Tagi
squirk77@gmail.com

Wpisy z tagiem: królik

czwartek, 23 maja 2013
Kluski szare

mają się nyeco lepiej. Mniejsza kota dostała, opycha się jak jakiś sołtys, załatwia mysie sprawy z prędkością światła, mikczenie nie jest jeszcze idealne ale, odpukać, zanosi się na to, że będzie dobrze. Kciuków Wam jeszcze nie oddam, mam nadzieję, że jakoś sobie bez nich radzicie.
Btw - antybiotyk w ilości 1/60 małej tabletki podaje się Myszy wraz z dzieckowym produktem typu Gerberek.
Tabletkę, pokruszoną, dzielił Trener Osobisty za pomocą żyletki. Trener nie jest fanę dzielenia tabletek ale Mysz nie jest fanę zastrzyków więc wybraliśmy mniejsze zło tj. lekko zirytowanego Trenera plus zadowoloną Mysz.
Mysz Większa niezmiennie bieży jak puchata szara świneczka. Jej kołowrotek nieco piszczy (nie sam, Mysz musi wziąć udział w tym przedsięwzięciu) więc kilka dni temu Trener znalazł niechcący sposobność aby ponownie Mysz Urazić. Słysząc piskający kołowrotek i obserwując bieżącą świneczkę Mysz zauważył mianowicie:
 - Trochę skrzypi. Cóż za stara Mysz.
Mysz nie traciła czasu i poczuła Urazę natychmiast, cóż za pracowity Tchórzyk.

Ponieważ moje podejście do Myszy z logiką ma niewiele wspólnego mysie choroby wyglądają tak że Myszy chorują i zdrowieją a w międzyczasie ja się zamartwiam i nie śpię, tak na wszelki wypadek, oraz zawracam Myszom głowę co godzinę sprawdzając (często czając się z latarką kieszonkową żeby futrzynki nie obudzić) czy zjadły, oddech spokojny, uszka nastroszone itp. Myszy znoszą to z godnością i uspokajająco liżą mnie po nosie (albo obrażają się co jakiś czas, jak Większa, jest to u Większej stan normalny, więc uspokajający). Moja aktywność na blogach jest aktualnie przyzerowa, będę miała sporo do nadrobienia - w kwestii komentarzy, bo czytam więc nie umknęło mi że Berberys napisała o sołtysie i szparagach a Marga widziała koteczka. Paczę Was pilnie, nie myślcie sobie, ale niczego sensownego chwilowo nie napiszę gdyż mam w głowie wielką mątwę. Dziękuję za pacanie mnie łapkami, smsy, telefony i maile oraz wyrywające z kapci obrazeczki, jesteście orzeszki.
O, obrazeczkami mogę się trochę zrewanżować - wyszukałam dla Państwa czystą, skoncentrowaną grozę, przydasia na szopingi oraz jeszcze trochę grozy. I jeszcze troszeńkę. I królik dla odprężenia po całej tej grozie.
Miłego wieczoru Państwu, idę oglądać mysie uszka, do zobaczenia wkrótce.

PS. W PulsVecie są nie tylko przemiłe, genialne Panie Doktor zachwycone Mniejszykiem z wzajemnością, jest także do przygarnięcia maleńka freteczka (nazywamy ją Gustawem, ja i Trener, bo tak, teoretycznie są dwie ale chwilowo tylko jedna czyni zaszczyt zwiedzającym) oraz przepiękny królik o imieniu Łatek wyglądający jakby zamiast uszek miał śmigło, baaaardzo dorodny i puszysty, specjalizuje się w marszczeniu noska. Piszę bo może ktoś z Państwa się zainteresuje, puszki są śliczne, oswojone, grzeczne, zdrowe i generalnie w pierwszym gatunku, mam nadzieję, że nie będą szukały domu długo, zasługują na najlepszy. *

* oczywiście, że chcę je wziąć ale nie mogę (3 dni negocjacji i nic), chcę wszystko puszyste poza ćmami i kurzem. I motyli się boję ale to logiczne, tłumaczyłam kiedyś. I woła piżmowego też bym tu raczej nie upchnęła. Czyli prawie wszystko puszyste chcę. Przede wszystkim chcę jednakowoż obecne dwie Myszy w wersji zdrowej i ponastraszanej, Wasze kciuczki jeszcze mi się przydadzą, z góry dziękuję.

czwartek, 25 października 2012
Žabka - skočte si nakoupit.

Świat był miejscem zorganizowanym mądrze i pięknie a serca nasze biły równo w pogrążonych w głębokim śnie właścicielach aż do 6.47 rano, kiedy to Demonyszy uznały, że dokonają na sobie wzajemnie pazurkoczynu z przeraźliwym darciem pyszczków cuzamen do kompletu. Zerwaliśmy się i trafiliśmy na moment, w którym Mniejsza udawała, że nie dotyczy jej nic, co dzieje się w Myszarium, ona sobie tu tylko trocinki niewinnymi ślepkami podziwia, a Większa demonstracyjnie przenosiła kłąb kołderek do kapsuły, z której się wcześniej wyprowadziły. Podział majątku robiły, myślałam, że się rozpęknę. Dorzuciliśmy kołderki, Myszy się dogadały i zasnęły nos w nos. Bo my już nie spaliśmy, więc zadanie wykonane, nieprawdaż.
Nawiasem mówiąc teraz Mniejsza jest większa bo okrada Większą, wczoraj ją przyłapałam. Dałam każdej malutką różyczkę brokuła i co ja paczę, Mniejsza wchłonęła jak odkurzacz, Większa skubie z godnością, taka lejdisz. Długo nie poskubała, Mniejsza tylko przełknęła swoje i wyrwała Większej z pyszczka jej porcję nie zważając na skrzeczenie protestacyjne po czym zwiała do Restauracji zostawiając oszołomioną Większą. Przyniosłam nową różyczkę i, jako rekompensatę za straty moralne, kawałek sera, który został skonsumowany z zadziwiającą szybkością, wyciągnęło zwierzątko wnioski. Aktualnie śpią jedna na drugiej, piękne są - o ile mogę to dobrze ocenić okiem niewyspanym. Znowu.

Trener Osobisty wrócił cały i zdrowy po czym włączył mu się tryb zachwyconego turysty i uznał, że opowie mi o wszystkim, wszyściusieńkim, co w Pradze widział. Sporo tego było, spędziliśmy romantyczny wieczór przed Google Maps gdyż Trener uznał, że moja wizja Pragi nie będzie pełna jeśli nie zostanie mi pokazana każda jedna zakichana uliczeczka, po której Trener stąpał, wliczając w to uliczeczki typu "a tu bez sensu skręciłem" oraz "a tu miałem iść ale zmieniłem plany". Plus Starówka w ujęciach z pińcen sześciu różnych miejsc. Piękna jest Praga i okazało się, że w sumie to możemy sie tam przenieść. Najpierw sobie ją obejrzę, oczywiście, na własne, zombiowate aktualnie oczy a potem i tak będę chciała mieszkać w Anglii ale co się odwlecze to wiadomo.
Tytuł notki z reklamówki, którą Trener odkrył w walizce. Zaczynam być fanką języka czeskiego, dotąd znałam tylko "My jsme Borgové. Odpor je marný, budete asimilováni" oraz byłam świadoma tego, że nie należy w Czechach informować otoczenia, że się szuka. Zwłaszcza publicznie. I poza bardzo specyficznymi lokalami usługowymi. Zaśpiewanie "szukam, szukania mi trzeba" na czeskiej ulicy niewątpliwie zrobiłoby coś w rodzaju bardzo szczególnej furory.

Ponieważ bardzo konsekwentnie zaglądacie tu Państwo szukając królika i zawarta w którejś notce informacja, że piszę o króliku żeby osoba, która go tu szuka, była świadoma, że go nie znajdzie, bo o nim nie pisałam, zdaje się być traktowana jako żarcik zamieszczę przepis na królika po moju.
Potrzebny jest królik (humanitarnie inhumowany po bardzo długim i szczęśliwym życiu), jakiś lekki bulion/rosół/wywar z warzyw, wino czerwone lub białe, wytrawne lub pół, oliwa, sól, pieprz, ze 2 listki laurowe i 3-4 kulki ziela angielskiego. Oraz niewielka furka warzyw - cebula, marchewka, cukinia, papryka, por i co komu w ręce wpadnie poza brokułem, bo się brzydko rozdyźduje w duszeniu.
Królika porcjujemy, opieprzamy (chyba, że nie mamy powodu, ale załóżmy, że coś przeskrobał i mamy), solimy, obtaczamy w mące, obsmażamy na oliwie i wrzucamy do żaroodpornego naczynia z pokrywką (albo używamy na górę alufolii). Warzywa kroimy, oprószamy mąką, wrzucamy na pokróliczą patelnię, obsmażamy i zalewamy bulionem pojęcia nie mam, w jakiej ilości, bo robię to na oko (na 2 kawałki królika wlewam ze 3 małe chochelki płynu) oraz kieliszkiem wina. Doprawiamy, gotujemy chwilę, zalewamy królika w naczyniu, przykrywamy i do piekarnika - 175 stopni, mniej więcej godzina duszenia, może z małym hakiem. Proporcji nie podaję, bo gotuję bez nich, ale jeśli komuś zależy zrobię na dniach powtórkę z królika i zapiszę, ile czego zużyłam.
Zamiast wina można użyć śmietany i też jest pięknie.

Obrazeczek mam taki, że się popłakałam wczoraj i mam nadzieję, że i Państwo nieco się poryczą, mianowicie o, proszę. Zasłużył na miejsce na Fanpejczu moim zdaniem. Oraz cicik waleczny i wyliczanka bardzo męska. Miłego dnia Państwu, roboty mam tyle, że rozważam niewielkie załamanie się, miejcie lepiej.

wtorek, 23 października 2012
Ech, yo.

A bo Trener w tych Czechach nadal. Na szczęście zadowolony, szef okazał się być przesympatycznym a reszta zespołu takoż, spotkania biurowe bardzo owocne, spotkania pozabiurowe również, słowem udany wyjazd i oby powrót był analogiczny, bo kota tu już dostaję. Wirtualnego, żywego by Myszy dopadły, a po co jakiemuś kotku robić źle.

Nanoszatan i Pikoszatan są wyjątkowo zgodne co do tego, że nadmiar mojego snu im szkodzi - zapobiegają, jak mogą, a możliwości, jak się okazało, mają pełne łapki i mordziki. Niech mi ktoś wytłumaczy, dziękuję serdecznie, jakim cudem dwa zwierzątka wielkości pudełka zapałek zdołały zmienić w pył (w pył, nie zwyczajnie pokruszyć) całą sporą kostkę mineralną. W Myszarium jest mnóstwo pyłu, od czasu do czasu któraś z Myszy przydreptuje, siada obok niego i dumnie odrzuca uszka do tyłu. Kawał dobrze zrobionego bałaganu, dzielne zwierzątka.
Mniejsza nieco podrosła, aktualnie rozpoznaję Myszy głównie za pomocą ryzykowania życia. Własnego, oczywiście. Jedna z Mysząt jest moją fanką, na widok zbliżającej się dłoni mysie uszka robią "sztrrrr!" i w sekundę mam na dłoni bardzo maleńką, towarzyską Mysz. Mniejsza to Chojrak Tchórzliwa Mysz (dość straszna bajka swoją drogą), usiłuje podskubywać mi palce i generalnie sobie Nie Życzy, wzięta na dłoń nie spazmuje wprawdzie, ale stanowczo okazuje, że lepiej jej jako Myszy przygruntowej. Oswajamysz się.

Interesujący program wczoraj widziałam o panu, co chciał być panią. Najpierw szybciutko się ożenił z uroczą panienką, która zaszła była w ciążę (z nim zresztą), odczekał tak ze 3 m-ce a jak już się żona poczuła komfortowo to łuhuu!, wyskoczył z newsem. Żona okazała się być młódką spokojną i niewyrywną, nie dostała globusa ni migreny, nie żądała soli trzeźwiących ani do mamusi nie wróciła, po prostu zaakceptowała fakt, że mąż ma więcej szminek od niej i uważa się za kobietę. Z czasem przyszły refleksje, ciąża bowiem robiła swoje, czyli rozwijała się, i żona zaczęła widzieć pewną niedogodność w tym, że jej syn będzie miał tatę, który przebiera się za mamę. Tata miotał się w rozterkach, gdyż tak bardzo, bardzo chciał być kobietą, no musiał po prostu, to silniejsze od niego i co poradzi.
A potem urodziło się dziecię i panu przeszło.
Poważnie, nagle nie chciał już być kobietą i damskie ciuszki oddał żonie, takie "ojtam ojtam, było i minęło, nie wracajmy do tego".
Pojęcia nie miałam, że to może tak działać, ktoś nie czuje się dobrze we własnej skórze, chce zmienić płeć i nagle plop!, na świecie pojawia się mały Nejdżel czy Vaneska i wuala, hormony magicznie dopasowują się do obrysu? Hm.
Przyszło mi też do głowy, że wiecie, telewizja kłamie i może zaserwowano mi dobrze odegrane scenki. Phi.

Wygooglano mnie po "zmierzchu" i "króliku"- chyba Was rozczarowuję trochę, prawda? Jeśli komuś bardzo zależy wrzucę przepis na królika i napiszę coś o wąpierzach w glitterkach, nie ma problemu.

O zwierzątkach niezmiennie oglądam, ale nuda straszna, Afryka ma jakiś zastój chyba. Krokodyle gdzieś wymiotło, sporo lwów i gepardów jest teraz i żrą wszystko, co małe i młode, kompletny brak ambicji. Faktem jest, że małe i młode bywa też durne i aż oczy bolą czasem paczać jak taka młoda antylopa zaczyna się nagle miotać jak nastolatek po amfetaminie, tak sobie hopsasa, bo och, taka jestem młoda i zwinna, życie jest piękne, podhopsasam do tego oto drzewa, bo tam jest cień i zupełnie nie martwi mnie fakt, że być może inne zwierzątko też ten cień znalazło bo och, taka jestem młoda i zwinna i co mi kto zrobi. Gepard, który w tymże cieniu leżał, był bardzo zdumiony kiedy mu obiad podszedł pod same pazurki niemalże. Grzeczny cicik, nie wypadało nie przyjąć oferty, od razu przyjął finalizując karierę antylopy na tym łez padole. Chyba słońce szkodzi niektórym zwierzątkom bardziej, niż innym.

Dzisiejsze obrazeczki będą o życzliwości, odwołanych świętach oraz o tym, jak to było naprawdę. O, i cicik pomocny. I rybka niezazbytnio. Miłego dnia Państwu, nie wychodźcie, jeśli nie musicie, zimno takie że aż się nie chce skalpować jeńców. *

 

* kto nie czyta komiksów i nie wie, skąd cytat, temu cicik nie przybije piąteczki, o.

środa, 29 sierpnia 2012
"Kiedy przewozi się jajka nie wolno się spieszyć"

Zamarłam na chwilę kiedy mnie wczoraj o powyższym Krystyna Czubówna poinformowała, bo akurat byłam wcześniej w sklepie i musiałam zrobić błyskawiczne, w tym jajeczne, zakupy, i już się obawiałam, że cały wysiłek psu w du...znaczy na marne pójdzie, ale na szczęście szybko okazało się, że nie chodzi o zwykłe jajka drobiowe tylko takiego ptaszka, co wygląda trochę jak króliczek, ale jest ptaszkiem na pewno. Stąd jajka zresztą, króliczki rozmnażają się bez takich ceregieli.
Poza tym przyroda pogryzła mnie w kostki w niedzielę, nie ma co dziwić się mojej niechęci do owadów, kilka h hasania w ogródeczku i mam pogryzione meszkami kostki, łaskocze toto bardzo a Fenistil oczywiście nie działa więc siedzę sobie taka zirytowana i rozważam użycie papieru ściernego, żeby tylko łaskotać przestało. Dzień dobry Państwu, piękna pogoda i świat nie najpaskudniejszy, tylko zawiera meszki niestety.

Z nowości to śniło mi się, że tę bardzo małą świnkę kupiłam i kwiczałyśmy sobie pospołu, miała szeleczki spacerowe, kuwetkę i wszystko. Najbardziej kocham Myszy jednak i prowadzimy z Trenerem poważne rozmowy w tej kwestii. Zostało postanowione wstępnie, że nowe Myszę będzie młodziutkie, żebyśmy mieli więcej czasu na przeswojenie go na tyle, żeby sobie nami bez wahania rządziło. Z drugiej strony bez powodu by mi się świnka nie śniła, prawda? Może to znak od losu, żeby jedno i drugie mieć i jak nie zadośćuczynię to mi się karma zepsuje?
Swoją drogą też tak macie, że "zła karma" to dla Was makdonald i smażone? Bo dla mnie owszem, smażone, fastfoody i torcik.
Czyli co, jak nie kupię świnki to mnie, ahaha, torcik spotka.

Dawno o przyrodzie niemobilnej nie pisałam, bo nudno tam, kwitnie/owocuje albo jest już przekwitnięte albo niechcący zmarnowałam, jak na przykład śmiesznego ogórka. Mysz zaabsorbowała mnie bardzo i zaniedbałam trochę część upraw. Chili albo kwitną albo wypuściły po jednej papryczce i uznały, że to by było na tyle w tym sezonie, dynie strasznie się płożą i kwitną, w samą porę doprawdy, posadzony na pędy groszek wyrósł nagle na wysokość cicika i chyba dam mu szansę podrosnąć i zakwitnąć na balkonie. Małe cukinie rosną i śmiesznie wyglądają, pomidory dojrzewają i są konsumowane. Nuda, uprzedzałam.

Póki pamiętam - unikajcie Madonny, jeden pan mówi, że po koncercie można orientację zmienić i/albo szoku doznać. Jestem skłonna się z tym zgodzić, Trener Osobisty z pewnością doznałby szoku, gdybym zmieniła orientację. Czytelniczce dziekuję za podesłanie i obiecuję koncerty Madonny omijać.

Zgodnie z Państwa zamówieniem przymierzam się powoli do napisania krótkich, poważnych i ambitnych, jak to u mnie, streszczeń odcinków "Gry o trony", niech mi tylko wena wróci i irytacja z powodu smoków minie - wprawdzie Brahdelt mówi, że smoki się znajdą, ale nie sprecyzowała, gdzie się znajdą, więc jestem nieco niespokojna. Jakby mnie ktoś przy okazji zapewnił, że ten smętny kutasina, Joffrey, zostanie fantazyjnie inhumowany a Greyjoy też, tobym się od razu lepiej poczuła. O, i królową niech szlag najjaśniejszy trafi. I kilka osób jeszcze, mogę listę zrobić. Jakaś taka krwiożercza sie przy tym serialu robię, ale co poradzę jak tam same irytujące jednostki nie szanujące dzieci, smoków ani cudzej niechęci do bycia zabitym.

Wspominałam pewnie, że moje życie jest pasmem udręk i niedogodności. Trener Osobisty postanowił je ubarwić - od wczoraj, jeśli z czymś się nie zgadza, nie oświadcza mi tego nudno i banalnie, skądże znowu. Robi tak, jak ten kotek. Oszaleję tu kiedyś.

Obrazeczków jeszcze nie mam, jak znajdę to przyniosę. Miłego dnia Państwu, uważajcie na karmę a gdybyście chcieli mieć dobrą to polecam takie coś, upiekłam wczoraj już z piąty raz chyba, Trener Osobisty mówi, że to bardzo dobra karma.

 

Prośba do mieszkańców Łodzi - zajrzyjcie tu, bardzo proszę, może ktoś z Was będzie mógł pomóc.

sobota, 18 sierpnia 2012
"Ję."

A bo jęczę, nieprawdaż, pod butem tyrana.
Wprawdzie nie pod butem, tylko bardzo małą łapką, nie tyrana, tylko Myszy i w sumie nie jęczę, bo nie mam siły, tylko sobie czasem narzeknę, ale cała reszta się zgadza.
Dzielna Mysz uznała chyba, że skoro tyle osób trzyma za nią kciuki to już trudno, niech nam będzie, ona się ostatecznie poczuje lepiej i coś zje. Miseczka z ziarnem przeżyła kilka niewielkich szturmów, wrąbana została prawie cała łyżeczka homserka, aktualnie Mysz śpi na głowie i zbiera siły, mam nadzieję, że na obiad. Karmienie pipetką to mały dramat, Mysz histeryzuje i słania się jakbyśmy właśnie dokonywali na niej rozległej amputacji, jest dużo wyrywania się i machania łapkami, oby się Księżniczkysz zmobilizowała i wróciła do dawnych przyzwyczajeń, tj. rzucania się na jedzenie jak mikrohiena. W każdym razie, odpukać, idzie ku dobremu i oby dotarło tam jak najszybciej.

Miało być o zwierzątkach, ale z tym to zawsze zdążę, najpierw podzielę się refleksją - jak to jest, że w "Grze o Tron" najporządniejsze są panienki zarabiające robieniem uprzejmości erotycznych? Poważnie, poza Aryą, Cat i Danaerys nie bardzo jest gdzie sympatię skierować, tu się królowa staje jednością z bratem, tam magiczna ruda pani robi dym (dosłownie, laska urodziła dym i będzie się działo) a damy negocjowalnego afektu mądre i sensowne, aż miło paczać. Zdecydowałam się wrócić do serialu, bo niech tam, Khala Drogo niby mi zabili, za co niech ich czkawka wydusi, za to są smoki, a smoki lubię oraz bardzo liczę na to, że tego ryżego buca Joffreya w końcu ktoś terminalnie uszkodzi. W każdym razie ostatnio było o Danaerys i smokach i było przezabawnie, bo ona chciała wejść do miasta a grupka nadętych panów chciała, żeby nie. Była dłuższa pogadanka o tym, że kaman, mam smoki ale nie pokażę, bo nie, a oni, że jak nie, to miło było i papatki, bo bram nie otworzą i co im kto zrobi. Bardzo się Danaerys zdenerwowała i rzuciła przez zęby "Ahaha, wy kacze zbuki, chrzańcie się, mam big włochate cochones większe od waszych i popodrzynam wam tętniczki tępą finką..." - to znaczy niedokładnie tak powiedziała, bo to jednak subtelne dziewczę jest, ale dała do zrozumienia, że albo ją wpuszczą albo będzie bardzo niesympatycznie i niech się zastanowią. Jeden się szybko zastanowił i sytuacja na chwilę obecną jest taka, że Danaerys jest w tym mieście, co to nie pamiętam nazwy, ale ładne, Joffrey robi sobie wrogów i dobrze, Tyriona lubimy coraz bardziej a Jonowi ponure istoty o oczętach jak niezabudki nie wyżarły żywcem zawartości Jona tylko go szef zbeształ. O, i Arya nadal żyje i ten od kowala też. Bardzo to miłe, kibicuję Aryi. Sansa robi nie wiem, co, bo nie przepadam za nią i jak widzę przebłysk sprytu to nie bardzo dowierzam ale pojawił się cień nadziei, że nie wszystkie jej komórki mózgowe odpowiedzialne są za wyszywanie i robienie rzewnych oczu po kątach.

Z tymi zwierzątkami to jest tak, że one się czasem między sobą nie do końca lubią. Było wczoraj o szefie krokodyli i wannabe szefie krokodyli, strasznie bezczelnym. Otóż u krokodyli jest tak, że szefuje największy i potem sobie pływa i może wszystko, a inne mogą po nim (jeść) albo wcale (zapoznawać się z lokalnymi paniami). Jednemu młodemu się to "wcale" nie spodobało i usiłował, że tak to oględnie ujmę, szybciutko przekazać pani krokodylowej wyrazy sympatii - bardzo się szef zdenerwował i usiłował młodego ząbkiem zahaczyć ale ten nabrał rozumu i zwiał. Potem jakoś mu ten rozum znowu z głowy zniknął bo upolował sobie gazela (bardzo mnie to zdenerwowało, biedny gazel tylko na drinka wpadł a ten na niego z mordą, nie tak traktuje się gości) i nie chciał go oddać szefowi, co było błędem. I to tyle o nim, bo tym razem go szef zahaczył jednak.
O, jeszcze o lemurach było, że są narkomanami, i że jak lew jest tylko trochę puszysty na głowie to ma dwa lata.
I takich panów dwóch pływało w krokodylich labiryntach nor a krokodyle bynajmniej na ląd na te okoliczość nie poszły ale tak się zdenerwowałam, że nie chciałam paczać kiedy (bo nie "czy" przecież) któryś z krokodyli uzna, że ahaha, miło było, pozwiedzaliście a teraz zgadnijcie kto mierzy 5 metrów i nie jadł śniadania. Ja pierniczę, ludzie to są jednak dziwni, wstaje taki rano, przeciągnie się i myśli "A, co mi tam, taki piękny dzień, popływam sobie z krokodylami" i jeszcze do kumpla dzwoni i namawia do złego.

Obrazeczki mam, dziś będzie o tym, że czasem warto iść w stronę światła, o odwiedzinach uprzedzać a tu proszę, zwyczajne guźce w błocie żeby tak strasznie intelektualnie tu nie było.
Koty to dopiero złośliwe są, nie?

Blogasek ma dziś pierwsze urodziny, dziękuję Emilyann za przypominajkę. Mnóstwo notek, prawie 8 tys. komentarzy, własny gang, trudno mi uwierzyć, że udaje mi się osiągnąć to, na czym mi zależało - na tym, żeby blog był interaktywny, żeby rozmawiać tu z fantastycznymi ludźmi, poznawać ich dzięki pogaduszkom w komentarzach, mailom, spotkaniom. To Wasza zasługa, ja jestem jedna i nie dałabym rady - współtworzycie blog i jestem Wam wdzięczna, bo bardzo go dzięki Wam lubię. Ścielę się Państwu do nóżek i mam nadzieję, że nadal będziecie do mnie zaglądać i trzymać kciuki za zdrowie Myszęcia, jesteście bardzo skuteczni, dziękuję.

PS. Mysz szturmuje miseczkę, zainspirowała mnie, idę gotować, będzie świncurry z ciecierzycą.

PPS. W ramach okazywania mi ciepłych uczuć Trener Osobisty kupił mi 10 litrów spirytusu. Na plaster komu kwiatki jak można dostać spirytus, wykonam fantazyjne naleweczki chyba.

PPPS. W tagach jest "królik" bo ktoś mnie wyszukał szukając królika i nie znalazł, bo źle otagowałam, więc taguję pod tą notką, żeby kazdy, kto u mnie szuka królika, mógł wejść i przeczytać, że go nie ma.