|
Archiwum
Ostatnie wpisy
Zakładki:
FANPEJCZ
Ulubione
|
sobota, 19 maja 2012
"Kobieta potrafi wszystko to samo, co mężczyzna, poza obsikaniem muru na stojąco"
Nie moje, niestety, Colette to napisała. Na pewno nie znała mojej koleżanki Marty W. która kiedyś udowodniła, że odrobina akrobacji i wuala, mamy pełniusieńki zakres męskich umiejętności opanowany. Moje życie jest pasmem udręk i niedogodności. Poszłam spać późno, bo Berberysa poszczykło i musiałam ją ratować, więc planowałam spać długo i na poważnie. Niestety Trener Osobisty już o 12.44 wpadł na pomysł, że może bym wstała na wspólne śniadanie. Niezawodnym patentem Trenera na wywleczenie mnie z łóżka jest ugniatanie mnie tak, jak kot Simona ugniata kołdrę o, tutaj, a gdyby ktoś się zastanawiał, czy Trener wykonuje także tę część z pokazywaniem na pyszczek, że jest głodny, to od razu mówię, że tak. W wyniku przeprowadzki roślin na balkon (tak, zdecydowałam się wreszcie i wyniosłam plantację Trenerem Osobistym) ułamana została jedna dynia. Ułamała się nie do końca i żal mi było tak ją zostawiać, więc doszłam do wniosku, ze może jak ją skleję to się jakoś ogarnie. Niestety dysponowałam tylko taśmą we wzór pirackich czaszek i okrętów, więc efekt jest dość niezwykły i uprasza się niniejszym o trzymanie kciuków za dalsze losy Pirackiej Dyni. Zdjęcia nastąpią w terminie późniejszym, muszę jakoś tę zieleninę z sensem poustawiać. Będzie o zwierzątkach bo znów oglądałam różności przyrodnicze, świat fauny i flory jest fascynujący i będę Was z nim zapoznawała. Wczoraj obejrzałam perypetie okołociążowe lisa rudego. Bardzo to było zabawne, bo samica była w ciąży i nie odnosiła się do swojego stanu z entuzjazmem, czemu dawała wyraz okazując aktywną niechęć do sprawcy całego zamieszania, czyli samca, który co jakiś czas wtykał do nory mordkę zaopatrzoną w nieme "Jak sie czujesz, moja duszko?". Duszka darła na niego ryj tak, że aż podskoczyłam, nie żartuję, na cały rozstaw szczęki i takiż regulator. Krystyna Czubówna poinformowała mnie, że to kwestia hormonów. W następnej kolejności był najazd kamery na stojącego wśród zieleni oszołomionego samca - łapy lekko rozjechane, wzrok szklisty, na pyszczku wyraz grozy i szoku, normalnie strzęp lisa. Myślałam, że się rozpęknę, ale jakoś dałam radę, dzięki czemu obejrzałam sobie także fragment o przyrodzie lotnej, mianowicie nurach rdzawoszyich. Zaintrygował mnie wstęp o treści "Kwilenie samców pomaga zdobyć partnerki" a za chwile stało się jasne, o co chodzi. Samiec nura strasznie jęczy i zawodzi, żeby pannę nurównę sobą zainteresować, poważnie, to taki odpowiednik stosowanego przez wyjątkowo żałosnych przedstawicieli naszego gatunku "Taki ze mnie biedny miś, rodzice woleli moją siostrę, nawet stroju na WF nie miałem swojego, tylko po bracie, pierwszego lizaka zjadłem dopiero, kiedy skończyłem 15 lat, i nikt mnie nigdy nie kochał, bo jestem mhroczny i skomplikowany, w Tobie cała moja nadzieja, lubię kotki i pieski, kocham swoja matkę staruszkę, pół wypłaty oddaję ubogiej kuzynce i bardzo kocham dzieci". Nury robią na oko dokładnie to samo, tylko dziobem i przez takie śmieszne podrygiwanie na wodzie. Zadziwiające, że u obu gatunków - naszego i nurzego - występują zdesperowane samiczki, które się na taki pokaz nabierają zamiast zrobić wywiad środowiskowy i przekonać się, że żadne okoliczności przyrody bynajmniej temu misiu despektu nie czynią. Idę przekonać Osobistego, że chce kawę. Mnie kawy pić nie wolno, bo mi nieco szkodzi, ale kiedy bardzo padam na nos wmawiam Trenerowi, że bardzo chce i potrzebuje kawy, wykonuję wyżej wymienioną, po czym wypijam trochę, żeby sprawdzić, czy aby nie zatruta. Moja genialna Kika natychmiast mnie przejrzała, więc kiedy ją wizytujemy pytanie o to, czy Trener Osobisty chce kawę, kierowane jest do mnie. Bez obaw, nie jestem egoistką i przynoszę mu resztę, tzn. jego kawę, bo mnie przecież pić kawy nie wolno. PS. Moim zdaniem w poważnych, dobrze rokujących związkach nie powinno być tak, że jedno, nieco zombiowate, mówi do drugiego "Chcesz kawę, natychmiast." a drugie wybucha śmiechem, ale to tylko moje zdanie. PPS. Podjęłam decyzję co do ścieżki, jaką podążać będzie moja kariera. Postanowiłam mianowicie zostać punktem obserwacyjnym dla surykatek. Sami popaczcie, też będziecie chcieli. O miejscówkę możemy się tłuc w kiślu jak trochę odpocznę.
piątek, 18 maja 2012
Blob-Zabójca z Kredensu, grochówka i kiełek nieduży.
Z tym Blobem z Kredensu to nie do końca jest tak, bo kredensu nie posiadam, ale gdybym miała być bardzo precyzyjna to tytuł musiałby brzmieć Blob-Zabójca z Blatu w Kuchni za Pojemnikiem z Solą, Jak Mogłam o Nim Zapomnieć na Tyle Dni, Niech to Szlag, więc niech już lepiej zostanie ten kredens. Obiecałam przyjacielowi, że go publicznie skompromituję - na jego prośbę, żeby przestrzec innych przed podobnymi działaniami - więc nie ma co czekać, zacznę, i tak mnie już dwie osoby opierniczyły, że co ja sobie wyobrażam, już po południu, a nowej notki nie ma i co one mają w pracy w piątek robić, przecież nie zaczną pracować. Obiecałam też czytelniczkom wyznanie, ale zrobiłam rzecz na tyle nierozsądną, że spróbuję jakoś to obejść, owinąć w bawełnę czy co tam. Mianowicie wiedzieliście, że mango nie jest, niestety, niewielkim krzaczkiem tylko drzewem mającym do 30 m wysokości? Bo ja nie wiedziałam - gdybym wiedziała tobym go nie wykiełkowywała przecież, to jasne. Nowy czytelnik, witam serdecznie, poinformował mnie własnie, że na dworcu Śródmieście jest zakaz karmienia wołów piżmowych - wiedzieliście o tym? Ja nie wiedziałam. PS. Trener Osobisty kończył wczoraj książkę. Podeszłam i mówię: PPS. Wyszukano blogaska przez wrzucenie w wyszukiwarkę słowa "gwałcić" - na szczęście u mnie jest tylko notka z wesołą piosneczką.
czwartek, 17 maja 2012
"Mogę powiedzieć, jako znawca kobiet, lubię żyrafy!"
Tak, to pan "Licencja? Jaka licencja? Zostawiłem w innych spodniach i zaraz zwołam konferencję w tej sprawie" Rutkowski - z jakichś przyczyn władze Łodzi nie chcą być reprezentowane przez osobę z parciem na szkło, niebywałe. Wyspałam się, drogi Pamiętniczku - przeczytam sobie to oświadczenie kilka razy i będę się nim rozkoszowała, bo nieprędko pojawi się ponownie. Tym razem rozsądnie wyniosłam się z sypialni już o 2.05 w nocy, a rano wstałam tylko po to, żeby wysłać stanowcze "dont tacz mi póki nie powiem, że można" wszystkim potencjalnie zainteresowanym, po czym spałam do oporu. Mysz biła w tym czasie dwa rekordy - w biegu na długie dystanse i w opychaniu się ziarnem. Aktualnie śpi snem futrzaczka spełnionego. Poza tym bez zmian, oglądałam wczoraj, jak co dzień, program o zwierzątkach, tym razem o wołach piżmowych mianowicie i ich, za przeproszeniem, stosunkach interpersonalnych w okresie godowym (bez sensu nazwa, nikt tam się godzić nie chciał, ale o tym za chwilę). Chodziło, oczywiście, o samice czyli wolice piżmowe, które wraz z przychówkiem, czyli wolętami niewątpliwie również piżmowymi - żadne nie wyglądało na niepiżmowe, stąd mój wniosek - stały na poboczu i przyglądały się poczynaniom samców z minami w rodzaju "Znów to samo, pobiją się a potem będzie dwa dni narzekania na ból głowy i nawet po trawę sam się nie schyli bez jęczenia, gdzie ja miałam oczy, jak go brałam". Samce mianowicie z rozpędu uderzały się głowami zaopatrzonymi w proszę sobie wygooglać jakie wielkie poroże, łomot był ogromny, ale nie to zachwyciło mnie najbardziej. Mianowicie biegnący z rozwianym włosem wół piżmowy wygląda zupełnie jak świnka morska tylko, oczywiście, nieco większa. I z porożem. Musiałam sobie kilka razy te walki świnek przewinąć, takie to było śliczne. Skończyło się na zwycięstwie samca bardziej odpornego na bóle głowy, ktory dla pewności pogonił jeszcze trochę drugiego świnka, tj. woła z całą pewnością piżmowego (czytała Krystyna Czubówna, a ona by mi przecież kitu nie wciskała) po czym wrócił poczynać piżmowe potomstwo z udziałem zrezygnowanych nieco samic niezmiennie piżmowych. W uprawach prawie bez zmian, wszystko rośnie, tylko jedna cukinia wprost przeciwnie, więc zostanie za chwilę wyautowana, oraz jedna maleńka sadzonka papryki chyba też postanowiła pozostać maleńka, co się jej w moim ogródeczku z pewnościa nie uda w myśl zasady "Albo rośniesz albo pożegnajmy się cieplutko, bo się więcej nie zobaczymy". Sadzonki chili od Brahdelt urosły trochę od wczoraj i wyglądają prześlicznie i rześko, co jest oczywistym dowodem na to, że zostały mi wręczone ze szczerego serca i przez osobę, która ma do chilisów rękę, ogromnie się z nich cieszę. Obrazeczki mam przygotowane, więc będzie dziś o problemach z miejscówką dla jednego znanego wokalisty oraz o tym, że warsztaty Rzymian były ubogo wyposażone. PS. Zrobiłam Bloba Zabójcę, a mój przyjaciel Artur alkohol wysokoprocentowy i obiecałam publicznie go skompromitować, ale o tym jutro, bo zarobiona jestem. Miłego dnia Państwu.
środa, 16 maja 2012
05.48 rano w Polsce.
Dokładnie o tej godzinie uznałam, że mam dość mysich aktów przedsiębiorczości w rodzaju biegania, napierniczania kolbką o kołowrotek i entuzjastycznej próby zrobienia podkopu pod Restaurację, więc przeniosłam się na sofę. Mniej więcej kwadrans później rozległo się donośne "piiiii..piu piu piu PIU...PIU...PIU..." czyli telefon Trenera Osobistego, gdyż awaria była w firmie i trzeba było wstać i naprawić, co trwało trochę i zakończyło sie dialogiem dwóch barytonów, więc zasnąć nie zdołałam. Kiedy mi się to w końcu udało trwało ze 2 h, gdyż potem Osobisty wstał i szeleścił różnościami. Pożęgnałam Osobistego i na paluszkach wróciłam do sypialni z zamiarem zaśnięcia choćby na godzinę. Co do wczorajszego to jeszcze nie wiem, jak mi poszło, a jak sie dowiem to się na pewno pochwalę, jeśli będzie czym - dziękuję za Wasze kciuki, ładne są i z żalem oddam jak już wykorzystam. Zahaczyłam wczoraj o Pana Truskawkę z zamiarem nabycia 50 l ziemi i niczego więcej. Ziemię kupić musiałam, gdyż od Brahdelt przyszło 11 uroczych, filigranowych sadzonek chili, a niczego więcej kupić nie mogłam, bo nie mam już miejsca przecież. Z serii "dialogi domowe":
wtorek, 15 maja 2012
Notka zastępcza plus prośba o kciuki.
Zarobiona jestem i ścielę się zaglądającym do nóżek z prośbą o trzymanie kciuków, bo jak się uda, to będę z jedną świetną laską pracowała, a że chciałabym idę się sprężać, a jak skończę to napiszę, porządną, uczciwą notkę o tym, jak fajnie jest mieć pobierana krew oraz o tym, jak nie kupiłam trzech sadzonek pomidorków koktajlowych czerwonych. PS. Mysz tłukła się do 4.06 rano. Zgadnijcie, skąd wiem.
poniedziałek, 14 maja 2012
"Co wieczór musi strzec lodówki, żeby jego żona nie wyjadała kiełbasy"
czyli nie ma co narzekać na drobne niedogodności, bo inni ludzie to dopiero mają ciężko w życiu. Na głównej artykulik o tym, że popularnym prezentem ma komunię stał się jeż pigmejski. Cudownie, od tej pory mały Nejdżelek czy Vaneska będą wozić w otrzymanych mini-quadach małe jeże i robić im zdjęcia ajfonami, bo jeż to tylko kilkaset zł, a wiadomo, prezenty muszą być takie, żeby cała wieś kwiczała z zazdrości. Jakoś przegapiłam moment, w którym z komunii zrobiła się szopka i szastanie pieniędzmi na najbardziej wypasione prezenty potrzebne otroczkom jak kurwie bliźnięta, bo niech mi ktoś powie, dziękuje uprzejmie, na co dziecku drogi telefon czy laptop jeśli nie po to, żeby ukradli mu go po tym, jak już rodzice zdążą zaszpanować przed innymi, że ich na takie coś stać. Albo, jak u dalekich znajomych (bliskich mam, dzięki bogom, normalnych) po to, żeby dziecko się zdążyło ucieszyć, bo potem mu się prezenty pozabiera i na wysoką półkę odłoży, żeby się nie zniszczyły, i wyciągać się będzie tylko, żeby popisać się przed gośćmi, że niby dziecię na co dzień igra takimi drogimi zabawkami. Trener Osobisty poszedł dziś na siłownię z waga łazienkową. Bo hantle nie miały oznaczeń, ile ważą, a on musiał wiedzieć. Jeszcze nie wiem, jak to skomentować. Próbowałam w celu odzyskania równowagi obejrzeć sobie coś o zwierzątkach, ale znów trafiłam na krokodyla, który konsumował właśnie bardzo małą antylopkę, więc od razu się zdenerwowałam. Zero wyczucia w tych gadach. Spokojnie mógł zjeść jakąś starą, zmęczoną długim i szczęśliwym życiem sztukę, ale nieee, musiał takie młode. Palant. Mam wrażenie, że z hodowania cukinii może wiele nie wyjść - ona się za bardzo płoży jak na mój gust. Usunęłam z donicy dwie najsłabsze rośliny, reszta powinna jakoś sobie poradzić, i posiałam dwie nowe. Oczywiście najbardziej żwawa jest sadzonka z pestki wetkniętej mimochodem i na ogrodniczym głodzie. Fasolka szparagowa rośnie jak gupia, mam nadzieję, że spodoba jej się krata na balkonie - w weekend roślinki mówią salonowi "cześć i dzięki za parkiet" i przenoszą się na balkon gdzie, dla własnego dobra, powinny szybciutko zacząć owocować pamiętając, że roślinka nierobotna zastępowana jest u mnie przez prawcowitą. Obrazeczki pasujące do notki, czyli zwierzątkowe - taki i taki. Przy okazji - Mysz dziękuje za życzenia zdrowia, postanowiła wyświadczyć mi grzeczność i więcej nie piszczeć. I nie piszczy. Trener Osobisty jest dziś słodki jak miód, patrzy na mnie wzrokiem rozkochanym i z ramion wypuszcza mię niechętnie, więc miłego dnia Państwu, idę zrobić scysję zwiadowczą, bo on pewnie ma kochankę. PS. Na Fanpejczu niespodzianka - proszę nie krępować się i piszczeć.
niedziela, 13 maja 2012
Każdego dnia budzę się piękniejsza, ale dziś to już przesadziłam. vol.2
Tytuł to żarcik, oczywiście, bo wyglądam jakby mnie ktoś trwale przeraził, a piżama w miśki i niebieskie kapciuszki ze wstążeczkami bynajmniej mojego wizerunku nie poprawiają, ale trudno, jutro będe piękna, dziś pozostanę zmięta i rozwichrzona. Obudziła mnie Mysz, bo się przeziębiła i popiskiwała. Co ciekawe nie obudził mnie nocny telefon do Trenera, który miał awarię w firmie i musiał z kimś pokonwersować, wstać i naprawić czyjś świat, ale ciche piszczenie Myszy zakopanej w stercie kołderek. Mysz dostała Vibovit i ma zdrowieć, proszę o trzymanie kciuków, niby to tylko lekkie przeziębienie, ale trochę się martwię. Zastałam rano Trenera Osobistego w salonie siedzącego na sofie w dziwnej pozie i przyglądającego się z zachwytem tętnu w stopie. Nie żartuję, widać było bardzo aktywne tętno w stopie i on się zachwycał. Wczoraj było blisko, bo wsiadłam na rower stacjonarny a on się od razu zepsuł. Poza tym robiłam wczoraj sushi i też nic w tym normalnego, jak to u nas. Mianowicie do rolowania maków używa się takiej małej maty makisu, czyli matki, prawda? Żeby się to nie brudziło owija się folią elastyczną za każdym razem i matka się nie brudzi. Trener świetnie makisu owija, więc wezwałam go wczoraj i mówię "Zawiń mi matkę". Odpowiedź nieco mnie oszołomiła, Trener zastanowił się bowiem i odrzekł: Nawiasem mówiąc do oglądania tv podczas jazdy na rowerze dobrze jest wybrać program podnoszący ciśnienie, bo człowiek zirytowany jeździ szybciej, więc spala więcej. Wczoraj oglądałam o przeprawie stad gnu przez rzekę Mara i spaliłam chyba milion kilokalorii, taka byłam wkurzona. Obrazeczki nastąpią, jak się wyśpię, bo w warunkach obecnej zombiowatości nie mam wyobraźni i nie mogę myśleć, więc jeszcze bym jakichś nudów nawrzucała.
piątek, 11 maja 2012
Mysz. Po prostu Mysz.
Dzisiejsza notka będzie w całości poświęcona Myszy, uprzedzam, gdyby kogoś Myszy nudziły (choć nie wiem, jak to możliwe, prawdę mówiąc), to niech się wymknie boczkiem. Inspiracje mam dwie - Zulkę oraz Trenera Osobistego, który wziął udział w przedpołudniowym dialogu: Tak, drogi Pamiętniczku, moje obłąkanie na punkcie Myszy doprowadziło do stworzenia języka okołomysiego. Aby utrzymać Mysz w ciągłym nastroszu trzeba ją puszyć. Mysz puszy się przez głaskanie, całowanie uszek, komplementy i podsuwanie przysmaków czyli, uwaga, wstroszu. Tak, Mysz nie je tylko wstrasza, w roli wstroszu najchętniej widziany jest słonecznik, ser i brokuł. Nawstraszana Mysz jest nastroszona i szczęśliwa a o wstrosz potrafi żebrać tańcząc na tylnych łapkach. Jeśli są gdzieś na świecie mysie zakony żebracze, to założycielką z pewnością była któraś z moich Myszy. Napełnianie Myszy nie zawsze kończy się wstroszem - czasem Mysz ma zamiar tylko sie nakobrać. Nakobranie polega na tym, że Mysz napełnia policzki ziarnem i wygląda jak kobra. Zdjęcie Myszy nakobranej postaram się w najbliższym czasie wykonać. Trener nakobrał ją wczoraj arachidami, ale zapomniałam pójść po aparat, a szkoda, była idealnie nakobrana i okrągła jak puszysta kulka. Mysz i Trener Osobisty uwielbiają się wzajemnie. Gdyby Mysz wykonywała utwory wokalne jestem pewna, że na widok Trenera śpiewałaby "Ukochany paaaan, umiłowany paaaan, nastroszone mam uszy i wąąąąąski" (na melodię "Ukochany kraj") - jestem tego tak pewna, że śpiewam to za nią, żeby sobie przypadkiem pyszczka nie zechciała sama zmęczyć. Trener Osobisty znosi to z lekką rezygnacją. Raz na jakiś czas odbywa się Myświęto, czyli Dzień Myszy. Mysz otrzymuje wtedy prezent, np. ulubioną kolbkę czy gadżet. Podczas najbliższego Myświęta wręczony zostanie autostroszer. Mysz wchynie niedostroszona a wychynie gładka i uczesana bez najmniejszego z mysiej strony wysiłku. Przypuszczam, że będzie zachwycona. Ponieważ na świecie jest za mało piosenek o gryzoniach futerkowych, a ja jestem jednak dość leniwa, przerabiam na piosenki gryzonkowe szanty i kolędy. Prezentacji nie będzie, bo mam jakieś poczucie obciachu jednak. Uważamy się za zupełnie zdrowych psychicznie, tylko nieco myszofilnych, a myszofilia nie wynika z instynktu macie- i tacierzyńskiego tylko z miłości i podziwu dla zwierzaczków pięknych, genialnych i mało przez innych docenianych. Mamy ambicję stworzyć najszczęśliwszy na świecie dom dla jak największej ilości Mysząt i rozpieszczać je tak, jak na to zasługują. A, zapomniałabym. Ktoś zapytał mnie kiedyś jakim cudem udaje mi się oswoić małe, dzikie futrzaczki tak, że nie gryzą i pozwalają zrobić sobie zastrzyk, przyciąć pazurki i co tam trzeba. Otóż, proszę Państwa, Mysz oswaja się przez rezygnację. Świeżutka Mysz jest przynoszona do Myszarium, zapoznaje się, zwiedza, a przez cały niemal czas towarzyszy jej człowiek. Człowiek mówi do Myszy, podsuwa przysmaki, komplementuje, opowiada bzdury i głaszcze. Zrezygnowana Mysz, przytłoczona nadmiarem uprzejmości, kończy z całym tym zdziczeniem i natychmiast się oswaja. Poinformowałam Trenera Osobistego, że zamierzam napisać notkę o promysim języku. Odpowiedział: PS. Wczorajszy tytuł notki był z "Kamasutry", z Księgi Manu IX - jestem pewna, że wiedzieliście, tylko udawaliście, że wcale "Kamasutry" nie czytacie.
czwartek, 10 maja 2012
"Żona kłótliwa powinna być zastąpiona bez zwłoki"
Konia-zrzędę temu, kto wie, gdzie bystrym oczkiem wypatrzyłam tytuł, ha. Pogoda, niestety, nadal paskudna, słońce bardzo się angażuje w napierniczanie irytując ludzi i zwierzęta, nawet Mysz odczuwa skutki przesadnej ilości stopni i wieczorami nie może się tłuc tak intensywnie, jak by sobie tego życzyła. Skutek jest taki, że musi się dotłuc rano aby wyrobić normę, dziś na przykład o 9.30 rano w Polsce zastałam Mysz hałaśliwie przemieszczającą po Klatce Pierwszej swoją kostkę mineralną. Miałam dziś zjeść szparagi inaczej, niż ugotowane na parze, tak? Na plantacji mała żałoba, gdyż grono aniołków powiększa dymka, na szczęście nie katalońska, na którą bardzo liczę. Cukinia nadal wściekle się płoży, ale wypuściła kolejne listki, więc może ona tak z tym płożeniem ma mieć i niepotrzebnie nad nią kwilę. Kolejna bardzo mała sadzonka papryki przeniosła się do paprykowej Krainy Wiecznych Łowów więc będę miała na balkonie, to bardzo smutne, tylko 9 wielkich krzaków papryki. Załamać się można i mam wrażenie, że Trener Osobisty z tej możliwości chwilami korzysta, gdyż zdarza mu się rzucić powiększającej się zieloności spojrzenie pełne grozy. Mam nadzieję, że pocieszy go fakt, że kwitną wszystkie 3 krzaki pomidorów - wystawię je jutro na balkon, żeby owady mogły zrobić swoje (i spadać, bo zapylenie zapyleniem ale owadów nadal nie lubię). Na Fanpejczu zdjęcie aktualnego roślinnego przychówku. Obrazeczki - o diecie, pieprzeniu i ciciku płochliwym. Państwo wybaczą, że tak chaotycznie dziś, zarobiona jestem. Zdjęcie Panny Futerko wysłać jednakowoż zdążę, powinno być u Was za kilka minut. PS. Odruchowo zajrzałam na główną, ale nie zwolnili jeszcze tego pryszczersa, który pasjonuje się faktem, że kobiety mają biust i inne takie, więc są gołe panie, matura i jakaś dziewuszka która skompromitowała się u Wojewódzkiego, straciłam 2 minuty i Wy już nie musicie. PPS. Czytelnicy pytają - Chaotyczna odpowiada. To, że nie opisuję na blogu rzeczy poważnych czy smutnych nie znaczy, że mam wyłącznie "tak fajnie i śmiesznie na co dzień" - miewam, a o problemach postanowiłam nie pisać, bo nie o tym jest ten blog. Ma być wesolutko i na luzie i mam nadzieję, że jest.
środa, 09 maja 2012
Braliście kiedyś udział w wypadku spowodowanym przez pijanego klauna żonglującego lemingami?
Bo ja nie, ale jestem ciekawa, jak tam u Was. W mojej okolicy nawet jednego leminga nie widziałam, oczywiście pomijając zdążające do koproracji klony w garniturach, a szkoda, bo fajne są lemingi, oglądałam w tv. Trener Osobisty czas jakiś temu, po tym, jak solidnie obmarudziłam kilka wieczorów skarżąc się na to, że mnie kolanka napierniczają po rowerze, zdiagnozował u mnie zespół pasma biodrowo-piszczelowego. Czyli kolanka niewinne i poczytajcie, jeśli Was też bolą, bo to może wcale nie być kwestia kolan. W każdym razie są na to ćwiczenia, np. masowanie odnóży kijkiem. Bardzo, bardzo bolesne. Fantastyczna sprawa, wygląda to tak, że przed i po treningu używam kijka zgodnie z przeznaczeniem wykonując przy okazji inwokacje do bóstw. Bóstwa to np. Japierniczę, Wdupietomamwięcejniećwiczę, Bolijakjasnacholera oraz - rzadziej, bo dziewczęciu nie wypada - Kurwów Sto. Niewątpliwie to boskiej interwencji zawdzięczam fakt, że kolanka napierniczać mnie przestały, a Trener Osobisty przywykł do zakładania na czas mojego treningu wielkich słuchawek i grania w coś zajmującego, ostatnio L.A.Noire. Sezon szparagowy uważam za oficjalnie otwarty, opycham się jak jakiś sołtys, mam w lodówce 3,5 pęczka a w głowie gorące postanowienie zrobienia z nich choć raz czegoś innego niż wersję "ugotować na parze, polać masłem, rzucić się jak hiena". Widziałam u Brahdelt inny pomysł i zamierzam go przetestować, jeśli powstrzymam się przed ugotowaniem na parze, co może mi się nie udać, bo dotąd nie udawało się za każdym razem. Obrazeczków będzie dziś aż trzy - o uzbrojeniu*, wypoczynku i...taki tam. * Kosz Angels**, może weźmiemy to pod uwagę? Do inwazji na wieś mogłybyśmy włożyć jakieś dodatki pasujące do folkloru, nie wiem, można np. pęki wstążek przymocować do toporów bojowych albo podśpiewywać "łojdiridi" przy świniobiciu. Warto skonsultować się z mieszkańcami napadanej wsi, choć przyznam, że coś mi nie pasuje w wizji pytania o ulubione przyśpiewki ludzi, którym będziemy obrabiały chaty. Naprawdę liczę na to, że zorganizowany później festyn zatrze złe wrażenie. ** - tutaj i tutaj i w komentarzach też - wrzucam, bo może nie wszyscy wiedzą, że założyłyśmy gang***. *** - ojeju, to już mój drugi gang, ależ się rozszalałam. PS. Ha! Znalazłam taką jedną książkę o szparagach, com o niej zdążyła zapomnieć, i wiem już, jak je konserwować, ususzyć i mrozić. Koniec z czekaniem na sezon, zamrożę sobie i tyle. Gdyby ktoś chciał przepis to proszę piszczeć. PPS. Tytułowy klaun oczywiście przyśnił mi się, bo przecież ja nie mogę mieć normalnych snów, tylko jakieś takie. Oszczędzę Wam szczegółów, napiszę tylko, że w wyniku mojej interwencji lemingi zostały umieszczone w bezpiecznym miejscu. |