę, a mój przyjaciel Artur alkohol wysokoprocentowy i obiecałam publicznie go skompromitować, ale o tym jutro, bo zarobiona jestem. Miłego dnia Państwu.

 

środa, 16 maja 2012
05.48 rano w Polsce.

Dokładnie o tej godzinie uznałam, że mam dość mysich aktów przedsiębiorczości w rodzaju biegania, napierniczania kolbką o kołowrotek i entuzjastycznej próby zrobienia podkopu pod Restaurację, więc przeniosłam się na sofę. Mniej więcej kwadrans później rozległo się donośne "piiiii..piu piu piu PIU...PIU...PIU..." czyli telefon Trenera Osobistego, gdyż awaria była w firmie i trzeba było wstać i naprawić, co trwało trochę i zakończyło sie dialogiem dwóch barytonów, więc zasnąć nie zdołałam. Kiedy mi się to w końcu udało trwało ze 2 h, gdyż potem Osobisty wstał i szeleścił różnościami. Pożęgnałam Osobistego i na paluszkach wróciłam do sypialni z zamiarem zaśnięcia choćby na godzinę.
I wtedy Mysz zaczęła piszczeć.
Wywlokłam bardzo z siebie zadowoloną Mysz, omaziałam jej łapki Vibovitem (zjeść normalnie nie chce, a zlizać z łapek musi), poczęstowałam mnóstwem ziarna i wysłałam spać. Sama nie mam już na to szans, więc dzień dobry Państwu, wita Was w ten piękny poranek nieco zmięty, zombiowaty wróbel, kłaniam się.

Co do wczorajszego to jeszcze nie wiem, jak mi poszło, a jak sie dowiem to się na pewno pochwalę, jeśli będzie czym - dziękuję za Wasze kciuki, ładne są i z żalem oddam jak już wykorzystam.

Zahaczyłam wczoraj o Pana Truskawkę z zamiarem nabycia 50 l ziemi i niczego więcej. Ziemię kupić musiałam, gdyż od Brahdelt przyszło 11 uroczych, filigranowych sadzonek chili, a niczego więcej kupić nie mogłam, bo nie mam już miejsca przecież.
Te 3 sadzonki pomidorów koktajlowych żółtych spokojnie możemy uznać za przypadek, nie warto tego tematu rozwijać i nie wracajmy już do tego, bo naprawdę, taki drobiazg, szkoda na to czasu.
Poszalałam piśmienniczo rozpisując się na temat zadany (i dwa inne w międzyczasie plus korespondencja plus inne atrakcje, więc dzień miałam taki, że ja pierniczę) po czym poszłam trochę poprzesadzać.
Ogrodniczy rachunek sumienia poparty notatkami i, dzięki bogom, naklejkami z nazwami na torebkach nasion wykazuje niezbicie, że mój niewielki balkon pomieści w tym roku (albo nie, ahaha, ależ będzie ubaw) następującą roślinność:
 - dynia Hokkaido - 6 szt
 - dynia Sweet Dumpling - 2 szt
 - dynia Kakai - 2 szt
 - cukinia Tondo Charo di Nizza - 5 szt, ale jedna się słania
 - ogórek Miniature White - 4 szt
 - cebula łodygowa z Katalonii - ileśtam szt
 - rzodkiewka Rat-Tailed - 4 szt
 - papryka czerwona - 9 szt.
 - pomidor malinowy - 3 szt.
 - pomidor koktajlowy żółty - 3 szt.
 - bazylia - dwie doniczki
 - rozmaryn - 2 krzaczki
 - koper - 1 doniczka
 - chia - 1 doniczka
 - fasola szparagowa - 6 szt.
 - groch Cud Kelvedonu i sześciotygodniowy - 4 szt
 - chili - 11 szt
Poza tym na targu mają śliczne sadzonki i oburzałam się bardzo aktywnie kiedy mnie wczoraj Osobisty przez targ dość szybko wlókł przy tychże sadzonkach przyspieszając do kłusu, bo przecież chciałam popatrzeć tylko. To dlatego zdążyłam kupić dymkę tylko w 3 lokalizacjach - kupowanie dymki w kilku różnych miejscach to jeden z targowych rytuałów. Na szczęście zdążyłam kupić Myszy słonecznik bo ale by się działo, gdybym zapomniała.

Z innych atrakcji - pobrano mi wczoraj z pół litra krwi, przy czym, o dziwo, nie zostałam w gabinecie powitana standardowym "A co ona taka bledziutka?!" tylko pełnym zwątpienia "No niby ma tu jakąś żyłę, zobaczymy, co się z tego wyciśnie..". Muszę chyba nabrać jakichś rumieńczyków bo stresuję służbę zdrowia, najwyraźniej interesująca bladość nie jest obecnie w cenie.

Z serii "dialogi domowe":
 - Ja - No to ten...Mąż Brahdelt ma wpaść, może posprzątam trochę czy coś.
 - Trener - Przecież i tak nic nie wystaje spoza całej tej roślinności, zobaczysz, on niczego poza zieleniną nie zauważy.
Się okaże.

Znalazłam takie jedno pudełko ładne, i ziemię mam, i tyle nasion...Przepraszam na chwilę.

wtorek, 15 maja 2012
Notka zastępcza plus prośba o kciuki.

Zarobiona jestem i ścielę się zaglądającym do nóżek z prośbą o trzymanie kciuków, bo jak się uda, to będę z jedną świetną laską pracowała, a że chciałabym idę się sprężać, a jak skończę to napiszę, porządną, uczciwą notkę o tym, jak fajnie jest mieć pobierana krew oraz o tym, jak nie kupiłam trzech sadzonek pomidorków koktajlowych czerwonych.
Bo, oczywiście, wzięłam żółte, czerwone już przecież mam. O, i 11 sadzonek przyszło od Brahdelt, śliczne są.

Gdyby ktoś miał potrzebę odwiedzenia mnie, to chwilowo, niestety, nie przyjmuję gości w salonie, bo nie mam tam miejsca, a jeśli goście mają drobne stopy i wąskie łydki mogę przeprowadzić ich na balkon wąziutką ścieżką między papryką a dyniami o ile potrafią powoli sunąć.
Do zobaczenia później, mam napad pracowitości i oby mi się udało, miłej reszty dnia Państwu życzę.

PS. Mysz tłukła się do 4.06 rano. Zgadnijcie, skąd wiem.

poniedziałek, 14 maja 2012
"Co wieczór musi strzec lodówki, żeby jego żona nie wyjadała kiełbasy"

czyli nie ma co narzekać na drobne niedogodności, bo inni ludzie to dopiero mają ciężko w życiu.

Na głównej artykulik o tym, że popularnym prezentem ma komunię stał się jeż pigmejski. Cudownie, od tej pory mały Nejdżelek czy Vaneska będą wozić w otrzymanych mini-quadach małe jeże i robić im zdjęcia ajfonami, bo jeż to tylko kilkaset zł, a wiadomo, prezenty muszą być takie, żeby cała wieś kwiczała z zazdrości. Jakoś przegapiłam moment, w którym z komunii zrobiła się szopka i szastanie pieniędzmi na najbardziej wypasione prezenty potrzebne otroczkom jak kurwie bliźnięta, bo niech mi ktoś powie, dziękuje uprzejmie, na co dziecku drogi telefon czy laptop jeśli nie po to, żeby ukradli mu go po tym, jak już rodzice zdążą zaszpanować przed innymi, że ich na takie coś stać. Albo, jak u dalekich znajomych (bliskich mam, dzięki bogom, normalnych) po to, żeby dziecko się zdążyło ucieszyć, bo potem mu się prezenty pozabiera i na wysoką półkę odłoży, żeby się nie zniszczyły, i wyciągać się będzie tylko, żeby popisać się przed gośćmi, że niby dziecię na co dzień igra takimi drogimi zabawkami.

Trener Osobisty poszedł dziś na siłownię z waga łazienkową. Bo hantle nie miały oznaczeń, ile ważą, a on musiał wiedzieć. Jeszcze nie wiem, jak to skomentować. Próbowałam w celu odzyskania równowagi obejrzeć sobie coś o zwierzątkach, ale znów trafiłam na krokodyla, który konsumował właśnie bardzo małą antylopkę, więc od razu się zdenerwowałam. Zero wyczucia w tych gadach. Spokojnie mógł zjeść jakąś starą, zmęczoną długim i szczęśliwym życiem sztukę, ale nieee, musiał takie młode. Palant.
Trener Osobisty, chcąc nie chcąc, także oglądane przeze mnie sytuacje przeżywa, bo nieco nim wstrząsa za każdym razem, kiedy paczę na konsumpcję dokonywaną na nieletnim przedstawicielu jakiegoś gatunku i wyrywa mi się "Kurwów sto, przecież ta zebra była niewiele większa od Myszy!" i inne inwokacje do bóstw. Zaznaczam, że inwokacje są mimowolne i że na co dzień bynajmniej nie klnę jak szewc, bo znam mnóstwo innych wyrazów świetnie oddających emocje - po prostu żadna "motyla noga" czy "kurza twarz" nie przychodzi mi do głowy podczas oglądania programów zwierzątkowych. Lubię małe antylopy i uważam, że nie powinny być jedzone, acz mam świadomość, że krokodyle moje zdanie w tej kwestii serdecznie chromolą.

Mam wrażenie, że z hodowania cukinii może wiele nie wyjść - ona się za bardzo płoży jak na mój gust. Usunęłam z donicy dwie najsłabsze rośliny, reszta powinna jakoś sobie poradzić, i posiałam dwie nowe. Oczywiście najbardziej żwawa jest sadzonka z pestki wetkniętej mimochodem i na ogrodniczym głodzie. Fasolka szparagowa rośnie jak gupia, mam nadzieję, że spodoba jej się krata na balkonie - w weekend roślinki mówią salonowi "cześć i dzięki za parkiet" i przenoszą się na balkon gdzie, dla własnego dobra, powinny szybciutko zacząć owocować pamiętając, że roślinka nierobotna zastępowana jest u mnie przez prawcowitą.

Obrazeczki pasujące do notki, czyli zwierzątkowe - taki i taki. Przy okazji - Mysz dziękuje za życzenia zdrowia, postanowiła wyświadczyć mi grzeczność i więcej nie piszczeć. I nie piszczy.

Trener Osobisty jest dziś słodki jak miód, patrzy na mnie wzrokiem rozkochanym i z ramion wypuszcza mię niechętnie, więc miłego dnia Państwu, idę zrobić scysję zwiadowczą, bo on pewnie ma kochankę.

PS. Na Fanpejczu niespodzianka - proszę nie krępować się i piszczeć.

niedziela, 13 maja 2012
Każdego dnia budzę się piękniejsza, ale dziś to już przesadziłam. vol.2

Tytuł to żarcik, oczywiście, bo wyglądam jakby mnie ktoś trwale przeraził, a piżama w miśki i niebieskie kapciuszki ze wstążeczkami bynajmniej mojego wizerunku nie poprawiają, ale trudno, jutro będe piękna, dziś pozostanę zmięta i rozwichrzona. Obudziła mnie Mysz, bo się przeziębiła i popiskiwała. Co ciekawe nie obudził mnie nocny telefon do Trenera, który miał awarię w firmie i musiał z kimś pokonwersować, wstać i naprawić czyjś świat, ale ciche piszczenie Myszy zakopanej w stercie kołderek. Mysz dostała Vibovit i ma zdrowieć, proszę o trzymanie kciuków, niby to tylko lekkie przeziębienie, ale trochę się martwię.

Zastałam rano Trenera Osobistego w salonie siedzącego na sofie w dziwnej pozie i przyglądającego się z zachwytem tętnu w stopie. Nie żartuję, widać było bardzo aktywne tętno w stopie i on się zachwycał.
Zwariuję tu kiedyś.

Wczoraj było blisko, bo wsiadłam na rower stacjonarny a on się od razu zepsuł.
Poważnie, coś zaczęło klikać, przeskakiwać i był to dźwięk na tyle głośny i irytujący, że nie mogłam oglądać Nat Geo Wild, więc szybciutko się zdenerwowałam. Jęłam przeto nawoływać Trenera żeby przyszedł i naprawił, bo jest taki silny i męski i wie wszystko, nieprawdaż.
Trener wsiadł na rower, który od razu się naprawił.
Poważnie, cisza i spokój, nic nie klika, normalny zdrowy rower.
Wsiadłam z powrotem i trochę mnie szlag trafił, bo natychmiast zaczęło klikać. Wezwałam Trenera, który przyszedł, rzucił okiem i bezzwłocznie się załamał, nie wiem, skąd ten pośpiech.
Ojej, no trochę mi sztywna końcówka sznurówki buta zahaczała o rower i robiła to klikanie, ale nie wiem po co się od razu za głowę łapać i mówić "Niewiarygodne, opisz to na blogu, koniecznie".

Poza tym robiłam wczoraj sushi i też nic w tym normalnego, jak to u nas. Mianowicie do rolowania maków używa się takiej małej maty makisu, czyli matki, prawda? Żeby się to nie brudziło owija się folią elastyczną za każdym razem i matka się nie brudzi. Trener świetnie makisu owija, więc wezwałam go wczoraj i mówię "Zawiń mi matkę". Odpowiedź nieco mnie oszołomiła, Trener zastanowił się bowiem i odrzekł:
 - W sumie mógłbym, w dywan jakiś...Tylko potem potrzebowalibyśmy amerykańskiego auta z dużym bagażnikiem, żeby było dokładnie, jak w filmach...
Tak sobie, wiecie, nonszalancko i od niechcenia zaczął planować porwanie mojej matki.
W tych warunkach po prostu nie da się być zdrowym psychicznie i ja już nawet nie próbuję.

Nawiasem mówiąc do oglądania tv podczas jazdy na rowerze dobrze jest wybrać program podnoszący ciśnienie, bo człowiek zirytowany jeździ szybciej, więc spala więcej. Wczoraj oglądałam o przeprawie stad gnu przez rzekę Mara i spaliłam chyba milion kilokalorii, taka byłam wkurzona.
Suponuj sobie, Pamiętniczku, że płynie takie nieduże (jak na gigantyczną, silną antylopę), kilkumiesięczne gnu, namacha się zdrowo, a pod koniec przeprawy podpływa krokodyl i wyskakuje na to gnu z wielkim ryjem w celu bynajmniej nie towarzyskim. Normalnie złapał cielę i je zjadł, mało mnie szlag nie trafił, nie mógł sobie jakiejś starej antylopy złapać, tylko musiał taką młodą?
Jeśli tam kiedyś trafię to będę siedziała w czółnie i napierniczała krokodyle wiosłem wydając okolicznościowe okrzyki niechęci.

Inna sprawa to to, że wcale nie mamy w Polsce źle pod względem przyrody. W takiej Australii czy na Florydzie człowiek wychodzi z domu i od razu pojawia się opcja, że zeżre go krokodyl albo ugryzie jakieś jadowite coś. U nas człowiek wychodzi z domu i jest ryzyko, że go sąsiad na piwo wyciągnie, co jest zdecydowanie mniej przykre od bycia jedzonym, jak przypuszczam.

Obrazeczki nastąpią, jak się wyśpię, bo w warunkach obecnej zombiowatości nie mam wyobraźni i nie mogę myśleć, więc jeszcze bym jakichś nudów nawrzucała.
Aha, na głównej ostrzegają przed kleszczami. Zgadnijcie, co sobie od razu wyobraziłam, to łatwe.

piątek, 11 maja 2012
Mysz. Po prostu Mysz.

Dzisiejsza notka będzie w całości poświęcona Myszy, uprzedzam, gdyby kogoś Myszy nudziły (choć nie wiem, jak to możliwe, prawdę mówiąc), to niech się wymknie boczkiem. Inspiracje mam dwie - Zulkę oraz Trenera Osobistego, który wziął udział w przedpołudniowym dialogu:
 - Dzie notka? - zaniepokoił się Trener Osobisty. - Zaglądam już drugi raz i nic.
 - A bo mi się trochę nie chce dziś blogować chyba, upał i wogle... - narzekłam.
 - Chyba sobie żartujesz. - wyraził zainteresowanie Trener. - Chcesz zostawić ludzi na cały dzień bez wiadomości o Myszy?
No w sumie to nie chciałam. A potem jeszcze obiecałam Zulce, że będzie o promysim języku, więc trochę się w tej kwestii wykwiczę jednak.

Tak, drogi Pamiętniczku, moje obłąkanie na punkcie Myszy doprowadziło do stworzenia języka okołomysiego.
Zacznijmy od uszek.
Położenie uszek świadczy o kondycji i humorze zwierzątka, nie ma co do tego najmniejszych wątpliwości. Otóż u Myszy rozróżniamy 5 położeń uszek:
 - nastrosz - uszka na sztorc, Mysz wesolutka jak szpaczek i smyrna (tzn. bieży bardzo szybko w kołowrotku i po Klatkach - smyrrr i już jest pół metra dalej)
 - niedostrosz - uszka nieco niżej położone, Mysz w humorze, ale mniej energiczna
 - skąpostrosz - uszka jeszcze niżej, Mysz smutna czegoś
 - bezstrosz - uszka prawie zupełnie położone, Mysz zdecydowanie niehumorna
 - destrosz - dół kompletny, Mysz nie życzy sobie intrerakcji i najlepiej niech wszyscy spadają, bo nie będzie z nimi gadać i tyle.
Z dumą stwierdzam, że Mysie uszka pozostają w niemal ciągłym nastroszu i sporadycznym niedostroszu, a bezstrosz występuje tylko podczas snu, kiedy to nie ma sensu leżeć takim wszędzie ponastraszanym.
Destrosz oznacza, że ktoś gryzonka spłaszczył, czyli zepsuł mu humor. Przeniosło się to do użytku codziennego, więc czymś całkiem zwyczajnym jest skierowane do mnie przez Trenera "O, ktoś Cię spłaszczył chyba" albo "Skąd ten destrosz?".

Aby utrzymać Mysz w ciągłym nastroszu trzeba ją puszyć. Mysz puszy się przez głaskanie, całowanie uszek, komplementy i podsuwanie przysmaków czyli, uwaga, wstroszu. Tak, Mysz nie je tylko wstrasza, w roli wstroszu najchętniej widziany jest słonecznik, ser i brokuł. Nawstraszana Mysz jest nastroszona i szczęśliwa a o wstrosz potrafi żebrać tańcząc na tylnych łapkach. Jeśli są gdzieś na świecie mysie zakony żebracze, to założycielką z pewnością była któraś z moich Myszy.
Komplementy kierowane do Myszy powinny brzmieć:
 - Jaka piękna, puszysta Mysz!
 - Co za uszka, co za tuszka!
 - Cóż za dorodna, starannie uczesana Mysz!
Z jakiegoś względu Mysz przestała lubić "Ach, jakąż ja mam wielką, tłustą Mysz!" - nie mam pojęcia, czemu, ale mam wrażenie, że Mysz się rozwija i poznaje znaczenie wyrazów, więc ta część z tłuszczem może jej nie pasować. Mysz lubi "sz", więc szeleścimy w wyrazach kierowanych do Myszy jak tylko się da, stąd "witamyszsz", "ślicznyszsz", "Myszy, Myszy, która słyszy?" itp.

Napełnianie Myszy nie zawsze kończy się wstroszem - czasem Mysz ma zamiar tylko sie nakobrać. Nakobranie polega na tym, że Mysz napełnia policzki ziarnem i wygląda jak kobra. Zdjęcie Myszy nakobranej postaram się w najbliższym czasie wykonać. Trener nakobrał ją wczoraj arachidami, ale zapomniałam pójść po aparat, a szkoda, była idealnie nakobrana i okrągła jak puszysta kulka.
Nakobranie kończy się szybkim smyrem do Spiżarni, Spiżarni lub Spiżarni. Mysz wykonuje ten smyr nibytoprzypadkiem i z miną "O, jaka interesująca trocinka, przyjrzę się jej z bliska" - drobi boczkiem po czym wykonuje hyc do tunelu i galop do pomyszczenia z ziarnem. Wszystko to po to, żebyśmy nie zauważyli, gdzie jest aktualna Spiżarnia. Raz na kilka dni całe trocinkowo-kołderkowe wyposażenie Myszarium jest wymieniane i Mysz za każdym razem jest zszokowana faktem, że odkryliśmy jej skład ziarna i zniknęliśmy je, więc wchodzi do Spiżarni i wychodzi po kilka razy, ale im bardziej zagląda do środka, tym bardziej ziarna tam nie ma, więc wzdycha i zaczyna magazynować od nowa.

Mysz i Trener Osobisty uwielbiają się wzajemnie. Gdyby Mysz wykonywała utwory wokalne jestem pewna, że na widok Trenera śpiewałaby "Ukochany paaaan, umiłowany paaaan, nastroszone mam uszy i wąąąąąski" (na melodię "Ukochany kraj") - jestem tego tak pewna, że śpiewam to za nią, żeby sobie przypadkiem pyszczka nie zechciała sama zmęczyć. Trener Osobisty znosi to z lekką rezygnacją.

Raz na jakiś czas odbywa się Myświęto, czyli Dzień Myszy. Mysz otrzymuje wtedy prezent, np. ulubioną kolbkę czy gadżet. Podczas najbliższego Myświęta wręczony zostanie autostroszer. Mysz wchynie niedostroszona a wychynie gładka i uczesana bez najmniejszego z mysiej strony wysiłku. Przypuszczam, że będzie zachwycona.

Ponieważ na świecie jest za mało piosenek o gryzoniach futerkowych, a ja jestem jednak dość leniwa, przerabiam na piosenki gryzonkowe szanty i kolędy. Prezentacji nie będzie, bo mam jakieś poczucie obciachu jednak.

Uważamy się za zupełnie zdrowych psychicznie, tylko nieco myszofilnych, a myszofilia nie wynika z instynktu macie- i tacierzyńskiego tylko z miłości i podziwu dla zwierzaczków pięknych, genialnych i mało przez innych docenianych. Mamy ambicję stworzyć najszczęśliwszy na świecie dom dla jak największej ilości Mysząt i rozpieszczać je tak, jak na to zasługują.
Poza tym uwielbiam zabawę słowami, tworzę własne neologizmy itp. Może zaczęliście to podejrzewać po przeczytaniu powyższego.

A, zapomniałabym. Ktoś zapytał mnie kiedyś jakim cudem udaje mi się oswoić małe, dzikie futrzaczki tak, że nie gryzą i pozwalają zrobić sobie zastrzyk, przyciąć pazurki i co tam trzeba. Otóż, proszę Państwa, Mysz oswaja się przez rezygnację. Świeżutka Mysz jest przynoszona do Myszarium, zapoznaje się, zwiedza, a przez cały niemal czas towarzyszy jej człowiek. Człowiek mówi do Myszy, podsuwa przysmaki, komplementuje, opowiada bzdury i głaszcze. Zrezygnowana Mysz, przytłoczona nadmiarem uprzejmości, kończy z całym tym zdziczeniem i natychmiast się oswaja.

Poinformowałam Trenera Osobistego, że zamierzam napisać notkę o promysim języku. Odpowiedział:
  - No to teraz ludzie nie będą mieli najmniejszej wątpliwości co do tego, że kompletnie nie masz wyobraźni.
No cóż.
Trochę destrosz, ale co poradzę.

PS. Wczorajszy tytuł notki był z "Kamasutry", z Księgi Manu IX - jestem pewna, że wiedzieliście, tylko udawaliście, że wcale "Kamasutry" nie czytacie.

PPS. Wykiełkowała mi fasola szparagowa, a obrazeczki będa później.

czwartek, 10 maja 2012
"Żona kłótliwa powinna być zastąpiona bez zwłoki"

Konia-zrzędę temu, kto wie, gdzie bystrym oczkiem wypatrzyłam tytuł, ha.

Pogoda, niestety, nadal paskudna, słońce bardzo się angażuje w napierniczanie irytując ludzi i zwierzęta, nawet Mysz odczuwa skutki przesadnej ilości stopni i wieczorami nie może się tłuc tak intensywnie, jak by sobie tego życzyła. Skutek jest taki, że musi się dotłuc rano aby wyrobić normę, dziś na przykład o 9.30 rano w Polsce zastałam Mysz hałaśliwie przemieszczającą po Klatce Pierwszej swoją kostkę mineralną.
 - Witamysz. - powiedziałam złowrogo.
 -   - rzuciła zdawkowo Mysz i wróciła do przemieszczania kostki uznawszy najwyraźniej, że nie muszę się wyspać, bo ona załatwiła to za mnie.
Nie tylko Mysz przyczyniła się do mojego aktualnego wyglądu wielkookiego zombie, gdyż zadzwonił do mnie o 2 w nocy kolega jeżdżący "na karetce" i mający zawsze ciekawe rzeczy do opowiedzenia. Nie nadają się do publikacji a ja nie wiem, jakim cudem nie mam po tych rozmowach koszmarów, pewnie dzięki serialom medycznym i wieloletnim przyjaźniom z lekarzami mającymi wątpliwe szczęście do wyjątkowo spektakularnych przypadków. Taka częściowa dekapitacja szybą, bo się pasów nie zapięło, to drobny pikuś, bywa znacznie gorzej. Zapinajcie pasy, na tylnych siedzeniach też, nie żartuję. "Praw fizyki pan nie zmienisz i nie bądź pan głąb".

Miałam dziś zjeść szparagi inaczej, niż ugotowane na parze, tak?
No to nie udało mi się. Nie wiem, mam jakiś taki odruch, że biorę szparagi i ziu, do parowara, automatycznie i niemal bez udziału świadomości. Uparowałam cały pęczek, nie ruszę się przez kilka godzin. Jeśli ktoś ma pomysł jak się odruchu parowania pozbyć, to niech się podzieli, porfawor, zanim minie kolejny sezon w którym zjem szparagi tylko i wyłącznie zielone i uparowane.

Na plantacji mała żałoba, gdyż grono aniołków powiększa dymka, na szczęście nie katalońska, na którą bardzo liczę. Cukinia nadal wściekle się płoży, ale wypuściła kolejne listki, więc może ona tak z tym płożeniem ma mieć i niepotrzebnie nad nią kwilę. Kolejna bardzo mała sadzonka papryki przeniosła się do paprykowej Krainy Wiecznych Łowów więc będę miała na balkonie, to bardzo smutne, tylko 9 wielkich krzaków papryki. Załamać się można i mam wrażenie, że Trener Osobisty z tej możliwości chwilami korzysta, gdyż zdarza mu się rzucić powiększającej się zieloności spojrzenie pełne grozy. Mam nadzieję, że pocieszy go fakt, że kwitną wszystkie 3 krzaki pomidorów - wystawię je jutro na balkon, żeby owady mogły zrobić swoje (i spadać, bo zapylenie zapyleniem ale owadów nadal nie lubię). Na Fanpejczu zdjęcie aktualnego roślinnego przychówku.

Obrazeczki - o diecie, pieprzeniu i ciciku płochliwym. Państwo wybaczą, że tak chaotycznie dziś, zarobiona jestem. Zdjęcie Panny Futerko wysłać jednakowoż zdążę, powinno być u Was za kilka minut.

PS. Odruchowo zajrzałam na główną, ale nie zwolnili jeszcze tego pryszczersa, który pasjonuje się faktem, że kobiety mają biust i inne takie, więc są gołe panie, matura i jakaś dziewuszka która skompromitowała się u Wojewódzkiego, straciłam 2 minuty i Wy już nie musicie.

PPS. Czytelnicy pytają - Chaotyczna odpowiada. To, że nie opisuję na blogu rzeczy poważnych czy smutnych nie znaczy, że mam wyłącznie "tak fajnie i śmiesznie na co dzień" - miewam, a o problemach postanowiłam nie pisać, bo nie o tym jest ten blog. Ma być wesolutko i na luzie i mam nadzieję, że jest.

środa, 09 maja 2012
Braliście kiedyś udział w wypadku spowodowanym przez pijanego klauna żonglującego lemingami?

Bo ja nie, ale jestem ciekawa, jak tam u Was. W mojej okolicy nawet jednego leminga nie widziałam, oczywiście pomijając zdążające do koproracji klony w garniturach, a szkoda, bo fajne są lemingi, oglądałam w tv.

Trener Osobisty czas jakiś temu, po tym, jak solidnie obmarudziłam kilka wieczorów skarżąc się na to, że mnie kolanka napierniczają po rowerze, zdiagnozował u mnie zespół pasma biodrowo-piszczelowego. Czyli kolanka niewinne i poczytajcie, jeśli Was też bolą, bo to może wcale nie być kwestia kolan. W każdym razie są na to ćwiczenia, np. masowanie odnóży kijkiem. Bardzo, bardzo bolesne. Fantastyczna sprawa, wygląda to tak, że przed i po treningu używam kijka zgodnie z przeznaczeniem wykonując przy okazji inwokacje do bóstw. Bóstwa to np. Japierniczę, Wdupietomamwięcejniećwiczę, Bolijakjasnacholera oraz - rzadziej, bo dziewczęciu nie wypada - Kurwów Sto. Niewątpliwie to boskiej interwencji zawdzięczam fakt, że kolanka napierniczać mnie przestały, a Trener Osobisty przywykł do zakładania na czas mojego treningu wielkich słuchawek i grania w coś zajmującego, ostatnio L.A.Noire.

Sezon szparagowy uważam za oficjalnie otwarty, opycham się jak jakiś sołtys, mam w lodówce 3,5 pęczka a w głowie gorące postanowienie zrobienia z nich choć raz czegoś innego niż wersję "ugotować na parze, polać masłem, rzucić się jak hiena". Widziałam u Brahdelt inny pomysł i zamierzam go przetestować, jeśli powstrzymam się przed ugotowaniem na parze, co może mi się nie udać, bo dotąd nie udawało się za każdym razem.
Poruszyłam wczoraj od niechcenia kwestię uprawy szparagów na balkonie, bo co za problem przecież, ale mina Trenera Osobistego zasugerowała mi, że chwilowo nie spełniam wymaganych przez niego od rozmówcy norm intelektualnych. Nie mówię, że nie rozumiem lekkiej niechęci do posiadania na balkonie kopców ziemi, ale moim zdaniem szparagi warte są niewielkich poświęceń.
Z drugiej strony skoro szparagi nie, to niech się przynajmniej na karczochy zgodzi. I na ziemniaki, poczytałam trochę, szalenie łatwo się ziemniaki osiąga.

Obrazeczków będzie dziś aż trzy - o uzbrojeniu*, wypoczynku i...taki tam.

* Kosz Angels**, może weźmiemy to pod uwagę? Do inwazji na wieś mogłybyśmy włożyć jakieś dodatki pasujące do folkloru, nie wiem, można np. pęki wstążek przymocować do toporów bojowych albo podśpiewywać "łojdiridi" przy świniobiciu. Warto skonsultować się z mieszkańcami napadanej wsi, choć przyznam, że coś mi nie pasuje w wizji pytania o ulubione przyśpiewki ludzi, którym będziemy obrabiały chaty. Naprawdę liczę na to, że zorganizowany później festyn zatrze złe wrażenie.

** - tutaj i tutaj i w komentarzach też - wrzucam, bo może nie wszyscy wiedzą, że założyłyśmy gang***.
A powinni.
Lepiej bądźcie grzeczni.

*** - ojeju, to już mój drugi gang, ależ się rozszalałam.

PS. Ha! Znalazłam taką jedną książkę o szparagach, com o niej zdążyła zapomnieć, i wiem już, jak je konserwować, ususzyć i mrozić. Koniec z czekaniem na sezon, zamrożę sobie i tyle. Gdyby ktoś chciał przepis to proszę piszczeć.

PPS. Tytułowy klaun oczywiście przyśnił mi się, bo przecież ja nie mogę mieć normalnych snów, tylko jakieś takie. Oszczędzę Wam szczegółów, napiszę tylko, że w wyniku mojej interwencji lemingi zostały umieszczone w bezpiecznym miejscu.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 32